Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Polscy pisarze dzieciom
Czarownice są wśród nas

Ilustracje: Joanna Kłos

Strona redakcyjna

Polscy pisarze dzieciom

Czarownice są wśród nas

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka, ilustracje, układ graficzny: Joanna Kłos

Korekta: Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-501-7

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630 23 81

faks (42) 632 30 24

www.wyd-literatura.com.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Druhna ciotunia

Już trzeci wtorek pod rząd zostawaliśmy po lekcjach na zbiórkę, a tymczasem druhny nie było. I zawsze kończyło się tak samo. Kiedyśmy już włączali czwarty bieg rozbrykania, kiedy robiło się naprawdę superwesoło, nadchodziła ciotunia i wyrzucała nas do domu.

Kto to jest ciotunia, ciocia czy też ciotka, dla tych mniej eleganckich w mowie, to chyba zupełnie jasne. Ciotunia rządzi szkolnym dzwonkiem, szkolnym odkurzaczem i froterką, posiada władzę nad królestwem kluczy a także przedmiotów zgubionych, a raczej zawieruszonych, które w szkolnej zawierusze raz po raz się zawieruszają i nikt niewtajemniczony nie jest w stanie ich odwieruszyć.


Każda szkoła ma więc swoją ciotunię, a niektóre nawet i po kilka. Bywają różne: miękkie, dobrotliwe i współczujące, gniewne, zrzędne albo nawet i obojętne, chociaż to się zdarza najrzadziej. Te obojętne szybko odchodzą, nie mogą jakoś zagrzać w szkole miejsca.

Ta ciotunia była stosunkowo nowa i jeszcze nie dość ją znaliśmy... Jej nos dążył do tego, żeby jak najszybciej spotkać się z brodą, a znów broda z całych sił wytężała się, aby dotknąć nosa, tak jakby miały sobie coś bardzo ważnego do powiedzenia. Miała trochę dziwne, przenikliwe spojrzenie, budzące posłuch, ale nie była specjalną zrzędą.


Tego dnia bawiliśmy się w Ziemian i Marsjan. Ziemianie siedzieli w statku kosmicznym, to jest w boksie szatniowym, na dodatkowych umocnieniach z palt i kurtek, i razili Marsjan ogniem swoich laserowych dział. Marsjanie atakowali statek przez właz, a Ziemianie zatrzaskiwali go w ostatniej chwili. Metalowe drzwi rąbały z hukiem o futrynę, aż lakier sypał się nam na głowy.

Nie mogąc sforsować włazu, Marsjanie pluli na Ziemian przez siatkę, twierdząc, że trująca ślina marsjańska zaraz sparaliżuje Ziemian i kosmos zwycięży.

– Co tu się dzieje?!

– zakrzyczała ciotka. – Natychmiast powieście płaszcze na wieszakach. To świństwo pluć komuś na ubrania!

Rzeczywiście, trochę przeholowaliśmy, więc zaczęliśmy płaszcze podnosić i wieszać. Ciotunia postała chwilę nad nami, pomruczała, a potem stwierdziła, że jak skończymy sprzątać, mamy zaraz iść do domu. I poszła na górę.

Już prawie kończyliśmy wieszanie, ale nagle Marsjanie stwierdzili, że właściwie wdarli się do środka, bo przecież drzwi od boksu były teraz otwarte. Marek chwycił czyjś worek i zamłynkował nim.

– Kosmos zwyciężył! – krzyczał.


Na to Antek złapał pierwszy lepszy płaszcz i zarzucił mu na jego głupi marsjański łeb. I znów rozgorzała walka i w jej wirze wcale nie zauważyliśmy, że ciotunia wróciła, stanęła w drzwiach i patrzy.

Ona była nowa, więc jeszcze nie miała wyrobionej takiej cierpliwości, jaka jest potrzebna do dzieci szkolnych. Nie mogła na to patrzeć długo i krzyknęła:

– Znów to samo! Nie mam już do was siły!

Odwróciła się na pięcie i wyszła.

– Słuchajcie! Poszła na pewno po panią! – krzyknął ostrzegawczo Karol. Wyskoczył z boksu, uniósł ręce do góry i zaczął nagle kręcić się wokół własnej osi jak baletnica na lodzie.

Chcieliśmy krzyknąć: „Karol, nie wydurniaj się!”, ale nagle poczuliśmy wszyscy, że wstępuje w nas jakaś dziwna siła obrotowa, że nasze ręce także unoszą się do góry, że wypływamy z boksu na korytarz i zaczynamy się kręcić, kręcić, kręcić jak kolorowe blaszane bąki, których dorośli używają do wprawiania w osłupienie swoich małych dzieci.


Po prostu coś nami kręciło od środka. Nie było to nawet niemiłe, było tylko całkiem niepojęte i dlatego mieliśmy trochę stracha, i spoglądaliśmy na siebie głupawo.

W dodatku miała przyjść nasza pani, albo nawet i dyrektor, i nie wiadomo było, co wtedy poczniemy i jak się będziemy tłumaczyć.

– Cha, cha, cha, wirówka kosmiczna! – ryknął nagle śmiechem Krzysiek Hinc, zwany zwykle Chińczykiem, i próbował obrócić wszystko w żart. Ale wiedzieliśmy, że to było wymuszone, udane śmianie, bo śmianie prawdziwe jest przecież zaraźliwe, od razu udziela się innym. A takie śmianie sztuczne nikogo nie zarazi.

Trwało to wszystko niedługą chwilę, bo zaraz w drzwiach znowu stanęła ciotunia i złapała się za głowę:


– Co ja narobiłam! Ołicęrkop saw jadob!

I wszystko się zatrzymało.

– Nic się wam nie stało? Nikt się nie uderzył, nie potłukł?

Podbiegła do nas i zaczęła nas obmacywać, głaskać i klepać, a my poupadaliśmy na podłogę, a podłoga kołysała się jeszcze lekko pod nami, bo zawsze tak jest, kiedy człowiek się mocno rozkręci, a potem nagle zatrzyma.

– Stracę przez to posadę! Całkiem dobrą robotę! – martwiła się ciotunia nie na żarty.

– Ale dlaczego? Co się stało? My nic nie rozumiemy! Niech ciocia nam powie!

– O czym tu mówić! – martwiła się dalej. – Zezłościłam się na was niepotrzebnie, no i niechcący... wstyd i tyle! Całkiem dobrą posadę!


– Ale cooo?! – wołaliśmy chórem.

– No, jak to co? Przecież powiedziałam: „Bodaj was pokręciło”. No i stało się... Pokręciło was króciutko, bo coś mnie tknęło... Szłam po dyrektorkę, jednak zawróciłam... ale i tak wszystko przepadło!

– To ciocia nas zaczarowała, czy jak?

– No, niechcący, przecież mówię!

– A mogłaby ciocia jeszcze raz tak zrobić?

– Za nic na świecie! – krzyknęła.

Ale zaczęła patrzeć na nas jakimś innym okiem i nad czymś się zastanawiać, i nie była już taka przerażona.

– Ale my nikomu nic nie powiemy! Ciociu! Ciocia nam jeszcze coś pokaże! Ciocia nas tego nauczy!

– A wy się nic nie boicie?

– Nie!!!

– I nikomu nie powiecie ani słówka?

– Jasna sprawa!

– Aha – powiedziała ciotunia. – Uczyć to ja was nie będę, nie ma mowy. Nie dla głupiego czary. Ale możemy się umówić: wy coś dla mnie, a ja coś dla was. Tylko cicho sza przed wszystkimi! – spojrzała z namysłem przez szkolne okno. – Skopcie te grządki, to może coś wymyślę – wskazała ręką na szkolny ogródek.

– A łopaty? – spytaliśmy tylko.

– Dam – odpowiedziała krótko. Otworzyła schowek, dała nam łopaty, wyszła na podwórze i pomogła wytyczyć grządki, a potem zniknęła.

Kopanie poleciało nam szybko. Potem porozsiadaliśmy się na ławkach, bo nas to trochę zziajało.

Ciotka przyszła, spojrzała na nas i sięgnęła do kieszeni fartucha. Wyciągnęła paczkę gum do żucia, potem policzyła, przełamała każdą na pół i podsunęła nam na dłoni.

– Macie, poczęstujcie się.

Wsadziliśmy sobie gumy do ust i zaczęliśmy poruszać szczękami. A ona rozejrzała się po grządkach i pochwaliła nas, że są porządne.

– Nie mogę znieść, jak ziemia na wiosnę dziczeje. A w dodatku w mieście. Jutro trzeba by coś posadzić i posiać, toby jeszcze zdążyło porosnąć. Na przykład nasturcje. Te ogniste, z trąbkami. Znacie je? Mają dziwne właściwości. Nazywają je „kwiatami chichotu”, bo kto wyssie sok z wielu kwiatków, może się nabawić niepohamowanego śmiechu na godzinę co najmniej.

Ruszaliśmy szczękami i patrzyliśmy na ciotunię z pewną niecierpliwością, bo ostatecznie jej ogródkowe zamiłowania nie tak bardzo nas obchodziły. Ktoś przez grzeczność bąknął:

– Można by jutro przyjść i posadzić...

– No, to dmuchajcie – powiedziała ciocia. – Dmuchajcie, na co czekacie?

Zorientowaliśmy się po chwili, że chodzi o balony. O to, że nasza guma dojrzała już do balonowania.


– zawołała ciotunia, a balony w naszych ustach zaczęły się rozrastać i rozrastać. Stały się wielkie jak globusy, a potem przerosły już wszystko, co można było z nimi porównać, i nagle poczuliśmy, że jesteśmy coraz lżejsi.

 

Balony zaczęły nas ciągnąć z wolna w górę. Stanęliśmy na palcach, potem stopy nasze oderwały się od ziemi. Unieśliśmy się w górę, nad ulice i domy, nad plac Zamkowy, a Karol nawet zdążył w biegu pogłaskać króla Zygmunta po koronie. Lecieliśmy tak w zachodzącym słońcu, a nikt nas nie widział, nikt nie podnosił głowy w górę, tylko gołębie podrywały się z trzepotem.

Nie dogadaliśmy się nigdy, jak to się właściwie zakończyło, dość, że każdy z nas stanął przed drzwiami własnego domu ze strzępkami gumy lepiącymi się do warg.

– Gdzie byłeś? – pytali nas rodzice po kolei.


– Na zbiórce. A jutro też jest. Bo trzeba zrobić ogródek szkolny – odpowiadaliśmy, jakby nam kto dyktował do ucha, a przecież nie umawialiśmy się wcale.

Następnego dnia wszyscy stawiliśmy się przed ciotunią, a Antek wyciągnął z kieszeni jakieś zawiniątko i powiedział:

– Nasturcje. Od dziadka dostałem.

I siedzieliśmy w kucki na grządce, i wierciliśmy palcem dziurki, i wrzucaliśmy do nich śmieszne, muszelkowate ziarna.

Po tygodniu rodzice zaczęli dzwonić do szkoły i wypytywać, co z tym harcerstwem, bo ciągle zbiórki i zbiórki.

A my mieliśmy już za sobą nie tylko grządki i nasturcje, ale też porobiliśmy wiszące kosze pod doniczki i posadziliśmy włoski orzech, Drzewo Indiańskiej Wojennej Ścieżki.

Z czarowania zaś przerobiliśmy latanie, niewidzialność i tajemne pisma magów. Bo ciotunia zorientowała się, że nie ma do czynienia z głupimi, i jednak nauczyła nas czegoś. Byliśmy też w przeszłości, w czasach wojów Chrobrego. My – jako niezbyt ważne pacholęta do różnych posług, a ciotunia była tam za zielarkę i cieszyła się powszechnym szacunkiem.


Dyrektor pochwalił nas na apelu, że ogródek taki wypielęgnowany, ale powiedział, że musi porozmawiać z druhną, bo rodzice się skarżą, że zbiórki są za często.

– A druhna jest chora – powiedział ktoś z nauczycielskiego pokoju. – Wróci dopiero za dwa tygodnie.

– No to jak? Kto ją zastępuje? Przecież zbiórki się odbywają.

– Ja – odezwała się wtedy ciotunia. – Ja tak na razie jestem z nimi. Bo jak ich czymś nie zająć, to zaraz robią szkody. Głupoty dostają.

– Hm – mruknął dyrektor. – Ogródek piękny, rzeczywiście. Tylko czy pani obowiązki na tym nie cierpią?

– Skądże znowu, chyba widać – odpowiedziała godnie ciotunia.

Tak, to prawda, w naszej szkole było wyjątkowo czysto. A dyrektor nawet nie domyślał się dlaczego. Skąd mógł wiedzieć, że kiedy za ostatnim nauczycielem zamykały się drzwi szkoły, ciotunia zwoływała swoje narzędzia pracy i mówiła do nich:

– A bodajście...

I już one, jedno przez drugie, same wszędzie sprzątały.


Czarodziej Złota Rączka


W zimowe popołudnia, kiedy wracałem ze szkoły, zapadał już zmrok. Dochodząc do rogu Czarodziejskiej, widziałem z daleka nasz dom, stojący u wylotu ulicy – wąski i wysoki jak wieża, ze stromym dachem wyraźnie rysującym się na tle różowego, a potem stopniowo granatowiejącego nieba.

Wlokąc się pod górkę z tornistrem na plecach, myślałem o dziwnych decyzjach komisji, która nadaje nazwy ulicom. Ulica Czarodziejska nie miała w sobie nic magicznego. Była wąskim, stromym zaułkiem, źle oświetlonym i rzadko odśnieżanym. Cały czas musiałem uważać, żeby nie

fiknąć koziołka na śliskim chodniku. Nie wznosiły się przy niej pałace wróżek i czarnoksiężników, a stały tylko szeregowe domki zwykłych, przeciętnych rodzin, takich jak nasza. Ta ulica powinna się nazywać Zwyczajna. Albo Normalna. A może nawet: Męcząca, bo kiedy znalazłem się przed naszą furtką, byłem nieźle zasapany. Ciężko dysząc, poszedłem przez ogród w kierunku garażu. Mogłem oczywiście wejść do domu od frontu, ale wiedziałem, że tam na przybysza czeka przykra pułapka – chwiejący się schodek przed drzwiami, którego nikt jakoś nie umiał, czy nie miał czasu naprawić już od kilku miesięcy.

Po omacku przedostałem się przez ciemne, zimne pomieszczenie o podłodze z betonu i wyszedłem na korytarz prowadzący do piwnicy.

W warsztacie za garażem dziadek stwarzał człowieka.

Pochylony nad stołem uśmiechał się lekko, wygładzając drobną, jasną dłoń. Nucił coś, czy szeptał sam do siebie. Kiedy usłyszał skrzypnięcie drzwi, podniósł wzrok i powiedział:

– Witaj, Jędrusiu.

– Cześć, dziadku – odpowiedziałem, zatrzymując się i przyglądając jego pracy.

– Jak ci się podoba? – spytał, niby od niechcenia, chociaż wiedziałem, że zależy mu na mojej opinii.

Zastanowiłem się.

Człowiek leżał na lewym boku, pośrodku złotego kręgu wyznaczonego na stole przez mocną kreślarską lampę. Spał. Oni zawsze śpią, kiedy się ich stwarza. Ożywają dopiero potem, wprawieni w ruch. Ten tutaj był szczupły i delikatny. Miał duże, odstające uszy i bladą, sympatyczną twarz. Brakowało mu jeszcze stóp i dłoni, które dziadek właśnie kończył stwarzać. No i na razie był kompletnie łysy.

– Powinien być rudy – powiedziałem.

– Tak sądzisz? – dziadek spojrzał na mnie znad okularów zsuniętych na czubek nosa.

– Na pewno.

Dziadek patrzył zafrasowany na człowieka, który nadal spał spokojnie i nawet nie przypuszczał, że ważą się jego losy. Potem dziadek odłożył na bok malutką dłoń i zniknął między prostymi piwnicznymi regałami.


Słyszałem, jak czegoś szuka na półkach, coś przestawia, mamrocze do siebie jakieś słowa.

Lubiłem warsztat dziadka. Znajdowało się tu mnóstwo niezwykłych narzędzi, dłutek, pilników i wiertarek, pełno tajemniczych tubek, słoiczków, buteleczek. Pachniało mocno jakimiś wyziewami, od których czasem kręciło się w głowie. Na półkach nad stołem leżały różne zapasowe części ciała: stopy, ramiona, dłonie. Niektóre, misternie wykończone, wyglądały jak żywe, inne, z wiadomych tylko sobie względów, dziadek porzucił w trakcie roboty lub zostawił na potem. Niedopracowane czekały na swój moment.


Wyżej, zamknięci w czystych sześcianach, drzemali ludzie stworzeni wcześniej. Ci byli już całkiem gotowi: mieli włosy, szeroko otwarte szkliste oczy, ubrania. Czekali tylko na jedną decyzję, na słowo, które ich ożywi.

Tych, którzy już ożyli, można było zobaczyć w komputerze dziadka. Przy jego pomocy rejestrował ich dalsze losy. Komputer był najważniejszym sprzętem w warsztacie, bo mieściły się w nim wszystkie historie dziadkowych stworzeń.

– No, mam wreszcie! – usłyszałem głos za regałem, a po chwili dziadek wyszedł stamtąd i z zadowoleniem pokazał mi coś, co wyglądało jak kawałek lisiego futerka. – Chciałeś rudego, będzie rudy! – powiedział. Wziął człowieka do ręki i przyłożył futerko do jego łysej czaszki. – W sam raz! – ucieszył się.

Lubiłem patrzyć na dziadka przy pracy. Z siwymi włosami spływającymi na ramiona i białą brodą wyglądał poważnie i dostojnie. Długimi, delikatnymi palcami przymocował włosy do głowy i odsunął się, żeby spojrzeć na swoje dzieło z odległości.


– Całkiem niezły – mruknął.

– Jak się będzie nazywał? – spytałem.

– Tego jeszcze nie jestem pewien. Imię dostanie, gdy będzie już gotowy. Może dopiero wtedy, kiedy ożyje?

– Dziadku, a nie wiesz, co na obiad? – gwałtownie zmieniłem temat, bo usłyszałem, jak burczy mi w brzuchu.

– A nie wiem, nie wiem... Mam dzisiaj tyle pracy, że w ogóle nie zaglądałem na górę. Idź, zapytaj babcię.

Pokiwałem głową. Przy stwarzaniu dziadek zawsze zapomina o całym świecie. Ciekawe, że po tylu latach wciąż go to tak bardzo zajmuje. Każdym kolejnym człowiekiem cieszy się tak, jakby był pierwszy i jedyny. Mnie by to już chyba nudziło, bo, powiedzmy sobie szczerze, w gruncie rzeczy oni wszyscy są do siebie dosyć podobni, no nie?

Po kilku schodkach wszedłem na parter. W kuchni było ciemno, ale z pokoju babci przez uchylone drzwi sączyło się łagodne światło. Zajrzałem.


Pod sufitem unosiły się dwie skrzydlate wróżki, już niemłode, ale nadal wiotkie i powiewne. Jedna z nich była bardziej nadgryziona zębem czasu, a właściwie moim, bo we wczesnym dzieciństwie podobno pasjami lubiłem żuć jej prawe skrzydło.

Kiedy otworzyłem drzwi, zrobił się przeciąg, a wróżki zawirowały i zabrzęczały w swoim dzwoneczkowym języku.

Poniżej wróżek uwijała się babcia. Potargana, zaczerwieniona, w dwóch parach okularów – jednych na czole, a drugich na nosie, ubrana w jakąś luźną szatę o szerokich rękawach. Na mój widok machnęła tylko ręką.

– Co robisz? – zapytałem.

Machnęła drugi raz, zniecierpliwiona, a ja dopiero teraz zauważyłem, że w ustach trzyma kilka szpilek i agrafkę. Wyjęła je starannie i ukryła w dłoni.

– Suknię dla Kopciuszka – powiedziała.

Dopiero teraz zauważyłem, że w pokoju stoją trzy krawieckie manekiny. Dwa ubrane były w przepiękne, bogato zdobione suknie, za to trzeci stał całkiem goły i wyglądał, jakby trochę się tego wstydził.

– Zrobiłam już tę z poranka i tę z obłoczków na niebie. Potrzebna jest jeszcze trzecia, wiesz, na ten najważniejszy bal. Musi być utkana z blasku słońca.


– No to masz kłopot – powiedziałem. Za głową babci przez balkonową szybę widać było okrywający się posępnym mrokiem pusty, zimowy ogród. O blask słońca doprawdy było teraz trudno.

– O tak – potwierdziła.

Okrągłe okulary, które miała na nosie, podniosła na czoło, a te prostokątne z czoła spuściła na nos i zaczęła czegoś szukać w zalegających podłogę i wszystkie meble stosach papierów, materiałów, barwnych tiulów, falban i wstążek.

– A tak przy okazji... Nie wiesz, kiedy obiad? – zapytałem, przysiadając na tapczanie. Coś pode mną zaszeleściło, więc sięgnąłem pod pupę i wyciągnąłem zwój sztywnej złocistej koronki.

Babcia znów zamieniła okulary miejscami.

– O! – zawołała. – Gdzie to znalazłeś? Właśnie tego materiału szukałam! Natychmiast z tego zejdź! Nie wolno na tym siadać!

Zanim zdążyłem wstać, wyrwała mi koronkę z ręki i przyłożyła do gołego manekina.

– To by było niezłe... – mruczała.

– Co z obiadem? – zaryzykowałem ponownie.

Babcia znów wykonała manewr okularowy, tym razem po to, żeby zmierzyć mnie surowym spojrzeniem znad prostokątnych oprawek.

– Jędrusiu – powiedziała. – W tej sprawie zwróć się, proszę, do swoich rodziców. Ja naprawdę nie mogę się tym zająć. Mam czas tylko do północy!


Znów włożyła do ust kilka szpilek, jakby na znak, że definitywnie skończyła ze mną rozmawiać, i zaczęła upinać błyszczącą materię wokół manekina, nie zwracając już na mnie uwagi.

Co było robić? Zdjąłem kurtkę, buty, umyłem ręce i zajrzałem do kuchni. Tak jak myślałem. Nic się tu nie działo. Tykał zegar, monotonnie warczała lodówka, z zepsutego kranu kapały pojedyncze kropelki wody i z cichym plumkaniem spadały na dno zlewu. Na kuchence stał garnek z obranymi ziemniakami – jedyny ślad, że ktoś w ogóle zaczął myśleć o obiedzie. Kiedy wszedłem, spod stołu wyskoczył nasz pies, Mugol, i rzucił się w moją stronę, machając czarnym, kudłatym ogonem. Jednocześnie patrzył na mnie wyczekująco.

 

– Tobie też nie dali nic do jedzenia? – domyśliłem się.

Temu mogłem akurat zaradzić. Sięgnąłem na parapet po paczkę z psimi przysmakami i napełniłem mu miskę. Wziąłem z pudełka stojącego na stole kawałek chrupkiego pieczywa. Smakował jak tektura.

Potem nastawiłem ziemniaki i poszedłem po schodach na piętro.


Mama akurat dzisiaj podróżowała w czasie. Domyśliłem się tego od razu, gdy tylko zobaczyłem te blade, smutne ziemniaczki na dnie garnka z zimną wodą. Musiała je obrać, kiedy wróciła na chwilę do naszego świata, ale że spieszyło jej się w dalszą drogę, nawet nie zdążyła włączyć palnika.

Po cichutku uchyliłem drzwi pokoiku, w którym pracowała.


Tak jak się spodziewałem. Nie było jej tam. To znaczy – spoza stosów książek, rozłożonych na biurku, dostrzegłem jej nieruchomy profil oblany srebrzystą, mżącą poświatą, ale to było tylko jej ciało, które zawsze zostawiała na miejscu. Tak naprawdę przebywała w siedemnastym wieku i rozwiązywała skomplikowaną zagadkę kryminalną z udziałem damy dworu, cudzoziemskiego żołnierza oraz pazia króla jegomości. Gdybym się teraz do niej odezwał, musiałaby w okamgnieniu wskoczyć do swojego ciała, a to spowodowałoby ogromne komplikacje. Trudno byłoby jej potem powrócić dokładnie w to samo miejsce, mogłaby nie trafić we właściwy moment lub też po powrocie nie pamiętać o jakichś niezbędnych szczegółach... Groziło to nieobliczalnymi konsekwencjami dla historii całego świata. Nigdy bym się na to nie odważył. Nie mówiąc ani słowa, delikatnie przymknąłem drzwi.

Z sypialni rodziców dobiegały dźwięki muzyki. Skierowałem się tam z pewną nadzieją. Niestety, była to nadzieja płonna.

Dźwięki wydawało radio stojące na parapecie. Muzyka nie przeszkadzała jednak tacie spać w najlepsze. Leżał na wznak na łóżku przykrytym czerwoną narzutą i głośno chrapał. Na drzwiach szafy wisiało eleganckie ubranie, połyskujące aksamitną czernią w świetle malutkiej nocnej lampki. Tata wkładał je zawsze do pracy i to mi przypomniało, że wieczorem będzie musiał wyjść.

Na podłodze koło łóżka leżała różdżka taty.

To zwykły, niepozorny, cienki patyczek, ale tata umie się nim tak posługiwać, że ludzie stają się mu posłuszni. Pod rządami taty co wieczór pozostaje około stu osób. Oczywiście sama różdżka to jeszcze nie wszystko, czego potrzeba, żeby mu się udało. Zawsze leży przed nim na pulpicie specjalna księga, zapisana pismem zrozumiałym tylko dla wtajemniczonych. Od dawna korciło mnie, żeby do niej zajrzeć, więc kiedyś, gdy byłem z tatą w pracy, zrobiłem to. Zobaczyłem wtedy, że oprócz znaków, których nie umiem odczytać, znajdują się w niej także zaklęcia pisane zwykłym alfabetem, chociaż w nieznanym mi języku. Są tak bardzo tajne, że tacie nie wolno ich wypowiedzieć na głos! Musi je pokazać gestami różdżki, tak żeby jego podwładni mogli je zrozumieć. Dzięki tym zaklęciom tata może wywołać w ludziach, którzy na niego patrzą, najrozmaitsze uczucia. Nie mogę tu zdradzać wszystkich jego sekretów, ale udało mi się odgadnąć, że zaklęcie „giocoso” powoduje radość, a „tranquillo” – spokój. „Animato” to ożywienie, natomiast „funebre” – smutek.


Po takim wieczorze wywoływania uczuć przy użyciu różdżki i księgi zaklęć tata jest naprawdę wykończony. Dlatego lepiej, żeby do pracy szedł wypoczęty. Z tego powodu, chociaż kiszki coraz głośniej grały mi marsza, nie zdecydowałem się go obudzić.

Pozostawało mi wspiąć się na poddasze, do pokoju, który dzielę ze starszym bratem, Antkiem. Już w połowie drogi usłyszałem dobiegający stamtąd bitewny zgiełk i szczęk oręża. Mój brat znów toczył jedną ze swoich wojen. Nie wiem, jak to się działo, ale ten człowiek miał dookoła samych wrogów. Co chwila ktoś na niego napadał albo on decydował o jakimś nowym podboju. Zawiązywały się kolejne, podstępne sojusze. Dotychczasowi sprzymierzeńcy stawali się przeciwnikami, trzeba było uśmierzyć bunty i niesnaski, toteż u Antka rzadko panował spokój. Trochę bałem się mu przeszkadzać, ale niech tam! Jestem przecież jego młodszym bratem. Nie będzie się chyba na mnie mścił?

– Antek... – spróbowałem niepewnie.

Nawet nie opuścił miecza.

– Co?! – warknął.

– Nic. Nie jesteś głodny?

Przeszył ostrzem wyjątkowo paskudnie wyglądającego orka.

– Co mówiłeś?

– Pytałem, czy nie jesteś głodny?

Ruszył naprzód ciemnym tunelem. Pod ścianami coś się czaiło.

– Możesz mi zrobić kanapkę – zezwolił łaskawie, zanim rzucił się przed siebie, w ciemność. Patrzyłem z podziwem, jak rozprawia się z dwoma stworami naraz.

– Myślałem o obiedzie – drążyłem temat.

– Aha. – Szybki zwrot, nagły zamach i... ostrze uderzyło o kamień, krzesząc zielone iskry.

– Wstawiłem ziemniaki – zachęciłem.

– Dobra. – Łup! Przygrzmocił temu z lewej. Musiałem przyznać, że ma refleks.


Nie miałem tu nic do roboty.

Co ma zrobić biedne, głodne dziecko, kiedy nikt o nim nie myśli? Gdy każdy w rodzinie pochłonięty jest swoimi sprawami? Usiadłem na schodach, oparłem głowę na dłoni i, co tu kryć, troszkę się nad sobą rozżaliłem. Po chwili przydreptał wierny Mugol, położył mi swój czarny łeb na kolanach i tak sobie siedzieliśmy razem, jedyne istoty w domu przy Czarodziejskiej, które nie mają żadnej ważnej misji do wykonania...


To znaczy – najpierw zorientowałem się, że zgasło światło, bo na schodach zapanowała ciemność czarniejsza niż futro Mugola. Potem domyśliłem się, że w domu wysiadł prąd, bo radio w sypialni rodziców urwało w pół taktu uwerturę do Czarodziejskiego fletu (wiedziałem, że ten utwór tak się nazywa, bo tata często go słuchał). A w końcu okazało się, że nastąpiła prawdziwa katastrofa.

Bo najpierw tata, który chrapał w rytm muzyki, obudził się w połowie chrapnięcia i, zdezorientowany, próbował zapalić światło, przy okazji strącając na podłogę jakiś przedmiot. Coś gruchnęło o ziemię ze straszliwym łomotem. Usłyszałem tupot, jakieś dziwne chrupnięcie, a zaraz potem z pokoju na poddaszu wypadł Antek. Zbiegając po ciemku ze schodów, wpadł prosto na mnie i na Mugola, który zawył rozpaczliwie. Wtedy Antek zaczął wrzeszczeć:


– a ja usiłowałem mu wytłumaczyć, że jeżeli już ktoś tu na kogoś napadł, to on na mnie i na psa.

Martwiłem się trochę o mamę, jak sobie poradzi, wracając z siedemnastego wieku bez prądu, ale pomyślałem, że przecież w siedemnastym wieku też nie było prądu, więc nie powinna mieć z tym większego problemu. I rzeczywiście – mama bardzo szybko odnalazła się w naszej epoce. Od razu zaczęła krzyczeć na Antka i na mnie.

– Co wy wyprawiacie?! – dopytywała i nie warto było jej tłumaczyć, że nic nie wyprawiamy, że jesteśmy całkowicie niewinni, bo jak ktoś dopiero co przeniósł się w czasie o czterysta lat, to ma prawo się trochę nie orientować.


Z dołu dało się słyszeć rozpaczliwe okrzyki babci i dziadka. Mama szybko rzuciła się im na pomoc.

I trudno było tak w pierwszej chwili rozsądzić, co gorsze.

Na domiar złego z kuchni zaczęło coraz intensywniej cuchnąć spalenizną.

Ziemniaczki! – domyśliłem się i pobiegłem ratować obiad.

Tymczasem mama zdążyła już zapalić świeczkę. Zrobiło się zupełnie jak w siedemnastym wieku. Pomimo ciemności wszyscy jakoś trafili do kuchni, gdzie każdy usiłował przekonać resztę, że najbardziej ucierpiał na niespodziewanej awarii. Nawet pies, który kręcił się nam pod nogami, próbował zwrócić uwagę domowników na siebie i swój przydeptany ogon. Słowem – warunki mi sprzyjały. Udało mi się zgasić gaz pod ziemniakami tak żeby nikt tego nie zauważył. W końcu były problemy poważniejsze niż przypalony garnek.

Przyświecając sobie słabym, migotliwym płomykiem, mama najpierw uważnie obejrzała babcię, ale szybko okazało się, że żadnej szpilki nie brakuje, a tę rzekomo połkniętą babcia zdążyła wpiąć w rękaw sukni Kopciuszka.

Zaraz potem zajęliśmy się dziadkiem – był bardzo przygnębiony. Podejrzewał, że raz na zawsze utracił wszystkie historie stworzonych przez siebie ludzi. Mama obawiała się, że, jeśli nawet powróci jeszcze do siedemnastego wieku, nie uda jej się odtworzyć skomplikowanej historycznej intrygi. Tata, jak się okazało, po ciemku strącił pamiątkowy wazon od cioci Kasi, oblał wodą elegancki czarny strój i tułał się teraz po domu, zastanawiając się, jak by go wysuszyć. Najgorsze jednak było to, że zrywając się z łóżka, nadepnął na swoją różdżkę, która pękła na dwie części.


– Co ja bez niej zrobię dziś wieczorem! – rozpaczał.

Antek też się zjawił w kuchni, a jakże. Utyskiwał, że nie ma się już po co pokazywać w swoim królestwie, bo sromotnie przegrał ostatnią wojnę.

Prądu jak nie było, tak nie było. Usiedliśmy przy stole, a zaraz potem, ku mojemu zadowoleniu, pojawiło się na nim coś do jedzenia, tak jakby nagle wszyscy ocknęli się ze snu i przypomnieli sobie, że są głodni. O ziemniakach, na szczęście, nikt nie pamiętał.

– Co robić?! – grzmiał dziadek. – Czy wszystko już przepadło?

– Maszyna do szycia też nie działa – stwierdziła ze smutkiem babcia.

– Ani żelazko – dodał tata.

– Ani lodówka – zauważyłem przytomnie.


Zaczęło się poszukiwanie telefonów, które członkowie mojej rodziny trzymają w zupełnie nieprzewidzianych miejscach i często nie potrafią ich znaleźć, nawet gdy jest jasno, a co dopiero kiedy panują egipskie ciemności. Wreszcie dziadek znalazł swoją komórkę, wystukał numer naszego sąsiada z przeciwka i po chwili triumfalnie oświadczył, że pan Janusz przyjdzie za pół godzinki.

Dokładnie pół godziny później usłyszeliśmy jakiś rumor przed frontowymi drzwiami. Okazało się, że pan Janusz, który przecież nie wiedział, że tamtędy nie należy chodzić, spadł z chwiejącego się schodka. Pomogliśmy mu wstać i otrzepać się ze śniegu.

– Pan pozwoli do środka – zaprosił go dziadek.

– Dlaczego tu tak ciemno? – zapytał sąsiad, gdy tylko przekroczył próg.

– Hmm – dziadek jako najstarszy w rodzinie wziął na siebie ciężar prowadzenia rozmowy. – Prawdę mówiąc... to właśnie chcielibyśmy wiedzieć.


– Rozumiem – pan Janusz pokiwał głową, co mogliśmy zobaczyć dzięki babci, która przyszła z kuchni ze świecą. – Czy światło zgasło nagle?

– Nic tego nie zapowiadało! – odpowiedział dziadek.

– Czy w chwili, kiedy światło zgasło, były w domu włączone jeszcze inne urządzenia elektryczne?

– Całe mnóstwo! – powiedziała mama. – Lodówka, pralka, radio, kilka komputerów...

– Z pewnością zrobiło się zwarcie – zawyrokował pan Janusz. – Musimy tylko wytropić, w którym miejscu.

Inne książki tego autora: