Ja, Tamara Powieść o Tamarze ŁempickiejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Prolog. Pod wulkanem

Część pierwsza. Włochy, po raz pierwszy

Część druga. Rosja

Część trzecia. Paryż

Część czwarta. Królowa Paryża

Część piąta. Włochy. Tryumf i upadek

Część szósta. When Your Lover Has Gone

Część siódma. Adieu, Paris!

Copyright © Grzegorz Musiał, 2020

All rights reserved

Redaktorzy prowadzący

Tadeusz Zysk, Jan Grzegorczyk

Redaktor językowy

Paulina Jeske-Choińska

Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman

od autora

Ta książka nie jest biografią ani monografią, ale powieścią historyczną, zainspirowaną faktami z życia wybitnej polskiej malarki Tamary Łempickiej. Dla celów narracyjnych niektóre nazwiska, imiona własne, charaktery postaci, okoliczności i chronologia zdarzeń zostały zmienione.

ISBN 978-83-8116-954-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

I oto teraz szczyt… podobny szczytom mego życia… które zdobywałam jeden po drugim… aż wspięłam się na najwyższy… (…) szczyt kruszy się i zapada, a ja zlatuję w dół, w dół, do wnętrza wulkanu.

Malcolm Lowry, Pod wulkanem

Prolog. Pod wulkanem

PROLOG POD WULKANEM

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

18 marca 2010 r., Cuernavaca, Meksyk

Spojrzałem w tej chwili na zegarek: nie do wiary! Dziś w południe, dokładnie o godzinie 12:05, gdy słońce stanęło w zenicie i upał stał się nie do zniesienia, wulkan El Popo1 zaryczał i potrząsnął grzywą głazów, otaczających jego krater (któryś z nich, jak doniosło radio Mexicana, rozgniótł namiot jednej z sześciu rozsianych na jego zboczach ekip sejsmograficznych wraz z zawartością, w postaci dwóch geologów i psa), a następnie, wydmuchawszy z nozdrza czarno-czerwony czop lawy, posłał w niebo pióropusz siarki i skał, które pofrunęły wzwyż, jak stado sępów spłoszonych dźwigającą się z głębi ziemi i nieznaną im dotychczas potęgą.

Dokładnie w tej chwili, nie licząc pięciu minut, minęła trzydziesta rocznica od pogrzebu Tamary — to znaczy od tamtej chwili, gdy stojąc w porywach wichru wysoko nad kraterem, w drzwiach trzęsącego się jak stara lokomotywa helikoptera, który nie wiadomo jakim cudem wzniósł się na wysokość pięciu tysięcy metrów nad poziom morza, wytrząsałem z urny jej prochy prosto w gardziel tego samego, a wtedy rozpościerającego się u moich stóp wulkanu.

Teraz znów stoję naprzeciw niego, ale patrzę z oddali. Wsparty o niski murek, okalający dach klasztoru Franciszkanów w Atlixco, patrzę na odgrywający się przede mną popis aktora o imieniu Popocatépetl, przez lud meksykański pieszczotliwie zwanego El Popo. Jego czarna, zwieńczona lodem korona, osnuta smugami dymu i płomieniami, wyrasta przede mną jak demon z filmu Murnaua, wznosząc się z piekielnej otchłani, aby za chwilę zmierzyć się z pędzącymi z naprzeciwka hufcami anielskimi, na których czele, w zbroi ze złotych łusek i dmąc w Trąby Sądu, rozpruwa niebo krwawą raną sam generał wojska niebieskiego, Archanioł Michał. Na tle tego ogromu — który Tamara wypełniłaby pociągnięciami szerokiego pędzla, plamami szarości i granatu, smugami czerwieni i sadzy — moja maleńka sylwetka w dole, przycupnięta tu, na skale, na której stoi klasztor, wyglądać musi jak Ikar z jej ulubionego obrazu Upadek Ikara Brueghla: jakiś spadający z nieba człowieczek, nieważny wobec potęg i zepchnięty w kąt obrazu, który w całości wypełnia sielski widok portu i wiosennej orki… Ach, to poczucie humoru Flamandów, jak ona je kochała!

Lecz tu jest Meksyk. Tu sielskiej orki nie ma. Wściekłość nieba ściera się z drżeniem ziemi. Pobrzękują szklaneczki na tacy niesionej przez młodego zakonnika o południowoazjatyckich rysach, pył wulkaniczny, podobny do gipsu i zmielonej cegły, pokrył już cały taras i tacę, którą ochrania lniana serwetka. Coraz trudniej jest oddychać i z wdzięcznością przyjmuję drugą taką chustkę, którą zasłaniam sobie usta. Czy może chcę zejść na dół, do refektarza? Nie, skądże znowu! A może przynieść mi parasol? Nigdy w życiu! Już widzę nagłówki w „Sol de Cuernavaca”: Duma naszego miasta, nasz Maestro ginie w wybuchu El Popo, daremnie osłaniając się parasolką! Tamara umarłaby ze śmiechu.

Choć mi wcale nie do śmiechu. Wulkan, w ataku furii, grzmi i coraz wyżej wznosi się przede mną. On, we własnej osobie, brat Tamary, jaki teraz podobny do niej, gdy wlepiwszy zimne oczy w rozmówcę, tak samo powoli, we wzrastającym gniewie podnosiła się z fotela, kiedy ktoś nie tyle, że powiedział jej „coś głupiego” („bo to, mon cher, może każdemu się zdarzyć”), ale „prostacko przy tym obstawał!”…

Myśl, że któraś z drobin zgrzytających mi między zębami mogłaby być wyplutą przez wulkan cząstką Tamary, przejmuje mnie dreszczem.

$

Do Atlixco, miasteczka przytulonego do stóp wulkanu i pełnego hiszpańskiego baroku, pokornych osiołków oraz jaskrawych murali, pokrywających ściany domków ciągnących się długimi, nudnymi i tonącymi w upale uliczkami, przybyłem z nadzieją na pieczoną gęś. Utwierdził mnie w tym, podczas wczorajszej rozmowy, sam przeor Convento Franciscano de Atlixco, którego ledwie szemrzącego w słuchawce dyszkantu, jak zwykle, łatwiej było się domyślić, niż słuchać. Musiałem wciskać sobie słuchawkę w ucho, jak moja świętej pamięci babka trąbkę mahoniową, ograniczając się do pomruków uhm, si, no bezładnie wrzucanych w dalekie mysie chrobotanie jego pytań.

— O której przyjadę? Czy nie boję się, że wybuch zastanie mnie w drodze? Czy mój kierowca będzie jadł z nami? Czy nie przeszkadza mi, że na deser będzie sałatka owocowa i pay de queso, a nie lody waniliowe z rumem i mango, które tak lubię? Z powodu zagrożenia wybuchem, o którym od miesiąca trąbi „Diario de Morelos”, braciszkowie już prawie nie ruszają się z klasztoru, toteż uczta będzie skromna, ot, taka, jaka była w… — Tu jego ostatnie słowo zapadło w ciszę, jakby nagle umarł albo odłożył słuchawkę.

Po minięciu Puebli i parunastu kilometrach bezludnej szosy — zazwyczaj pełnej zdezelowanych aut osobowych, półciężarówek załadowanych krzyczącym drobiem i drobnych, spalonych słońcem chłopków na osiołkach — dotarliśmy w końcu do karłowatych, wlokących się kilometrami przedmieść Atlixco. Znikły na niebie dalekie grzebienie Sierra Nevada, skąpane w niebieskiej mgiełce i wiernie towarzyszące nam od godziny, a za to pojawiły się stłoczone po bokach szosy budki z blachy, gromady chuderlawych psów i stragany z dymiącymi patelniami. I wtem garb szosy wyrzuca nas w górę, w sam środek nieziemsko pięknej panoramy… jak widok Neapolu z Posillipo czy Paryża z wieży Montparnasse! Przed nami podnosi się na równinie, niby Wenus z piany morskiej, olbrzymia, sięgającą Bożego tronu śnieżna kopa, a na jej tle, nieco w lewo i bardziej w oddali — bo dzięki paradoksowi optycznemu, wulkan, przy kolejnych skrętach szosy, raz wydaje się być daleko, raz tuż tuż na wyciągnięcie ręki — rozlewa się czerwona rzeka dachówek miasteczka. Nad nimi, w oddali, wyłania się żółta wieża klasztoru San Augusto… ten wymijamy i jedziemy dalej, na samo podnóże El Popo, gdzie na wapiennej skałce, jak żaba na wprost bociana, kuli się, wpatrzony w potwora, dzielny klasztorek św. Franciszka. Jego ściany z jasnego i ciemnego piaskowca porośnięte są kępami mchu. Wydają się lekkie i zarazem solidne, zalotne i wyniosłe, jak tylko potrafi płoche dzieło hiszpańskiego rokoka.

Nasz terenowy chevrolet, cały w kożuchu wulkanicznego pyłu, mija kamienny łuk bramy i mój kierowca, wzbijając z fasonem kurz na podjeździe, parkuje w cieniu paru suchych jak pieprz sykomor. Na powitanie wybiegli nam dwaj filipińscy braciszkowie w dżinsach, zapinając w biegu koloratki. Mówią jeden przez drugiego, raz po hiszpańsku, raz po angielsku, gestykulują i co chwilę przystają, prowadząc nas do drzwi klasztoru, a potem krętymi schodkami na dach. Już była rano ekipa lokalnej telewizji, bo z tego tarasu widać najlepiej, i może jeszcze przyjedzie ABC z Houston, a przeor nic, tylko od rana udziela wywiadów telefonicznych i aż zaniemógł, znany mi jest przecież stan jego biednych płuc, więc nie wiadomo, czy w ogóle dziś się pokaże. O gęsi, niestety, nawet nie wspomniano.

 

$

Był późny wieczór, gdy wróciłem do swego domu w Cuernavace, z nozdrzami wciąż jeszcze pełnymi zapachu piekła. Wulkan, ku rozczarowaniu ojców, po dwóch godzinach plucia pióropuszami ognia nagle pomruczał, pomruczał i jak stary silnik zgasł. ABC odwołało swój przyjazd i my, wymieniając się uwagami pełnymi zachwytu nad tym, co dane nam było do tej chwili zobaczyć, i rozczarowania tym, czego nam nie dano — czyli straszliwej eksplozji, na którą przecież od wielu dni czekała, z osobliwą tęsknotą, mroczna część naszej natury — jeszcze z godzinkę posiedzieliśmy na dachu, racząc się porto, sokiem z granatów i babeczkami z karmelem, przynoszonymi ze spiżarni przez młodych, gibkich zakonników. Wreszcie sam przeor, szurając nogami, wyłonił się z dmuchającej przeciągiem szpary koło komina. Chudy i blady, z płonącymi oczami hidalga spod La Manczy, wyglądał, jakby zszedł na chwilę z płótna El Greca, gdzie jako święty starzec, z krucyfiksem w dłoni, od wieków zagania Szatana na powrót do Otchłani.

Zjadłem zimną kolację, którą Huerta zostawiła mi w lodówce, i rzuciłem polano na ruszt kominka. Wprawdzie w tym naszym „mieście wiecznej wiosny” dobowe skoki temperatury nie przekraczają paru stopni, ale noce w marcu potrafią być zimne. Mimo zmroku, chwilę siedziałem w fotelu, delektując się tańcem refleksów na lśniącej powierzchni wiszącej nad kominkiem terakoty któregoś z della Robbiów. Madonna przytula do siebie Dzieciątko: oboje śnieżnobiali, jak płaskorzeźby na kantorii katedry we Florencji. Matka Boska dotyka twarzy uśpionego Maleństwa, jakby lękała się spłoszyć któryś z Jego snów, krucha, jak kwiat lukrowy, wyciąga dłoń i czujesz wprost jej wahanie… „jej słodycz i wahanie” — poprawiłaby mnie Tamara. Wśród trocin rozsypanych na podłodze, ze łzami w oczach, stała kiedyś przed tą terakotą, zaledwie ją przywiozłem z Paryża i wypakowałem ze skrzyni. Opuszkami palców pieściła załamki rzeźby, jakby dotykała skóry kochanka, szepcząc: — O, cudzie Włoch! Tajemnico, która obsiałaś tamten skrawek ziemi ziarnem z najlepszych spichlerzy Boga… O geniuszu, jakiego ta ginąca Europa już nigdy mieć nie będzie…

Wstałem i wciąż nie zapalając światła, poszedłem do sypialni, ale nie mogłem spać ani nawet czytać, choć wyszedł nowy numer „Casas & Gente”, gdzie w dobrym miejscu, na trzydziestych stronach, umieszczono parę zdjęć wnętrza mego domu przy callejón Borda2. Znalazło się też parę starych fotografii paryskiego studia Tamary przy rue Méchain, które na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zaprojektował dla niej Mallet-Stevens3. Dlaczego sprzedałaś tamten dom Arabom? Przecież nie potrzebowałaś pieniędzy. Myślę, że raczej chciałaś pozbyć się swego świadka oskarżenia: mieszkania, którego ściany tak długo syciły się słodyczą twego niebywałego sukcesu, pochlebstw, bogactw; w jego salonach, wyłożonych szkłem, marmurem i niklami wciąż jeszcze brzmiało echo tamtych okrzyków: „Jesteś wielka”, „Jesteś najpiękniejsza!”, „Nie masz sobie równych, Tamaro”! I nagle — cisza, samotność. Utraciłaś wzrok, utraciłaś talent, tamte głosy brzmią dziś jak szyderstwo. Niee, nie byłaś próżna, nie to chcę powiedzieć. Zbyt wielką pogardę miałaś dla tego, co tak dobitnie, jak uderzenie pejczem w twarz, wyraża stare francuskie słowo: parvenue. I za wielki — choć zarazem krótki, jak uderzenie w dzwon — był twój talent. Ale byłaś… hm… trudna…? Właśnie… bo niszczyłaś wszystko, co kochałaś… Bałaś się — miłości? Nie, gorzej. Bałaś się już samej zapowiedzi miłości. Ale o tym później. Teraz, gaz: srebrnym otwieraczem powoli podważam, żeby się nie opryskać, kapsel butelki z wodą mineralną, zostawionej mi przy kominku przez Huertę. Obok na stoliku — Pod wulkanem Lowry’ego, ostatnia książka, którą przed śmiercią czytałaś. I zakreślone przez ciebie słowa, jakbyś zostawiła ją tu przed chwilą:

Popocatépetl wznosił się ogromny za oknem, jego potężne stoki były częściowo ukryte za skłębionymi burzowymi chmurami, jego wierzchołek tarasował niebo… Pod wulkanem! Nie na darmo starożytni umieścili Tartar na stokach Etny4

Wszystko musi spłonąć, o tak… Jak ty sama, kiedy płonęłaś dwa razy: niedaleko stąd, w Mexico City, w krematoryjnym piecu, i drugi raz, w kraterze wulkanu. Zgadzam się, masz rację, kiedy mówisz: wtedy i tylko wtedy wszystko znów odzyskamy, gdy to, co kochaliśmy, do reszty utraci swą materialność i zyska formę eteryczną… lekką i czystą, jak pożar ducha. Ale czy to był wystarczający powód, aby w sercach tych, którzy CIEBIE kochali, pozostawiać zgliszcza?

Następna książka: Charles Berlioz El misterio de la Atlantida oraz Botanica oculta Paracelsusa: stare, poplamione herbatą wydanie z 1913 roku. Nierozcięte kartki. No tak: ona i okultyzm! Ta królewska Polka, rozumna, znająca proporcje świata, wzięte nie tylko od starożytnych Greków czy z renesansu włoskiego, ale przez starą mądrość katolicyzmu, od wieków płynącego w jej krwi, który nie ma złudzeń co do nędzy człowieka, i którędy to upadłe stworzenie jedynie może dojść do Boga. Kłóciła się o to z Pazem: „Więcej byś zrozumiał, mon Octavio, gdybyś ze swego wnętrza wyrzucił cały ten spleśniały bochen komunizmu, a dał w to miejsce jedną kruszynę wiary”.

Jest też Iliada Homera, której nigdy nie cytowała i dziwię się, że brała ją do rąk. No i wiersze Paza: zaczytany egzemplarz, przed śmiercią jej lektura przedostatnia. Posłuchaj tego, cudownie pięknego wiersza, który zaczyna się, jak świetlisty poranek:

Dzień otwiera dłoń

Troje chmur

I tych kilka słów5

Kochała twoje wiersze, słyszysz mnie, słyszysz, sandinisto? Ale nie mogła ci darować twoich czułych obłapek, raz z lewicą, raz z prawicą, gdy raz jedni, raz drudzy kładli ci swą koronę na siwiejącą skroń. Nie z zawiści, o nie. Zawiść, podobnie jak obrażanie się, to były dla niej uczucia plebejskie. „Zazdrościć mogą panny służące” — powtarzała po Babce Klementynie. Ale była zdania, że nagrody, które w swym neurotycznym, nałogowym pragnieniu uznania zgarniają artyści — jak dzieci, chroniące oburącz swe królestwo babek z piasku — to jest lep, podstęp rządzących nami miernot, będących na usługach Mefista: niczego tak nie pragną, jak spętać świętego rumaka sztuki, osiodłać tygrysa wyobraźni. Niech łyknie tę trutkę, a oni wezmą go na smycz i będą wlec po arenie, w huku braw, aż im nie padnie… Wtedy wystawią mu pomnik, skończone. Motyla wstawiono do gabloty, zamknięto na klucz. I TACY ośmielają się dawać NAM nagrody!…

— Octavio! — drwiła. — Prawdziwi ARTYŚCI nagród nie przyjmują!… Zostałeś… sko-lo-nizo-wany…! — Unosiła swe przeguby, ciężkie od srebrnych bransolet z Puebli, i jej granatowe oczy przeszywały rozmówcę na wylot, jakby chciała wedrzeć się w głąb jego duszy i na jej dnie spalić do cna najdrobniejszy ślad małości.

— Tylko sztuka ofiarowana Bogu ma sens. Dla innej nie warto żyć. Tak tworzyli męczennicy ducha w renesansie — mówiła słowami swej dumnej Babki do poety, który patrzał na nią gorzkimi, jak Gwiazda Piołun oczami zbuntowanego anioła. Rozumiał jej słowa, ale ich nie chciał. To ich łączyło: że oboje nie potrafili — choć z różnych przyczyn — zgiąć kolan.

Posłuchaj… jeszcze ten kawałek wiersza, który trzydzieści lat temu założyłaś papierkiem oddartym z paczki papierosów. Paliłaś do ostatnich chwil. Zrywałaś z twarzy maseczkę tlenową, żeby palić. — Daj ty mi wreszcie spokój! — dyszałaś do przerażonej pielęgniarki, tej amerykańskiej „krowy w dżinsach”, która chowała przed nią papierosy… — I co z tego, że nie zapalę? O ile mi to przedłuży życie? O sekundę? Dwie?

Posłuchaj:

Ziemia — jak niewyraźna groźba rzeźby

Świat wznosi czoło, jeszcze nagie

Kamień obtoczony gładki dla wyrycia na nim pieśni.

Jest początek hymnu — jak drzewo

Jest wiatr i urodziwe nazwy w jego

szumie6.

$

Lubię czwartą rano, tę godzinę śmierci. Stają mi wtedy przed oczami chwile mego życia, rozciągnięte w czasie, zamazane, jak na starej taśmie filmowej. Spada metabolizm ciała, obniża się poziom hormonów i zwalnia przepływ krwi: generalna próba umierania, jak ją nazwał Malcom Lowry, autor Pod wulkanem, jednej z najważniejszych „ewangelii” wszystkich pijaków świata.

Leżę w pościeli i patrzę na połyskujące w mroku krawędzie mahoniowych półek. Grube grzbiety książek wyglądają stąd jak płytki nagrobne w kolumbarium. Niżej, w lewym rogu, pod dyplomami oprawionymi w srebrne lub drewniane ramy, zależy od kogo je dostałem, spoczywa mój największy sekret: jej głos. Sprasowany w małych kasetach taśm magnetofonowych, które nagrywała — od kiedy? Przypomnij mi. Od 1976 roku? Tak, na cztery lata przed śmiercią. Trochę i ja tam mówiłem do mikrofonu, ale w większości ona. Głos podszyty ironią, ukrytym śmiechem, czasem wznoszący się w patetyczne tony, jak ricercare Bacha, aby znów opaść w swobodne divertimento… i ten olśniewający francuski… włoski mieszany z hiszpańskim, rosyjskim, polskim… czysta muzyka… Mniej lubiłem, kiedy mówiła po angielsku, język Dickensa nie pasował do jej łacińskiej duszy: tak bardzo chciała być z lodu, a była z ognia. Przez całe życie zachowała twarde polskie zgłoski, choć ignoranci, niemający pojęcia o językach, nazywali to „akcentem rosyjskim”. Wszystko, co na wschód od Berlina, to jest dla nich „Rosja”. A ona się wściekała: nie jestem żadną Rosjanką! I jak bajecznie klęła po polsku! Wprawdzie nienawidziła przekleństw, ale raz dziennie czyniła wyjątek dla swych kłótni z Kizette… Siadałem wtedy z boku, patrząc na te dwie wrzeszczące po polsku furie, i zastanawiałem się, jak by je narysował Goya.

Gdy już miała coraz krótszy oddech i nagrania się skończyły, magnetofon stał się jej wyrzutem sumienia. „Nie powiedziałam tego, co chciałam”… „to nie tak, nie to, wszystko pomieszałam”… „było zupełnie inaczej…”. Chciała od nowa nagrywać, potem zażądała zniszczenia taśm, potem to odwołała, aż w końcu ucichła, przygasła i magnetofon wylądował w kartonie. Huerta zapakowała w nim również taśmy i tu je pochowała. Teraz stoją na drugiej półce od dołu, z epitafium napisanym na pudle wyraźnymi kulfonami Huerty: „Maestra Tamara”. I daty, miejsca: Cuernavaca, Paryż, Wenecja.

Z tym też wreszcie muszę coś zrobić.

Ale cóż to?… W głębi mieszkania ucichł kurant i słyszę w oddali… szuranie? Stukot obcasów? Usiadłem w pościeli. Tamara? To jej kroki! Przecież dziś — rocznica. Schodzi najpierw z góry, z pracowni… krok za krokiem mija zakręt schodów, tam, gdzie wisi Miró. Teraz przemierzy salon… otworzy drzwi na patio, słyszę na tarasie szelest jej szlafroka, gdy ostrożnie zstąpiwszy z tego samotnego schodka, o który zawsze się potykała, idzie do fontanny przez kamienny, zasłany liśćmi podwórzec. Plusk wody… O tej porze roku? Skąd woda? Huerta jeszcze nawet nie zabrała się do sprzątania tej starej, obrośniętej bluszczem kamiennej misy, pełnej przegniłych liści. Jest tam też zawsze parę biednych myszy, zabłąkanych zimą i padłych, gdy próżno drapały łapkami po kamiennej ścianie, aby się wspiąć z powrotem do ich maleńkiego życia. Teraz ktoś stamtąd zaczerpnął rękoma wody i spryskuje sobie twarz. Tamaro! Twój śmiech… coraz bardziej ochrypły od tych cholernych dunhilli, których pod koniec życia paliłaś po dwie paczki dziennie.

Nie, nie boję się duchów… My, tu w Meksyku, jesteśmy z nimi zaprzyjaźnieni. Każdy szanujący się dom musi mieć jedno miejsce, zakątek ogrodu czy pokój, gdzie straszy. Ach, jestem pewien, że tej nocy odwiedziła mnie Tamara! Nudziła się tam, we wnętrzu góry, którą dziś z bliska oglądałem. Może ujrzała mnie z krateru i przyleciała się ze mną przywitać? W trzydziestą rocznicę śmierci wyfrunęła w niebo wraz ze słupem dymu i ognia: za pozwoleniem Boga czy Szatana? Szatan też przecież potrafi czynić cuda. Bardzo się tego obawiała i pytała wciąż Paza: „Skąd pochodzi mój talent?”, „Kto daje natchnienie artyście?”, „Który z nich mnie prowadzi?”. A on milczał, bo skąd miałby to wiedzieć? Ze swych czerwonych książeczek? Więc sama sobie odpowiadała: zażyłe stosunki łączą artystę i z Jednym, i z drugim. Z „tym nosicielem” — mówiła pogardliwie o Szatanie, jakby mówiła: „ten odźwierny… ten tragarz”. On tylko nosi światło — odbite od Tego, któremu zazdrości, którego nienawidzi, jak pokojówka swej pani. Własnego światła nie ma. Dlaczego więc wstała dziś z popiołów? Kto ją tu przysłał? Aby na chwilę dźwignęła się z niepamięci i prostując swą dumną sylwetkę, jak królowa Tamar, od której wzięła imię, rosła i rosła pod niebo, aż przekroczywszy granice materii, wyleciała z hukiem do chmur, jak rakieta z dymu i z ognia…

 

Teraz to już mnie nie opuści aż do śmierci, amen.