Pani Bovary

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I znienawidziła ją instynktownie. Zrazu pozwalała sobie tylko na ogólnikowe przymówki. Karol ich wcale nie rozumiał; następnie szukała ulgi w ostrych przycinkach, które puszczał mimo uszu w obawie burzy; wreszcie uciekła się do stanowczych wyrzutów, na które nie wiedział, co odpowiedzieć. Po co jeździ ciągle do Bertaux, kiedy pan Rouault już wyzdrowiał? Ci ludzie nawet mu jeszcze nie zapłacili! A! Bo tam jest pewna osoba, która umie prowadzić rozmowę, hafciarka, mądrala! To mu się podobało: potrzeba mu miejskich panienek! I zaraz dodawała:

– Córka starego Rouaulta, miejską panienką! Dobry Boże! Dziadek ich był pastuchem i mają krewnego, który o mało co pod sąd się nie dostał za karczemną burdę. Jest też komu tony pokazywać i przychodzić w niedzielę do kościoła w jedwabnej sukni jak jaka hrabina! Zresztą jest to biedak i gdyby nie przeszłoroczny rzepak, miałby niemały kłopot, skąd wziąć pieniędze na zapłacenie zaległych rat dzierżawnych!

Dla spokoju Karol przestał jeździć do Bertaux. Heloiza po gwałtownej scenie łez i pocałunków, w chwili wielkiego wybuchu miłości, z ręką na książce do nabożeństwa kazała mu przysiąc, że więcej tam nie pojedzie. Zrobił więc, co chciała, lecz całą siłą pragnienia protestował przeciwko służalstwu swego postępowania; i przez rodzaj naiwnej hipokryzji osądził, że ten zakaz widywania jej był dlań niejako prawem do miłości. Nadto wdowa była chuda, miała długie zęby, o każdej porze roku nosiła mały czarny szalik, którego końce spadały jej pomiędzy łopatki; kibić jej sztywna uwięziona była zawsze w sukni podobnej do futerału, krótkiej do kostek, spod której wyglądały wstążki jej szerokich trzewików, skrzyżowane na popielatych pończochach.

Matka Karola odwiedzała ich niekiedy, lecz po niejakim czasie synowa przerobiła ją na swój sposób; wzięły go we dwa ognie i męczyły swymi uwagami i przestrogami. Po co tak wiele jadł? Po co pierwszego lepszego częstował wódką? Co za upór, żeby nie chcieć nosić flanelowego kaftanika!

Zdarzyło się, że z początkiem wiosny rejent z Ingouville, u którego złożone były fundusze wdowy Dubuc, wsiadł na statek i popłynął z pomyślnym wiatrem, zabrawszy ze sobą wszystkie pieniądze. Heloiza posiadała wprawdzie, oprócz udziału w statku, ocenianego na 6000 franków, jeszcze dom przy ulicy Św. Franciszka; jednakże z całego tego tak osławionego majątku, nie wniosła nic do wspólnego gospodarstwa prócz niewielkiej ilości sprzętów i gałganów. Należało rzecz tę wyjaśnić. Dom w Dieppe okazał się obciążony długami hipotecznymi. Bogu tylko było wiadomo, co złożyła u rejenta, a udział w statku nie przekraczał 1000 franków. Jejmość więc skłamała! Pan Bovary w słusznym oburzeniu rozbił krzesło o podłogę i oskarżył żonę, że uczyniła syna nieszczęśliwym, sprzęgając go z tą starą szkapą, której skóra nie starczyła za wyprawę. Udali się oboje do Tostes. Nastąpiły objaśnienia, a po nich gwałtowne sceny. Heloiza zalana łzami rzuciła się w objęcia męża, zaklinając go, aby ją bronił przed rodzicami. Karol spróbował za nią przemówić. Rodzice rozgniewali się i odjechali.

Ale cios był zadany. W tydzień później, rozwieszając bieliznę na podwórzu, Heloiza dostała krwotoku płucnego i nazajutrz, w chwili gdy Karol odwrócił się dla spuszczenia firanki, wyrzekła:

– Ach, mój Boże! – westchnęła i omdlała... Już nie żyła. Co za dziw!

Gdy na cmentarzu wszystko zostało ukończone, Karol powrócił do siebie. Nie zastał nikogo na dole; wszedł na pierwsze piętro do sypialni, gdzie zobaczył zawieszoną jeszcze u drzwi alkowy suknię swej żony, wtedy wsparłszy się o biurko, pozostał do wieczora pogrążony w bolesnej zadumie. Ona go jednak kochała.

III

Jednego poranku ojciec Rouault przyniósł Karolowi zapłatę za wyleczoną nogę: siedemdziesiąt pięć franków srebrnymi dwufrankówkami i tuczonego indyka. Dowiedział się o jego nieszczęściu i starał się go pocieszyć, jak mógł najlepiej.

– Ja wiem, co to jest! – Mówił, uderzając go po ramieniu. – Ja też przez to samo przechodziłem! Gdym stracił moją biedną nieboszczkę, chodziłem po polach, szukając samotności; rzucałem się pod drzewo, płakałem, wzywałem Pana Boga, mówiłem mu głupstwa, chciałem schować się pod ziemię jak kret, pragnąłem śmierci. A pomyślawszy, że w tej samej chwili drudzy mają obok siebie ukochane żoneczki, które mogą ściskać, kiedy chcą, uderzałem laską w ziemię, byłem jak obłąkany, jeść nie mogłem, sama myśl pójścia do kawiarni przejmowała mnie wstrętem... I cóż powiesz? Powoli dzień za dniem upływał, wiosna następowała po zimie i jesień po lecie, wszystko to rozeszło się po trochu, po odrobinie... to jest zmniejszyło się, bo zawsze pozostało coś w głębi... niby ciężar na piersiach! Ale ponieważ wszyscy podlegamy temu samemu losowi, nie trzeba się oddawać zbytniej żałości i chcieć umierać dlatego, że drudzy umierają... Trzeba się z tego otrząsnąć, panie Bovary, to przejdzie... Przyjdź pan do nas: moja córka nieraz pana wspomina i mówi, żeś pan o nas zapomniał. Wkrótce nadejdzie wiosna, puścimy panu dla rozrywki królika.

Karol usłuchał przyjacielskiej rady. Pojechał w odwiedziny do Bertaux; zastał wszystko tak samo, jak było wczoraj, to jest, jak przed pięciu miesiącami. Drzewa gruszkowe już kwitły, a poczciwiec Rouault, ciągle na nogach, ożywiał cały folwark swą ruchliwością.

Uważając za swój obowiązek okazywać jak najwięcej grzeczności lekarzowi, ze względu na jego smutne położenie, prosił go, by nie zdejmował czapki, mówił do niego zniżonym głosem jak do chorego i nawet rozgniewał się trochę, że nie przygotowano na cześć jego coś wykwintniejszego, chociażby kremu ze śmietany lub kompotu z gruszek. Opowiadał zajmujące historie. Karol rozweselił się na chwilę, lecz wspomnienie żony wróciło nagle i zasępiło go! Przyniesiono kawę, zapomniał znowu o swym zmartwieniu.

Coraz mniej o nim myślał, w miarę jak się przyzwyczajał żyć samotnie. Nie znana mu dotąd przyjemność niezależności uczyniła samotność znośniejszą. Mógł teraz dowolnie zmieniać swoje godziny obiadowe, wychodzić i powracać bez opowiadania się komukolwiek i wyciągać swobodnie na łóżku, gdy był zmęczony. Pieścił się więc, dogadzał sobie i przyjmował pociechy, jakich mu udzielano. Z drugiej strony, śmierć żony nie zaszkodziła mu w jego zawodzie, gdyż powtarzano przez cały miesiąc: „Biedny człowiek, co za nieszczęście!”. Imię jego nabrało rozgłosu, praktyka się zwiększyła; nadto mógł odwiedzać Bertaux, ile razy mu się podobało. Czuł jakąś niewyraźną nadzieję, jakieś nieokreślone szczęście, zdawało mu się, iż jest przystojniejszy, gdy przyczesywał faworyty przed zwierciadłem.

Jednego dnia przybył do Bertaux około trzeciej po południu; wszedł do kuchni, lecz zrazu nie spostrzegł Emmy, gdyż okiennice były przymknięte. Przez szpary w drzewie słońce wyciągało na podłodze długie wąskie smugi, które załamywały się na sprzętach i drżały na suficie. Muchy na stole właziły na szklanki i brzęczały, topiąc się w resztkach jabłecznika, pozostałego na dnie. Światło, wpadające przez komin, nadawało aksamitny połysk sadzom osiadłym na blasze i niebieskawy odcień zimnym popiołom. Emma szyła pomiędzy oknem a kominem; nie miała chusteczki na szyi z powodu upału, a na obnażonych jej ramionach błyszczały drobne kropelki potu.

Zobaczywszy gościa, chciała go zaraz czym poczęstować podług wiejskiego obyczaju. Podziękował, ona nalegała i wreszcie śmiejąc się, oświadczyła, że napije się z nim razem likieru. Poszła więc do szafy po butelkę curaçao, przyniosła dwa małe kieliszki, jeden napełniła po same brzegi, do drugiego wlała parę kropel, trąciwszy się nim, podniosła kieliszek do ust. Ponieważ był prawie próżny, przechyliła w tył głowę i z wyciągniętymi ustami śmiała się, mówiąc, że nic nie czuje, podczas gdy końcem języka, wysuniętego spomiędzy drobnych ząbków, dotykała spodu kieliszka.

Usiadła wreszcie i wzięła porzuconą na chwilę robotę; była to biała bawełniana pończoszka, którą cerowała; pracowała ze spuszczoną głową i milczała; Karol także nic nie mówił. Przeciąg spod drzwi pędził kurz po kamiennych płytach, Karol przypatrywał się machinalnie, słuchając tylko bicia własnego serca i gdakania kury, która się niosła gdzieś w podwórzu. Emma od czasu do czasu chłodziła sobie policzki dłonią, którą przykładała później do żelaznych prętów na kominie.

Skarżyła się, że od początku wiosny cierpi na zawroty głowy i zapytywała, czyby jej nie służyły morskie kąpiele, opowiadała mu potem o klasztorze, a on nawzajem mówił o swych szkolnych czasach i rozgadali się. Zaprowadziła go do swego pokoju. Pokazała mu nuty, książki, które otrzymała jako nagrodę, i wieńce z dębowych liści, schowane na dole w szafie. Opowiadała mu o swej matce, o cmentarzu i pokazała nawet w ogrodzie grządkę, z której zrywała kwiaty pierwszego piątku każdego miesiąca dla strojenia nimi grobu matki. Lecz ogrodnik nic się na tym nie znał, wszyscy są niezręczni! Bardzo by chciała chociaż przez zimę mieszkać w mieście, jakkolwiek długość pięknych dni czyni wieś jeszcze nudniejszą w porze letniej, a stosownie do tego, co mówiła, głos jej był czysty, przenikliwy lub nagle stawał się omdlewający, nabierał modulacji, przechodząc w szept prawie, jak gdyby sama do siebie mówiła. Albo wesoła otwierała zaciekawione oczy, albo, przymykając powieki, patrzyła znudzonym wzrokiem, wybiegając myślą gdzieś daleko.

Powróciwszy do domu wieczorem, Karol przypominał sobie wszystkie jej słowa, usiłując je odtworzyć na powrót, dopełnić ich znaczenie, aby mógł poznać życie, jakie prowadziła wtedy, gdy jeszcze jej nie znał. Lecz zawsze wyobrażał ją sobie taką, jaką widział pierwszy raz lub jak była przed chwilą. Potem zadawał sobie pytanie, co się z nią stanie, jeżeli pójdzie za mąż, i za kogo. Niestety! Ojciec Rouault był bardzo bogaty, a ona... ona tak piękna! Lecz twarz Emmy stawała mu ciągle przed oczyma, a głos monotonny jak brzęczenie muchy powtarzał mu nieustannie: „A gdybyś ty się z nią ożenił? Gdybyś ty się ożenił?”. W nocy spać nie mógł, w gardle go ściskało, czuł pragnienie; wstał, żeby się napić, i otworzył okno; niebo zasiane było gwiazdami, wiatr ciepły powiewał, z daleka słychać było szczekanie psów. Obrócił głowę w stronę folwarku Bertaux.

 

Pomyślawszy, że przecież nie ma nic do stracenia, Karol postanowił się oświadczyć, gdy się zdarzy sposobność, lecz ilekroć się zdarzyła, zamykała mu usta obawa, że nie znajdzie odpowiednich słów dla oświadczyn.

Ojciec Rouault pozbyłby się chętnie swej córki, która niewielką była w domu pomocą. Tłumaczył ją w duchu tym, że miała zbyt wiele wykształcenia dla gospodarstwa na roli, co podług niego było najnędzniejszym zajęciem na świecie, ponieważ nie widziano jeszcze nigdy rolnika milionerem. Zamiast się wzbogacić, przeciwnie, tracił z każdym rokiem, bo chociaż celował w handlu, mając upodobanie do kupieckiej przebiegłości i dowcipu, do właściwego prowadzenia gospodarstwa oraz do zarządzania folwarkiem był uzdolniony mniej niż ktokolwiek inny. Lubił trzymać ręce w kieszeni i nie żałował pieniędzy na wydatki domowe, chcąc dobrze zjeść, dobrze się wyspać, mieć ciepło w mieszkaniu. Lubił mocny jabłecznik, tłustą baraninę, dobry krem ze śmietany. Jadał zwykle w kuchni, sam jeden, na wprost komina, na stoliku, który mu przynoszono już zastawiony, jak w teatrze.

Gdy więc zauważył, że Karol czerwienił się przy córce, co znaczyło, że lada dzień poprosi o jej rękę, naprzód obmyślił całą sprawę. Był wprawdzie trochę chuderlawy, wolałby mieć innego zięcia; lecz mówiono, że się dobrze prowadzi, że jest rozsądny, wykształcony i zapewne nie będzie wymagający względem posagu. Otóż, ponieważ ojciec Rouault zmuszony był sprzedać dwadzieścia dwa akry swego „majątku”, ponieważ winien był mularzowi i rymarzowi, i prasę w tłokarni trzeba było odnowić, więc powiedział sobie:

– Jeżeli się o nią oświadczy, to mu ją dam.

Około św. Michała Karol na trzy dni jechał do Bertaux. Ostatni dzień upłynął jak pierwsze, na odkładaniu stanowczej rozmowy z kwadransa na kwadrans. Ojciec Rouault odprowadzał go, postępowali obok siebie głęboko wyżłobioną drogą: chwila była odpowiednia. Karol naznaczył sobie termin u końca płotu, a gdy go minęli, wyszeptał:

– Panie Rouault, chciałbym panu coś powiedzieć...

Stanęli. Karol milczał.

– Ależ proszę mówić! Czy ja nie wiem, o co ci chodzi? – rzekł ojciec Rouault, uśmiechając się filuternie.

– Ojcze Rouault... ojcze Rouault... – jąkał się Karol...

– Ja nie mam nic przeciwko temu – ciągnął dalej dzierżawca. – Chociaż mała zapewne myśli tak samo, trzeba ją przecież zapytać o zdanie. Niech pan idzie, ja powrócę do domu. Jeżeli powie tak, nie potrzebuje pan wracać... gdyż ludzie... zresztą, to by ją zanadto wzruszyło. Żeby jednak pan sobie krwi nie psuł, otworzę okiennicę od kuchni; będzie pan to mógł zobaczyć, wychyliwszy się trochę zza płotu.

I oddalił się.

Karol przywiązał konia do drzewa, a sam stanął na czatach na ścieżce i czekał. Upłynęło pół godziny... potem przeliczył na zegarku dziewiętnaście minut. Wtem coś stuknęło; okiennica się otworzyła i uderzyła aż o ścianę.

Nazajutrz Karol o dziewiątej już był na folwarku. Emma zarumieniła się, skoro wszedł, i uśmiechała się zmieszana. Ojciec Rouault uściskał swego przyszłego zięcia. Wszelkie układy odłożono na później; było jeszcze dosyć czasu do obmyślenia wszystkiego, gdyż ślub nie mógł nastąpić przed ukończeniem żałoby Karola, to jest przed wiosną roku przyszłego.

Zima przeszła na tym oczekiwaniu. Panna Rouault zajmowała się swoją wyprawą. Część jej obstalowano w Rouen, koszule zaś i czepeczki szyła sama podług pożyczonych wzorów. Podczas odwiedzin Karola rozmawiano o przygotowaniach weselnych, układano, w którym pokoju nakryje się do stołu, ile trzeba będzie podać półmisków i jakie będą dania.

Emma wolałaby brać ślub o północy, przy pochodniach, lecz ojciec Rouault pojąć nie mógł jej zachcianki. Odbyło się wreszcie wesele, na które przybyły czterdzieści trzy osoby; goście siedzieli przy stole szesnaście godzin, ucztę powtarzano nazajutrz i przez kilka następnych dni.

IV

Zaproszeni przybyli wcześnie, powozami, jednokonnymi powozikami, dwukonnymi wózkami, starymi karetkami bez budy, brykami o skórzanych fartuchach, a młodzież z sąsiednich wiosek, stojąc na drabiniastych wozach, z rękami opartymi o drążki, aby nie upaść przy silniejszym wstrząśnieniu. Przyjeżdżano z dziesięciomilowego obwodu; z Goderville, z Normanville, z Cauy. Pospraszano wszystkich krewnych obydwu rodzin, pogodzono się z poróżnionymi przyjaciółmi, porozpisywano listy do znajomych od dawna straconych z oczu.

Co chwila słychać było trzaskanie z bicza za płotem; niebawem otwierały się wrota i wjeżdżał powozik. Pędząc galopem aż do pierwszego stopnia ganku, stawał nagle i wyrzucał napełniających go gości, którzy wysiadali z obydwóch stron, rozcierając sobie kolana i prostując ramiona. Panie w koronkowych czepeczkach miały suknie kroju miejskiego, złote łańcuszki przy zegarkach, pelerynki z końcami skrzyżowanymi u pasa lub kolorowe chusteczki przypięte z tyłu szpilką. Mali chłopcy, ubrani podobnie do swych ojców, wydawali się skrępowani w swych nowych kurtkach, niektórzy z nich nawet dopiero pierwszy raz w życiu mieli buty na nogach – obok nich widać było milczącą i nieśmiałą, w białej przydłużonej na tę uroczystość sukience od pierwszej komunii, czternasto lub szesnastoletnią dziewczynkę, zapewne kuzynkę ich lub starszą siostrę, czerwoną, zalęknioną, z włosami wysmarowanymi różaną pomadą, i w ciągłej obawie, żeby nie zabrudzić świeżych rękawiczek. Ponieważ nie było dosyć parobków do wyprzęgania koni, panowie zawijali rękawy i sami spełniali tę czynność. Stosownie do swego towarzyskiego położenia, mieli na sobie fraki, tużurki, kapoty, kurtki – ubrania odświętne, otoczone poważaniem całej rodziny, wychodzące z szaf tylko na wielkie uroczystości: tużurki z wielkimi połami rozwianymi na wietrze, z okrągłym kołnierzem, z kieszeniami szerokimi jak worki, kapoty z grubego sukna, zwykle w parze z czapeczką o miedzianej opasce nad daszkiem; kurtki bardzo krótkie, z dwoma guzikami w tyle, świecącymi jak para oczu; poły tych kurtek zdawały się wykrojone z jednej sztuki toporem ciesielskim. Niektórzy wreszcie (ale ci, rozumie się, zasiedli na szarym końcu stołu) mieli na sobie bluzy odświętne, to jest, z kołnierzem wyłożonym na ramiona, z fałdami na plecach, ściągnięte nisko wyszywanym pasem.

A gorsy od koszul na piersiach wydymały się jak pancerze! Wszyscy panowie byli świeżo ogoleni i ostrzyżeni, tak że uszy odstawały im od głowy; niektórzy nawet, wstawszy przed świtem i goląc się na wpół po ciemku, mieli kresy pod nosem lub pozdrapywaną skórę na policzkach; miejsca te, rozpłomienione od chłodnego wiatru podczas drogi, tworzyły różowe znaki na tych wszystkich białych rozradowanych obliczach.

Ponieważ merostwo znajdowało się tylko o pół mili od folwarku, udano się tam pieszo po dopełnieniu ślubu kościelnego. Orszak weselny, zrazu jednolity jakby jedna barwna wstęga wijąca się przez pole wzdłuż wąskiej ścieżki pośród zbóż zielonych, porozrywał się niebawem na pojedyncze gromadki, które rozmawiając, opóźniały się. Grajek szedł naprzód ze skrzypcami, ustrojonymi w barwne wstęgi; za nim postępowali nowożeńcy, dalej krewni, przyjaciele i znajomi, a dzieci pozostawały w tyle, bawiąc się zrywaniem kwiatków wśród owsa lub goniąc się za plecami starszych. Suknia Emmy, trochę powłóczysta, zaczepiała się o trawy; od czasu do czasu młoda oblubienica unosiła ją nieco i delikatnie oczyszczała z kolców ostu i innego zielska, podczas gdy Karol czekał z próżnymi rękoma, póki nie skończy. Ojciec Rouault w nowym kapeluszu na głowie i wyłogami od rękawów, spadającymi aż do paznokci, prowadził starszą panią Bovary. Pan Bovary ojciec, który, lekceważąc to całe towarzystwo, przybył w surducie wojskowego kroju, zapiętym na jeden rząd guzików, prawił przez drogę karczemne grzeczności młodej jasnowłosej wieśniaczce. Dziewczyna dygała, rumieniła się i nie wiedziała, co ma odpowiadać. Inni rozmawiali o swoich interesach lub płatali sobie wzajemnie figle, pobudzając się zawczasu do wesołości, a całemu temu gwarowi towarzyszyła ciągle muzyka skrzypka, który nie przestawał przygrywać. Ilekroć spostrzegł, że znacznie wszystkich wyprzedził, zatrzymywał się, nacierał smycze kalafonią, żeby lepiej mógł skrobać po strunach, po czym znowu szedł dalej, podnosząc i zniżając kolejno szyjkę swoich skrzypiec dla lepszego oznaczenia muzycznego rytmu. Dźwięki instrumentu wystraszały ptactwo, gnieżdżące się w krzakach przydrożnych.

Stół zastawiono pod szopą wozowni. Podano cztery pieczenie wołowe, sześć półmisków potrawki z kurcząt, duszoną cielęcinę, trzy ćwiartki baraniny; środek stołu zajmowało tłuste prosię pieczone, przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. W rogach stołu stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik pienił się w butelkach, a wszystkie kieliszki zostały już naprzód napełnione po same brzegi. Wielkie półmiski z żółtą galaretą, która kołysała się na wszystkie strony za najlżejszym poruszeniem stołu, przedstawiały na swej gładkiej powierzchni cyfry nowożeńców, ułożone z kolorowego maczku. Sprowadzono cukiernika z Yvetot, który upiekł torty i placki z owoców smażonych i orzechów. Ponieważ był to pierwszy jego występ w tej okolicy, pracował sumiennie, a na deser przygotował nawet arcydzieło, które wywołało głośne okrzyki podziwu. U dołu był czworokąt z niebieskiej tektury, przedstawiający świątynię z portykami, kolumnadą oraz posążkami z krochmalu, ustawionymi w niszach, usianych gwiazdami ze złotego papieru; wyżej stała wieża z ciasta śmietankowego, otoczona pomniejszymi warowniami ze smażonych owoców, migdałów, rodzynków i ćwiartek pomarańcz; wreszcie na samym wierzchu, przedstawiającym zieloną łąkę ze skałami i jeziorami z konfitur, po których pływały statki orzechowych łupin, widziano małego amorka, bujającego się na czekoladowej huśtawce, której dwa słupki zakończone były w miejsce kulek dwoma prawdziwymi pączkami róży.

Uczta trwała do samego wieczora. Kto się zmęczył siedzeniem, szedł się przechadzać po podwórzu lub zagrać w kręgle w stodole, po czym znów wracał do stołu. Niektórzy z gości zdrzemnęli się nawet i chrapali. Przy kawie dopiero wszystko się ożywiło, zaczęto śpiewać piosenki, mocowano się, podnoszono ciężary, próbowano dźwigać wozy na ramionach, dowcipkowano, całowano damy. W chwili odjazdu konie, napasione owsem, nie mieściły się w dyszlach; wierzgały, stawały dęba, aż pozrywały zaprzęgi, panowie przeklinali lub wybuchali śmiechem; przez całą noc po okolicznych drogach tętniły przy świetle księżyca wozy i wózki kobiet, które się wychylały, aby chwycić za lejce; wozy pędziły galopem po kałużach i kamieniach.

Ci, którzy pozostali w Bertaux, pili całą noc w kuchni folwarcznej. Dzieci pokładły się spać pod ławkami.

Panna młoda prosiła ojca, żeby jej oszczędzono żartów, wyprawianych podczas weselnych uroczystości. Jednakże jeden z krewnych, handlarz ryb morskich (który nawet przywiózł ich kilka na ślubny podarunek), zaczynał już wdmuchiwać do małżeńskiego pokoju wodę przez dziurkę od klucza, gdy ojciec Rouault nadszedł w sam czas, żeby go powstrzymać i wytłumaczyć mu, że poważne stanowisko zięcia nie pozwalało na takie nieprzyzwoitości. Kuzyn wszakże z trudnością uległ tym tłumaczeniom. Nazwał w duchu ojca Rouault dumnym i przyłączył się do kilku innych gości, którzy, dostawszy przypadkiem przy stole gorsze kawałki mięsa, stwierdzali, iż ich źle przyjęto i szydzili po cichu z gospodarza, życząc mu w skrytych słowach ruiny.

Starsza pani Bovary przez cały dzień ani ust nie otworzyła. Nie zasięgnięto jej rady ani co do ślubnego stroju synowej, ani co do urządzenia weselnej uczty, dlatego odjechała wcześnie. Małżonek zamiast jej towarzyszyć posłał po cygara do St. Victor i palił je do białego dnia, popijając grog z wiśniami, napój, nie znany reszcie towarzystwa; to ostatnie postawiło go jeszcze wyżej w oczach tych wszystkich poczciwców.

Karol nie był usposobienia żartobliwego; nie błyszczał też dowcipem podczas wesela. Odpowiadał z umiarkowaniem na docinki, dwuznaczniki, powinszowania i tłuste żarciki, jakimi go z obowiązku obsypywano od początku obiadu.

Za to nazajutrz stał się innym człowiekiem. Jego to raczej można by było wziąć za wczorajszą dziewicę, podczas gdy nowo zaślubiona nic po sobie odgadnąć nie dawała. Najprzenikliwsi nie wiedzieli, co mówić i, gdy przechodziła, wpatrywali się w nią z niesłychanym wytężeniem umysłu. Lecz Karol z niczym się nie ukrywał. Nazywał ją poufale swoją żoną, ciągle się o nią pytał, wszędzie jej szukał i często pociągał ją ze sobą na podwórze, gdzie go widziano z daleka, pomiędzy drzewami, jak ją wpół obejmował i nakrywał swą głową wycięcie stanika.

 

Nowożeńcy odjechali trzeciego dnia po weselu; Karol nie mógł na dłużej opuścić swych chorych. Ojciec Rouault odesłał ich powozikiem i odprowadził aż do Vassonville. Tam raz jeszcze uściskał córkę, wysiadł z powozu i pieszo wrócił do domu. Uszedłszy ze sto kroków, stanął, a spojrzawszy na oddalający się powozik, którego koła toczyły się wśród tumanów kurzu, westchnął głęboko. Potem przypomniał sobie swe własne wesele, swoje dawne czasy, pierwszą ciążę swej żony. On również był szczęśliwy w ten dzień, gdy ją przywiózł od ojca do swego domu. Było to około Bożego Narodzenia i pola pokryte były białym całunem; siedziała za nim na koniu i obejmowała go jednym ramieniem, w drugiej ręce trzymając koszyk; wiatr powiewał długimi koronkami jej normandzkiego czepeczka, które muskały go czasem po ustach, a gdy odwracał głowę, widział tuż przy swym ramieniu różową twarzyczkę, uśmiechającą się w milczeniu spod złotych ozdób czepeczka. Żeby ogrzać swe palce, kładła mu je od czasu do czasu na piersiach. Jakież to stare dzieje! Syn miałby dziś trzydzieści lat! Poczciwiec obejrzał się raz jeszcze i nic już nie zobaczył na drodze. Zrobiło mu się smutno jak w opustoszałym domu, a gdy tkliwe wspomnienia połączyły się z czarnymi myślami w umyśle, przyćmionym oparami uczty, przyszła mu na chwilę chęć przejścia się w stronę kościoła. Bojąc się jednak, aby ten widok bardziej go jeszcze nie zasmucił, powrócił prosto do domu.

Państwo Karolowie przybyli do Tostes około szóstej wieczorem. Sąsiedzi śpieszyli do okien, żeby zobaczyć nową małżonkę doktora.

Stara służąca wyszła na ich spotkanie, powitała nową panią, przepraszając, że obiad jeszcze nie gotowy, prosząc, aby pani tymczasem obejrzała swój dom.