Pani Bovary

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

Madame Bovary

Na okładce:

kadr z filmu Pani Bovary

reż. Vincente Minnelli, 1947

Opracowała Joanna Rodziewicz na podstwie wydania z 1912 roku

LEKTURA DLA SZKÓŁ ŚREDNIch

© copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66620-59-9

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2020

Wrocław 2020

SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Byliśmy w szkole, kiedy wszedł dyrektor w towarzystwie nowego w mieszczańskim ubraniu, i posługacza, niosącego wielki pulpit. Ci, którzy drzemali, przebudzili się, i każdy powstał jak gdyby od pracy.

Dyrektor dał nam znak, abyśmy usiedli, po czym, zwracając się do nauczyciela, rzekł półgłosem:

– Panie Rogerze, oto nowy uczeń, którego panu polecam; wstępuje do piątej. Jeżeli będzie pilny i pracowity, przejdzie do starszych, gdzie go powołuje sam wiek.

Nowy tymczasem stał w kącie za drzwiami, tak że zaledwie można go było dostrzec. Był to chłopak może piętnastoletni, wyższy od nas wszystkich. Włosy miał krótko przystrzyżone nad czołem jak wiejski śpiewak i wydawał się bardzo zakłopotany. Chociaż niezbyt szeroki w ramionach, zdawał się skrępowany zieloną sukienną kurtką z czarnymi guzikami, z której wyglądały czerwone, nie przyzwyczajone do rękawiczek ręce. Łydki jego w niebieskich pończochach wychodziły z żółtawych pantalonów mocno ściągniętych szelkami. Na nogach miał grube skórzane trzewiki nie wyczyszczone i podkute gwoździami.

Zaczęła się lekcja. Nowy słuchał z natężeniem, uważny jak na kazaniu, nie śmiejąc nawet nogi na nogę założyć, lub podeprzeć się łokciem, a kiedy o drugiej godzinie zadzwoniono, nauczyciel musiał mu powiedzieć, żeby stanął z nami w szeregu.

Mieliśmy zwyczaj, wchodząc do klasy, rzucać na ziemię nasze czapki, aby mieć ręce wolniejsze; trzeba było od samego progu ciskać je pod ławkę w taki sposób, żeby uderzały w ścianę i podnosiły jak najwięcej kurzu: taki był szyk.

Nowy jednak, czy nie zauważył tego manewru, czy nie śmiał go naśladować, dosyć, że po odmówieniu modlitwy trzymał jeszcze czapkę na kolanach. Było to coś w rodzaju nakrycia złożonego: znajdowałeś tam pierwiastki czapki baraniej, okrągłego kapelusza, kaszkietu bobrowego i perkalowego czepka, coś nieokreślonego, tak wyraziście brzydkiego jak twarz idioty. Jajowatego kształtu i rozepchana fiszbinami, rzecz ta zaczynała się od trzech okrągłych kiszek; dalej szły kolejno, rozdzielone czerwonym paskiem, czworokąty z aksamitu i z króliczej sierści, po tym następował rodzaj woreczka, zakończonego sztywnym wielokątem, wyszywanym w powikłane wzory, z którego się zwieszał na cieniutkim sznurku złoty kutas na podobieństwo żołędzi. Czapka była nowa: daszek lśnił świeżym lakierem.

– Wstań! – rzekł profesor.

Nowy się podniósł, czapeczka jego upadła na ziemię. Cała klasa zaczęła się śmiać.

Schylił się, aby ją podnieść. Gdy sąsiad wytrącił mu ją z ręki, podniósł czapkę powtórnie.

– Dajże już pokój tej czapce – rzekł profesor, który był człowiekiem taktownym.

Nowe śmiechy uczniów tak zmieszały biednego chłopaka, że sam nie wiedział, czy miał trzymać nieszczęśliwą czapkę w ręku, czy zostawić ją na ziemi, czy też włożyć na głowę.

– Powiedz mi, jak się nazywasz? – rzekł profesor.

Nowy prędko i niewyraźnie wymówił jakieś niezrozumiałe nazwisko.

– Powtórz raz jeszcze!

Dały się słyszeć te same niewyraźnie wybełkotane zgłoski, pokryte szyderskimi okrzykami całej klasy.

– Głośniej! – zawołał profesor – głośniej!

Na koniec nowy, uzbroiwszy się w odwagę, otworzył szerokie usta i krzyknął na całe gardło, jak gdyby kogo wołał: Kahbowahy!

Powstała wrzawa nie do opisania: tupano, krzyczano, śmiano się, powtarzano: karbowany! karbowany! aż wreszcie klasa uspokoiła się jak wzburzona fala, wybuchając tylko miejscami przytłumionym śmiechem jak niedogaszona petarda.

Pod gradem kar porządek w klasie został powoli przywrócony; po wielu trudach profesor dowiedział się nazwiska Karola Bovary, kazał je sobie podyktować, przesylabizować, odczytać i na początek wyznaczył biedakowi miejsce na ławce leniuchów, pod katedrą. Chłopak postąpił parę kroków i zawahał się.

– Czego szukasz? – zapytał nauczyciel.

– Mej cza... – wyjąkał nieśmiało nowy, oglądając się niespokojnie.

– Pięćset wierszy całej klasie! – wykrzyknięte grzmiącym głosem powstrzymało jak Quosy ego1 nową burzę.

– Siedźcie spokojnie! – mówił dalej oburzony profesor, a otarłszy twarz chustką, wydobytą z kieszeni, rzekł: – Ty zaś, nowy, przepiszesz mi dwadzieścia razy ridiculus sum2.

Potem dodał łagodniejszym głosem:

– Znajdzie się twoja czapka, nikt ci jej nie ukradł!

Wszystko wróciło do porządku. Głowy pochyliły się nad tekami, a nowy przez całe dwie godziny zachowywał się wzorowo, chociaż nie obeszło się bez papierowych kulek, które zręcznie puszczane z piór, od czasu do czasu trafiały go w twarz. Lecz on tylko twarz sobie dłonią ocierał i siedział nieporuszony.

Wieczorem w uczelni uporządkował starannie wszystkie swoje rzeczy i poliniował zeszyty. Widzieliśmy, jak pracował sumiennie, wyszukując wszystkich wyrazów w słowniku i zadając sobie wiele trudu. Dzięki zapewne tej pilności i dobrej woli nie dostał się do niższej klasy, bo chociaż znał dosyć dobrze cztery działania, nie miał wcale wprawy w stylowych zwrotach. Od proboszcza swojej wioski uczył się początków łaciny, gdyż rodzice przez oszczędność bardzo późno oddali go do szkół.

Ojciec jego, pan Karol Dionizy Bartłomiej Bovary, dawny pomocnik chirurga sztabowego, skompromitowany około 1812 roku w sprawach poboru rekruta i wskutek tego zmuszony opuścić służbę, skorzystał w tym właśnie czasie z osobistych swoich zalet i w lot pochwycił posag 60 000 franków, który mu się nawinął w postaci córki czapnika, rozkochanej w jego powabach. Piękny mężczyzna, blagier, miał zwyczaj brzęczeć głośno ostrogami, nosił faworyty połączone z wąsami, na palcach pełno pierścieni i ubierał się w jaskrawe barwy, co wszystko nadawało mu wygląd marsowy, przy łatwym obejściu komiwojażera. Gdy się ożenił, żył kilka lat kosztem żony, dobrze jedząc, dobrze się wysypiając, paląc tytoń z wielkich porcelanowych fajek, powracając do domu dopiero po teatrze i przesiadując po kawiarniach. Teść umarł i niewiele co zostawił; pan Bovary oburzony wdał się w spekulacje, stracił na nich, po czym z resztą funduszów przeniósł się na wieś i chciał gospodarować. Ale ponieważ nie więcej się znał na uprawie ziemi jak na perkalikach, ponieważ zajeżdżał konie zamiast posyłać je do pługa, sam wypijał jabłecznik w butelkach zamiast go w baryłkach sprzedawać, zjadał najlepszy drób z podwórza i smarował myśliwskie kamasze słoniną ze swych wieprzy, pomiarkował wkrótce, że lepiej było dać pokój wszelkiej spekulacji.

Najął przeto za dwieście franków rocznie, na granicy Pikardii i Caux, coś pośredniego pomiędzy folwarkiem a dworem, i zgryziony, rozżalony, zły na Pana Boga, zazdroszczący całemu światu, zamknął się w tym domu w czterdziestym piątym roku życia, zniechęcony do ludzi, jak mówił, pragnąc żyć spokojnie.

Żona jego szalała niegdyś za nim; okazywała mu swą miłość nadskakiwaniem, które go do reszty odstręczyło od niej. Dawniej wesoła, wylewna i kochająca, starzejąc się, stała się – na kształt zwietrzałego wina, które się zamienia w ocet – gderliwa, piszcząca i nerwowa. Wycierpiała tyle, nie skarżąc się, gdy biegał za wszystkimi wiejskimi spódniczkami i gdy wieczorem powracał z hulanek, pijany i zdenerwowany! Wreszcie zbuntowała się jej duma niewieścia. Zamilkła, topiąc słuszny gniew swój w niemym stoicyzmie, który zachowała aż do śmierci. Zawsze była zajęta interesami. Chodziła do adwokatów, do prezesa sądu, pamiętała o terminach wypłaty, starała się o uzyskanie zwłoki, w domu zaś prała, prasowała, szyła, dozorowała robotników, płaciła rachunki, podczas gdy pan małżonek, nie troszcząc się o nic, zawsze pogrążony w jakimś zadąsanym ospalstwie, z którego budził się po to tylko, aby powiedzieć jej coś przyjemnego, palił fajkę przy kominku, spluwając w popiół.

Gdy została matką, trzeba było dziecko oddać mamce na wychowanie. Gdy chłopak wrócił do domu rodziców, psuto go jak książęce dziecko. Matka dawała mu przysmaczki, ojciec zaś kazał dziecku biegać boso, a chcąc uchodzić za filozofa, powtarzał nawet, że mogłoby chodzić nago jak dzieci dzikich. Wbrew dążnościom matki, urobił sobie pewien męski ideał dzieciństwa, na wzór którego usiłował kształcić syna, chcąc go hartować po spartańsku, aby uczynić go wytrzymałym. Kazał mu sypiać w nie opalanym pokoju, uczył go pić rum i szydzić z procesji. Chłopczyk jednak, z natury spokojny i łagodnego usposobienia, źle odpowiadał ojcowskim usiłowaniom. Matka brała go zawsze ze sobą; wykrawała mu figurki z tektury, opowiadała różne historie, prowadziła z nim nieskończone rozmowy, przeplatane melancholijną wesołością i tkliwymi pieszczotami. W swym samotnym życiu zlała na tę dziecięcą główkę wszystkie swoje rozproszone i zawiedzione nadzieje. Marzyła o świetnym dla niego stanowisku, widziała go już dorosłego, pięknego, rozumnego, zajmującego wysoką posadę w zarządzie dróg i mostów lub w sądownictwie. Sama go nauczyła czytać, a nawet śpiewać kilka łatwych romansów przy starym fortepianie. Ale Bovary nie był wielkim zwolennikiem piśmiennictwa i sztuk pięknych, powtarzał zawsze, że „to się na nic nie zdało!”. Czy im kiedykolwiek wystarczy na to, aby go utrzymać w rządowych szkołach, wywalczyć stanowisko lub też założyć dlań jaki interes handlowy? Zresztą mężczyzna odważny i pewny siebie zawsze będzie miał powodzenie w świecie. Pani Bovary przygryzała sobie usta, a dzieciak włóczył się po wsi.

 

Chodził za oraczami i ciskał bryłami ziemi na kruki, które odlatywały. Zbierał jarzyny nad rowami, poganiał indyki długą żerdzią, biegał po lasach, przetrząsał pokosy podczas sianożęcia, w dnie dżdżyste grał w pliszki z wiejskimi dziećmi, a w wielkie święta prosił kościelnego, żeby mu pozwolił dzwonić i wieszał się na wielkiej linie, szczęśliwy, iż go dobrze bujała.

Toteż wyrósł jak młody dębczak. Nabrał siły, ręce mu zgrubiały i twarz zakwitła zdrowiem.

Gdy skończył dwanaście lat, matka wymogła, żeby się zaczął uczyć. Obowiązku tego podjął się proboszcz. Jednakże lekcje te były tak krótkie i tak nieregularne, że niewiele przynosić mogły korzyści. Dawane były w wolnych chwilach, w zakrystii, na stojąco, naprędce, pomiędzy chrztem a pogrzebem, lub też proboszcz posyłał po swego ucznia o zmierzchu, kiedy już nie miał zamiaru wychodzić z domu. Szli wtenczas obydwaj do jego pokoju i zasiadali do lekcji. Komary i ćmy nocne latały wokoło świecy. Powietrze było parne, dzieciak był śpiący, a poczciwy księżyna, złożywszy ręce na brzuchu, wkrótce zaczynał chrapać z otwartymi ustami. Czasem znowu ksiądz proboszcz, powracając od jakiego chorego z okolicy, któremu zanosił wiatyk, spostrzegał Karolka, wałęsającego się po wsi, wołał go do siebie, napominał przez kwadrans, po czym, korzystając ze sposobności, kazał mu w cieniu drzew odmieniać jakie słowo łacińskie. Nieraz przeszkodził im deszcz lub przechodzący znajomy. Zresztą, nauczyciel zawsze był ze swego ucznia zadowolony, mówił nawet, że młodzieniec ma dobrą pamięć.

Karolek jednak nie mógł na tym poprzestać. Pani okazała się energiczna. Pan zawstydzony, a może tylko zmęczony, uległ po słabym oporze, poczekano jeszcze rok, póki chłopak nie odbył pierwszej komunii.

Upłynęło jeszcze pół roku, aż wreszcie oddano Karolka do kolegium w Rouen, dokąd ojciec sam go odwiózł przy końcu października, podczas jarmarku św. Romana.

Dziś już żaden z nas nic prawie sobie o nim przypomnieć nie może. Był to chłopak łagodnego usposobienia, pilny i uważny w klasie, dobry do zabawy, mający wyborny sen i apetyt. Za opiekuna dano mu pewnego kupca z ulicy Rękawiczniczej, który zabierał go raz na miesiąc, w niedzielę, po zamknięciu sklepu, posyłał na przechadzkę do portu, aby się przyjrzał statkom stojącym na kotwicy, potem odprowadzał go do kolegium o siódmej godzinie, przed wieczerzą. Co czwartek wieczorem pisywał do matki długie listy czerwonym atramentem i pieczętował je trzema opłatkami, potem przepowiadał sobie lekcję historii lub czytał stary tomik Anacharisa, poniewierający się w uczelni. Na przechadzce rozmawiał ze służącym, który był ze wsi tak samo jak on.

Dzięki usilnej pracy był zawsze dość dobrym uczniem, raz nawet dostał pierwszą pochwałę za historię naturalną. Jednakże po ukończeniu klasy trzeciej rodzice odebrali go z kolegium, aby się uczył medycyny, przekonani, że potrafi sam się przygotować do baccalaureatu.

Matka wyszukała mu pokoik na czwartym piętrze, u znajomego farbiarza. Ułożyła się o zapłatę, wystarała się o potrzebne sprzęty, to jest o stolik i dwa krzesła, sprowadziła z domu stare łóżko z drzewa wiśniowego i kupiła jeszcze piecyk żelazny wraz z odpowiednim zapasem drzewa, które miało podczas zimy ogrzewać jej kochane dziecię. Wreszcie odjechała po tygodniowej bytności, zaleciwszy chłopcu, aby się dobrze prowadził, teraz, kiedy został zostawiony sam sobie.

Program kursów medycznych, który przeczytał w ogłoszeniu, wywołał zawrót głowy: kurs anatomii, kurs patologii, kurs fizjologii, kurs farmakologii, kurs chemii i botaniki, kliniki i terapeutyki, nie licząc już higieny i nauki o substancjach medycznych, same nazwy, których nie znał źródłosłowu i które przedstawiały mu się jak bramy przybytków, pełnych podniosłych tajemnic.

Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Na próżno wytężał słuch i uwagę, nic nie mógł pojąć. Pracował jednak usilnie, miał pooprawiane zeszyty, uczęszczał na wszystkie kursy; nie opuszczał ani jednego wykładu. Spełniał swoje codzienne zadanie na sposób konia w kieracie, który chodzi w kółko z zawiązanymi oczyma, nieświadomy dokonywanej pracy.

Dla oszczędzenia wydatku matka przysyłała mu co tydzień ćwiartkę pieczonej cielęciny, z której miał śniadanie po powrocie ze szpitala. Potem musiał biec na wykłady, do sali anatomicznej, jeszcze raz do szpitala i znów wracać przez wszystkie ulice miasta do siebie. Wieczorem, po skromnym obiedzie u swego gospodarza, zamykał się w pokoju i w zmoczonej odzieży, która, parując przy rozpalonym do czerwoności piecyku, wysychała na nim, brał się do pracy.

Podczas pięknych letnich wieczorów, w porze kiedy rozgrzane ulice są puste a służące grają w wolanta przed domami, otwierał okno i opierał się na nim łokciami. U stóp jego płynęła rzeka, czyniąca z tej dzielnicy Rouen niby parodię Wenecji – żółtawa, sina lub szara, pośród śluz i mostów. Robotnicy, skuleni na brzegu, myli ręce w brudnawej wodzie. Na długich żerdziach, powystawianych z poddaszy, schły pasma bawełny. Wprost, poza dachami, rozciągał się czysty błękit niebios, zarumieniony ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Jak tam musiało być dobrze! Co za chłód pod tamtą buczyną! I rozdymał nozdrza, by wciągać w siebie wiejskie zapachy, które do niego nie dochodziły.

Schudł, wysmuklał, a twarz jego nabrała wyrazu cierpienia, który uczynił ją prawie zajmującą.

Powoli zaczęło go ogarniać lenistwo i wszystkie piękne zamiary rozwiały się jeden za drugim. Raz opuścił wykład, nazajutrz nie poszedł wcale na kursy i w końcu, zasmakowawszy w próżniactwie, przestał na nie zupełnie uczęszczać. Przyzwyczaił się chodzić do kawiarni i roznamiętnił się do domina. Wydało mu się to wyzwoleniem, które go podnosiło we własnych oczach, gdy zamykał się co wieczór w brudnej publicznej sali i uderzał w stół białymi, czarno kropkowanymi kostkami. Było to niby wtajemniczenie w życie światowe, zakosztowanie zakazanego owocu i wchodząc tam, brał za klamkę z uczuciem niemal zmysłowej rozkoszy. Rozwinęło się wtedy w nim wiele stłumionych dotąd zdolności, nauczył się na pamięć kupletów, które śpiewał przy kieliszku, zapalił się do Bérangera, umiał przyrządzać poncz i wreszcie poznał miłość.

Dzięki tym pracom przygotowawczym egzaminy nie powiodły mu się zupełnie. A tego samego wieczoru oczekiwano go w domu, aby obchodzić jego powodzenie!

Wyruszył pieszo i zatrzymał się przed wioską; kazał poprosić matkę i opowiedział jej wszystko. Ona go wytłumaczyła, przypisując niepowodzenie niesprawiedliwości egzaminatorów i dodała mu odwagi, biorąc na siebie załagodzenie tej sprawy. Dopiero w pięć lat później Bovary dowiedział się prawdy; zestarzała się przez ten czas, przyjął ją więc taką, jaka była, nie mogąc zresztą przypuścić, aby syn jego był głupcem.

Karol tymczasem zabrał się do pracy i przygotował się niezwłocznie do powtórzenia egzaminu, wyuczywszy się na pamięć wszystkich pytań. Otrzymał dość dobre stopnie i zdał egzamin. Był to piękny dzień dla matki! Uczciła go też sutym obiadem.

Lecz dokąd się uda na swoją praktykę? Do Tostes. Był tam jeden tylko stary już doktor. Pani Bovary od dawna czyhała na jego śmierć i poczciwiec nie zwinął jeszcze manatków, kiedy Karol usadowił się na wprost niego, jako przyszły spadkobierca.

Ale nie dosyć było wychować syna, zrobić z niego lekarza i wynaleźć mu Tostes na miejsce praktyki: potrzeba mu było żony. Troskliwa matka i tę mu znalazła w osobie wdowy po komorniku z Dieppe, która miała czterdzieści pięć lat i tysiąc dwieście franków rocznego dochodu.

Chociaż brzydka, sucha jak drzazga i pokryta krostami, pani Dubuc miała konkurentów do wyboru. Chcąc przeprowadzić swoje zamiary, mama Bovary musiała odsunąć ich wszystkich i nawet bardzo zręcznie zniweczyła intrygi pewnego rzeźnika, popieranego przez księży.

Karol widział w małżeństwie wstęp do lepszego bytu, wyobrażając sobie, że będzie swobodniejszy i będzie mógł dowolnie rozporządzać własną osobą i pieniędzmi. Tymczasem stało się inaczej: żona była panią w domu; nakazywała mu, co miał mówić przy ludziach, czego nie mówić, musiał pościć w piątki, ubierać się tak, jak mu kazała, naprzykrzać się pacjentom, którzy zwlekali z zapłatą za wizyty lekarskie. Otwierała jego listy, śledziła jego kroki i podsłuchiwała konsultacje w gabinecie, jeżeli tam były kobiety.

Rano musiała zawsze mieć czekoladę i wymagała tysiącznych względów. Narzekała ustawicznie na nerwy, na piersi, na kaprysy. Odgłos kroków drażnił ją, samotności znieść nie mogła; kiedy ktokolwiek przychodził do niej, to zapewne po to, żeby zobaczyć, czy nie umiera. Kiedy Karol wracał do domu wieczorem, wyciągała spod kołdry długie i chude ramiona, zarzucała mu je na szyję i, posadziwszy go na brzegu łóżka, zaczynała mu opowiadać o swych zmartwieniach: on ją zaniedbywał, kochał inną! Przepowiedziano jej, że będzie nieszczęśliwa; na zakończenie zwykła była żądać jakiego syropu na piersi i trochę więcej miłości.

II

Jednej nocy obudził ich tętent konia, który zatrzymał się przed drzwiami domu. Służąca otworzyła okienko na poddaszu i rozmówiła się z człowiekiem, stojącym na ulicy. Przyjechał po pana doktora, miał list do niego. Nastusia, drżąc z zimna, zbiegła ze schodów i poszła otworzyć zamek i zasuwki. Nowo przybyły zostawił konia i poszedł za służącą aż do sypialni. Wyjął z czapki wełnianej z szarymi kutasami list, owinięty gałgankiem, i podał go ostrożnie Karolowi, który wsparł się łokciem o poduszkę, aby go przeczytać. Pani przez skromność została obrócona twarzą do ściany, a tyłem do pokoju.

List ten, zapieczętowany niebieskim lakiem, błagał pana Bovary, żeby się natychmiast udał do folwarku Bertaux w celu nastawienia złamanej nogi. Owóż z Tostes do Bertaux jest dobrych sześć mil francuskich bocznymi drogami, przez Longueville i St. Victor. Noc była ciemna zupełnie, a pani Bovary lękała się wypadków. Postanowiono zatem, że chłopiec stajenny pojedzie przodem. Karol miał wyruszyć dopiero w trzy godziny później, jak księżyc wzejdzie. Naprzeciwko lekarza miano wyprawić chłopaka, który doprowadzi go do folwarku i otworzy wrota.

Około czwartej rano Karol, dobrze płaszczem otulony, ruszył w drogę do Bertaux. Rozespany jeszcze, dawał się kołysać powolnemu truchcikowi spokojnego zwierzęcia. Ilekroć koń zatrzymywał się z własnego natchnienia przed dołkami opasanymi cierniem, które rolnicy zwykli wykopywać przy bruzdach, Karol budził się na chwilę, przypominał sobie o złamaniu nogi i usiłował odświeżyć w pamięci wszystkie tego rodzaju wypadki. Deszcz przestał padać, a na gałęziach jabłoni, ogołoconych z liści, siedziały nieruchomo ptaszki z najeżonymi piórkami pod chłodny wiatr poranku. Płaska równina ciągnęła się, jak oko sięgnąć mogło, a kępy drzew, otaczające folwarki, tworzyły w znacznych odstępach ciemnofioletowe plamy na olbrzymim szarym tle, co na widnokręgu roztaczało się w mrocznej toni nieba. Karol od czasu do czasu otwierał oczy; potem znowu umysł jego znużony powracał do stanu półsnu, w którym obecnie doznawane wrażenia łączyły się ze wspomnieniami, widział siebie podwójnie: jednocześnie jako ucznia i człowieka żonatego, leżącego w łóżku jak przed chwilą i przechodzącego przez salę chirurgiczną jak niegdyś. Czuł lekką woń kataplazmów wraz ze świeżym wyziewem rosy, słyszał skrzypienie żelaznych łóżek i sapanie żony... Przejeżdżając przez Vassonville, spostrzegł wiejskiego chłopaka, siedzącego nad rowem.

– Czy pan jest lekarzem? – zapytał chłopak.

Otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź, dzieciak wziął w ręce buty i zaczął biec naprzód.

Z rozmowy z przewodnikiem lekarz wywnioskował, że pan Rouault musiał być jednym z zamożniejszych rolników. Złamał sobie nogę poprzedniego dnia, powracając od sąsiada. Żona jego przed dwoma laty umarła. Miał przy sobie tylko swoją panienkę, która gospodarowała w domu.

Wyboje stawały się coraz głębsze. Przybliżano się do Bertaux. Chłopak, prześliznąwszy się przez dziurę w płocie, zniknął, a za chwilę nadbiegł z podwórza i otworzył wrota. Koń ślizgał się po wilgotnej trawie. Karol musiał się schylać, aby przejechać pod gałęziami drzew. Psy podwórzowe szczekały zajadle, rwąc się na łańcuchach. Gdy wjechał do Bertaux, koń spłoszył się i skoczył w bok.

 

Był to porządny folwark. Przez otwarte drzwi stajen widać było tęgie robocze konie przy nowych żłobach. Wzdłuż budynków ciągnęło się długie dymiące gnojowisko, a pośród kur i indyków przechadzało się z powagą kilka pawi – ulubiony zbytek normandzkich podwórzy. Owczarnia była długa, stodoła wysoka o ścianach gładkich jak dłoń. Pod szopą stały dwa wielkie wozy i cztery pługi, z biczami, naszelnikami, z zaprzęgiem z niebieskiej wełny, która brudziła się od drobniutkiego pyłu, padającego ze spichlerza. Dziedziniec podnosił się z wolna, wysadzony regularnie drzewami, a wesoły gwar stada gęsi rozlegał się wokoło sadzawki.

Młoda kobieta w niebieskiej wełnianej sukni z trzema falbanami wyszła na próg domu na przyjęcie pana Bovary; wprowadziła go do izby kuchennej, gdzie płonął wielki ogień. Śniadanie dla ludzi gotowało się w garnkach najrozmaitszej wielkości. Wilgotne ubrania suszyły się w głębi komina. Łopatka, szczypce i rurka od miecha, wszystko olbrzymich rozmiarów, błyszczały jak wypolerowana stal, podczas gdy pod ścianami piętrzyła się wielka bateria naczyń kuchennych, w których migotliwie połyskiwał jasny płomień ogniska, wraz z pierwszymi promieniami słońca, wpadającymi przez szyby okien.

Zaprowadzono Karola na pierwsze piętro do chorego. Leżał w łóżku pod kołdrami z odrzuconą czapeczką nocną. Był to gruby pięćdziesięcioletni człowieczek, biały i rumiany, o błękitnych oczach, z łysą czaszką i kolczykami w uszach. Obok na krześle stała karafka z wódką, z której nalewał po trochu dla dodania sobie odwagi, lecz zobaczywszy doktora, zmiękł i zamiast kląć, jak to czynił od dwunastu godzin, zaczął jęczeć żałośnie.

Złamanie było proste, bez żadnej komplikacji. Karol nie mógł życzyć sobie nic lepszego. Przypomniawszy w samą porę zachowanie się swych profesorów przy łożu ranionych, pokrzepił swego pacjenta dobrymi słowy, które to chirurgiczne pieszczoty są jakby oliwą do smarowania lancetów. Na łubki przyniesiono z wozowni pęk łat. Karol wybrał z nich jedną, połupał i wygładził kawałkiem szkła, podczas gdy sługa darła prześcieradła na bandaże, a panna Emma zabrała się do szycia poduszeczek. Ponieważ nie mogła zaraz znaleźć naparstka, ojciec zaczął się niecierpliwić; nic nie odpowiedziała, lecz, szyjąc, kłuła się w palce, które potem wysysała.

Karol był zdziwiony białością jej paznokci. Były błyszczące, cienko zakończone, gładkie jak kość słoniowa z Dieppe i owalnie przycięte. Ręki jej jednak nie można było nazwać piękną... może była trochę za gruba w stawach lub może nie dość blada; była również za długa i bez miękkich załamań linii w swym rysunku. Najpiękniejsze były oczy: chociaż piwne, wydawały się czarne z powodu długich rzęs, a spojrzenia ich mówiły otwarcie z niewinną śmiałością.

Po opatrzeniu chorej nogi lekarz został zaproszony przez samego pana Rouaulta, aby „coś przekąsił” przed odjazdem.

Karol zeszedł więc na dół do sali jadalnej. Dwa nakrycia ze srebrnymi kubkami postawione były na małym stoliku obok wielkiego łóżka z perkalikową kotarą, przedstawiającą Turków. Czuć tu było woń korzenia fiołkowego i wilgotnych prześcieradeł; woń ta wydobywała się z wysokiej dębowej szafy, stojącej na wprost okna. W kątach stały rzędem na ziemi worki ze zbożem. Było to ziarno, które nie pomieściło się w sąsiednim spichlerzu, do spichlerza prowadziły trzy kamienne stopnie. Jako ozdoba zawieszony był tu na gwoździu, pośrodku ściany, z której odpadała zielona farba, rysunek czarną kredką, przedstawiający Minerwę, oprawny w złotą ramkę, z napisem u dołu gotyckimi literami: „Memu ukochanemu ojcu”.

Rozmawiano zrazu o chorym, potem o pogodzie, o wielkich mrozach, o wilkach, które nocami włóczyły się po polach. Panna Rouault wcale nie była zadowolona z pobytu na wsi, teraz szczególniej, kiedy prawie sama musiała zajmować się całym gospodarstwem. Ponieważ pokój jadalny był chłodny, panna Emma drżała z zimna, co odkrywało z lekka jej mięsiste wargi, które zwykła przygryzać, kiedy milczała.

Szyja jej wychylała się z białego odkładanego kołnierzyka. Włosy, rozdzielone na środku głowy wąską linią, były tak gładkie, iż tworzyły dwie czarne opaski, jakby z jednego kawałka, i – ukazując koniuszek ucha – łączyły się z tyłu głowy w bogatym warkoczu, jaki nasz wiejski lekarz widział pierwszy raz w życiu. Policzki jej były różowe. Pomiędzy jednym a drugim guzikiem stanika miała założoną lornetkę w szylkretowej oprawie, jak mężczyzna.

Kiedy Karol, pożegnawszy ojca Rouault, wstąpił jeszcze do sali przed odjazdem, zastał ją stojącą, z czołem wspartym o szybę i patrzącą w ogród, gdzie wiatr powywracał tyki od fasoli. Odwróciła się.

– Czy pan czego szuka? – zapytała.

– Zgubiłem szpicrutę – odpowiedział.

I zaczął szperać po łóżku, za drzwiami, pod krzesłami; szpicruta tymczasem leżała na ziemi, pomiędzy ścianą a workami zboża. Spostrzegła ją panna Emma i pochyliła się do worka ze zbożem. Karol przez grzeczność chciał ją uprzedzić i wyciągając rękę w tym samym kierunku, dotknął piersiami pleców młodej dziewczyny. Wyprostowała się cała zarumieniona i spojrzała na niego przez ramię, podając mu rzemienny bicz.

Zamiast za trzy dni, jak był obiecał, Karol Bovary zaraz nazajutrz powrócił do Bertaux, potem dojeżdżał tam regularnie dwa razy na tydzień, nie licząc przypadkowych odwiedzin, które składał od czasu do czasu.

Zresztą wszystko szło jak najlepiej; leczenie złamanej nogi odbyło się prawidłowo, a kiedy po upływie czterdziestu sześciu dni ujrzano ojca Rouaulta, próbującego chodzić o własnej sile, zaczęto uważać pana Bovary za człowieka wielkich zdolności. Ojciec Rouault powtarzał, że najpierwsi doktorzy z Yvetot, a nawet z Rouen, lepiej by go nie wyleczyli.

Co do Karola, ten nie próbował nawet badać samego siebie, dlaczego z taką przyjemnością jeździł do Bertaux. Gdyby pomyślał o tym, byłby zapewne przypisał gorliwość swoją ważności wypadku lub może spodziewanym z tej kuracji zyskom. Lecz czy tylko dlatego wycieczki na folwark Bertaux stanowiły dlań pożądany wyjątek pośród nędznych jego codziennych zatrudnień? W te dni wstawał wcześniej niż zwykle, jechał galopem, popędzając swego wierzchowca, później zsiadał z konia i czyścił sobie buty o trawę, a przed wejściem do domu wkładał czarne rękawiczki. Lubił wjeżdżać w podwórze, słyszeć skrzypienie wrót, pianie koguta, widzieć chłopaków, którzy wybiegali na jego spotkanie. Lubił stodołę i stajnię; lubił ojca Rouaulta, który go w dłoń uderzał, nazywając swym zbawcą; lubił stukanie bucików panny Emmy po wymytej kamiennej podłodze kuchni; wysokie obcasy czyniły ją trochę wyższą, a kiedy szła przed nim, drewniane jej podeszwy z suchym odgłosem ocierały się o podłogę.

Odprowadzała go zawsze aż do pierwszego stopnia ganeczku. Jeżeli jeszcze nie przyprowadzono konia, czekała. Pożegnano się już, nie rozmawiano; wiatr rozrzucał drobne kędziorki na jej karku lub igrał z szarfami fartuszka, które skręcały się jak wstążki. Jednego razu podczas wiosennej odwilży, gdy kora na drzewach ociekała wodą a w podwórzu i na dachach topniał śnieg, Emma stała na progu; słońce ją raziło; poszła do pokoju po parasolkę i otworzyła ją. Mieniąca się jedwabna materia parasolki odbijała się w połyskliwych barwach na białej twarzyczce młodej dziewczyny. Ona sama uśmiechała się do ciepła i słońca, a krople wody kapały na rozpostartą morę.

W pierwszych czasach bywania Karola w Bertaux młoda pani Bovary nie omieszkiwała nigdy zapytywać o zdrowie chorego i nawet w księdze, którą prowadziła na swoją rękę, zachowała czystą kartkę dla pana Rouaulta. Lecz gdy się dowiedziała, że miał córkę, zaczęła zasięgać bliższych wiadomości; dowiedziała się w końcu, że panna Rouault, wychowana w klasztorze Urszulanek, odebrała piękną edukację, uczyła się geografii, tańca i rysunku, umiała haftować i grać na fortepianie. Tego już było zanadto!

– Więc on dlatego ma twarz tak rozpromienioną, kiedy tam jedzie, dlatego wkłada nowy żakiet, narażając go na zmoknięcie! Ach! Ta kobieta! Ta kobieta!...