Długi taniec za kurtynąTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brzeźnica-Kolonia. Atom i mrówka

Wejście w ziemi znajduje się wśród paproci, tuż za wyboistą drogą z płyt jumbo. Zaglądamy w jamę i wypatrujemy sarnich oczu, ale widać tylko ciemność, rozlaną jak atrament.

– Tam jest drabina – mówi Igor, wskazując głową.

Schodzimy po rozchwianych przęsłach, spada temperatura i na ramionach pojawia się gęsia skórka. W ciemności mocniej czuć zapach. Mchu, wilgoci, zatęchłej piwnicy.

Oświetlamy halę latarką. Ściany osmalone są dymem. Znowu wytężamy słuch, czy nie słychać sarniego szczekania, a potem idziemy dalej w labirynt ciemnych korytarzy.

– Kici, kici… – woła w tę ciemność Radek, miłośnik militariów. Ma na sobie spodnie moro, bluzę moro i czapkę moro. Jakby się przebrał za liść na wietrze, bo na dodatek chwieje się na nogach. Chłopcy zdążyli wcześniej chlapnąć.

– Kici, kici! – krzyczy.

Porośnięte lasem bunkry tworzą pułapki. Wpadają w nie sarny, utykają w nich dziki. Igor opowiada, że rok temu wyciągał już jedną sarnę z radzieckiego schronu. Wyrywała się i kopała, trzeba ją było związać sznurem. A dziś rano w tym bunkrze ludzie słyszeli kolejną, podobno wpadła i biegała po podziemnych korytarzach, które ciągną się setkami metrów. Są w nich zapadliny i pułapki.

– Kici, kici!

Cisza. Igor poprawia latarkę na czole. W Kłominie, dawnym radzieckim garnizonie, który znajduje się kilka kilometrów od bazy w Brzeźnicy-Kolonii, Igor Alejnikow służył od 1987 roku. Po wojsku pierwszy raz przyjechał tu w 2004 roku. Teraz przyjeżdża kilka razy w roku. Z okolicznymi miłośnikami militariów z Bornego Sulinowa i Szczecinka jeździ na wyprawy: dżip, bunkry i procenty.

Nad nami dwa metry ziemi. Robi się jakoś duszno. Betonowa piwnica izoluje od świata głos, ciepło i czas. Bo wydaje się, jakby w tych murach stał w miejscu.

– Odosobnienie! Nie wiecie nawet, co robi z człowiekiem – powie Igor. – Żołnierz po zamknięciu w murach garnizonu był jak ta sarna zamknięta w bunkrze i funkcjonował inaczej. Mogłeś się przyzwyczaić i żyć, ale niektórzy nie wytrzymywali. Stąd fala, dezercje, samobójstwa. Ja po dwóch latach myślałem już tylko o tym, by wrócić do domu, poznać dziewczynę, zrobić na niej wrażenie. Wszyscy o tym gadali, ale nikt nie wiedział, jak się do tego zabrać. Byliśmy niedoświadczeni jak szczypiorki. Niektórym odwalało. Mówili, że trzeba się przygotować, żeby nie dać plamy. Że bez tego nie pociągniesz. Mieli całe idiotyczne rytuały.

– Jakie?

– No… – przeciąga – przed powrotem do domu przyszywali sobie do przyrodzenia końskie włosy z grzywy albo ogona. „Jeżeli ten koń choruje, to weźcie go zastrzelcie!”, powiedział dowódca pułku, kiedy zobaczył z samochodu naszego jedynego garnizonowego konia, siwka, który się pasł na trawie. Ogon i grzywę siwek miał całe wytrzebione. Kierowca powiedział mu, o co chodzi, i zaraz była zbiórka, wszyscy spodnie w dół. Kto miał koński ogon, leciał do sanitariuszy na odpruwanie. No i podobnie było z tymi kulkami.

– Jakimi kulkami?

– Chłopaki wszywali sobie tam – Igor chrząka – pod skórę szklane kulki. Robili je z potłuczonych butelek. Szkło trzeba było najpierw wyszlifować, potem dwa miesiące jeszcze polerować w ustach. Wszywał to „chirurg”. W mojej jednostce był to mój kumpel, a… – Igor milknie. Jakby coś spadło. Wytężamy słuch, ale znów tylko cisza.

Idziemy dalej.

– Były tutaj. – Igor zamiata ręką powietrze przed sobą. – Podczas całej mojej służby przyjechałem do bazy w Brzeźnicy tylko raz. Nie byłem w środku, bo żeby wejść do środka, trzeba było mieć więcej gwiazdek. Podjechałem tylko do wartowni, z dowódcą. Wysiadł, zamienił trzy słowa z oficerem i wróciliśmy. Znałem Wowkę, który tu służył, był kierowcą. Ale nawet on nie wiedział, co tu jest. „Igor, jak przyłożysz ucho do ziemi, to słychać szum”, opowiadał. Śmiałem się. Też nie wiedziałem, że trzymano tu atomówki – mówi. – Wtedy nie wiedziałem nic – dodaje – oprócz tego, że bronię świata, pokoju i ojczyzny. Moja obrona pokoju i świata polegała głównie na zapieprzaniu w masce przeciwgazowej i kopaniu dołów. W masce ganiałem co środa. Okopy też kopałem w masce, leżąc na boku, żeby niby nie dostać wyimaginowanej kulki. Pot spływa do ust, a ty kopiesz, kurwa, saperką. Ale grunt tu przynajmniej fajniutki, piaszczysty.

Zaglądamy w korytarze, a chłopaki opowiadają, że atomówki znalazły się w miejscu, w którym jesteśmy, z powodu powolnej komunikacji – gdy w 1965 roku wojska Układu Warszawskiego ćwiczyły atak jądrowy na Europę, głowice jechały z ZSRR koleją i drogami, płynęły morzem i leciały w powietrzu, ale każda z tych dróg zajmowała za dużo czasu. Głowice zawsze docierały za późno. Dwa lata po manewrach ministrowie obrony PRL i ZSRR podpisali w Moskwie umowę: na zachodniej ścianie Polski, przy garnizonach radzieckich, ukryte wśród jezior i lasów, mają być zbudowane trzy magazyny broni jądrowej. Zaprojektowane przez Rosjan bunkry zbudowały polskie wojska inżynieryjne i cywilne przedsiębiorstwa, przekonane, że konstruują tajną instalację dla wojsk łączności.

– Rozdzielmy się, to szybciej nam pójdzie – wpada na pomysł Igor i niknie w korytarzu. Na ścianie sali widać jakieś niewyraźne cyfry.

W 1970 roku Armia Radziecka odebrała trzy identyczne magazyny: Obiekt 3001 (w Podborsku), Obiekt 3002 (w Brzeźnicy-Kolonii; po jego korytarzach właśnie błądzimy) i Obiekt 3003 (w Templewie). Otoczone murem z potrójnych zasieków i przewodów wysokiego napięcia, z góry przykryte pagórkami porośniętymi sosnami i paprociami. Między ogrodzeniami czekały psy uwiązane na długich łańcuchach, miny sygnałowe, strażnice ze strzelcami wyborowymi, stanowiska z bronią maszynową. Teren patrolował specnaz. Na spadochroniarzy, którzy próbowaliby dokonać desantu na bunkier z nieba, przygotowano rzędy naostrzonych metalowych słupów. Drogi prowadzące do bazy przykrywała siatka maskująca. Z tego wszystkiego tam na górze został tylko beton.

Do magazynu z głowicami wchodziło się wtedy nie dziurą w ziemi, ale przez cztery pary stalowych drzwi, każde grube na pół metra. Odblokowywał je mechanizm hydrauliczny po wpisaniu kodu, zmienianego codziennie. Każdej hali strzegł alarm, a żołnierz w rozdzielni nadzorował dosłownie wszystko: ogrzewanie, chłodzenie i poziom fekaliów w zbiorniku. W każdym momencie mógł zablokować drzwi i uwięzić ludzi w środku.

Skarbiec atomowego Ali Baby.

Zamiast złota i szmaragdów, w temperaturze od plus pięciu do piętnastu stopni, na wózkach z ogumionymi kołami leżały przywiązane linami atomowe głowice.

Gdy tu sobie leżały, polscy dyplomaci domagali się w ONZ denuklearyzacji i likwidacji składów Niemiec Zachodnich.

Świecimy latarkami i próbujemy wyobrazić sobie, jak bunkier mógł wtedy wyglądać, ale to trudne. Sale i korytarze, już bez tynku i farby, pokryte sadzą i wilgocią, wyglądają tak samo. Na myśl przychodzi nam jedno słowo: zapomnienie. Jakbyśmy przedzierali się przez labirynt czyjejś podświadomości. Przez korytarze lęków żołnierza okresu zimnej wojny.

Ściany są czarne od dymu, bo po armii wprowadzili się do magazynów bezdomni, palili ogniska. Dziś czasem nocują tu turyści, eksploratorzy opuszczonych miejsc. Igor natknął się kiedyś na parę z Poznania, która spała w namiocie w hali atomowej.

Kolejny korytarz się kończy, zawalony gruzem, dalej nie przejdziemy. Duszno.

Słychać echo pijackiej czkawki Radka. Nie wiadomo, czy daleko, czy blisko. Coraz duszniej.

W Polsce o atomówkach wiedziało dwunastu apostołów – oficerów wysokiej rangi. Informacje były zamknięte w sejfach sztabowych, w kopertach podpisanych kryptonimem „Wisła”. W teczce Wisły można znaleźć informację, że w połowie lat osiemdziesiątych w bunkrach było magazynowane: czternaście głowic o mocy 500 kiloton, trzydzieści pięć o mocy 200 kiloton, osiemdziesiąt trzy o mocy 10 kiloton, dwie bomby lotnicze o mocy 200 kiloton, dwadzieścia cztery o mocy 15 kiloton i dziesięć o mocy 0,5 kilotony. Sto sześćdziesiąt osiem ładunków jądrowych, mniej więcej po sześćdziesiąt w każdym magazynie.

W sumie to 1039,6 Hiroszimy („Little Boy” zrzucony na Hiroszimę miał 15 kiloton).

W razie wybuchu wojny Polacy mieli głowice odebrać i przetransportować dalej do radzieckich batalionów na Zachodzie. A gdy zajdzie potrzeba – użyć. Podczas ewentualnej wojny z NATO setki tysięcy żołnierzy, tysiące czołgów miały przejechać przez Polskę. Przygotowana była odezwa do władz Kopenhagi, bo w wypadku wojny Polacy mieli desantować się na plaże w Danii.

Zza zakrętu wychodzi Igor. Snop światła kieruje sobie na twarz.

– Przyjechałem kiedyś połazić samotnie po magazynie. Jak wracałem, natknąłem się w lesie na dziadka na rowerze, był na grzybach. Ciuchy miałem jak zwykle, mundur z demobilu z rosyjską naszywką na ramieniu. Zatrzymał rower. „Rosjanin? Co tu robisz?”, zapytał. „Tu jest bunkier atomowy. Zmieniałem akumulator, żebyśmy nie stracili łączności z satelitą”, jakoś mi się powiedziało. W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak szybko pedałował – śmieje się Igor. Zwielokrotniony przez echo śmiech wywołuje ciarki, nie brzmi jak śmiech.

Korytarz zwęża się ku horyzontowi, nie ma drogi.

O głowicach jądrowych w Polsce wiedziało NATO. W planach kontruderzenia zachodnia Polska zmieniała się w atomowy rów. Bała się tego polska generalicja. Projekt Albatros zakładał wybudowanie trzech podziemnych schronów atomowych. Pewnego razu na odprawie szkoleniowej w Sztabie Generalnym generał Tadeusz Tuczapski, główny inspektor Obrony Terytorialnej, zaczął krzyczeć do generała Jaruzelskiego: „Trzeba dać więcej na obronę cywilną, żeby można było wybudować porządny bunkier, zamknąć w bunkrze stu Polaków, jebaków z prawdziwego zdarzenia, i dwieście kobiet, żeby mogli odbudować naród polski. Dajcie nam na to pieniądze!”.

 

Atomówki wyjechały z Polski jeszcze przed 1990 rokiem i rozwiązaniem Układu Warszawskiego. NATO wykreśliło wtedy Polskę z listy celów atomowych. Ale teczka Wisły została odtajniona dopiero w 2006 roku.

Obiekt 3002, po którym chodzimy, to dziś podziemna ruina.

Obiekt 3001 w Podborsku jest własnością Muzeum Oręża Polskiego. Wyremontowano go, naprawiono suwnicę, wentylatory i pompy, odmalowano ściany i otwarto zwiedzanie. Ostatnio muzeum stara się o ćwiczebne wersje bomb i głowic.

W Obiekcie 3003 w Templewie część budynków na powierzchni rozsypała się, a reszta została rozebrana. Zostało tylko to, co pod – bunkry oddzielone od warstw ziemi metrową żelbetonową ścianą, z góry porosłe świerkowym lasem. W 2012 roku do jednego z bunkrów weszli naukowcy, chcieli liczyć nietoperze, które wlatują do środka przez szczeliny.

Na betonowej podłodze znaleźli kopiec mrówek. Przekopali go, ale w środku nie było larw ani królowej. Same robotnice. A jednak kopiec żył i funkcjonował od dawna. Skąd przybywały nowe mrówki? Okazało się, że spadają z nieba prosto do Hadesu. Na powierzchni, nad szybem wentylacyjnym, znajdował się zwykły kopiec, lecz metalowa pokrywka skorodowała i nieostrożne mrówki spadały przez dziury. Choć mogłyby wrócić po ścianie, nie wiadomo, dlaczego nie wracają nigdy. Stają się mrówkami podziemnymi, w wiecznej ciemności i wiecznym chłodzie budują swój kopiec. Żyją tam na granicy śmierci, bo brakuje pożywienia. Czym właściwie się żywią? Nie wiadomo. W podziemiach żyją rok, trzy razy krócej niż na powierzchni. Obok kopca jest ogromne cmentarzysko owadów, kilkucentymetrowa warstwa trupków. Mrówcze miasto nigdy nie mogłoby więc funkcjonować, gdyby nie wciąż nowe mrówki spadające z góry.

Wychodzimy po rozchwianej drabinie na powierzchnię. Oślepiają nas promienie słońca, jakbyśmy nie widzieli go od tygodnia. Nie znaleźliśmy sarny, choć wśród zalanych korytarzy wydawało się przez chwilę, że słychać chrobot i ciche skomlenie.

Czerwone strażnice (1956–1993)
A jak album

Dwa naboje do kałasznikowa dyndają przy grubej zielonej księdze ozdobionej czerwono-białym ornamentem. Do pierwszej strony przyklejone jest wezwanie. Na podstawie rozporządzenia ZSRR „O powszechnej służbie wojskowej” Igor Władisławowicz Płakuszczij zostaje powołany do wojska. Na pożółkłym papierze widnieje podpis komisarza wojennego, który nakazuje rekrutowi stawić się w biurze 18 października 1984 roku o godzinie dziesiątej. Wymienia obowiązki powołanego:

1 Stawić się do poboru w ubraniach i obuwiu dopasowanych do pogody, w krótko ściętych włosach. Przy sobie mieć: parę spodniej bielizny (majtki i koszulkę), ręcznik, walizkę albo worek na rzeczy osobiste, a także łyżkę, kubek i artykuły higieny osobistej.

2 Dodatkowo zabrać ze sobą: paszport, bilet wojskowy, informacje o wynikach przygotowania fizycznego; kierowcy – prawo jazdy, członkowie partii – bilet partyjny.

Na drugiej stronie – godło Gery, miasta garnizonowego w Niemczech Wschodnich, i napis: „Dla pamięci o służbie w Grupie Wojsk Radzieckich w Niemczech”. Pastelowe rysunki: kota w butach, dziewczyny całującej żołnierza, maszerującego wojaka, który wygląda jak mały chłopiec w dorosłym mundurze. Nakreślone kredką rakiety i czołgi, wklejone zdjęcia – na tle moździerzy, pod choinką na Nowy Rok. Na końcu fotografia matki (zwykle daje się wizerunek dziewczyny, ale nie miał żadnej przed wojskiem) i napis: „Ona czekała na mnie 730 dni”.

Wertujemy album dokładnie.

– To mojego ojca – mówi Julia. – Służył w radzieckim garnizonie w NRD. Mam go w ręku pierwszy raz od dziesięciu lat. Rodzina od strony taty to głównie Rosjanie, Ukraińcy, a jak szukać dalej, to również Tatarzy i Żydzi. Polakami byli dziadkowie od strony mamy.

Ze środka wypada stos listów.

Dzień dobry wszystkim! Przesyłam wam wielkie czerwonoarmiejskie pozdrowienie! Mam się dobrze, jeśli nie liczyć tego, że nie śpię czwartą dobę. Siedzimy teraz w stołówce i czekamy na wyjazd. Podszywamy kołnierze, zmniejszamy ubrania, bo za duże. Naszą kompanię rozrzucili po innych, ale miałem farta: razem ze mną trafiło dwanaście osób z mojego miasta. Chłopaki są w porządku. Kiepsko będzie, jeśli nas w Niemczech rozdzielą, bo zaprzyjaźniliśmy się i razem trzymamy. W pojedynkę lepiej nie chodzić: „dziadki” [starsi stażem] od razu zabierają ubranie, bo dali nam nowiuśkie mundury. Tutejsze jedzenie z domowym nie może się równać, zrzuciłem ze trzy kilo. Pogoda w porządku, marzliśmy tylko pierwszego dnia. Kończę, bo chcę jeszcze do kumpli napisać, a czasu zostało mało.

(26 października 1984 roku. Stempel na kopercie: Ałma Ata, Kazachstan)

Zwyczaj przygotowywania albumu wojskowego liczy sobie co najmniej pół wieku. Albumy zabierały dużo pracy. Trzeba było znaleźć w kompanii rysownika i ustawić się w kolejce do szkicowania, nadać list do rodziny i poprosić o zwrot wysłanych wcześniej odbitek, zgromadzić pocztówki z miejsca służby, pamiątkowe łuski i naboje. Album miał dokumentować wspomnienia, robić wrażenie na przeglądających go znajomych i krewnych.

Przeglądamy albumy „Polaków”, jak nazywają się weterani PGWAR.

Naklejki z orłem bez korony i odrysowane kontury PRL. Zdjęcia żołnierzy na pace – banknoty sprzed denominacji: 100 złotych z Waryńskim, 200 złotych z Dąbrowskim, 1000 złotych z Kopernikiem. Rysunek nagiej dziewczyny pod krzyżem (napis: „Kochajcie nas, póki żyjemy”), czołgów i wyrzutni rakietowych, kraksy na drodze („Życie kierowcy wojskowego jest piękne jak stewardesa, ale czasem równie krótkie jak jej spódnica”). Na ostatnich stronach: „Dovidzena Polska”.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego stulecia kierownictwo polityczne armii walczyło z albumami. Uważano, że pachnie to subkulturą. Robiono więc je po kryjomu, po nocach. Potem albumy trzeba było zaaprobować na wypadek, gdyby trafiły w ręce szpiegów: nie mogły zawierać zdjęć ujawniających informacje o lokalizacji i rodzaju wojsk ani technice będącej na wyposażeniu. Najlepiej, by prezentowały nieszkodliwy żołnierski folklor i pochwałę dla służby w siłach zbrojnych ZSRR.

B jak bojcy

– Nie wiedziałem, do jakiego kraju trafię. Komisja poborowa mnie zbadała i wpisała do kartoteki numer oddziału. Najpierw wylądowaliśmy w Kujbyszewie, dziś to Samara, w ćwiczeniowej jednostce strzelniczej. Przez pół roku przygotowywaliśmy się do służby za granicą – mówi Fanis Biktaszew rodem z Baszkirii, czołgista, w latach 1978–1980 służył w świętoszowskiej kompanii remontowej. – Na komisji poborowej żołnierz wypełniał kwestionariusz, który przechodził potem przez KGB. Kto miał służyć poza granicami ZSRR, nie mógł mieć na Zachodzie krewnych, a w rodzinie osadzonych. Musiał natomiast posiadać średnie wykształcenie, mile widziany był wyuczony zawód.

Igor Alejnikow:

– Byłem przekonany, że trafię gdzieś za granicę, bo na komisji pytali mnie, czy mam rodzinę albo znajomych w Europie. Wiedziałem na pewno, że nie pojadę do Afganistanu. Jestem jedynakiem, a tam jedynaków nie zabierali.

Fanis Biktaszew:

– Do Bornego Sulinowa dostaliśmy się samolotem. Leciałem pierwszy raz w życiu.

Igora Alejnikowa do Kłomina przywieźli uazem. Trzęsło.

Potem przez miesiąc trwał kurs mołodoga bojca, młodego wojownika. Żołnierze z nowego poboru przed złożeniem przysięgi siedzieli w koszarach, uczyli się obsługiwać broń, biegali na poligon, ćwiczyli defilady.

– Trafiłem do kompanii łączności, bo byłem specjalistą od elektroniki – mówi Igor.

Mamy teraz kwarantannę, to znaczy, że przez dwa miesiące będą nas wszystkiego uczyli. Przysięgę składamy 25 listopada, ale od jutra zaczynamy prawdziwe wojskowe życie: bieganie na 5 kilometrów, zajęcia fizyczne.

Przez 3 dni wozili nas pociągami po różnych miastach, aż dotarliśmy tutaj. Gdzie jesteśmy, nie mogę powiedzieć. Nie wolno. Tak samo z rodzajem wojska. Podczas podróży przez Niemcy, zdążyłem obejrzeć miasta – Weimar, Lipsk, Frankfurt, Gerę [Gera podkreślona – znak dla rodziny, że tam właśnie jest]. Wszystkie miasta czyste i piękne. Na ulicy nie znajdziesz rzuconego papierka. Budynki ładne, tylko wszystkie takie kwadratowe i trójkątne. Miasto wygląda jak ze świata zabawek.

(28 października 1984 roku)

Podpułkownik Rustam, pilot, w latach 1988–1992 służył w Brzegu, Legnicy i Kołobrzegu:

– W Polsce najpierw zdziwiły mnie kościoły. U nas wtedy religii nie było, więc średnio rozumiałem, o co chodzi. Wszedłem kiedyś do kościoła, bo zobaczyłem dziwny widok: mali chłopcy w garniturach jak panowie młodzi, małe dziewczynki w sukniach ślubnych. Wszedłem i wysłuchałem kazania. Potem zapytałem jednego Polaka, o czym było. A on: „O Bogu!”. „A czemu – tak go pytałem – u was taki porządek? Bo u nas wielki kraj, ogrom bogactw, a przy tym bałagan”. A on mi na to: „Bo macie wielki kraj pełen bezbożników!”.

Fanis Biktaszew:

– Zaskoczyła mnie ziemia. U nas wszędzie czarnoziem, u was piasek. Taki piasek u nas tylko w okolicach rzek, a u was nawet ziemniaki na nim rosną. I liście. U nas w Baszkirii rano wstajesz, patrzysz w okno, a wszystkie grubym dywanem leżą na ziemi. A te kasztany, co rosły w garnizonie… Posprzątasz plac, a już podchodzi dowódca i mówi: „Masz tam brudno”. Patrzysz: na ziemi dwa liście, ale jakie wielkie! Widać je z daleka.

Pobudka o 6 rano, godzina ćwiczeń, bieganie na trzy kilometry. Wczoraj był bieg z automatem i w masce przeciwgazowej. Aby nie upaść i nie zatrzymać się, mówiłem do siebie: „Biegnij, Igorze, jesteś mężczyzną”. Po treningu śniadanie, a po śniadaniu maszerowanie na placu i znowu trening fizyczny. To zajmuje około pięciu godzin. Obiad. Po obiedzie znowu maszerowanie i ćwiczenia. Potem kolacja. Po kolacji czas wolny. Ten czas wolny też nie jest wolny – przyszywamy, czyścimy, czegoś nas uczą. Pod koniec dnia po prostu umierasz. Ale nie przejmuj się, mamo. Choć ciężko, żyć się da. „Dziadki” się nie czepiają, pogoda świetna, ciepło, trawa i drzewa zielone, a w domu już pewnie śnieg spadł.

(1 grudnia 1984 roku)

C jak codzienność

Igor Alejnikow:

– Głównie biegaliśmy. To właśnie robił radziecki żołnierz: biegał. Bieg z automatem, bieg w maskach przeciwgazowych, bieg ze strzelaniem. W masce biegało się co środę, trzeba było ją nosić przy sobie. Najgorzej było w sierpniu. I najgorzej było w masce kopać okopy saperką. A poza tym mieliśmy dużo obowiązków. Trzeba było uprać ubrania, zaszyć dziury, napisać list do mamy, przyciąć włosy, uprasować mundur. W garnizonowym klubie w weekendy wyświetlali filmy. Była tu też biblioteka, ale nikt do niej nie chodził. Potem zmienił się dowódca i w niedziele zamiast wolnego urządzali święta sportowe. Oznaczało to tyle, że znowu musimy biegać, po dziesięć kilometrów.

Fanis Biktaszew:

– W czasie wolnym czyściło się mundury i prało bieliznę. Pilnowali. Jeśli ktoś z oficerów zauważył, że masz brudny kołnierzyk, wywoływał na apelu i w obecności innych mówił: „Popatrzcie, to jest brudas, to niechluj”. A i ubieraliśmy się nie byle jak. Półwełniane ciuchy, w ZSRR takich w wojsku nie dostali. W końcu reprezentowaliśmy ojczyznę. Raz w tygodniu kąpaliśmy się w gorącej bani. A tak na co dzień to się myliśmy w lodowatej. Podłogi w koszarach były betonowe, ogrzewanie na węgiel. Przedtem to były stajnie, stacjonowała w nich armia Paulusa. Na ścianach nadal wisiały metalowe kółka, do których kiedyś przywiązywano konie. W środku zimno i wilgotno. Budzi cię jasne słońce, a z sufitu kapie woda.

Teraz nazywamy się „młodszymi synami”, za pół roku będziemy „starszymi synami”, a za półtora roku – „dziadkami”. W naszej jednostce żyje się dobrze. „Dziadek” jest w porządku i nie gania nas nocami jak inni. Polubił mnie, w ogóle nie rusza i nawet pozwolił z wypłaty kupić szelki, a nie wolno ich nosić w pierwszym roku służby. Raz nawet przyszywał mi kołnierzyk, choć według niepisanych praw to ja mu powinienem.

(1 grudnia 1984 roku)

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?