3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Nim zaśnie Ziemia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nim zaśnie Ziemia
Nim zaśnie Ziemia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Nim zaśnie Ziemia
Nim zaśnie Ziemia
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99 
Szczegóły
Nim zaśnie Ziemia
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grzegorz Walczak

Nim zaśnie Ziemia

Saga

Nim zaśnie Ziemia

Copyright © 1998, 2021 Grzegorz Walczak i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728049396

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Telefon obstawał przy swoim. Upierał się i marudził, wreszcie przestał. Tombot wydał odpowiednie polecenie selektorowi łączności telefonicznej i położył się na łóżku. Wyciągnął jeszcze rękę po sterownik telewizora. Ukazał się napis: „Wiadomości, godzina 21” i zaraz potem przez ekran przetoczyło się mrowie jednakowo ogolonych ludzkich głów.

– Oddziały rewolucyjne Żółtej Delty – informował spiker – osiągnęły Nowe Miasto. Papież odwiedził wyzwoloną Umbrię.

Pojawił się papież wśród czarnego tłumu.

– Na autostradzie Słońca znowu doszło do wielkiego karambolu. W powstałym zatorze uwięzionych jest kilka tysięcy samochodów. Do akcji ruszyły helikoptery transportowe.

Przez ekran przefrunęła eskadra śmigłowców.

– Doktor Joly z Międzynarodowego Ośrodka Badań Kosmicznych w Bad jest na tropie niespotykanego odkrycia.

Tombot poruszył się niespokojnie. Cały ekran wypełniała twarz Joly’ego.

– Do wszystkich ośrodków ochrony kosmicznej – mówił głos z odbiornika... – Nagle coś zamrugało i w miejsce twarzy Joly’ego pojawiła się biała plansza.

Telefon oszalał.

Komputer migał co chwila kontrolkami rejestracji. Selektor odrzucał wszystkie zgłoszenia. Tombot połączył się z hotelem Lory.

– Tak, panie Tombot – brzmiała odpowiedź. – Kiedy tylko będzie sposobność, przekażemy wiadomość córce.

Odłożył słuchawkę.

* * *

Jednak nie powinienem się zwierzać temu wariatowi – myślał Tombot. Bezwiednie przerzucał tygodniowy wykres własnych możliwości psychointelektualnych. Miał ciężki dzień. Walka z kierownictwem Instytutu wydawała się bezcelowa.

– Doktorze Tombot, to jest totalna bzdura – wracały echem słowa profesora. – Fala S, która pana tak niepokoi, stanowi pańską prywatną wizję. Ta niejasna jeszcze emisja jest przyczyną zakłóceń większych w pana wyobraźni niż w rejestratorze naszego gammateleskopu. Analizę widma potwierdziła Monte Palamar. Zresztą Amerykanie, podobnie jak my na Starym Kontynencie, nie dopatrują się w tym żadnego zagrożenia. Koledzy z Instytutu Radioastronomii Eurazji również przychylają się do naszej hipotezy... Jest pan ostatnio przemęczony. Niech pan weźmie sobie kilka dni urlopu i poleci na Wyspę. I niech pan przez jakiś czas nie dostarcza nam swoich rewelacji. Pan się minął z powołaniem, drogi kolego. Praca naukowca to nie jest praca dziennikarza, który wciąż ugania się za sensacją.

Tombot przymknął oczy. Przez jego twarz przebiegł niedostrzegalny uśmiech.

– A jeśli moja hipoteza się sprawdzi, to już niedługo uśnie pan, profesorze, przy swoim pulpicie. Uśnie też docent Marsch i kolega Joly, i ja usnę...

– Już by mógł pan to zrobić – zażartował Marsch.

– Gorzej będzie to wyglądać na ulicach wielkich miast, na autostradach pełnych rozpędzonych aut – wieścił Tombot. – Niech pan sobie wyobrazi, profesorze, tysiące kierowców, którzy w tej samej sekundzie zapadają w głęboki sen. Niech pan sobie wyobrazi chirurga, który właśnie pociągnął pacjenta lancetem... i osuwa się wraz z całą asystą na podłogę.

– To ładna filmowa sekwencja. Bardzo żałuję, że nie jest pan reżyserem.

– A ci w samolotach – ciągnął Tombot – a ci, którzy kontrolują energię w reaktorach, w systemach obronnych, a maszyniści pociągów osobowych, które zmieniają się w pociągi widma, matki kąpiące niemowlęta, kuracjusze, którzy właśnie skoczyli do wody, aby trochę popływać...?

– Przykra sprawa – pokpiwał profesor – tym bardziej że zapewne pańska fala odwiedzi nas w godzinach szczytu, gdy ruszymy na weekend. No więc, co pan radzi?

– Wiem, że nie jest możliwe zatrzymanie pewnych procesów na Ziemi, nad którymi ludzie muszą mieć stałą kontrolę. Ale można by uniknąć tysiąca katastrof. Zostało jeszcze trochę czasu.

– A na jakiej podstawie pan twierdzi, że dojdzie do tak gwałtownego wzmożenia emisji promieni? – dopytywał się Joly.

– Gdyby to rzeczywiście miało się do nas przyturlać – skrzywił się Marsch – czemu mielibyśmy się jeszcze frasować samochodowymi katastrofami?

– E... – profesor machnął ręką. – Więc pan sugeruje, doktorze, żebym się połączył ze wszystkimi ośrodkami i zaproponował alarm międzynarodowy pierwszego stopnia, dlatego że się panu przyśnili galaktydzi?

– Chodzi tylko o współpracę. Niczego nie można wykluczyć. To przecież pana słowa, profesorze. Zanotowałem je wiele lat temu na pańskich wykładach.

– Dla studentów to dobra zasada... No co, chce pan, żebyśmy się wygłupili?! Ale jeśli pan chce...

Poprosił asystenta, aby włączył jeszcze raz system kontroli regionu Gal-8. Namierzyli kosmiczną stację przekaźnikową. Na ekranach zamigotało. Poszukiwanie nie trwało zbyt długo. Stabilizatory opanowały zakłócenia emisji i było wyraźnie widać pulsującą, szarobiałą smugę. Przyglądali się temu w milczeniu.

– Pulpit trzeci – komenderował profesor – proszę o maksymalnie dokładną analizę spektralną. – Podał odpowiednie długości. Wyglądał na zmęczonego.

– Według obliczeń Greiga intensywność promieniowania wprawdzie się nasila, ale główna fala przechodzi pod kątem ośmiu stopni do płaszczyzny stycznej do naszej orbity – przypomniał Joly. – Czym się więc mamy martwić?

– Niby tak – zgodził się Tombot – ale mała pomyłka, albo... – zająknął się – odpowiednia korekta...

– Czyja korekta?! – parsknął profesor. – Nie, pan jest fantastą! – Wycierał okulary. – Trzymajmy się faktów. A są one takie: Zaobserwowano w kilku ośrodkach badawczych przemieszczającą się, nie zbieżną z naszą orbitą, wiązkę...

– W tej chwili nie zbieżną – poprawił go Tombot.

Profesor wstał.

– No dobrze, dziękuję na dzisiaj. – Widać było, że z trudem panuje nad sobą. Odchodząc zwrócił się do dyżurnego laboranta: – Szczegółową analizę dzisiejszych zapisów proszę przekazać do sekcji B. I proszę w tej sprawie utrzymać absolutną tajemnicę. Hipotezy tego typu to śmierdząca padlina dla żurnalistów. – Wyszedł.

Tombot marudził z wyjściem. Zbierał notatki, przyglądał się jakimś schematom. Podszedł do niego Joly.

– Myślę – powiedział – że profesor ma rację, a ty intuicję.

– To dosyć ciekawa sprzeczność – zauważył Tombot.

– Gdyby się rzeczywiście coś stało, jestem do twojej dyspozycji. I nie obawiaj się śmieszności.

– Nigdy się tym nie przejmowałem, raczej mnie śmieszy ludzki strach przed śmiesznością, ale naprawdę, doktorze Joly, niewiele więcej mam do powiedzenia.

– No, a ten papierek? – Joly podsunął mu pod nos jakiś schemat. – Nie wszystkie argumenty przedstawiłeś, Tombot. – Zachowywał się jak prokurator.

– To są tylko hipotezy, zresztą... – Tombot włączył manipulator analizy jądrowej. – Przyjrzyj się tym cholernym cząstkom. – Jakby się rozkoszował ich widokiem. Wzdłuż torów cząsteczek elementarnych, które śledzili, ciągnęły się smugi zjonizowanego powietrza.

– Trudno sobie wyobrazić naturalne źródło, które emitowałoby taką mieszankę – zauważył Joly.

– A czy można sobie wyobrazić falę uderzeniową, która w momencie zetknięcia się z atmosferą ulega rozszczepieniu w sposób zaplanowany... albo ma własny ośrodek modulacji kierunku?

– Myślisz o samosterowaniu? – Joly uśmiechnął się sceptycznie.

– Powiedzmy, że odpowiedzialne są za to specyficzne promienie w wiązce.

Joly przez dłuższy czas przyglądał się żółtym plamkom w oczach Tombota. – Ciekawy ładunek energii – zamruczał pod nosem. I już głośniej – Wierzysz w przypadki w kosmosie, w chaos czy cel?

– To sprawa religii, nie nauki.

– Pracujesz nad S od dawna. Na czym to właściwie polega?

– Trudno powiedzieć. – Tombot starał się teraz być wstrzemięźliwy w swoich sądach. – Znamy tylko efekt. Promienie te po prostu usypiają.

– Na jak długo?

– Nie wiem. Może zależy to od rodzaju organizmu.

– Jaka jest dawka śmiertelna?

– To dziwna sprawa. Organizm nasycony nimi ma zdolność wegetacji. Widzisz, miałem, jak dotąd, okazję skoncentrować niewielkie porcje S, ale mogę ci powiedzieć, że szczury uśpione przed miesiącem wciąż wykazują oznaki wegetacji.

– Bez odżywiania? To niemożliwe! – wykrzyknął Joly.

– To fakt. Mogę ci je pokazać.

– A inne zwierzęta? A ludzie? – dopytywał się Joly.

– Doświadczenia są w stadium początkowym, ale wydaje się, że długotrwałość popromiennej wegetacji ma związek ze stopniem rozwoju systemu nerwowo-mózgowego. Niższe jednostki nie mają szans. Flora jednak rozwija się bez zakłóceń.

– Ciekawa selekcja. Nareszcie mądrość premiowana – zażartował Joly. – Ale czym się będą karmić wyższe gatunki, jeśli niższe wyginą?

– Nie będzie już pożerania. Przypuszczam, że same promienie są dostarczycielami energii potrzebnej do przeżycia.

– Od jak dawna odbierasz S?

 

– Zaczęło się to od pierwszych informacji naszej Międzyplanetarnej Stacji Przekaźnikowej.

– Pamiętasz, jakie to było zadziwienie nad gammakwantami... te publikacje o najgorętszych punktach w galaktyce? I ty sądzisz – Joly nagle spoważniał – że na stację przekaźnikową suną...

– Właśnie – mruknął Tombot. – Różnica ośmiu stopni... mogliby nas nie znaleźć.

– O czym ty mówisz?

– Zadziwiająca jest ich zdolność skupiania się w atmosferze, jakby to były swobodnie się poruszające wolne ładunki energii.

– Więc co to jest?

– Nie wiem. Doprawdy nie wiem. Może ich przebiegłość.

Joly patrzył na kolegę z niedowierzaniem.

– Myślę, że kiedyś... zanim się rozwinęło życie na Ziemi...

* * *

Leżała w zaciemnionym pokoju.

– Pani Tombot, ojciec znów dzwonił. Był zdenerwowany – meldowała recepcjonistka.

– Proszę z nikim mnie nie łączyć, pani..., pani...

– Klara.

– Pani Klaro, niech mi chociaż pani da spokój. Pani była moim jedynym kontaktem, ale i to widocznie za dużo. Czy mało płacę? Czemu mnie prześladujecie? Niech pani nic nie mówi. Mam gdzieś te wasze telefony, internety, wideotelefony, kasetotelefony, telewizjery, rejestratory poleceń, krótkofalówki, radioinformatory bazy, teleinformatory osobowe. Bez przerwy przed czymś mnie przestrzegają, coś zapowiadają, o czymś informują – o stanie pogody, o zmianie ciśnienia, o wpływie jonizacji, o współczynniku aktualnego zapylenia i przemysłowym zanieczyszczeniu powietrza. Doradzają mi typ parasola, zalecają fason ubioru, zestaw witamin, region na popołudnie. Nawet z komputerowych danych mojej budowy fizycznej i dotychczasowych doświadczeń wybierają mi zestaw propozycji seksualnych, z określeniem pola bioseksualnego, z liczbą elementów, z częstotliwością zmiany, włącznie z kolorem skóry i ze szczegółowymi parametrami seksualnych partnerów. Uwzględniają wszystkie odchylenia. Klaro, nie mam ochoty na ten cały koktajl. Leżę w ciemnym pokoju i nie wiem, na co czekam. Myślę, że w takim stanie jest nas więcej. Niech pani nie przekazuje mnie do ewidencji depresyjnych, zaczną się interwencje lekarskie, znowu badania, próby pomocy, do diabła z tym. Pojadę na Wyspę. Proszę tylko tej informacji nie rejestrować. I jeszcze coś, wszystkie moje dane z kartoteki pobytu w waszym hotelu proszę zniszczyć.

– Może przyjść do pani?

– Nie proponuje mi pani hotelowego psychiatry?

– Może chciałaby pani po prostu ze mną porozmawiać?

– Tak, tak, bardzo bym chciała, ale proszę mi wybaczyć, nie wierzę, że zgłasza się pani tak sama z siebie. Wiem, że należy to do pani obowiązków, a taka rozmowa mnie nie interesuje.

– Naprawdę, zwyczajnie. Nie mam takich obowiązków – recepcjonistka Klara upierała się przy naturalności swego ludzkiego odruchu.

– Nie wierzę, nie wierzę, skończmy z tym. Jadę na Wyspę. Proszę zredukować moją łączność do ostatniego rzędu.

– To jest ryzyko – próbowała jeszcze pertraktować Klara. – Ostatni rząd łatwo ulega przerwaniu. Może pani stracić łączność w ogóle.

– No i dobrze. Tak byłoby najlepiej.

– Zostanie pani pozbawiona wszelkiej opieki. Gdyby się coś pani stało albo nastąpiło jakieś zagrożenie...

– Może byłoby to ciekawsze niż te komputerowe świństwa.

– A gdyby pani zachorowała, bez pani kartoteki...

– Bez mojej kartoteki! Może wtedy prędzej bym się wyleczyła... bo teraz jestem chora, chora na moją kartotekę.

– To niebezpieczne. A ojciec? Pomyślała pani o ojcu? Jeśli straci całkowitą łączność?!

– Dziękuję pani za rady. Proszę zastosować się do mojej dyspozycji.

– Jak pani sobie życzy.

– Dziękuję ci, Klaro. Byłaś miła. Do widzenia.

* * *

Jest to zwyczajna wyspa, oaza starej cywilizacji. Ludzie, którzy nie przyjęli ochrony, żyją tu w warunkach prostych, żeby nie powiedzieć – prymitywnych. Jedyną ich łączność ze Starym Kontynentem stanowi zwykły prom. Przypływa on raz na tydzień, zwykle z garstką wyspiarzy wracających z odwiedzin. Przywozi niezbędne produkty przemysłowe, trochę ampułek żywnościowych i witaminowych koncentratów odżywczych. Najczęściej zresztą ludzie z Wyspy karmią nimi mewy, sami odżywiają się tradycyjnie, złowionymi rybami i owocami. Jest tego pod dostatkiem.

Nikt tu nie nosi siatki ochronnej, filtrującej promienie pozytywne i szkodliwe. Dla mieszkańców Wyspy wszystkie promienie wysyłane przez kosmos są darem nieba. Niewielkie zanieczyszczenia atmosfery nikomu tu nie zagrażają, ludzie nie otaczają się więc polem atmosfery zastępczej. Żyją w powolnym rytmie Wyspy. Wydają się naiwni i archaiczni, jak cały ten skrawek ziemi.

Lora Tombot dopiero tu poczuła się bezpiecznie.

* * *

...Obłoki, bita śmietana obłoków...Jakiś lot dawno, bardzo dawno temu... Naprzeciwko siedziała młoda dziewczyna. Obok niej mężczyzna w nieokreślonym wieku. Miała niebieską wstążeczkę zawiązaną na rękawie, facet chyba ją eskortował...

Tombot zagrzebał się w swej fikcji i nie zauważył, kiedy opuścili miejsca. Samolot przebijał się przez mętną, rozedrganą przestrzeń, potem była burza. Zapamięta twarz tej dziewczyny do końca życia, może dlatego, że właśnie wtedy po raz pierwszy doznał wrażenia, jak gdyby wypełniający go kosmos przestał na chwilę poza nim istnieć. Nigdy potem nie odczuł tak silnie swego związku z naturą. Od tej pory nieraz mu jeszcze przyszło otrzeć się o zjawiska na granicy wytłumaczalności, ale już więcej nie osiągnął tej ponadzmysłowej satysfakcji.

Dziewczyna i nieznajomy nie wrócili na swoje miejsca. Zaintrygowany ich dłuższą nieobecnością przeszukał pokład samolotu, zajrzał nawet do toalety, wreszcie zapytał o nich stewardesę.

– Chyba się pan musiał pomylić. Tutaj nikt nie siedział. – Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

Czemu to dawno przetrawione wspomnienie z taką natarczywością powróciło właśnie teraz? Patrzył intensywnie w gładziznę sufitu, a cała jego troska skierowana była w tej chwili na Lorę. Co się z nią dzieje? Już od dłuższego czasu utracili ze sobą kontakt, i ten dosłowny – telekomunikacyjny, i ten psychiczny.

Zdawał sobie sprawę, że to jego wina. Nie miał dla niej czasu, za bardzo bowiem zaprzątały go własne sprawy. Pogrążony w pełnej skupienia samotności, całymi godzinami śledził rozbłyski ekranów w swoim ukochanym i znienawidzonym zarazem Centrum.

Od dawna nie wiedział, co to są wakacje. Jedyny wypoczynek stanowił coraz krótszy sen. Odkąd zetknął się z nową, niezwykłą przyczyną snu – nie był zresztą pewny, czy można to nazywać snem – sam sypiał coraz bardziej nerwowo, a nawet z pewną podejrzliwością do snu się układał.

Wtedy w samolocie, jak mu się zdawało, dotknął tajemnicy istnienia. Niemal doznał jej zmysłowego odczucia – może to była młodość?

Wyspa. Nie wiadomo dlaczego przypomniała mu się teraz Wyspa.

Lora miała chyba pięć lat. Skalisty brzeg, wzburzone morze i długi, wrzynający się w nie pomost.

Ależ tak! Podjął jeszcze jedną próbę. Telefonistka w hotelu zakomunikowała mu całkowite zerwanie łączności przez pannę Lorę Tombot. Teraz był pewien. Że też na to wcześniej nie wpadł!

Zamówił natychmiast bilet do Frisch, skąd odchodzi prom.

Lora miała pięć lat. Mieszkali w prostej, rybackiej chacie tuż nad samym morzem.

Tego dnia otrzymał wiadomość z kliniki, że jest zgoda na to, by Erra została poddana próbie regeneracji mózgu za pomocą bombardowania odkrytymi przez niego cząsteczkami.

Lora była dzieckiem umiarkowanie rozbrykanym, nie przejawiała, jak dotąd, żadnych odchyleń od normy, ale tego dnia właśnie gdzieś przepadła. Stało się to już o zmroku. Dzieci, które mieszkały w sąsiedniej rybackiej chacie, siedmioletni Marko i dwunastoletnia Ani, zeznawały jednakowo. Zobaczyły Lorę, a właściwie usłyszały jej krzyk, kiedy spadała z samego krańca pomostu. Gdy do niego dobiegły, ujrzały wątłe ciałko Lory wynurzające się co chwila na powierzchnię. „Wyglądało to tak – twierdził Marko – jakby ten delfin grał w piłkę wodną i wciąż podbijał ją do góry”. Kiedy oboje pochwycili przerażoną i półżywą Lorę, on zatoczył krąg w pobliżu i odpłynął na szerokie morze. Podobno jeszcze nieraz ludzie widywali wielkiego delfina, który podpływał do pali pomostu. Mogło się wydawać, że na kogoś czeka.

Tombot zaczął szykować się do podróży. Kiedy miał już część rzeczy spakowanych, wyjął małą, wielkości kalkulatora, skrzyneczkę z klawiszami, wcisnął odpowiednie i powiedział:

– PAF, ty debilu...

Natychmiast zaskrzeczało:

– Nie przyjmuję.

Tombot jednak nadal dobrotliwie urągał Wyższej Inteligencji:

– Miałeś ustalić prawdopodobne miejsce pobytu Lory, a ty co?

– Według posiadanych informacji miejsce pobytu Lory Tombot jest nie do ustalenia.

– Taką odpowiedź może mi dać byle jaki tradycyjny robot z dwudziestego wieku, a ty miałeś być wielokrotnie szybszy i mądrzejszy od nas.

– Truizm. Nie przyjmuję dyskusji – odparł PAF.

– Szkoda ci energii?

– Szkoda – tym razem zgodził się.

– A nie przyszło ci do głowy, ośle...

– Nie przyjmuję. Nie przyjmuję! – rozległy się protesty czarnej skrzyneczki.

–...że właśnie Wyspa z jej naturalną przyrodą, surowością i utrwalonym wspomnieniem może być poszukiwanym miejscem?

– Proszę o dane dotyczące prawdopodobnego ciągu wspomnień.

Tombot streścił historię z delfinem, podał przybliżoną liczbę powrotów Lory na Wyspę, odczekał, aż PAF przemłóci informacje, i poprosił o rezultat.

– Wynik zbliżony do oczywistości. Wyrażam zdziwienie. Inteligencja człowieka, który posiada te dane, a pyta o rezultat – niewielka.

– PAF! Zachowuj się grzecznie – poprosił Tombot. – Czekam na wynik.

– Prawdopodobnie jest na Wyspie.

– Dziękuję. – Tombot wyłączył PAF-a, po chwili jednak, zniechęcony swoim roztargnieniem i brakiem koncentracji, włączył go ponownie i poprosił:

– Przygotuj listę rzeczy przydatnych w dwudniowej podróży.

– Szczególne dane? – zapytał jeszcze PAF.

– Brak – odpowiedział Tombot niczym robot. – Wyposażenie codzienne zgodnie z pamięcią naszych rzeczy posiadanych – dorzucił. „Naszych” zabrzmiało polubownie, a nawet intymnie. PAF powinien się udobruchać.

I rzeczywiście – szybko wyrzucił z siebie długą listę.

– Skrócić o połowę! – wrzasnął Tombot.

– Tak jest! – po wojskowemu przyjął komendę mądrala.

* * *

Wyspa była górzysta. Do morza spadała naturalnymi półkami skalnymi, tarasami skonstruowanymi przez samą przyrodę. Z kamiennych usypisk zwieszały się zielone pnącza winorośli.

– Wyspa jest cudowna – zwierzała się Lora synowi kowala. – Budzi mnie prawdziwy osioł swoim przeraźliwie żałosnym głosem, a nie jakiś wyrafinowany elektroniczny brzęczyk.

Syn kowala był muskularny i nieśmiały. Leżeli na konopnej derce nad samym morzem, które co pewien czas studziło ich ciała rozbryzgiem nieoczekiwanie wysokiej fali.

– Kiedy po raz pierwszy usłyszałam to przeraźliwe zawodzenie, a potem rozpaczliwy ryk, wydało mi się, że to jakaś pompa napełniła po brzegi wielki miech i go rozpruła, sama ulegając zniszczeniu. Nawet się przeraziłam. Ale osioł ma piękny głos – polubiłam to zwierzę i jego żałosne okrzyki.

– Pani ma niespokojne oczy – odważył się odezwać Jova.

Zachciało się jej przejechać temu chłopakowi ręką po opalonych plecach, zatargać czarną czupryną.

Nadleciał jastrząb zza pobliskiego szczytu. Zawisł nad nimi na swych wielkich skrzydłach, zasłonił niebo.

– Boże, jak tu dobrze – wyrwało się dziewczynie. – Jova, czemu mówisz do mnie „pani”?

– Oho! U nas na górze przez parę godzin nie będzie wody. Statek przepływa.

– Jak to?

– Nabiera on straszną moc wody i ponosi ze sobą na drugą stronę Wyspy; na górę wtedy nie sięga, za małe ciśnienie. Zanim się nazbiera, musi przejść wiele godzin.

– To piękne – uśmiechnęła się do siebie. – A po co on tę wodę wozi na drugą stronę Wyspy?

– Dla tych, co grzebią się w stoku. Od morza, z drugiej strony, jest olbrzymie urwisko! Kopią tam potężnymi dźwigami, wywalają dynamitem. Od samego morza ryją wielki tunel, albo co gorszego.

– Musieli się dobrać do czystej wyspy. Jova, a chciałbyś na kontynent?

– Nie, proszę pani, nigdy tam nie byłem i nie ciągnie mnie tam. To drugi świat.

Leżeli przez dłuższy czas w milczeniu. Jova leniwym ruchem usiłował sięgnąć miejsca poniżej łopatki, gdzie go ucięła mucha. Zagrały mu mięśnie. Morze ciągle coś bełkotało i niby łuskami jakiejś ogromnej ryby mieniło się szkliście.

 

– Zabiorę cię ze sobą, Jova.

Chłopak tylko się uśmiechnął.

– Pokażę ci Paryż – miasto-muzeum. Ubiorę cię w błękitny garnitur z zeszłego stulecia, bardzo elegancki, bardzo światowy, a potem skoczymy na Florydę albo na Alaskę. Lubię śnieg, lubię słońce, kocham prawdziwą przyrodę, nienawidzę ludzi. Może nie wszystkich... Chyba nie, może tylko jednego... Wiesz, przez niego moja matka, przez jego eksperymenty... Nie, nie chcę o tym myśleć. Obejmij mnie, Jova, nie chcę wspominać tych jego promieni, które miały ją uratować.

Zaczęła drżeć. Jova przysunął się nieśmiało i delikatnie ogarnął ją ramieniem.

– Jova, ty jesteś dobry.

Uśmiechnęła się do chłopaka, który też jakby zadrżał, może od jej wzruszenia, a może od jej bliskości. Chciał coś powiedzieć, ale wykrztusił tylko:

– Błękitny garnitur...

– Jova, co tobie?

Spojrzała na jego nieporadne, nieśmiałe ręce i nagle się roześmiała.

– Ty głupi chłopaku, nie wiesz jak to jest z dziewczętami...

Była nadwrażliwa i z lekka szalona, tak jak niegdyś jej matka.

* * *

Tombot spodziewał się, że po telewizyjnym komunikacie Joly’ego służby specjalne już go nie zostawią w spokoju. Był prawie gotów. Zarejestrował jeszcze wiadomość dla Małgorzaty. Miała klucze do jego mieszkania. Fruwała gdzieś po Europie, znudzona jego naukowym maniactwem, ale była mu na swój sposób wierna. Zaczęło się to między nimi jeszcze przed chorobą Erry. Małgorzata była zupełnie niepodobna do siostry. Sporo młodsza, pozbawiona charakterystycznej dla Erry egzaltacji. Lubiła hippikę, dżin i męskie towarzystwo. Nieraz w łóżku opowiadała Tombotowi swoje niezwykłe przygody. Podejrzewał, że przesadza, dodaje, ale podniecało go to jeszcze bardziej. Właściwie tej kobiety nigdy nie miał dosyć. Inne, może piękniejsze czy też bardziej oddane, nie dawały mu tyle satysfakcji, co Małgorzata.

Początkowo, kiedy zdradzał Errę z jej własną siostrą, miało to dla niego specyficzny, grzeszny smaczek. Nie wyobrażał sobie nic bardziej wyrafinowanego. Potem już nie mógł się bez niej obyć. Szczególnie go rozpalały specjalnie dla niego doprawiane opowiastki Małgorzaty. Nie przeżywał tego z żadną inną kobietą.

Małgorzata stała się dla niego symbolem odmiennego gatunku, do którego nigdy do końca nie będzie mógł dotrzeć. Inne – to były przygody, gra ciała, machinacje i manipulacje męskimi i żeńskimi czułkami, nie dające większej rozkoszy. Przyłapywał się nawet na tym, że nieraz w czasie tych małych przygodnych uciech, jeszcze gorący i zadyszany, rozwiązywał swoje intelektualne szarady. Przy Małgorzacie nie było to możliwe.

Teraz zostawił jej lakoniczną wiadomość, schwycił walizkę i wybiegł na korytarz. Zauważył ruch przed frontowymi drzwiami. Zajeżdżali z impetem. Z dala migotały ich niebieskie hełmy. Był już na dachu. Uruchomił śmigłowiec, gdy wdzierali się do jego mieszkania. Maszyna wystartowała pionowo. Lekki, osobowy „Ikar”, przystosowany do ruchu nadmiejskiego, nie rozwijał zbyt dużej prędkości. Tombot obawiał się, że nie zdąży przelecieć nad granicą okręgu. Na pewno założyli już siatkę selektywną i ściągną go, zanim się obejrzy. Przekosił więc najwyżej położony teren miasta i opadł w pobliżu starego cmentarza, skąd odchodził szybkobieżny wagonowy w kierunku Riege.

* * *

Światła latarni, odbite w wodzie zatoczki, sprawiały wrażenie czegoś żywego. Ciemna i ruchliwa masa o migotliwej powierzchni falowała jak wielki wąż, groźna i zmysłowa.

Hipnotyzuje mnie – pomyślała Lora. Już od dłuższego czasu wpatrywała się w ciemnoświetlne kipienie morza. Bywało, że zapatrzona w jakiś punkt, mogła tak trwać całą wieczność. Roztapiała się w przestrzeni, tracąc poczucie czasu. W pobliżu przepłynęła samotna łódź, po niewielkim molo biegały półnagie dzieciaki, nadaremnie starała się je zagonić do domu jakaś stara kobieta. Wieczór był ciepły i rozleniwiający.

– Proszę księdza, co ksiądz widzi, kiedy spojrzy w niebo?

– Nieskończoną, bezinteresowną pustkę.

– A Pana Boga?

– Ej, widzę, że lubisz sobie pożartować? – odciął się.

Był jeszcze młody, nietypowy, o wyglądzie bardziej żeglarza niż duchownego. Sutanna jakoś do niego nie pasowała.

– Ja, gdy spoglądam w niebo, nocne niebo, wybieram sobie gwiazdę, tylko jedną – i patrzę w nią z całą moją mocą. Jestem przekonana, że nikt już jej wtedy nie widzi, nie może zobaczyć. Ona jest moja. Wyczerpuje się we mnie. Kiedy byłam dzieckiem, umiałam to lepiej, ale wtedy myślałam, że gwiazdy to dziury w wielkim worku, przez które wydobywa się światło. A co było po drugiej stronie – tego nie wiedziałam. Potem wy, księża, nauczyliście mnie, że to jest jeden wielki duch, że to jest światło, czyli myśl, co się sama myśli, że to jest On.

– I On przemawia do ciebie przez tę jedną gwiazdę?

– Przez jedną dziurkę w tym wielkim, kosmicznym bezsensie.

– Skąd wiesz, że to jest bezsens?

– W bezsensie dla tego, co żyje, bo umrze. Może nie dla Niego, może On coś z tego ma, coś sobie zamierza, nie wiem.

– Daje ci siłę, byś mogła być mocna, byś mogła żyć.

– Daje mi pyłek, kruszynę swego światła, bym przez chwilę zatliła się na tym ziemskim świecie.

– Dobrze, że to tylko pyłek światła, że to tylko dziurki w tej ciemnej skórze nieba, bo gdyby ci tak uchylił całą kurtynę – oślepłabyś, zwariowała.

– Jeżeli On jest prawdą, a prawda jest czymś, od czego się wariuje, to nie jest ona godna ani mnie, ani samej siebie.

– Dość mocno powiedziane.

– Grzesznie?

– Grzesznie – uśmiechnął się. Widać nie nosił przy sobie różańca. – Może masz rację – powiedział – może to wielkie śmietnisko. – I ręką zakreślił krąg nieba.

* * *

Tombot zabezpieczył znieruchomiałego „Ikara” i wyskoczył z niego z lekkością młodzieńca. Ta część przedmieścia była zamieszkana głównie przez umarłych. Rozciągał się tu, wśród resztek uratowanych drzew, wielki, stary cmentarz, jeszcze z czasów, kiedy ludzi chowano w tak zwanych grobach, czyli po prostu zakopywano ich, ozdabiając miejsca wiecznego spoczynku nagrobkami, krzyżami, pomnikami pamięci. Teraz sprawę załatwiają miejskie anihilatory, szybko i czysto. Nie zostaje ślad nawet po metalowych ozdóbkach na szyjach kobiet i dziewcząt. Stary cmentarz wydawał się jednak Tombotowi piękny, pełen uroczystych cieni, którymi poruszał wiatr; na monumentalnych marmurowych cokołach i płytach wylegiwały się dzikie koty, a w koronach drzew można było zobaczyć rudą kitę prawdziwej wiewiórki. Te nieszkodliwe i pełne gracji zwierzęta zachowały się jedynie na starych cmentarzach. W miejskich parkach o sztucznej roślinności niedługo zdołały się utrzymać. Niektórzy starcy ukrywali jeszcze w swoich domach psy, relikt dawnej epoki. Groziły za to bardzo wysokie kary. Kiedy grupa sanitarna odnajdywała kudłatego kumpla, wrzucano go natychmiast do któregoś z miejskich anihilatorów. Drzwiczki do nich stale były zamknięte, chroniąc je przed plagą samobójców. Młodzi, wychowani w poszanowaniu praw higieny, w sterylności i oszczędności, dziwili się upartym konserwatystom, którzy nieraz za swoimi pupilami gotowi byli wędrować do jam dematerializacji. Sprawa kończyła się najczęściej na karze publicznej, wysokiej grzywnie, a jeśli właściciel psa był biedakiem – musiał przez tydzień lub dwa uczestniczyć w wykładach poświęconych świadomości obywatelskiej. Starzy ludzie niewiele z tego rozumieli, lub może nie chcieli zrozumieć, byli jednak doprowadzani do sal wykładowych, gdzie specjalnie przeszkoleni funkcjonariusze bezskutecznie usiłowali im wpoić zasady zdrowego społeczeństwa. Wszystko to było zresztą robione dla ich dobra, z myślą o przyszłości. Właściwy dobór mutacji człowieka świadomego trzeba było zaczynać od najstarszego pokolenia, które okazywało się najbardziej zatwardziałe w swym sklerotycznym uporze, nieczułe na dobrodziejstwa nowej, cywilizowanej epoki. Dawniej sądzono niesłusznie, że to właśnie od pokoleń wstępujących w życie należy rozpoczynać wychowywanie społeczne. Dużo zresztą funkcjonowało przestarzałych mitów.

Siedzibą dawnych duchów był też cmentarz, który zachował się jako zabytek i świadectwo zacofanej cywilizacji. W tamtych czasach nie potrafiono się nawet uporać z ludzkimi szczątkami. Wtedy jeszcze były rozpowszechnione te śmieszne, kompromitujące przedstawicieli homo sapiens wierzenia o duszy ludzkiej. Wierzono w to, że po śmierci człowieka potrafi się ona oderwać od bezużytecznego już ciała i swobodnie, jak nocny, niewidzialny ptak, wędruje po Drodze Mlecznej. Dziś wprawdzie istnieje prawo do poezji, ale dawne religie to już wstydliwy anachronizm. Społeczeństwo funkcjonalne, mające wytknięty cel, świadomie sterujące sobą, odrzuciło te mrzonki. Władze są jednak tolerancyjne i wspaniałomyślnie dopuszczają różnorodność ludzkich przekonań i postaw. Oczywiście poza swoją elitą. Zdarzają się więc gdzieniegdzie świątynie pełne dobrych i złych duchów, jak wierzą nieliczni; kościoły o różnych obrządkach; duchowni, poważani szczególnie przez grupy jeszcze nie w pełni wyzwolone spod panowania irracjonalnych głosów. Oczywiście inne nieco stosunki panowały na Wyspie.