Husarskie skrzydłaTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Grażyna Bąkiewicz

Kolorowy ptak

OPOWIEŚĆ Z CZASÓW HENRYKA WALEZEGO

Leszka! Leszka! – lament starego Ościenia roznosił się daleko. – Gdzie się ta dziewczyna znów zawieruszyła?

Była wczesna godzina tuż przed świtem, ale we dworze panował już ożywiony ruch. Służba ładowała skrzynie na wozy, ze stajni wyprowadzano konie. Pan Radzic wyruszał w podróż, by dopilnować działania sądów kapturowych, które w czasie bezkrólewia utrzymywały porządek w państwie. Tym razem zabierał ze sobą córkę, by oddać ją pod opiekę Annie Jagiellonce.


– Leszka! Leszka! – rozlegały się odległe nawoływania, ale ta, którą wołano, ani myślała reagować. Wstała wcześniej niż inni i przybiegła nad rzekę, by się ukryć. Siedziała w zaroślach i, rzucając kamienie do wody, klęła na czym świat stoi.

– Dama dworu, do licha ciężkiego! Za jakie grzechy?

– Być dwórką królewny Anny Jagiellonki to wielki zaszczyt – przekonywał ją od kilku dni tato. – Będziesz przebywać wśród dam i nauczysz się tego, co powinna umieć dziewczyna, czyli haftu, gry na lutni, tańca, śpiewu.

– Phi! Też mi nauki – zżymała się Leszka, bo wolałaby jeździć konno, kąpać się w jeziorze, polować na przepiórki. – Taka ze mnie panna dworska jak z jastrzębia kura.

Jej bracia też się podśmiewali, ale po cichu, bo żaden nie ośmieliłby się powiedzieć na głos, że ich siostra bardziej nadaje się na rozbójnika niż damę dworu. Gdy się wie, na ile drzew wlazła, ile lisów i zajęcy upolowała, ile mil przemierzyła konno, ile razy wpadła w bagno, trudno wyobrazić ją sobie haftującą ornaty na królewskim dworze.

– Panna dworska, dobre sobie – mruczał pod nosem stary Oścień, zarządca, który przewędrował z Leszką wszerz i wzdłuż okoliczne bory, ucząc ją rozróżniać gatunki zwierząt, ptaków i roślin.

Jednak poprzedniego wieczoru pan Radzic uciął wszelkie

dyskusje:

– Dziewczyna wyrosła z dziecięcych zabaw i najwyższy czas wpoić jej dobre obyczaje. Jest szlachcianką, a urodzenie nakłada na nią obowiązki. Już czas, by zaczęła świecić przykładem, tak równym sobie, jak i niżej urodzonym.

Chłopcy zachichotali w odpowiedzi, więc ojciec machnął na nich ręką i zwrócił się bezpośrednio do córki:

– Wiem, że wolałabyś zostać tutaj, ale ja wyjeżdżam na wiele tygodni, może miesięcy, a Oścień i twoi bracia zajęci będą żniwami i dostawą zboża do Gdańska. Nie mogę pozwolić, byś przez ten czas biegała samopas. Masz już dwanaście lat i wkrótce czas ci będzie iść za mąż. Potrzeba ci trochę ogłady, a gdzie jak nie na królewskim dworze jej nabędziesz? Królewna Anna może nie ma największych wpływów, ale dba o swoje dwórki i w odpowiednim czasie wskaże właściwego kandydata na męża dla ciebie. A Kraków spodoba ci się z pewnością. Myślę, że będziesz nim zachwycona.

– Akurat! – prychnęła Leszka i wrzuciła kolejny kamień do wody. – Nie ma przecież nic piękniejszego niż mój bór i rzeka.

Wiedziała też, że całe to gadanie o dobrych obyczajach niezbędnych dziewczynie to zwykłe mydlenie oczu. Podstawą dobrego zamążpójścia nie jest wcale ogłada, ani nawet uroda, tylko posag. O to zaś nie musiała się martwić, bo ojciec zapewni jej taki, że i sam książę, jeśli się jakiś trafi, nie ośmieli się kręcić nosem. Pan Radzic był wystarczająco bogaty, by odpowiednio wyposażyć córkę. Jego pradziad dostał ziemię jeszcze od króla Władysława Jagiełły za dzielność w bitwie pod Grunwaldem. Syn pradziadka zagospodarował puste połacie, obsiał je zbożem i zaczął sprzedawać pszeniczne ziarno na zachód Europy. Jego syn zarabiał już krocie i mógł swojego syna wysłać na nauki do samej Italii. Tak więc tata Leszki był nie tylko bogatym i wykształconym, ale i bywałym w świecie człowiekiem. Umiał zarządzać własnymi dobrami, działał w sejmikach na rzecz województwa i został nawet posłem na sejm Rzeczpospolitej. A teraz, gdy po śmierci króla Zygmunta Augusta nastał czas bezkrólewia, pomagał zarządzać całym państwem.

– Tylko ja jestem zbędna i trzeba mnie odesłać! – złościła się Leszka. – A wszystko przez króla, którego nie ma, i przez Rzeczpospolitą, której ojciec poświęca więcej czasu niż mnie.

Gwizdnęła i na umówiony sygnał zafurkotało powietrze i obok niej wylądował Gustaw, jastrząb, którego wychowała od pisklaka. Jakiś czas temu wypuściła go na wolność, ale na znany sygnał ciągle jeszcze powracał.

– Chodź do mnie, chodź, malutki.

Jednak ptak wolał zachować ostrożność, bo już przywykł do samodzielnego życia.

– No trudno – westchnęła Leszka. – Może i lepiej, bo na moją pomoc już nie będziesz mógł liczyć.

Leszka znała wiele świetnych kryjówek w borze i nad rzeką, i mogłaby się ukryć na jakiś czas, ale wiedziała, że to niezbyt mądry pomysł. Skoro ojciec podjął decyzję, wyjazd i tak jej nie minie.

– Muszę jechać do jakiegoś głupiego Krakowa – poskarżyła się ptakowi.

Powzdychała jeszcze trochę, a potem machnęła ręką, by odleciał, i powlokła się do dworu w nadziei, że może uda się opóźnić wyjazd choć o parę dni.

Tymczasem posłaniec przywiózł wieść, że zaczynają się obrady sejmu w sprawie wyboru nowego króla i wszyscy posłowie mają niezwłocznie stawić się w stolicy. Pan Radzic musiał ruszać. O gospodarstwo nie potrzebował się martwić, bo synowie poradzą sobie ze wszystkim doskonale. Jedynym problemem była Leszka. Czy zagniewana nie schowa się gdzieś i nie opóźni wyjazdu? Dlatego widok córki wracającej do domu ucieszył go niezmiernie. Pan Radzic rozumiał rozterki dziewczyny, ale szczerze pragnął zabrać ją do Krakowa, by poznała inny świat – nie tylko las, rzekę i własny zaścianek.

– Dobrze ci zrobi ten wyjazd – powiedział i udał, że nie słyszy prychnięcia i nie widzi ponurej miny i wzruszenia ramion swojej ukochanej, choć trochę nieokrzesanej córki.

Kraków okazał się inny niż wszystko, co Leszka sobie o nim wyobrażała. Gdy jechali Królewską Drogą w stronę Wawelu, nie mogła napatrzeć się na wysokie, kolorowe domy, a sam zamek dosłownie zaparł jej dech w piersiach.

Pod murami musieli zostawić powóz i dalej ruszyli pieszo.

Gdy szli przez rozległy podwórzec wykładany kamiennymi płytami i mijali niekończące się krużganki, pan Radzic opowiadał:

– Tę część zamku budowali architekci sprowadzeni z Florencji. Jest tu aż dziewięćdziesiąt pomieszczeń na dwóch piętrach, w tym czterdzieści wielkich komnat. Wewnątrz są rzeźbione i złocone sufity, w pokojach wysokie piece z lśniących kafli, a na ścianach arrasy sprowadzone z Brukseli.

Leszka nie mogła się doczekać, by zobaczyć to na własne oczy. Z tego oszołomienia omal nie przewróciła się na schodach. Na szczęście przebiegający dworzanin podtrzymał ją i dzięki niemu nie zleciała na łeb na szyję. Nawet nie zdążyła mu podziękować, bo pobiegł dalej. Niósł naręcze pergaminowych zwojów i widocznie spieszył się do swoich spraw. Leszka jeszcze przez moment śledziła strzechę czarnych włosów, ale po chwili chłopak znikł w tłumie.

– Pewnie jakiś pisarczyk dworski – powiedziała, a że ojciec nie podjął tematu, mruknęła speszona: – Taki tu ruch jak na rynku w dzień targowy.

– Masz rację! – zaśmiał się pan Radzic. – Właśnie trwają przygotowania do wyboru nowego króla. Dokona tego szlachta, głosując na jednego spośród zgłoszonych kandydatów. Wybraniec będzie musiał zgodzić się z prawami, jakie szlachta uzyskała od poprzednich królów. Właśnie trwa spisywanie artykułów, by sejm mógł je zatwierdzić.

– A są już jacyś kandydaci? – zainteresowała się Leszka.

– Owszem, nawet kilku. Jest Henryk – brat króla francuskiego, jest syn cesarza – arcyksiążę Ernest, ponadto car Iwan IV Groźny i Jan III Waza – król szwedzki. Wybrany zostanie ten, który dostanie najwięcej głosów.

– To się nazywa wolna elekcja – wtrącił jakiś tubalny głos.

Leszka odwróciła się i zobaczyła pięknego pana ubranego w strojny kontusz. Wyglądał jak sam król.

– Pan kasztelan Jan Tarnowski – powiedział ojciec, kłaniając się nisko.

Leszka też dygnęła, bo wbrew temu, co wszyscy mówili, znała zasady dworskiego wychowania i umiała je nawet stosować, gdy miała na to ochotę. Jak na przykład teraz.

– Dobrze, że pan już jest, panie Radzic! – zawołał kasztelan. – Szykuje się moc roboty z tą elekcją! Każda mądra głowa jest potrzebna.

– Zatrzymały mnie sprawy rodzinne, ale już jestem do dyspozycji – powiedział ojciec, a wskazując na Leszkę, wyjaśnił: – To moja córka, którą przywiozłem na dwór królewny Anny.

Jan Tarnowski zakręcił wąsa.

– Miło mi poznać waćpannę – uśmiechnął się i od razu przeszedł do spraw, które zajmowały go bardziej niż Leszka. – Zdecydowano, że elekcja nie odbędzie się w Krakowie, ale na Mazowszu, w pobliżu Warszawy, pod wsią Kamień – oznajmił, a tatę tak to zainteresowało, że wdał się w ożywioną rozmowę.

Leszka niewiele z tej rozmowy rozumiała, więc korzystając z okazji, że nikt się nią nie interesuje, podeszła do murów, tam gdzie było okienko strzelnicze. By zobaczyć, co przez nie widać, musiała stanąć na kamieniu. Rozejrzała się, czy nikt jej nie widzi, i wlazła. Za okienkiem roztaczał się widok na szeroko rozlaną Wisłę. Rzeka lśniła pięknie, zupełnie jak ta z jej rodzinnych stron. Próbowała wdrapać się wyżej, by sprawdzić, co widać ze szczytu murów, ale poczuła rękę ojca na ramieniu. Szkoda, bo jeszcze parę chwil i byłaby na górze.

– Tylko pokłonię się królewnie Annie i przekażę jej pod opiekę swoją córkę, a potem już będę do dyspozycji – mówił pan Radzic do kasztelana, trzymając jednocześnie Leszkę za rękę, by znów gdzieś nie umknęła.

 

Pan Tarnowski roześmiał się, skinął głową i odszedł.

Może nie będzie mi tu źle – pomyślała Leszka i pozwoliła się poprowadzić do bocznego skrzydła zamku.

Anna Jagiellonka, rodzona siostra zmarłego niedawno króla, przyjęła ich bez zbędnych ceregieli. Mieszkała w starej części Wawelu, a jej dwór był skromny.

– Brat wypłacał jej mizerne sumy na jego utrzymanie, a i to uważał za zbytek – opowiadał przyciszonym głosem ojciec, gdy zbliżali się do komnat królewny. – Po śmierci Zygmunta Augusta wpływy Anny wzrosły, a można przypuszczać, że będą się nadal zwiększały, bo jest dziedziczką tronu polskiego i sejm zamierza nałożyć na nowo wybranego króla obowiązek ożenku z królewną.

– Czy to oznacza, że wkrótce zostanie królową? – spytała Leszka.

– Owszem – przytaknął tata. – Pod warunkiem, oczywiście, że nowy król będzie wolnego stanu.

Gdy przekraczali progi komnat, Leszka już sporo wiedziała o królewskiej siostrze, ale i tak czekało ją mnóstwo niespodzianek. Anna była wyjątkowo wysoka, o wiele wyższa od wszystkich kobiet, jakie znała Leszka. Jeszcze bardziej zaskakujący okazał się jej wiek. Była stara, starsza od taty, a nawet od Ościenia. Określenie „królewna” wydało się Leszce nagle śmieszne. Dobrze, że musiała skłonić się nisko, bo mogła skryć chichot, którego nie była w stanie powstrzymać.

– Większość dwórek wróciła do domów, zostało tylko kilka – powiedziała Anna usprawiedliwiająco, bo w komnacie, w której ich przyjęła, było niewiele dziewcząt.

– Tym lepsza będzie opieka i szybsza nauka dla nowej podopiecznej – powiedział ojciec z galanterią, a gdy po krótkiej wizycie opuszczali komnaty, nakazał córce: – Staraj się być miła, bo królewna po raz pierwszy czuje się ważna. Nie psuj jej tych chwil.

– Dobrze – obiecała Leszka, bo i jej Anna wydała się życzliwą osobą. – Postaram się.

I zamierzała dotrzymać obietnicy, bo trochę współczuła leciwej królewnie. Biedaczka nie miała łatwego życia. Niekochana przez matkę, królową Bonę, i lekceważona przez brata, Zygmunta Augusta, trwała w staropanieństwie nie ze swojej winy. Posag, jaki jej wyznaczyli, był tak żałośnie mały, że książęta tylko wzruszali ramionami i odjeżdżali.


– Nie sądziłam, że ktoś urodzony w królewskim rodzie może być lekceważony i nieszczęśliwy – mruczała, żegnając się z ojcem.

– Bądź grzeczna!

Tego już obiecać nie mogła, więc tylko wymamrotała coś niezrozumiale i wtuliła się w ramiona taty, szczęśliwa, że – mimo przeróżnych wad – jest kochana.

Dostała niewielką izdebkę w pobliżu komnat Anny, ale rzadko tam bywała, bo dzień miała wypełniony zajęciami po brzegi. Od rana do wieczora razem z innymi pannami dworskimi dotrzymywała towarzystwa królewnie, ucząc się przy okazji haftu, szycia, gry na lutni, śpiewu, tańca i języków: włoskiego i francuskiego. Najwięcej frajdy sprawiała jej praca w ogrodzie. Królewna Anna prowadziła zielnik, w którym umieszczała różne gatunki roślin, a w tej dziedzinie Leszka była prawdziwą znawczynią. W pogodne dni królewna w towarzystwie dwórek wyruszała na spacer krakowskimi uliczkami. Leszka mogła podziwiać Sukiennice, kościół Mariacki i kolorowe kamienice mieszczan. Po powrocie na zamek, gdy królewna i dwórki udawały się na odpoczynek, ona, wcale niezmęczona, wyruszała na samotne wyprawy po Wawelu. Jedną z nich skończyła w kuchni, skąd dobiegał przecudny zapach świeżego pieczywa.

– A coś, panna, za jedna? – spytała kucharka.

– Jestem Leszka, dwórka królewny Anny.

– A jak tak, to siadaj i częstuj się świeżo upieczonymi rogalikami.

Podczas gdy Leszka chrupała pyszności, obok niej toczyła się ożywiona dyskusja na temat wyboru króla. Okazało się, że to gorący temat nie tylko wśród urzędników, ale i w kuchni.

– Oby tylko nie wybrali szwedzkiego Jana, bo to pijak – powiedziała kucharka, dokładając drew do pieca.

– Iwan Groźny jest jeszcze gorszy, bo morduje rosyjską szlachtę – prychnęła druga, trzaskając fajerkami.

– Ernest też nie byłby dobrym królem, bo Habsburgowie są niechętni Polakom – przekonywała trzecia, stawiając na piecu wielki gar z zupą.

– A Henryk z Francji? – spytała Leszka.

O nim nikt nic nie wiedział, więc nie można mu było niczego zarzucić. W tym momencie otworzyły się drzwi i wpadł do kuchni chłopak z szopą czarnych włosów. Rzucił na ławę torbę i zawołał:

– Jedna wieść za jednego rogalika!

– A ile masz, paniczu, wieści? – spytała kucharka.

– Co najmniej ze sto!

– No to tyle rogalików akurat mamy, siadaj i opowiadaj!

Ujrzawszy Leszkę, chłopak speszył się, zaczerwienił, a potem niespodziewanie odwrócił na pięcie i umknął.

– Patrzcie, zawstydził się! – roześmiała się ochmistrzyni.

Leszka od razu poznała, że to ten, co uchronił ją przed upadkiem ze schodów i z jakiegoś powodu zrobiło się jej wesoło.

– Kto to i dlaczego uciekł? – spytała.

– To Marcinek Tarnowski. Jest żakiem w Akademii Krakowskiej i pomocnikiem pisarza dworskiego. Przychodzi do nas, jak zgłodnieje, a przy okazji znosi najnowsze wieści. Dzięki niemu wiemy, co się dzieje na Wawelu i dalej w świecie.

– To dziś nie dowiecie się niczego, bo uciekł – zmartwiła się Leszka.

– E tam, zaraz wróci. Głód jest silniejszy od zawstydzenia.

I rzeczywiście. Nie minęło parę chwil, a drzwi otworzyły się znowu i pojawiła się w nich czarna czupryna.

– Można? – spytał, nim przekroczył próg.

– Zapraszamy! – zawołały kucharki, a Leszka przesunęła się, robiąc miejsce na ławie.

Dobrze, że Marcinek wrócił, bo jako jedyny wiedział coś o Henryku z Francji.

– To czwarty syn króla Henryka II i Katarzyny Medycejskiej – mówił, pałaszując rogaliki. – Jego starszy brat Franciszek II też był królem Francji, a gdy zmarł, zastąpił go drugi z braci, Karol. Henryk jako czwarty ma niewielkie szanse na tron, więc matka próbowała ożenić go z królową Anglii Elżbietą i królową Szkotów Marią. Te plany nie powiodły się, więc rozpoczęli starania o tron Polski.

– Nie lepiej byłoby wybrać jakiegoś Piasta, Jagiellona albo choćby kasztelana? – spytała Leszka. – Widziałam tu jednego, który w sam raz nadaje się na króla. Jak on się nazywa? A, już wiem, Jan Tarnowski.

Marcinek omal się nie udławił. Kęs rogalika utknął mu w gardle, aż sczerwieniał i Leszka musiała walnąć go w plecy, by mógł złapać oddech.

– Nasza szlachta nie chce zginać karków przed równymi sobie – powiedział w końcu, gdy mógł już mówić.

– Szkoda – powiedziała Leszka. – Byłoby mniej zachodu.

Podniosła się z ławy, bo musiała już wracać do komnat. Marcinek zerwał się i skłonił pięknie, a Leszka pomyślała, że to z wdzięczności za uratowanie życia, więc grzecznie skinęła mu głową, tak jak się już nauczyła. Zaraz pobiegła na pokoje i opowiedziała pannom o tym, czego się dowiedziała o kandydatach na króla. Królewna Anna nadstawiała ucha i z tego zaciekawienia Leszka wywnioskowała, że rzadko docierają do niej takie wieści.

– Skąd to wszystko wiesz? – spytała podejrzliwie.

– W kuchni opowiadają – przyznała Leszka, niezbyt pewna, czy nie oberwie jej się za konszachty ze służbą.

– Więc zachodź tam częściej – nakazała królewna. – Będziemy wiedzieć więcej.

Leszce nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, bo ciągnęło ją do kuchni, a informacje o wyborze króla nie były jedynym tego powodem. Nie były nim też pyszne rogaliki. Chodziło głównie o Marcinka, żeby znów go zobaczyć i posiedzieć blisko niego. Z przyjemnością zaglądała więc do kuchni i wysłuchiwała najnowszych wieści. A te nadchodziły jedna po drugiej. Najpierw, że we wsi Kamień pod Warszawą stawiło się aż pięćdziesiąt tysięcy szlachciców, którzy chcieli uczestniczyć w głosowaniu. Potem, że odbyła się prezentacja kandydatów, dokonana przez zagranicznych posłów. Następnie, że spisano wszelakie obietnice i zobowiązania, tak zwane pacta conventa.

– Teraz zostało nam już tylko czekać na wyniki głosowania – oświadczył w końcu Marcinek.

To było najgorsze. Tym bardziej, że elekcja odbywała się daleko poza Krakowem, na Mazowszu. Z największą niecierpliwością wyczekiwała rezultatu królewna Anna. Dla niej wybraniec miał być nie tylko królem, ale i mężem. Raz po raz przywoływała Leszkę i pytała:

– Już coś wiedzą?

– Nic jeszcze, najmiłościwsza pani – wzdychała Leszka po kolejnym powrocie z kuchni.

Wreszcie Marcinek, patrząc na słońce, oznajmił:

– Już czas. Idę wypatrywać wiadomości.

– Idę z tobą – zdecydowała Leszka, choć nie wiedziała, co miał na myśli.

Wleźli na basztę. Okazało się, że mieszkają tam specjalnie hodowane gołębie, które ważne osobistości zabierały w podróż i po drodze wypuszczały z przyczepioną do nóżki ptaka wiadomością. Gołębie wracały do gniazda, czyli na wawelską basztę, przynosząc ze sobą listy.

– Wypatruj nie tylko samego gołębia, ale i jakiego jest koloru – polecił Leszce Marcinek. – Jeśli przyleci biały, to wybrany został Francuz, jeśli czarny, to Iwan, jeśli szary, to Habsburg, jeśli pstrokaty, to Szwed. Tak się umówiliśmy z tatą.

– Twój tata jest gołębiarzem? – spytała Leszka.

Marcinek coś mruknął, ale właśnie zauważyli kołującego nad basztą ptaka.


– Gołąb! – zawołała Leszka: – Biały, biały!

– Czyli Francuz! – zawołał Marcinek i poleciał otwierać klatki, by gołąb miał gdzie wylądować. – Muszę go złapać, bo pewnie przyniósł jakieś listy.

Leszka też pobiegła. Najpierw do kuchni, bo pierwszy raz mogła być tą, która przyniesie nowinę.

– Henryk, Henryk! – zawołała, ledwo otworzyła drzwi.

– No i dobrze – uznały kucharki. – Jest młody i nawet jeśli czegoś nie umie, to się nauczy.

– W sumie dużo do roboty mieć nie będzie – dodała ochmistrzyni. – Polscy królowie od dawna wspomagają się urzędnikami, którzy znają się na rządzeniu. A sejm i tak decyduje o większości spraw.

Leszka już nie słuchała. Chciała biec do królewny, ale męczyła ją jedna sprawa i musiała o nią spytać.

– Tata Marcinka jest gołębiarzem?

Kucharka parsknęła śmiechem.

– Jakim znowu gołębiarzem? To sam kasztelan, Jan Tarnowski.

Leszka jęknęła, a kolana się pod nią ugięły. Nagle zawstydziła się wszystkiego, co wymsknęło się jej niechcący, a co mogło dotknąć Marcinka. Nie pytała o nic więcej, tylko odwróciła się na pięcie i uciekła z postanowieniem, że już nigdy nie pokaże się Marcinkowi na oczy. Teraz jednak musiała biec z wieścią do królewny.

– Jaśnie pani, nowym królem będzie Henryk z rodu Walezjuszów! – zawołała jeszcze w drzwiach, ale nikt, łącznie z królewną, nie zwrócił uwagi na jej niestosowne zachowanie.

– A co o nim wiemy? – dopytywała zdenerwowana Anna.

– Jest młody, wysoki, dobrze zbudowany, wykształcony – wyliczała Leszka to, co pamiętała. – A w swoich osobistych zobowiązaniach zapewnił, że zadba o wykształcenie młodzieży i o polską flotę. Więc może będzie dobrym królem?

– Chodźmy do katedry – zdecydowała Anna.

Leszka towarzyszyła królewnie i dwórkom, ale zamiast uczestniczyć w nabożeństwie, klękła przy grobowcu swego ulubionego króla Kazimierza i powtarzała w kółko prośbę:

– Oby nowy król był tak dobry jak ty, królu Kazimierzu. Oby nowy król był tak dobry jak ty… Oby nowy król… Oby…

Po kilku dniach wrócił z Warszawy ojciec, ale tylko po to, by pożegnać się przed kolejnym wyjazdem, tym razem do Paryża.

– Znalazłem się w składzie poselstwa, które oficjalnie powiadomi księcia francuskiego o wyborze. Postaramy się możliwie szybko sprowadzić go do Rzeczpospolitej. Myślę, że zobaczymy się wkrótce.

Ale Henrykowi do Polski wcale się nie spieszyło. Wyruszył, gdy jesień miała się już ku końcowi.

– Zima to najlepszy czas na podróż, bo błota na gościńcach, rzeki i bagna zamarzną, i można bezpiecznie przejechać – mówiła Leszka, pocieszając królewnę, która z rosnącą niecierpliwością czekała na przyjazd Henryka.

Biedna Anna ciężko znosiła ten czas. To była ożywiona ponad miarę, to znów popadała w przygnębienie. A jej przyszły mąż jechał i jechał, zatrzymując się często po drodze. Był już koniec stycznia, gdy snop iskier trzasnął na kominie.

 

– Znaczy, że goście są już blisko! – powiedziała Leszka.

Królewna Anna kazała szykować ucztę powitalną. Dokładała starań, by olśnić przyjezdnych, więc kucharze nagotowali potraw w takich ilościach, że stoły się uginały. W końcu do komnat wbiegł zdyszany chłopak.

– Miłościwa pani, jadą!

– Biegnijcie, dzieci. Zobaczcie, jak on wygląda – zarządziła Anna.

Leszka zaczerwieniła się. Ten, który przybiegł z wiadomością, to był Marcinek. Od tamtej pory, gdy dowiedziała się, że jest synem kasztelana, unikała go. Ale teraz nikt inny, tylko sama przyszła królowa kazała im iść razem, więc narzuciła na siebie kożuszek i pobiegła. Żeby się nie zgubić, musieli trzymać się za ręce, bo na ulicach tłoczyło się mnóstwo ludzi. Wszyscy chcieli zobaczyć nowego króla.

– Chodźmy na basztę! Stamtąd będzie lepszy widok! – zawołał Marcinek.

Wdrapali się i z wysoka patrzyli na nadjeżdżających. A było na co patrzeć. Najpierw jechały sanie przecierające szlak, a za nimi wozy, wozy, wozy.

– Tata mówił, że orszak królewski liczy tysiąc dwieście koni – opowiadał chłopak.– Większość to karety z damami dworu i wozy z bagażami. Ciekawe, gdzie to wszystko się pomieści?

Leszka tym akurat się nie przejmowała, tylko wypatrywała króla. Jechał w najbardziej okazałych saniach, opatulony w lisiury. Ruchem ręki pozdrawiał poddanych, a ludzie wiwatowali, bo radowali się, że znów mają króla. Co prawda w czasach bezkrólewia nic się nie zawaliło, urzędy i sądy funkcjonowały jak należy, ale co król, to król!

Następnego dnia w obecności dostojników państwowych odbyło się oficjalne powitanie z królewną Anną. Leszka razem z dwórkami stała za krzesłem Anny i mogła z bliska przyjrzeć się Henrykowi. Był przystojny i pewny siebie, ale jego widok wywoływał chichot. To z powodu ubioru, jaki miał na sobie. Najśmieszniejsze były bufiaste krótkie spodenki z wieloma rozcięciami ukazującymi podszewkę i wielka kryza z krochmalonej koronki na szyi. Ta ostatnia przywodziła na myśl talerz, na którym leży głowa Henryka.

A żeby było zabawniej, pod jego nosem widniał wąsik tak cieniutki, jakby ktoś namalował go pędzelkiem.

– Całkiem jak błazen – szepnęła jedna z dwórek, ale Leszka nie zaśmiała się, bo nauczona dobrych manier wiedziała, że musi zachować powagę.

– Taka widocznie jest wśród Francuzów moda – mruknęła, bo rzeczywiście, wielu wyglądało podobnie.

Po krótkich powitaniach Anna wypaliła prosto z mostu:

– Panie, jesteś mi pan przeznaczony na męża!

Henryk najwidoczniej poczuł się zakłopotany, bo przesunął dłonią po ufryzowanych włosach, wypowiedział kilka zdawkowych słów i czym prędzej opuścił komnaty.

– Uciekł? – zdziwiła się królewna.

– Na pewno jest zmęczony podróżą – uspokajały Annę dwórki, choć wiedziały, że Henryk czmychnął z innego powodu. Miał dwadzieścia trzy lata, podczas gdy przeznaczona mu narzeczona mogła być jego babką.

– To przecież małżeństwo polityczne. Nie takie rzeczy zdarzały się wśród królów – prychnęła królewna.

Leszka pomyślała, że to chyba dobrze, iż królami zostają Francuzi, a nie kasztelani. Ci lepiej niech trzymają się od tronu z daleka, to przynajmniej będą mogli sami sobie wybierać żony. I nie wiadomo dlaczego, zarumieniła się.

Po trzech dniach, 21 lutego 1574 roku, odbyła się koronacja Henryka Walezego. W katedrze wawelskiej paliły się świece z czystego wosku, a tłum pchał się, by z rozdziawionymi ustami pogapić się na nowego króla. A widok był niezapomniany. Henryk ubrany był w aksamitny kaftan, ozdobiony drogimi kamieniami i perłami. Do tego miał naszyjnik ze złota i bursztynu, a w uszach długie wisiory z wielkimi perłami. Na tle czarnych strojów księży prezentował się niczym kolorowy ptak.


Potem była uczta, podczas której piwo i miód lały się strumieniami, a gości zabawiali francuscy śpiewacy i kuglarze. Leszka zwróciła uwagę na trefnisia, który na ramieniu nosił niezwykłego stwora z zakrzywionym dziobem i pierzastym czubem na łbie.

– A cóż to za kura? – zdziwiła się, bo chociaż znała mnóstwo ptaków, takiego dziwaka widziała po raz pierwszy.

– To papuga – wyjaśnił Marcinek.

W pewnym momencie, gdy jakiś pijany szlachcic upuścił dzban z winem, ptak zerwał się i wpadł między damy dworu. Rozległy się piski i krzyki. Leszka nie spanikowała, tylko gwizdnęła cicho. Robiła tak zawsze, gdy uspokajała swojego jastrzębia. Na papugę też to zadziałało i na moment zastygła w bezruchu. Teraz wystarczyło sięgnąć ręką i schwytać ją.

– Mam cię! – zawołała, zaciskając palce na piórach.

Poczuła bijące serce przestraszonego ptaka.

– Nie bój się – przemawiała łagodnie, póki nie zjawił się francuski trefniś i nie zabrał ptaka. Ręką położoną na sercu podziękował Leszce za schwytanie zbiega.

Po koronacji zaczęły się na Wawelu bale i turnieje. Królewna Anna czekała na oświadczyny, ale Henryk ociągał się. Zamykał się we własnych komnatach i nie dopuszczał do siebie nikogo, symulując chorobę.

– Nowy król marznie okrutnie, bo w dalekiej Francji było cieplej – przynosili wieści dworzanie. – Z powodu zimna ruszyć się nie może. Siedzi opatulony w grube futra i nie wychyla nosa z komnat.

– Dorzucajcie mu drew do ognia na kominku – rozkazała służbie Anna.

Zimno było też powodem, dla którego Henryk nie bywał na posiedzeniach. W rzeczywistości nie znał polskiego i udział w życiu publicznym niezmiernie go nudził. Nawet gdy zjawił się gdzieś, nie zabierał głosu. Wyglądało na to, że wcale nie interesuje się sprawami państwa, a swojej pozycji nie traktuje poważnie. Zaczęto go nazywać „królem malowanym”. Służba znosiła nowiny z francuskich komnat i w kuchni wiedziano o nowym królu najwięcej.

– Za dnia najchętniej śpi, za to wieczory i noce spędza na rozrywkach. Gra w karty i trwoni olbrzymie sumy, pobierane ze skarbu państwa – szeptały kucharki.

– Nie przestrzega zasad higieny, załatwia się do kominka albo w kącie pokoju – opowiadały pokojowe.

– Nie umie posługiwać się widelcem! – śmiali się lokaje.

Niektóre wieści Leszka przekazywała królewnie i dwórkom, inne zachowywała dla siebie, bo nie przechodziły jej przez gardło.

– Pisze bez przerwy listy, a niektóre kreśli nawet własną krwią – szeptała między sobą służba. – Jest zakochany w hrabinie Marii de Condé, którą poznał w drodze do Polski. Nasze gołębie każe wywozić do Niemiec i Francji, by przynosiły stamtąd listy.

Tymczasem Anna ciągle czekała na oświadczyny i była coraz bardziej przygnębiona. W końcu kazała wyprawić wielki bal.

– Potraktujemy go jako oficjalne zaręczyny – uznała.

Był początek czerwca, nastały ciepłe dni. Leszka, zmęczona humorami królewny, miała ochotę pospacerować samotnie po ogrodzie. Siedziała nad wodą, gdy usłyszała łopot skrzydeł. Uniosła głowę i zobaczyła kołującego nad basztą gołębia.

– Oho, przyniósł kolejny list od hrabiny – mruknęła z niechęcią, bo trochę żal jej było Anny.

Trzepot skrzydeł słychać było jednak nadal i to całkiem blisko. Nie mógł to być gołąb, bo tamten już wylądował i ktoś go schwycił. Ten odgłos dochodził z korony drzewa. Leszka wytężyła wzrok i wśród gałęzi zobaczyła coś kolorowego. To była papuga. Na widok Leszki rozwrzeszczała się wniebogłosy:

Vive la France! Vive la France!

Leszka zaczęła przemawiać do ptaka łagodnie:

– No chodź, malutka! Skąd się tu wzięłaś? Chodź, bo koty cię zjedzą.

Dopiero gdy gwizdnęła, papuga zamarła w bezruchu, ale była wysoko i Leszka musiała wleźć na drzewo, by ją złapać. Miała nadzieję, że nikt nie widzi jej wyczynów. Pannie nie wypadało przecież łazić po drzewach. Na szczęście w ogrodzie nie było nikogo. Złapała papugę i pogłaskała po kolorowych piórach. Wiedziała od Marcinka, że te ptaki potrafią powtarzać słowa, więc postanowiła spróbować.

– Powiedz: Vive la Pologne.

Po kilku powtórzeniach papuga zaskrzeczała:

Vive la Pologne!

Leszka zaśmiała się. Zadowolona z dowcipu, ruszyła w stronę nowych budynków wawelskich, gdzie rezydował Henryk z Francuzami, by oddać papugę właścicielowi. Zdziwiła ją panująca cisza. Czyżby wszyscy spali? Wszędzie leżały poduszki, srebrne misy, dzbany i okropnie cuchnęło. To, że Francuzi załatwiali się gdzie popadnie, okazało się prawdą. Zatkała nos i ruszyła w stronę kuchni, bo liczyła, że tam znajdzie kogoś, kto będzie wiedział, co zrobić z ptakiem. Szła, kierując się zapachem gotowanych potraw. W końcu trafiła i zatrzymała się przed drzwiami. Były uchylone i słyszała za nimi przyciszoną rozmowę.

– Właśnie dotarła wieść z Francji, że umarł król Karol IX, brat Henryka – usłyszała głos, a potem jeszcze jeden: