Obcym alfabetem

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wydawnictwo Arbitror sp. z o.o. 2019

Projekt okładki i stron tytułowych

Łukasz Stachniak

Redakcja

Jacek Kowalczyk

Skład, łamanie, korekta

Witold Kowalczyk

Przygotowanie wydania elektronicznego

Michał Nakoneczny, Hachi Media

Wydanie I

ISBN 978-83-66095-15-1

Wydawnictwo Arbitror spółka z o.o.

www.arbitror.pl

e-mail: kontakt@arbitror.pl

Pamięci

Anny Politkowskiej, Aleksandra Litwinienki i Siergieja Magnickiego oraz wszystkich reporterów i aktywistów, którzy oddali życie, dociekając prawdy



Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy.

Książę Bogusław Radziwiłł w rozmowie z Andrzejem Kmicicem
(Henryk Sienkiewicz, Potop)


Wstęp

Jestem wściekły. Na moje państwo, jego instytucje, oportunistycznych oficerów służb i policji, prokuratorów, urzędników, polityków. Na ludzi, którzy dopuścili do tego, że przez co najmniej rok dwóch pracowników restauracji nagrywało elitę naszego państwa podczas prywatnych spotkań. Na ludzi odpowiedzialnych za to, że choć od wybuchu afery podsłuchowej minęło pięć lat, wciąż nie wiemy, kto oprócz Marka Falenty „stał za kelnerami” i kim są ci „trzymający taśmy”. Na tych wszystkich, którzy nie wywiązali się ze swych obowiązków, by sięgnąć dalej niż „biznesowo-finansowy” wątek afery podsłuchowej; zamiast tego ograniczyli się do tropienia tzw. spisku kelnerów i przebiegłego, choć niezbyt biegłego biznesmena i jego szwagra.

Jestem zły jako człowiek, ale także, a może przede wszystkim jako obywatel. To był największy zamach na struktury państwa i jego najważniejszych przedstawicieli – politycznych i biznesowych. Największa tego typu afera w historii zachodnich demokracji, w której spisek objął urzędującego premiera, byłych prezydentów, ministrów, z szefem MSZ i nadzorcą służb specjalnych włącznie, menedżerów najważniejszych spółek. W sumie grubo ponad 100 osób, a być może znacznie więcej. Do dziś nikt tego nie policzył, co gorsze – nawet nie próbował. W postanowieniu prokuratora o zamknięciu śledztwa w sprawie tzw. organizatorów nagrań widnieje 97 nazwisk osób podsłuchanych. Ale to tylko część „ofiar” tego spisku. Precyzyjniej mówiąc, są to osoby, które wystąpiły z wnioskami o przyznanie im statusu pokrzywdzonych. Jak wielu było podsłuchanych, którzy o to nie wnioskowali? Czy ktoś próbował wykorzystać nagrania, by ich szantażować? Na te pytania nikt nawet nie próbował odpowiedzieć.

Gdy wybuchła „afera kelnerów”, ówczesny premier Donald Tusk na pierwszej konferencji prasowej podkreślał, że sprawę – którą nazwał „próbą zamachu stanu” – trzeba „wyjaśnić szczegółowo i co do milimetra”, nie pomijając żadnego wątku – biznesowego, przestępczego, nielegalnej operacji obcych służb. Stwierdził, że jeśli nie dojdzie do wyjaśnienia wszystkich jej wątków, konieczne będą przyspieszone wybory1.

Tusk jasno dawał do zrozumienia, że podejrzenia padają na służby naszego wschodniego sąsiada. 25 czerwca 2014 r. w sejmowym wystąpieniu wypowiedział słynne słowa o „scenariuszu” afery, mówiąc: „nie wiem, jakim alfabetem jest pisany”. Stwierdził również, że sprawa ma związek „z osobami, które działały w dziedzinie połączeń gazowych” między Polską a Rosją. „Każdy, kto interesował się na tej sali problemem „pieremyczki”, czyli połączenia gazowego, które miało omijać Ukrainę, pamięta także zdarzenia, z którymi związane są niektóre osoby pojawiające się w kontekście afery podsłuchowej” – podkreślał, dodając, że „w tle jest handel węglem zza wschodniej granicy, na wielką skalę”, któremu rząd próbował przeciwdziałać. Co prawda Tusk zastrzegł: „nie ma żadnego powodu, żeby twierdzić, że jest bezpośredni związek między tymi działaniami a akcją podsłuchową i ujawnianiem podsłuchów”, ale – jak zaznaczył – „nie ma też żadnego powodu, aby nie dostrzegać związku między jednym a drugim zdarzeniem”2.

Paradoksalnie więc – w świetle późniejszych ustaleń – Tusk na początku całkiem precyzyjnie i raczej celnie wytypował potencjalnych sprawców. Dowodów miały dostarczyć służby podległe szefowi MSW Bartłomiejowi Sienkiewiczowi, co zresztą budziło ogromne kontrowersje. Wiele osób wskazywało nie tylko na to, że podsłuchy, których sam padł ofiarą, stawiały go w nie najlepszym świetle jako koordynatora służb specjalnych. Podkreślano, że minister występował w podwójnej roli – zaangażowanego w śledztwo ważnego urzędnika państwa, a równocześnie świadka i poszkodowanego. Obawiano się, że zamiast patrzeć na sprawę chłodnym okiem, będzie ją odbierał poprzez krzywdę, która została mu wyrządzona. Zarówno jako ministrowi, jak i człowiekowi.

Te obawy, niestety, się potwierdziły. Minister nie ufał ABW i CBA, przez co każda ze służb z policją włącznie robiła tę sprawę po swojemu. Nawet jeśli miał powody, by podejrzewać je o nieprzejrzyste działania czy wręcz uwikłanie w relacje ze sprawcami nagrań, przy takim nastawieniu wyjaśnienie sprawy musiało się zakończyć porażką. Daleki jestem od tego, by oskarżać Bartłomieja Sienkiewicza i wskazywać go jako winnego nieudolności służb czy fiaska całego śledztwa podsłuchowego. Ale to, że pozostał wtedy na stanowisku, nie było dobrym rozwiązaniem. Widać to z perspektywy tych pięciu lat wyraźnie.

Ta sprawa przerosła wszystkie najważniejsze osoby, które się nią zajmowały. Począwszy od ówczesnego premiera, którego niechęć do służb była powszechnie znana, na skandalicznie nieudolnie prowadzącej śledztwo prokuraturze skończywszy. Sami się prosiliśmy o kłopoty.

Stara zasada mówi, że pierwsze dni dochodzenia są kluczowe dla wskazania sprawców. Jeśli wtedy popełni się błąd, nie zbierze dowodów lub pójdzie złym tropem, później trudno jest wrócić na właściwą ścieżkę. Co takiego się stało, że wszystkie postawione na początku przez Donalda Tuska hipotezy rozmyły się w tak kompromitujący dla państwa sposób? Czy komuś udało się sparaliżować działalność polskich służb, a jeśli tak – komu? Do tej pory te pytania pozostawały bez odpowiedzi. Ta książka na wiele z nich – lepiej lub gorzej – stara się odpowiedzieć. Jednak nie zastąpi ona tego, czego państwo nie zrobiło, nie robi, ale co będzie kiedyś musiało zrobić – napisać rzetelny i bezstronny raport na temat okoliczności tego, co wydarzyło się w Polsce późną wiosną 2014 r.

Jeszcze 27 sierpnia 2014 r. ówczesny premier zapowiadał, że „we wrześniu szef MSW przedstawi szczegółową informację na temat podsłuchów”3. Szybko okazało się to obietnicą bez pokrycia. Premier już wtedy myślami był zupełnie gdzie indziej. Trzy dni później media obiegła informacja o tym, że zostanie nowym szefem Rady Europejskiej, który zastąpi odchodzącego Hermana Van Rompuya. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że stanowisko szefa rządu i partii przypadnie marszałek Sejmu Ewie Kopacz. A w jej rządzie, powołanym 22 września 2014 r., ostatnim gabinecie PO-PSL, nie było już miejsca dla Bartłomieja Sienkiewicza. Gdy skończyło się zamieszanie związane ze zmianą władzy i opadł kurz, nikt nie był zainteresowany drążeniem sprawy, wręcz przeciwnie – wydaje się, że wszystkim zależało, by ją jak najszybciej zakończyć. Na jednym wątku. Od wybuchu afery do wyroku skazującego jej wykonawców w pierwszej instancji minęło zaledwie 2,5 roku. To bardzo niewiele. Dla porównania – samo śledztwo w sprawie tzw. małej afery podsłuchowej, obejmujące 11 nagrań odzyskanych przez CBA na początku 2015 r., trwa już ponad cztery lata i jego końca nie widać.

Obiecana przez Tuska informacja nigdy nie została przedstawiona, tak jak nie powstała mapa zagrożeń czy strat, jakie państwo polskie mogło ponieść w związku z potencjalnym ujawnieniem tajemnic czy użyciem nagrań do szantażu przez obce służby. W ten sposób „państwo teoretyczne” objawiło się w całej pełni.

 

Państwo oraz jego służby nie potrafiły i do dziś nie potrafią – albo nie chcą – zbadać innych wątków sprawy, jak pijany płotu trzymając się tylko jednego, biznesowego. Nie widzą albo nie chcą widzieć zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, które brak rzetelnego zbadania sprawy tylko potęguje.

Za kpinę z opinii publicznej trzeba uznać to, że Marek Falenta i jego trzech współpracowników odpowiadało za naruszenie tajemnicy korespondencji. Ani prokuratura, ani sąd nie znalazły podstaw, by pociągnąć ich do odpowiedzialności chociaż za udział w zorganizowanej grupie przestępczej. To obciąża polski wymiar sprawiedliwości.

Ci, którzy na takie zawężenie problemu się godzili, wykorzystując aferę do swoich celów, zostali nagrodzeni. Tych zaś, którzy próbowali zrobić coś więcej niż tylko oskarżyć kelnerów i biznesmena ze szwagrem, spotykają szykany. Jednego z oficerów ABW, który badał udział ludzi PiS w „rozsiewaniu taśm”, próbowano skompromitować i zmuszono do odejścia ze służby. Wszczęto wobec niego tzw. postępowanie kontrolne, czego efektem było odebranie dostępu do informacji niejawnych, złożono też kilka zawiadomień o popełnieniu przestępstwa. Żadne z podjętych przez prokuraturę postępowań do dziś się nie skończyło. W jednym z nich oficer usłyszał kuriozalny zarzut przekroczenia uprawnień, i to w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przez inną osobę, za to, że jako pełnomocnik do spraw ochrony informacji niejawnych ABW wydał tzw. poświadczenie bezpieczeństwa byłemu szefowi agencji Krzysztofowi Bondarykowi. Dokument był potrzebny Bondarykowi, by mógł wykonywać obowiązki szefa Rady Fundacji Pomocy Rodzinom Funkcjonariuszy i Pracowników UOP i ABW (w skrócie PRoFiP). Fundacja, która działa ponad politycznymi podziałami, współpracuje z ABW przy wykonywaniu swoich statutowych zadań (m.in. pomoc w leczeniu i rehabilitacji czy zaspokojeniu potrzeb edukacyjnych dzieci funkcjonariuszy), a jej siedziba mieści się w budynkach ABW. Bez poświadczenia dającego dostęp do informacji niejawnych Bondaryk nie mógłby nawet wejść do biura ani zaglądać do danych funkcjonariuszy, które chroni tajemnica. Z wnioskiem o wydanie mu certyfikatu wystąpił w maju 2015 r. wiceprezes PRoFiP – zdaniem prokuratora osoba nieuprawniona, bo spoza ABW. Skąd się wzięła „korzyść majątkowa”? To już kuriozum, bo prokurator uznał, że korzyść tę miała osiągnąć inna osoba niż oficer, któremu postawił zarzut. Śledczy wyliczył, że wystawienie poświadczenia kosztuje kilka tysięcy złotych. A fundacja przecież nie zapłaciła nawet złotówki. Tyle że PRoFiP jest organizacją non profit, w dodatku blisko współpracującą z ABW – jej kluczowe decyzje, m.in. powoływanie i odwoływanie członków zarządu, muszą uzyskać akceptację szefa ABW. Z tego choćby powodu wiceprezes fundacji miał prawo złożyć wniosek o wydanie certyfikatu Bondarykowi.

Żeby było jeszcze ciekawiej, nie zostało ono cofnięte, a zarzuty postawił oficerowi sam szef prokuratury okręgowej w Świdnicy Wiesław Dworczak, członek założonego przez ludzi Ziobry stowarzyszenia Ad Vocem4, po tym, gdy jego podwładny, naczelnik wydziału śledczego, nie dopatrzył się przestępstwa i sprawę umorzył. Dlaczego prokurator Dworczak zdecydował inaczej?

To tylko jeden, choć chyba najbardziej drastyczny przykład. Ludzie lojalni wobec PiS próbowali wytropić moich informatorów, a przynajmniej wystraszyć ich na tyle, by przestali się ze mną kontaktować.

To budzi nie tylko złość, lecz także niepokój o przyszłość naszego państwa. Do dziś nie potrafi ono zneutralizować zagrożenia w postaci nagrań, o których wiadomo, że istnieją, ale nie zostały jeszcze opublikowane. Zgoda na to, by ta bomba nadal tykała, to największy chyba skandal i najmocniejszy dowód świadczący o słabości państwa, jego struktur i instytucji. Skandal, który dziś obciąża przede wszystkim rząd PiS. „Taśmowe” ładunki wciąż są aktywne, a eksplodując od czasu do czasu, wyrządzają mniejsze i większe szkody, o czym przekonał się sam Mateusz Morawiecki, którego pozycja mocno się zachwiała po tym, jak nagranie z jego udziałem ujrzało światło dzienne jesienią 2018 r. Ponad pięć lat po rejestracji. Inne nagrania również wyciekają, nikt nie wie albo nie chce wiedzieć skąd.

Nie wyjaśniając wszystkich okoliczności afery podsłuchowej, kierowane przez polityków PiS instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo pozwalają szantażystom trzymać państwo w szachu. To w najlepszym przypadku objaw ogromnej słabości i krótkowzroczności, ale i dowód na brak zainteresowania rozwikłaniem tej zagadki, co może oznaczać, że ci, którzy powinni to zrobić, sami są zamieszani. Ta książka pokaże, jak bardzo.

Jeśli dodamy do tego, że wśród organizatorów spisku są również ludzie Kremla, realia działania naszego państwa zaczynają wręcz przerażać. Zbyt łatwo nasuwają się skojarzenia z tym, co działo się w Polsce w drugiej połowie XVIII w. Chyba nikt trzeźwo myślący nie chce, by Polska, słabnąc, jak 250 lat temu, znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów. To wszystko wywołuje frustrację i sprzeciw. Wściekły i rozczarowany postanowiłem napisać tę książkę.

***

Collusion – to słowo, powtarzane w ostatnich latach tysiące razy, zrobiło ogromną karierę po obu stronach Atlantyku za sprawą tajnych negocjacji, a potem zapewne i współpracy między obozem Donalda Trumpa i ludźmi Władimira Putina, co w konsekwencji ułatwiło wejście tego pierwszego do Białego Domu. „Zmowa” była jednocześnie formą zemsty na demokratycznej kandydatce Hillary Clinton, która w 2016 r. rywalizowała z Trumpem o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych. Interesy i stara zasada „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” połączyła republikańskiego kandydata z jednym z największych wrogów Ameryki. Trump – nieukrywający swego podziwu dla „silnego człowieka” z Kremla, owładnięty wizją budowy Trump Tower w Moskwie i zarobienia wielkich pieniędzy – gotów był na wiele, by cel osiągnąć. Putin również, choć z innych powodów – żądny zemsty na Hillary Clinton i USA jako reprezentantach odrzucanej przez niego liberalnej demokracji.

Putin widział też w Trumpie tego, który złagodzi skutki uchwalenia przez amerykański Kongres w 2012 r. „ustawy Magnickiego”. To właśnie ona wprowadziła sankcje – wizowe oraz finansowe – na ludzi Kremla łamiących prawa człowieka. To właśnie tej sprawie poświęcone było słynne spotkanie, do którego doszło w czerwcu 2016 r. w nowojorskiej Trump Tower. Wzięli w nim udział m.in. syn Trumpa, Donald junior, zięć Jared Kushner, szef sztabu przyszłego prezydenta Paul Manafort oraz związana z Kremlem prawniczka Natalia Weselnicka. Specjalna wysłanniczka złożyła ofertę przekazania „brudów” obciążających Clinton, czyli wykradzionych przez rosyjskich hakerów związanych z GRU e-maili i danych z krajowego komitetu Partii Demokratycznej (DNC) oraz ze skrzynki szefa sztabu wyborczego jej kandydatki Johna Podesty. Weselnicka w zamian chciała głównie jednego – uchylenia ustawy Magnickiego5.

Tak rozkręcała się największa w historii afera, której sednem była tajna operacja rosyjskich służb mająca doprowadzić do wyboru przyjaznego Rosji prezydenta najpotężniejszego mocarstwa świata, a w dalszej perspektywie – rozbić jedność Zachodu. Konsekwencją tej Trumpowsko-Putinowskiej „zmowy” było nie tylko zaskakujące zwycięstwo miliardera celebryty, lecz także wielowątkowe śledztwo prowadzone przez specprokuratora Roberta Muellera. Wina władz Rosji wydaje się dowiedziona – Mueller i jego zespół zidentyfikowali i postawili zarzuty 13 Rosjanom podejrzanym o ingerencję w wybory prezydenckie w 2016 r. A precyzyjniej – o wspieranie Trumpa i podkopywanie pozycji Clinton. Zespół specprokuratora co prawda nie znalazł bezpośrednich dowodów na zmowę po stronie samego Trumpa i jego współpracowników, ale udowodnił, że wielokrotnie kłamali na temat swoich relacji z ludźmi Putina, co zresztą skończyło się formalnym oskarżeniem sześciu z nich. Sytuacja mocno przypominająca okoliczności polskiej „waitersgate”. Z tą różnicą, że w Polsce oskarżono jedynie wykonawców, a nie zleceniodawców. I to bez rosyjskiego kontekstu.

Dochodzenia dotyczące tajnych działań rosyjskich władz mających wpływać na procesy wyborcze lub pogłębiać społeczne podziały i osłabiać zaufanie do władz prowadzone były w kilku europejskich państwach. Wystarczy wspomnieć Wielką Brytanię i parlamentarne śledztwo dotyczące wspierania przez Rosję kampanii przed referendum w sprawie brexitu czy prowadzone w Czarnogórze dochodzenie, które ujawniło, że rosyjskie służby brały udział w nieudanym zamachu stanu w tym kraju w październiku 2016 r. Jego głównym organizatorem był Eduard Szyszmakow, funkcjonariusz GRU, były zastępca rosyjskiego attaché wojskowego w Warszawie, wydalony z Polski dwa lata wcześniej.

Rosyjską wrogą ingerencję tropiły również służby francuskie, hiszpańskie i niemieckie, a także ukraińskie, gruzińskie czy estońskie. Specjalny urząd do spraw obrony psychologicznej, mający chronić przed obcymi wpływami o charakterze dezinformacyjnym, powołała w 2018 r. Szwecja. Tymczasem nasze władze udają, że Polska nie mogła być celem działań sterowanych przez Kreml. Ślady aktywności rosyjskich służb zauważyć można w wielu krajach Europy, tymczasem my żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy samotną wyspą, jakimś cudem omijaną przez potężnego sąsiada. To absurd, w który mogą wierzyć tylko ludzie zupełnie niezdający sobie sprawy z tego, jak działają rosyjskie służby – takie opinie słyszałem z ust wielu mniej lub bardziej ważnych oficerów polskiego wywiadu i kontrwywiadu, którzy pracowali na kierunku wschodnim.

Gorsze jest jednak co innego. Afera, która doprowadziła do zmiany władzy w Polsce, w dalszej konsekwencji spowodowała rozbicie polskich służb, CBA, ale i cywilnego kontrwywiadu, do których trafiły osoby zamieszane w rozgrywanie „taśm Falenty”. Całkowite désintéressement oraz przebieg karier wielu osób – awanse bliskich władzom Prawa i Sprawiedliwości oraz degradacje i ściganie tych, którzy próbowali tę zagadkę rozwikłać – nakazuje przynajmniej postawić pytanie, czy w 2014 r. lub wcześniej przypadkiem nie doszło do czegoś w rodzaju „zmowy” między ówczesną opozycją a ludźmi Moskwy. Pytanie jak najbardziej zasadne, nawet jeśli była to tylko wspólnota interesów, która znalazła odzwierciedlenie w operacji wysadzenia w powietrze rządu przy użyciu podsłuchanych rozmów.

Czy więc w przypadku polskiej „afery kelnerów” też można mówić o zmowie? Na pewno zarówno PiS, jak i Kreml mieli powody, by chcieć pozbawić władzy rządzącą PO, a Tuskowi wybić z głowy myśli o brukselskich stanowiskach. Co do PiS, sprawa jest jasna – osiem lat w opozycji i seryjnie przegrywane wybory wywołały ogromną chęć rewanżu, tak dużą, że partia i jej prezes Jarosław Kaczyński nie mieli skrupułów, by do walki politycznej użyć największej tragedii, jaka wydarzyła się w Polsce po 1989 r., czyli katastrofy smoleńskiej.

W przypadku Rosji motywacja była również silna: wsparcie polskiego rządu dla powstania na Majdanie, wygrana w sporze o ceny gazu połączona z rezygnacją z „pieremyczki”, czyli biegnącego przez Polskę gazociągu, który omijałby Ukrainę, wreszcie zapowiadana na początku 2014 r. walka z rosnącym importem rosyjskiego węgla. Kremlowi wyrósł silny przeciwnik, któremu należało utrzeć nosa. Tym bardziej że – jak się okazało – kolos ten stał na glinianych nogach, a na pewno na jednej, którą były służby bezpieczeństwa państwa.

Do dziś brzmią mi w uszach słowa, które usłyszałem od dwóch znaczących niegdyś postaci w polskim państwie. – PiS i środowisko Kamińskiego chcieli załatwić Tuska wielokrotnie. Aferą hazardową, aferą stoczniową, a jak się nie udało, spróbowali jeszcze raz, tym razem taśmami, które okazały się świetnym materiałem do wywalenia całego rządu i otwarcie im drogi do władzy – mówił urzędnik, który prosił o zachowanie anonimowości.

– Rosjanie mieli motyw, by uderzyć w polski rząd, szczególnie po tym, gdy zaangażowaliśmy się w sprawy ukraińskie. Polska była krajem, który głośno protestował i domagał się nałożenia sankcji na Rosję. Wyobrażam sobie, że gdzieś wysoko w Moskwie odbyła się wówczas narada na temat tego, jak można by wyłączyć Polskę z tej aktywności – to słowa płk. Pawła Białka, wiceszefa ABW w latach 2007–2012.

 

Ta książka pokaże prowadzące do PiS oraz bliskich Kremlowi oligarchów nowe tropy i poszlaki. Z wielu z nich nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy, nawet polskie służby. Omówię je tu po raz pierwszy. Rzuci ona również światło na zmowę milczenia: służb, prokuratury, polityków. Jakby wyjaśnienie wszystkich kontekstów tzw. afery podsłuchowej nie było w niczyim interesie. Jak to się stało, że zawiodły służby i prokuratura – zarówno za rządów PiS, jak i wcześniej PO? Że mimo deklaracji premiera Tuska o śladach „obcego alfabetu” ten wątek nigdy nie został do końca zbadany (a przynajmniej nic o tym nie wiadomo)?

W tej sprawie ważne są i inne kwestie, przede wszystkim dotyczące związków najważniejszej postaci w podsłuchowym procederze, czyli Marka Falenty, z ludźmi bliskimi prezesowi PiS, w tym wywodzącymi się ze służb funkcjonariuszami wiernymi Mariuszowi Kamińskiemu. A co z Rosjanami? Przede wszystkim chodzi o rosyjski koncern węglowy KTK oraz związanego z tamtejszymi oligarchami, a przez nich również z ludźmi Kremla, tajemniczym biznesmenem Robertem Szustkowskim. To właśnie odkrycie tych powiązań było impulsem, który późną zimą 2018 r. kazał mi się zająć tą sprawą. Sprawą, która pochłonęła mnie i do dziś nie daje mi spokoju. Sądzę zresztą, że nie powinna dawać spokoju nikomu, komu zależy, by decyzje o losach naszego kraju nie zapadały w innych stolicach.

Zdaję sobie sprawę, że na wiele z pytań nie znalazłem odpowiedzi lub odpowiedziałem jedynie częściowo. Pełnego obrazu pewnie nie zobaczymy nigdy. Choć rozwikłaniu zagadek związanych z „nagraniami kelnerów” poświęciłem ponad rok, odbywając w tym czasie dziesiątki spotkań w całej Polsce, spędzając długie dni na analizie akt sądowych „afery podsłuchowej” i danych z rejestrów spółek z różnych krajów, wiele przeszkód okazało się nie do pokonania. W przypadku amerykańskiej Russiagate, afer związanych z brexitem czy choćby przeprowadzonego przez GRU zamachu na Skripalów dziennikarze mogli liczyć na pomoc państwa lub jego instytucji. Na ludzi pracujących w nich, którzy mają dostęp do wiedzy, czasem nawet tajnej. W przypadku polskiej „waitersgate” dziennikarz może liczyć na bardzo niewiele. Na pewno na obojętne milczenie służb, które powinny wrócić do sprawy już dawno, najpóźniej po pierwszych moich artykułach na ten temat, które ukazały się w „Polityce” jesienią 2018 r.

PiS, choć w 2014 r. domagał się powołania komisji śledczej, dziś zbywa wszystkie wątpliwości stwierdzeniami sprowadzającymi się do tego, że nie ma co wyjaśniać, bo sprawa już została wyjaśniona, a ci, którzy się tego domagają, próbują zatuszować odpowiedzialność ludzi PO.

Zastraszeni, skorumpowani stanowiskami i apanażami politycy PiS, funkcjonariusze służb oraz prokuratury, którzy mieliby coś do powiedzenia, w tej sprawie milczą. Dlatego praca nie tylko nad książką, lecz także nad kolejnymi artykułami, które opublikowałem w „Polityce”, przypominała robotę archeologa, który kopiąc w ziemi, wydobywa na powierzchnię jedynie drobne kawałki. I dopiero złożenie ich w całość ukazuje coś, co przypomina poszukiwaną rzecz, choć nadal pełną ubytków. Jak dziecięce puzzle, w których brakuje niektórych części zaginionych w zakamarkach szuflad i szafek.

Tych kawałków jest jednak na tyle dużo, że wyłania się z nich przerażający obraz cynicznej rosyjskiej ingerencji w polską demokrację i jej procesy.

last but not least – napisałem tę książkę także trochę ze strachu: nie chcę, by Polska przestała być krajem rządów prawa, równowagi władz i szacunku dla państwa oraz jego instytucji. Także tych o specjalnym charakterze i przeznaczeniu. Nie chcę więc tego, czego chce Rosja i czego chcą politycy o autorytarnych lub antysystemowych skłonnościach. Ale jeśli w tej sprawie nasze państwo nadal będzie się zachowywać jak „kamieni kupa”, po które każdy może sięgnąć i zrobić, co zechce, katastrofa prędzej czy później stanie się nieunikniona. Jak w XVIII w. Jeśli historia lubi się powtarzać, zróbmy wszystko, by nie stało się to w tym wypadku. Zmuśmy polityków, by wyjaśnili wreszcie do końca aferę, która jest jednym wielkim sygnałem alarmowym, że sprawy poszły za daleko, w złym kierunku. Piąta rocznica jej wybuchu to odpowiedni moment, by im o tym przypomnieć.

1Premier Tusk nie wyklucza przedterminowych wyborów, Rmf24.pl, 19 czerwca 2014 r.
  Wypowiedzi na posiedzeniach Sejmu, posiedzenie nr 70, 25 czerwca 2014 r., http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/wypowiedz.xsp?posiedzenie=70&dzien=2&wyp=90&view=1.
3Wojciech Czuchnowski, W Sejmie cicho o podsłuchach, Wyborcza.pl, 28 sierpnia 2014 r.
4Por. Prokuratura pod specjalnym nadzorem. Kadry i postępowanie „dobrej zmiany”, Stowarzyszenie Paragraf Państwo, Warszawa 2018, s. 30.
5Special Counsel Robert S. Mueller III, Report On The Investigation Into Russian Interference In The 2016 Presidential Election, Volume I of II, Washington D.C., March 2019, s. 117–123.