Pani Bovary

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nadeszła wiosna. Przy pierwszym cieple, gdy grusze zaczęły kwitnąć, miała atak duszności.

Od początku lipca liczyła na palcach, ile jeszcze tygodni pozostawało do października, myśląc, że może margrabia d’Andervilliers wyda znowu bal w Vaubyessard. Przez cały wrzesień nie miała ani jednego listu, ani wizyty.

Po tym zawodzie serce Emmy zaległa znowu pustka i znów rozpoczął się dla niej szereg dni jednostajnych i bezbarwnych.

Miały więc teraz tak po sobie następować, jedne do drugich podobne, niezliczone i nic nowego ze sobą nie przynoszące! Inni, jakkolwiek nudne prowadzili życie, mogli przynajmniej spodziewać się jakiegoś wypadku. Nagła przygoda sprowadzała czasem nieskończone koleje i zupełną zmianę położenia. Ale dla niej nic! Bóg widocznie tak chciał! Przyszłość jej podobna była do ciemnego korytarza z zamkniętymi na końcu drzwiami.

Zarzuciła muzykę. Dla kogóż miała grać? Kto jej słuchał? Nigdy przecież nie zasiądzie w sali koncertowej do fortepianu Erarda, w sukni aksamitnej z krótkimi rękawami i nigdy nie usłyszy, przebiegając palcami po klawiszach z kości słoniowej, pochlebnego szmeru pochwał.

Więc po cóż się męczyć? Nie dotykała również ani rysunków, ani haftu. Na co się to wszystko zdało? Na co? Szycie drażniło ją również.

– Wszystko już czytałam – mówiła do siebie.

I siedziała całymi godzinami, grzejąc w ogniu szczypce lub przypatrując się, jak pada deszcz.

Jakżeż smutna czuła się w dni świąteczne, kiedy dzwoniono na nieszpory! W błędnym osłupieniu słuchała dźwięków pękniętego dzwonu. Kot, łażąc po dachu, wygrzewał w bladych promieniach jesiennego słońca swój zaokrąglony grzbiet. Wiatr pędził na drodze tumany białego pyłu. Niekiedy pies zawył z daleka, a dzwon w równych odstępach dźwięczał jednostajnie i żałośnie.

Ludzie zaczynali wychodzić z kościoła. Kobiety w nowych sabotach, wieśniacy w odświętnych kurtach, dzieci skaczące przed nimi z gołymi głowami, wszystko to powracało do domu. A kilku mężczyzn pozostawało przed drzwiami gospody aż do zmierzchu, grając w kości.

Zima była mroźna. Co rano szyby pokryte były szronem, a blade światło, jakie przepuszczały szkła matowe, niekiedy przez cały dzień pozostawało jednostajne. O czwartej po południu trzeba już było zapalać lampy.

W dni pogodne Emma schodziła do ogródka. Zmarznięta rosa tworzyła na kapuścianych liściach srebrne gipiury, połączone białymi długimi nitkami. Nie słychać było świergotu ptasząt, wszystko jakby pogrążało się w sen, słoma okrywała szpaler, a winne krzaki wyglądały niby ogromny wąż, wtulony pod daszkiem muru, gdzie się roiły stonogi. W gaju jodłowym przy płocie zakonnik w trójgraniastym kapeluszu pochylony nad brewiarzem stracił prawą nogę, a gips popękany od mrozu okrywał mu twarz białym trądem.

Powracała potem na górę, zamykała drzwi, rozgarniała węgle na kominku i omdlewając prawie w tym cieple, czuła coraz cięższą nudę. Nieraz miała ochotę pójść na pogawędkę do służącej i tylko wstyd ją powstrzymywał.

Co wieczór o jednej i tej samej godzinie nauczyciel szkółki miejscowej otwierał okiennice swego domu, a strażnik polowy przechodził pod oknami. Rano i wieczór prowadzono konie pocztowe parami przez ulice do sadzawki. Od czasu do czasu dawał się słyszeć dzwonek u drzwi karczmy, a podczas wiatru słyszano nawet brzęk metalowych talerzy, służących za szyld fryzjerowi, które obracały się na swych żelaznych pręcikach. Wystawę tego sklepu stanowiła stara rycina mód, przyklejona do szyby i woskowe popiersie kobiety z rudymi włosami. Fryzjer również ubolewał nad swym chybionym powołaniem, nad zmarnowaną przyszłością i marząc o pięknym sklepie w jakimś wielkim mieście, np. w Rouen blisko portu lub teatru, spędzał całe dni na przechadzaniu się od merostwa do kościoła. Ilekroć pani Bovary podnosiła oczy, widziała go zawsze przed sobą, jak wartę na stanowisku, w greckiej czapeczce na głowie i żółtej kurtce.

Czasami po południu ukazywała się za szybami sali głowa mężczyzny o ogorzałej cerze, z czarnymi faworytami, ze stereotypowym uśmiechem odkrywającym dwa rzędy białych zębów. Zaczynała się zaraz nuta walca i w malutkim saloniku na katarynce tancerze wielkości małego palca, kobiety w różowych zawojach, tyrolczycy w swych narodowych strojach, małpy w czarnych frakach, panowie w krótkich spodniach biegali pomiędzy fotelami, kanapami, konsolami, odbijając się w lusterkach pozlepianych na rogach złotym papierem. Kataryniarz obracał korbą, rozglądając się na prawo i lewo po wszystkich oknach. Od czasu do czasu, plunąwszy na bok, podpierał kolanem swój instrument, którego twarda szelka ugniatała mu ramię, a muzyka, już to smętna i rozwlekła, już to żywa i wesoła, wymykała się z pudła przez różową perkalową firankę, przytrzymywaną mosiężnymi szponami. Były to melodie, które grywano po teatrach, śpiewano w salonach, przy których tańczono w jarzącym świetle żyrandoli, a które teraz przychodziły do uszu Emmy jak echa z dalekiego świata. Nieskończone marzenia wykwitały w jej głowie i myśl jej, pochwycona na skrzydła melodii, przeskakiwała z jednego snu w drugi, z jednego smutku w inny, jakby bajaderka po kwiecistym kobiercu. Kataryniarz, zebrawszy datki w skórzaną czapeczkę, okrywał swój instrument starą wełnianą derką, zawieszał go na plecach i odchodził ciężkim krokiem. Emma ścigała go oczyma.

Lecz najnieznośniejsze były dla niej godziny obiadowe, spędzane na dole w małej salce z dymiącym piecem, skrzypiącymi drzwiami, wilgocią na ścianach i podłodze; zdawało się jej wtedy, że ma przed sobą podaną na talerzu całą gorycz swego istnienia i wraz z parą rosołu podnosiły się z głębi jej duszy jakby inne jakieś mdlące wyziewy. Karol jadł powoli; czekając, aż skończy, gryzła orzechy lub wsparta na łokciu rysowała końcem noża po ceracie.

Nie dbała teraz wcale o gospodarstwo, a starsza pani Bovary, przyjechawszy na część wielkiego postu do Tostes, zdziwiła się bardzo tą zmianą. I Emma, niegdyś tak staranna i wykwintna, zostawała teraz przez całe dni nie ubrana, nosiła szare bawełniane pończochy, paliła świece łojowe. Powtarzała, że trzeba oszczędzać, gdyż nie są bogaci, i dodawała, że jest bardzo zadowolona, bardzo szczęśliwa, że Tostes bardzo się jej podoba i tysiące jeszcze innych rzeczy, którymi zamykała usta teściowej. Zresztą Emma wcale nie chciała słuchać rad matki męża; raz nawet, gdy pani Bovary zaczęła dowodzić, że obowiązkiem państwa domu jest czuwać nad religią swoich domowników, odpowiedziała tak gniewnym spojrzeniem i tak zimnym uśmiechem, że zacna starowina więcej już tego przedmiotu nie poruszyła.

Emma stawała się kapryśna i wymagająca. Kazała sobie robić osobne potrawy, których potem w usta nie brała; jednego dnia piła tylko mleko, drugiego po kilkanaście filiżanek herbaty. Czasami nie chciała wcale wychodzić, a gdy dostawała duszności, otwierała wszystkie okna i ubierała się letnio. Gniewała się na sługę bez słusznego powodu, a później dawała jej podarunki lub pozwalała iść do sąsiadek; czasami oddawała wszystkie drobne ubogim, chociaż wcale nie była czuła ani też zbyt wrażliwa na cudze cierpienia, jak zresztą większa część osób wiejskiego pochodzenia, które zawsze zachowują w duszy odrobinę szorstkości rąk ojcowskich.

W końcu lutego, w rocznicę swej choroby, ojciec Rouault przywiózł zięciowi tuczonego indyka i trzy dni zabawił w Tostes. Ponieważ Karol musiał objeżdżać swoich chorych, Emma dotrzymywała ojcu towarzystwa. Palił fajkę w jej pokoju, pluł w ogień, rozprawiał o gospodarstwie, o krowach, o cielętach, drobiu i radzie gminnej, tak że gdy wreszcie odjechał, Emma zamknęła za nim drzwi z uczuciem zadowolenia, któremu się sama dziwiła. Zresztą, nie ukrywała swej pogardy dla nikogo ani dla niczego i czasami pozwalała sobie na wyrażanie osobliwszych zdań: ganiła to, co wszyscy chwalili, a pochwalała rzeczy przewrotne i niemoralne; mąż, słysząc to, robił wielkie oczy.

Czyż ta nędza wiecznie trwać miała? Czyż nie było już dla niej żadnego wyjścia? A przecież nie gorsza była od tych wszystkich kobiet, które żyły szczęśliwie! Przypominała sobie w la Vaubyessard księżne, które mogły jej pozazdrościć kibici i nie odznaczały się wcale wytwornym obejściem i zżymała się na niesprawiedliwość Boga; opierała głowę o ścianę i płakała rzewnie; zazdrościła hucznego życia, nocy balowych, tajemniczych i zakazanych rozkoszy ze wszystkimi upojeniami, jakich nie znała, a jakie one dawać musiały.

Pobladła i cierpiała na bicie serca. Karol przepisał jej walerianę i kamforowe kąpiele. Wszystko, co jej radzono, drażniło ją bardziej jeszcze.

Bywały dni, gdy rozprawiała z gorączkową gadatliwością; po tych wybuchach wpadała nagle w stan odrętwienia, podczas którego nie mówiła i nie ruszała się wcale. Orzeźwiało ją wtedy tylko oblewanie ramion wodą kolońską.

Ponieważ ciągle wyrzekała na Tostes, Karol wyobraził sobie, że przyczyna jej choroby leżała zapewne w jakimś wpływie miejscowym i uchwyciwszy się tego urojenia, jął na serio myśleć o przeniesieniu się w inną okolicę.

W tym czasie Emma, ażeby schudnąć, zaczęła pić ocet, dostała suchego kaszlu i straciła zupełnie apetyt.

Przykro było Karolowi opuszczać Tostes po czteroletnim pobycie, właśnie w chwili kiedy już wyrobił sobie stanowisko. Lecz tak być musiało! Zawiózł żonę do Rouen, do swego dawnego profesora. Była to choroba nerwowa: zmiana powietrza będzie najlepszym na to lekarstwem.

Zasięgając tu i ówdzie wiadomości, Karol dowiedział się, że w okręgu neufchatelskim znajdowało się spore miasteczko zwane Yonville l’Abbaye, z którego lekarz, polski emigrant, wyniósł się w zeszłym tygodniu. Napisał zaraz do miejscowego aptekarza z zapytaniem, jaka była liczba ludności miasteczka, jak daleko mieszkał najbliższy kolega, ile miał rocznego dochodu poprzedni lekarz etc., a po odebraniu zadowalających odpowiedzi postanowił przenieść się tam na wiosnę, jeżeliby się zdrowie żony nie poprawiło.

 

Pewnego dnia, porządkując w szufladzie w przewidywaniu bliskiego wyjazdu, Emma pokłuła sobie palce o coś ostrego. Był to drucik od jej ślubnego bukietu. Pączki pomarańczowego kwiatu szare były od kurzu, a wstążeczki atłasowe, przetykane srebrem, powystrzępiały się na brzegach. Rzuciła bukiet w ogień. Zajął się płomieniem prędzej niż sucha słoma. Niebawem wyglądał jak czerwony krzaczek na popiele, trawiący się powoli. Patrzyła na to zniszczenie. Kuleczki tekturowe pękały, druciki się skręcały, złoto topniało, a papierowe listki, zwęglone, zakołysawszy się nad płomieniem, jak czarne motyle, uleciały w górę przez komin.

Kiedy wyjechali w marcu z Tostes, pani Bovary była przy nadziei.

CZĘŚĆ DRUGA

I

Yonville l’Abbaye (tak zwane z powodu dawnego opactwa kapucynów, którego nawet ślady już zaginęły) jest miasteczkiem odległym o osiem mil od Rouen, na drodze z Abbeville do Beauvais, w głębi doliny, przez którą przepływa rzeczka Rieule, wpadająca do Andelle. Przy ujściu tej rzeczki stoją trzy młyny, koło których chłopaki wiejskie co niedziela łowią na wędkę pstrągi.

Niedaleko od Boissière zjeżdżamy z gościńca i jedziemy bocznymi drogami aż do Leux, skąd otwiera się widok na dolinę. Przepływająca przez tę dolinę rzeka dzieli ją na dwie odmienne strefy: po lewej stronie same pastwiska, po prawej same grunta orne. Łąka biegnie równolegle do szeregu niskich pagórków, łącząc się na zachód z pastwiskami wioski Bray, podczas gdy od strony wschodniej równina rozszerza się i jak wzrok dosięgnąć może rozpościera płowe pola zbożowe. Woda, płynąca na skraju zieleni, białą smugą oddziela barwę łąk i pól uprawnych, przez co krajobraz staje się podobny do wielkiego rozpostartego płaszcza z zielonym aksamitnym kołnierzem, obszytym srebrnym galonem.

Na krańcach horyzontu widnieją dęby lasu Argueil, wraz z pochyłościami wzgórza St. Jean, poprzerzynanymi od góry do dołu długimi czerwonymi pasami; są to ślady deszczów, a te ceglaste odcienia, odbijające się wąskimi smugami od szarego tła wzgórz, pochodzą od mnóstwa żelaznych źródeł, w które obfituje okolica.

Znajdujemy się tu na granicy Normandii, Pikardii i Ile-de-France. Kraj nie ma wyraźnego charakteru ani mieszkańcy właściwego akcentu. Tu robią najgorsze sery neufchatelskie z całego okręgu; uprawa zaś roli bardzo jest kosztowna, gdyż potrzeba wiele nawozu dla użyźnienia tych gruntów miałkich, pełnych piasku i kamyków.

Aż do roku 1835 nie było wcale znośnej drogi do Yonville; około tego czasu dopiero zbudowano drogę gminną pierwszej klasy, łączącą Abbeville z Amiens, która służy niekiedy do przejazdu furmanów, udających się z Rouen do Flandrii. Yonville nie podniosło się jednak wcale, pomimo nowo otwartej drogi. Zamiast ulepszać grunta, rolnicy główną uwagę zwracają na siano, chociaż ceny są coraz niższe. Leniwe miasteczko oddala się od równiny i rozszerza powoli w stronę rzeki. Widać je już z daleka; rozciąga się wzdłuż wybrzeża, niby pastuch, wypoczywający nad brzegiem wody.

Poniżej mostu poczyna się bity gościniec, wysadzony młodą osiczyną, prowadzący do pierwszych zabudowań. Są one opasane płotami, otoczone podwórzami, w środku których mieszczą się budynki gospodarskie, tłokarnie, wozownie i stodoły, rozrzucone pod drzewami obwieszonymi drabinami, kosami i żerdziami. Dachy przykryte słomą, jakby futrzanymi czapkami nasuniętymi na oczy, dosięgają prawie niskich okienek, których grube szyby mają pośrodku wypukłości jak spody butelek. Do tynkowanej ściany, z czarnymi belkami na krzyż, przyczepia się niekiedy nędzna grusza, a dolne izby mają u wejścia ruchome zagrody dla ochrony od kurcząt, które przychodzą na próg dziobać chleb, maczany w jabłeczniku. Im dalej, tym podwórza stają się ciaśniejsze, domy się zbliżają, płoty nikną, pęk paproci kołysze się nad oknem na kiju od szczotki; jest to kuźnia kowala, a dalej szopa kołodzieja, przed którą stoi kilka nowych wozów. Jeszcze dalej ukazuje się za sztachetami biały domek, a przed nim okrągły trawnik, ozdobiony gipsowym amorkiem, trzymającym palec przy ustach; dwa wazony z lanego metalu zdobią ganek, tarcze błyszczą przed drzwiami: jest to dom najpiękniejszy w całym mieście, dom rejenta.

Kościół znajduje się po drugiej stronie ulicy, o dwadzieścia kroków od rynku. Cmentarzyk, który go otacza, opasany niskim murem tak jest przepełniony grobami, że stare kamienie zrównane z ziemią tworzą jeden ciąg płyt kamiennych, wśród których trawa wyrysowała zielone kwadraty. Kościół odbudowany został na nowo w ostatnich latach panowania Karola X. Drewniane jego sklepienie zaczyna próchnieć od góry i w niektórych miejscach widać już czarne szpary na szafirowym tle. Ponad drzwiami jest rodzaj chóru dla mężczyzn, dokąd prowadzą kręte schodki.

Promienie słoneczne, wpadające przez wielkie podłużne okno, oświetlają ławki, umieszczone bokiem do ścian, wysłane matami ze słomy; u góry na oparciach widnieją napisy: „Ławka pana...”. Dalej, w miejscu gdzie nawa się zwęża, stoi konfesjonał naprzeciw posągu Najświętszej Panny w atłasowej sukni w welonie ze srebrnymi gwiazdami z policzkami czerwonymi jak u bożka z wysp Sandwich; wreszcie perspektywę zamyka kopia „Św. Rodziny, ofiarowana przez pana ministra spraw wewnętrznych”, umieszczona nad wielkim ołtarzem pomiędzy czterema świecznikami. Sosnowe stalle chóru nie zostały pomalowane.

Hale targowe, tj. strzecha oparta na kilkunastu słupkach, zajmują blisko połowę wielkiego rynku Yonville. Merostwo, zbudowane podług planu paryskiego architekta, ma kształt greckiej świątyni i tworzy róg ulicy obok domu aptekarza. Ma na dole trzy kolumny jońskie, a na pierwszym piętrze galerię sklepioną, której szczyt wieńczy kogut galijski, oparty jedną łapą na karcie konstytucyjnej, a w drugiej trzymający wagi sprawiedliwości.

Najbardziej jednak uderza każdego w Yonville apteka pana Homais wprost zajazdu „Pod Złotym Lwem”. Szczególniej wieczorem, kiedy lampy zostaną zapalone, a czerwone i zielone słoje, zdobiące wystawę sklepu, rzucają daleko na ulicę swe kolorowe światła! Przez okna widać wtedy, jakby w ogniach bengalskich, cień aptekarza opartego o pulpit. Cały dom od góry do dołu pokryty jest ogłoszeniami wypisanymi okrągłym angielskim pismem: „Wody Vichy, Selcerskie i Baréges, środki przeczyszczające, leki Raspaila, racahout arabskie, pastylki Darceta, ciasto Regnaulta, bandaże, kąpiele, czekolada zdrowia itd.”. A na szyldzie, zajmującym całą szerokość sklepu, widnieje napis wyryty złotymi głoskami: Homais, aptekarz. W głębi sklepu, za wielkimi wagami przymocowanymi do biurka, rzuca się w oczy napis „laboratorium” nad wielką szybą drzwi, na której w połowie wysokości powtarza się jeszcze raz złotymi głoskami nazwisko Homais.

Więcej już nie ma co widzieć w Yonville. Jedyna ulica, długa na odległość strzału i posiadająca kilka sklepów, kończy się nagle na zakręcie drogi. Idąc dołem od strony Św. Jana, zostawiamy ją na prawo i dochodzimy niebawem do cmentarza.

Podczas epidemii cholery zwalono część opasującego muru i dokupiono sąsiednie trzy akry gruntu w celu powiększenia siedziby umarłych, lecz ta nowa część pozostaje prawie niezajęta, gdyż groby, jak dawniej, cisną się wszystkie ku bramie. Stróż, który jest zarazem grabarzem i dzwonnikiem przy kościele (odnosząc w ten sposób podwójny dochód z nieboszczyków parafii), korzysta z próżnego gruntu i sadzi na nim kartofle. Pole jego wszakże zmniejsza się z każdym rokiem, a podczas epidemii sam nie wie, czy ma się cieszyć z pogrzebów, czy smucić z przybywających grobów.

– Żywisz się zmarłymi, Lestiboudois – rzekł mu raz proboszcz.

To ponure słowo zastanowiło go; zaprzestał na pewien czas swego przemysłu, lecz dziś sadzi znowu swoje kartofle, utrzymując bez zająknienia, że same wyrastają.

Od czasu wypadków, jakie tu zamierzamy opowiedzieć, nic nie zmieniło się w Yonville. Trójkolorowa blaszana chorągiewka obraca się jak zawsze na wierzchu dzwonnicy kościelnej; nad sklepem galanteryjnym powiewają te same dwie wstążki; embriony aptekarza, podobne do białej hubki, psują się coraz bardziej w mętnym spirytusie, a ponad główną bramą zajazdu stary lew złoty, wyblakły od deszczów, pokazuje jak zawsze przechodniom swą kędzierzawą grzywę.

Wieczorem w dzień przyjazdu państwa Bovary do Yonville właścicielka zajazdu, pani Lefrançois, była tak zajęta, że cała w potach stała nad swymi rondlami. Jutro miał być w miasteczku dzień targowy. Trzeba było zawczasu podzielić mięso, oczyścić kurczęta, przyprawić zupę i ugotować kawę. Musiała nadto myśleć o obiedzie dla swoich stołowników, doktora, jego żony i służącej; w sali bilardowej rozlegały się głośne śmiechy; trzech młynarzy w pierwszej sali wołało o wódkę; drzewo trzaskało na kominie, a na długim stole kuchennym, pomiędzy ćwiartkami surowej baraniny, piętrzyły się stosy talerzy, drżące od uderzeń tasaka, którym siekano szpinak. Z podwórza dochodził krzyk kur, które służąca goniła z nożem w ręku.

Mężczyzna w zielonych skórzanych pantoflach, z twarzą ospowatą, w aksamitnej czapeczce ze złotym kutasem na głowie, grzał się przy kominie. Twarz jego wyrażała zupełne zadowolenie z siebie; miał wygląd tak spokojny, jak szczygieł zawieszony w klatce drucianej nad jego głową: był to aptekarz.

– Artemizo! – wołała gospodyni zajazdu – ty latawcze! – Napełnij karafki, przynieś wódki, pospiesz się! Gdybym chociaż wiedziała, jaki deser podać tym oczekiwanym gościom!.. Miłosierny Boże! Furmani zaczynają znowu swoje hałasy przy bilardzie! A bryka ich stoi pod bramą! „Jaskółka” gotowa ją rozbić, gdy nadjedzie! Zawołaj Hipolita, żeby ją wprowadził!... Niech pan sobie tylko wyobrazi, panie Homais, że ci ludzie rozegrali piętnaście partii i wypili osiem kwart jabłecznika!... Ależ poniszczą mi bilard!... – mówiła dalej, patrząc na nich z daleka z warząchwią w ręku.

– Nie byłoby to zbyt wielkie nieszczęście – odparł pan Homais – kupiłaby pani sobie inny.

– lnny bilard! – wykrzyknęła wdowa.

– Bo ten już nic nie wart... powtarzam, pani sama szkodzi sobie, bardzo nawet szkodzi. A przy tym, widzi pani, dziś amatorowie przekładają wąskie torebki i ciężkie kije. Nie grają już teraz w kule, czasy się zmieniły. Trzeba iść z postępem wieku! Niech się pani zapatruje na Telliera...

Oberżystka zaczerwieniła się z gniewu. Aptekarz powiedział jeszcze:

– Niech pani utrzymuje, co chce, lecz jego bilard jest ładniejszy i niechby mu tylko przyszła myśl urządzić patriotyczną składkę na korzyść polskich wychodźców lub dotkniętych powodzią liończyków...

– My się takich łapserdaków nie obawiamy! – przerwała oberżystka, wzruszając grubymi ramionami. – Niech pan da pokój – panie Homais, dopóki żyć będzie „Złoty Lew”, dopóty ludzie odwiedzać go nie przestaną. Na mocnych stoimy nogach, panie Homais! To nie „Kawiarnia Francuska”, którą lada dzień zobaczycie zamkniętą, z odpowiednim ogłoszeniem na okiennicy!... Miałabym zmienić bilard... – ciągnęła dalej jakby sama do siebie – który jest tak dogodny do składania bielizny i na którym podczas polowań urządziłam posłanie dla sześciu myśliwych! Ale że ten bałwan Hivert nie przyjeżdża!

– Czy zaczeka pani na niego z obiadem? – zapytał aptekarz.

– Czekać? A cóż by na to powiedział pan Binet? Zobaczy go pan, jak tylko wybije szósta godzina, gdyż człowiek ten nie ma równego sobie na świecie pod względem punktualności. Musi mieć zawsze swoje miejsce w małej salce! Dałby się raczej zabić, niż usiąść gdzie indziej! A jaki wybredny! Jak trudno mu dogodzić! To nie pan Leon, który przychodzi o siódmej, czasem o wpół do ósmej i nie patrzy nawet na to, co je. Nieoszacowany młodzieniec! Nigdy nie podniesie głosu.

– Bo widzi pani, istnieje zawsze różnica pomiędzy starannie wychowanym człowiekiem a dawnym karabinierem, z którego zrobiono poborcę.

Wybiła szósta. Wszedł Binet.

Miał na sobie surdut granatowy, luźno wiszący na chudym ciele; spod skórzanej czapki z podniesionym daszkiem, z klapami spiętymi na wierzchu, widać było łyse czoło, wklęsłe od noszenia ciężkiego kasku. Nosił zawsze czarną sukienną kamizelkę, szare spodnie i o każdej porze roku pięknie wyglansowane buty z dwoma wydęciami od wystających wielkich palców. Ani jeden włosek nie występował za linię jego płowych faworytów, które, okalając dolną szczękę, tworzyły starannie utrzymaną ramę dla długiej bladej twarzy o małych oczkach i garbatym nosie. Wprawny we wszystkie gry w karty, zawołany myśliwy i dobry kaligraf miał niewielką tokarnię i bawił się toczeniem kółek do serwet, którymi napełniał dom swój z zazdrością artysty i samolubstwem mieszczucha.

Zwrócił się prosto do małej salki, lecz trzeba było najpierw wyprowadzić z niej trzech młynarzy; przez cały czas, póki nakrywano, Binet siedział milczący na swoim miejscu przy piecu, potem jak zwykle zamknął drzwi i zdjął czapkę.

 

– Ten przynajmniej nie zużyje sobie języka na grzeczności – powiedział aptekarz, zostawszy znów sam na sam z oberżystką.

– Nigdy nie bywa rozmowniejszy – odrzekła – przeszłego tygodnia było tu dwóch podróżujących ajentów, naopowiadali wieczorem tysiące zabawnych rzeczy, z których do łez się uśmiałam; on tymczasem siedział milczący jak ryba.

– Tak jest – potwierdził aptekarz – umysł ciasny, żadnego dowcipu, żadnej cechy człowieka towarzyskiego.

– Mówią jednak, że ma zdolności – wtrąciła oberżystka.

– Zdolności? – odparł pan Homais – on zdolności? Chyba w swoim fachu – dodał z większym spokojem. Po chwili znów zaczął mówić:

– Rozumiem, że taki np. kupiec, mający rozległe stosunki, prawnik, lekarz, aptekarz, mogą być tak zajęci, że stają się roztargnieni, czasem nawet opryskliwi, w historii mamy wiele takich przykładów! Ale ci ludzie myślą przynajmniej o czymśkolwiek. Nawet mnie samemu zdarzyło się niekiedy szukać pióra na biurku, gdy je miałem za uchem!

Pani Lefrançois wyszła w końcu na próg zobaczyć, czy nie nadjeżdża „Jaskółka”. Nagle drgnęła i cofnęła się. Mężczyzna czarno ubrany wszedł do kuchni. W półcieniu zapadającego zmroku można było dostrzec tylko jego rumianą twarz i atletyczną postawę.

– Czym mogę służyć księdzu proboszczowi? – zapytała oberżystka, biorąc z komina jeden z ustawionych tam rzędem mosiężnych lichtarzy – może szklaneczkę wiśniaku albo kieliszek wina?

Ksiądz uprzejmie podziękował za wszystko. Zapomniał wczoraj parasola w klasztorze Ernemont i prosił panią Lefrançois, by mu go odesłała wieczorem do probostwa, gdyż teraz musi iść do kościoła, gdzie właśnie dzwoniono na Anioł Pański.

Skoro umilknął odgłos kroków proboszcza, aptekarz zwrócił uwagę na niestosowność jego zachowania się przed chwilą. Odmowa przyjęcia czegokolwiek wydawała mu się najwstrętniejszą obłudą; wiadomo przecież było, że księża pijali dobrze po kryjomu i że radzi by powrócić do czasów dziesięcin.

Oberżystka stanęła w obronie proboszcza.

– Zresztą – dodała – czterech takich jak pan przełożyłby przez kolano. Przeszłego roku pomagał naszym ludziom przy znoszeniu słomy; brał po sześć wiązek naraz, tak jest silny!

– Wyśmienicie! – krzyknął aptekarz. – Posyłajże tu córki do spowiedzi do tak zbudowanych księży! Gdyby ode mnie zależało, wydałbym rozporządzenie, żeby księżom raz na miesiąc puszczano krew. Tak jest, pani Lefrançois, co miesiąc dobrą dozę krwi w interesie publicznego bezpieczeństwa i dobrych obyczajów!

– Dałby też pan pokój, panie Homais! Pan jest bezbożnikiem! Pan nie uznaje religii!

Aptekarz odpowiedział:

– I owszem, ja uznaję religię, mam swoją religię, mam jej nawet więcej od nich wszystkich! Ja wielbię Boga! Wierzę w Istotę Najwyższą, w Stwórcę, który nas tu umieścił, abyśmy spełniali obowiązki obywatela i ojca rodziny; lecz nie uważam za potrzebne całować w kościołach srebrne blachy i krwawo zapracowanym groszem tuczyć stado darmozjadów, którzy lepiej żyją od nas! Albowiem Bogu można cześć składać w lesie i na polu lub też wpatrując się w sklepienie gwiaździste, jak to czynili starożytni. Mój Bóg jest Bogiem Sokratesa, Franklina, Woltera i Bérangera! Jestem zwolennikiem wyznania wiary wikarego sabaudzkiego i nieśmiertelnych zasad 89 roku! Nie przyznaję również poczciwiny Pana Boga, przechadzającego się w ogródku z konewką w ręku, który swych przyjaciół umieszcza w brzuchach wielorybów, umiera, wydając okrzyk i zmartwychwstaje po trzech dniach; są to rzeczy nierozumne same przez się i zresztą zupełnie sprzeczne z prawami fizycznymi; poza tym wykazują jasno, że księża hołdowali zawsze najwstrętniejszemu obskurantyzmowi i chcieli w nim pogrążyć wszystkie narody.

Zamilkł, szukając wzrokiem słuchaczy dokoła siebie, gdyż wpadłszy w zapał, sądził przez chwilę, iż się znajduje na posiedzeniu rady municypalnej. Lecz oberżystka już nie słuchała; cała jej uwaga była zajęta dosłyszanym z daleka odgłosem. Słychać było turkot powozu z towarzyszącym mu brzękiem łańcuchów po bruku i wreszcie „Jaskółka” stanęła przed bramą zajazdu.

Było to żółte pudło, ustawione na dwóch wielkich kołach, które, sięgając aż do wysokości budy, przeszkadzały podróżnym patrzeć na drogę i obryzgiwały im ramiona. Kiedy powóz był zamknięty, małe szybki po bokach trzęsły się w swych ramach; prawie całe pokryte były zaschłem błotem, na pokładzie kurzu, którego nawet ulewne deszcze zmyć nie mogły. Wehikuł ten zaprzężony był w trzy konie, z których jeden szedł na przodzie; zjeżdżając z góry, powóz uderzał dnem o ziemię i wstrząsał całym pudłem.

Kilku mieszczan pospieszyło na plac; mówili jeden przez drugiego, pytając o nowiny i sprawunki, żądając objaśnień: Hivert nie wiedział, komu ma najpierw odpowiadać. Załatwiał on w mieście wszystkie interesa miejscowe. Chodził do sklepów i przywoził skóry dla szewca, żelazo dla kowala, baryłkę śledzi dla swojej pani, kapelusze od modystki, peruki od fryzjera; po drodze rozdawał paczki, gdzie należało, przerzucając je z kozła przez ogrodzenie i krzycząc na całe gardło, podczas gdy konie szły samopas.

Wypadek spowodował opóźnienie Jaskółki: charciczka pani Bovary uciekła w pole. Gwizdano na nią przez cały kwadrans. Hivert zawrócił nawet na ćwierć mili, gdyż wydawało mu się co chwila, że ją spostrzega, lecz wreszcie trzeba było jechać dalej. Emma płakała i uniosła się nawet, oskarżając Karola o to nieszczęście. Pan Lhereux, kupiec bławatny, odbywający razem podróż, próbował ją pocieszyć przytaczaniem licznych przykładów o zgubionych psach, które po długich latach wróciły do swego pana. Opowiadał, iż jedno z tych zmyślnych zwierząt powróciło z Konstantynopola do Paryża. Inny pies zrobił pięćdziesiąt mil drogi w prostej linii i cztery rzeki wpław przebył; własny jego (pana Lhereux) ojciec miał pudla, który po dwunastoletniej nieobecności skoczył mu na plecy wieczorem, na ulicy, gdy ten szedł na obiad.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?