Bezu-bezu i spółkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




gdy pytano mnie w dzieciństwie, kim zostanę w przyszłości, odpowiadałem, że mężem mojej mamy – choć nie bardzo wiedziałem, co zrobić z tatą. Tata był fajny. Aby więc nie robić mu konkurencji, zdecydowałem, że będę: czołgistą, konduktorem, taksówkarzem, podróżnikiem, myśliwym, wynalazcą, a jak się uda, to i Indianinem.

– Musisz coś wybrać – powiedział wtedy mój przyjaciel Bodzio.

– Dlaczego?! – zasapałem ze złością.

– Nie można być i tym, i tym, i tamtym – wytłumaczył.

– Bo co?!

– Bo pstro!

I oczywiście doszło do bójki – która zakończyła się dopiero wtedy, gdy pani wychowawczyni postawiła nas w przeciwległych kątach sali. Stojąc tam, doznałem olśnienia…

– Zostanę pisarzem! – wrzasnąłem do Bodzia. – I napiszę o czołgistach, konduktorach, taksówkarzach, podróżnikach, myśliwych, wynalazcach, a także o Indianach!

– Wcześniej jednak – wtrąciła pani wychowawczyni – napiszesz sto razy: „Nie będę wydzierał się na lekcji”.

Tak bardzo rozbawiło to Bodzia, że pani wychowawczyni kazała mu napisać sto razy: „Nie będę rżał jak koń, stojąc w kącie”.

– O Indianach to łatwizna – oświadczył siedzący pod oknem Żuczek. – Napisz o mnie.

Pani wychowawczyni kazała mu sto razy powtórzyć w zeszycie: „Nie będę odzywał się niepytany”.

– Lepiej o mnie! – zawołał z końca sali Bezu-bezu.

– A czemu nie o mnie?! – obruszył się Krzysiek Olechno.

Dziesięć sekund późnej pani wychowawczyni kazała pisać wszystkim po sto razy: „Nie będziemy zachowywali się jak oszalałe dzikusy”.

Nie pamiętam już końca tamtej lekcji, w ogóle coraz mniej pamiętam – ale jak na pisarza przystało, zalepiłem dziury we wspomnieniach zmyślonymi historiami. Ciekawe, czy czytelnicy je odnajdą…

Grzegorz Kasdepke



Nieczęsto się zdarza, że autor opowiadania jest równocześnie jego bohaterem, a tak będzie właśnie w tym przypadku. Obiecuję jednak, że zamiast o dorosłym Grzegorzu, opowiem o niedorosłym Grzesiu. W tym celu wyjmuję z szafy prywatny wehikuł czasu (pudło ze zdjęciami) i cofam się w myślach o prawie czterdzieści lat.

Nad wejściem do szatni w mojej szkole wisiał napis: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Prawdę mówiąc, gdybym umiał go odczytać, uciekłbym z lekcji już pierwszego dnia. Ale czytać nie umiałem. Napis był po prostu zbiorem tajemniczych literek – dowiedziałem się później, że tak naprawdę dotyczył nie szkoły, lecz wojny. Odczytała go nam nasza pani, pani Płonowska.

– Okropieństwo – wzdrygnął się Krzysiek Olechno. Miał doskonale okrągłą głowę i siedział ze mną w jednej ławce.

– Wojna czy szkoła? – zapytałem.

– Jedno i drugie.

W pełni się z nim zgadzałem. Co tydzień zapędzano nas do sali gimnastycznej na apele przeciwko wojnie, a ani razu nie zorganizowano apelu przeciwko szkole. Uważaliśmy to za niesprawiedliwe. Trzeba jednak przyznać, że pani Płonowska robiła wszystko, aby lekcje zaczęły nam się podobać.


Najbardziej lubiłem stać w kącie. Lubiłem też wycierać tablicę i chodzić do pani woźnej po kredę. Nie lubiłem za to czytać, pisać i liczyć.

Każdego dnia na pytanie mamy, co było w szkole, niezmiennie odpowiadałem: „Nic”. Mamę trochę to niepokoiło. No bo ile można robić „nic”, prawda? Na szczęście któregoś razu uspokoiłem ją informacją, że pani czytała nam „Świerszczyk”. Takie pismo dla dzieci.

– Naprawdę? – ucieszyła się mama. – Czytałam je, gdy byłam mała.

Babcia zareagowała podobnie.

– Naprawdę? Czytałam „Świerszczyk” mojej chrześnicy tuż po wojnie.

Dziadek wprawdzie „Świerszczyka” nie czytał, ale jako wielbiciel przyrody i znany działkowiec opowiedział mi o zwyczajach świerszczy domowych.

Następnego dnia podzieliłem się zdobytą wiedzą z Krzyśkiem Olechno. Był pod dużym wrażeniem.

– Naprawdę? – kręcił okrągłą głową. – Samce grają na skrzypcach, żeby poderwać samice?

– Na skrzydłach, a nie na skrzypcach – sprostowałem niechętnie. Również wolałbym, aby były to skrzypce.

Krzysiek zamyślił się.

– A właściwie po co? – zapytał.

– Co po co?

– Po co je podrywają?


– Żeby mieć dzieci – wyjaśniłem.

Krzysiek skrzywił się. Widać było, że uważa świerszcze za głupie. Ja uważałem je za okrutne. Samice rodzą dzieci, a potem te dzieci dorastają i na pewno muszą iść do szkoły. Biedne maleństwa!

Od tamtego dnia minęło prawie czterdzieści lat. Wiele z nich spędziłem, mażąc zeszyty i ślęcząc nad podręcznikami. Każdego dnia na pytanie mamy, co było w szkole, odpowiadałem: „Nic” – a przecież umiem dzisiaj pisać, czytać i liczyć. Wiem też z lekcji przyrody, że małe świerszczyki nie chodzą do szkoły. A z lekcji polskiego, że w „Świerszczyku” są opowiadania, z których można się nieźle pośmiać.

Dzisiaj sam takie piszę.


Działo się to w czasach, kiedy ludzie nie wysyłali sobie maili, tylko listy – a ja byłem jeszcze smarkaczem.

– Zobaczycie – wieszczył Bezu-bezu, mój klasowy kolega – z tej nauki pisania i czytania nic dobrego nie będzie.

Bezu-bezu tak naprawdę nazywał się Bezubicki, ale nawet nauczyciele czasami o tym zapominali – i to nie tylko przez nazwisko. Ilekroć Bezu-bezu pochylał się nad zeszytem, natychmiast zaczynał nucić melodię z popularnej wówczas kreskówki o korniku. Brzmiało to mniej więcej tak: „Beeezu-bezu, bez-bez-bez!”.

– Tak myślisz? – zmartwił się Żuczek.

Żuczek zawdzięczał swoje przezwisko niskiemu wzrostowi i upodobaniu do kolorowej, nazbyt dużej kurtki, która przypominała mieniący się barwami chitynowy pancerzyk owada.

– Dlaczego nie będzie nic dobrego?… – spytałem. Wprawdzie wolałem rysować szlaczki niż literki, jednak jakieś tam pożytki z nauki pisania i czytania byłbym w stanie wymienić.

– Zobaczysz! – powiedział Bezu-bezu.

Nic więcej nie byłem w stanie z niego wydobyć.

*

Rok później okazało się, że miał rację. Gdy już poznaliśmy cały alfabet, duże i małe literki, wszystkie ce-ha, er-zet, sy-zy, zet z kropką i o z kreską, okazało się, że nasza pani wcale nie zamierza wracać do rysowania szlaczków. Teraz mieliśmy pisać wypracowania i dyktanda!

– Mówiłem?… – pytał ponuro Bezu-bezu po każdej kolejnej dwói w zeszycie (była to wtedy najgorsza ocena).

– Mówiłeś… – potwierdzał Żuczek, patrząc z rozpaczą

na upstrzone czerwonymi uwagami wypracowanie.

Mój zeszyt do polskiego nie wyglądał lepiej.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

– Dzisiaj napiszecie listy – oświadczyła nasza pani, gdy pewnego październikowego dnia zasiedliśmy w klasie. – Do ludzi, którzy walczyli podczas wojny. Że ich podziwiacie i takie tam… każdy coś od siebie. A ja je potem przekażę Związkowi Kombatantów.

– Kombatantów czy kombajnów? – chciał wiedzieć Żuczek. Co zresztą ogromnie rozśmieszyło siedzącego z tyłu Bezu-bezu.


– Kombatanci to ludzie, którzy walczyli podczas wojny – zasapała nasza pani. – Jeszcze jeden taki żart i dostaniesz dwóję!

Doszliśmy do wniosku, że z kombatantami nie ma żartów, i zabraliśmy się do pisania. Na szczęście każdy z nas oglądał wcześniej serial Czterej pancerni i pies – o wojnie wiedzieliśmy, w swoim mniemaniu, niemal wszystko. Wyznałem więc w liście, że bardzo żołnierzy podziwiam i że także chciałbym mieć takiego psa.

*

Po miesiącu nadeszła odpowiedź. Nawet pani była zaskoczona. Długo patrzyła na pękatą, upstrzoną znaczkami i stemplami kopertę, a potem otworzyła ją i wyjęła kilkanaście mniejszych listów. Każdy był napisany w dziwnym języku.

– Rozumie pani coś z tego? – zatroskał się Żuczek.

– Coś tam rozumiem… – wymamrotała. – Nasz Związek Kombatantów przesłał wasze listy do Moskwy i właśnie dostaliśmy odpowiedź. Po rosyjsku.

Okazało się, że literki rosyjskie są bardzo śmieszne, zupełnie niepodobne do naszych, i że przypominają szlaczki. Nic z nich nie rozumieliśmy. Ale w jednym z listów pani znalazła rysunek. Przedstawiał wilczura – prawie takiego samego jak w serialu Czterej pancerni i pies!

– To chyba odpowiedź na twój list… – pani podała mi

rysunek podpisany dziwnymi literkami.

– Chyba tak – zgodziłem się.

– No dobrze – westchnęła. – Wypadałoby odpowiedzieć. Możecie narysować coś w podziękowaniu, na przykład kwiatki albo swoje portrety, sama nie wiem… A w czwartej klasie, gdy będziecie uczyli się rosyjskiego, napiszecie normalne listy.

 

– Czyli to jeszcze nie koniec?! – krzyknął z rozpaczą Bezu-bezu. – Kolejne literki do nauki?!

– A żebyś wiedział – odpowiedziała pani.

– Mówiłem?! – Bezu-bezu spojrzał na mnie przez ramię.

– Mówiłeś – przyznałem.

Bo, co tu dużo gadać, miał rację.


Jak w każdy poniedziałkowy ranek pani wychowawczyni kazała nam ustawić się w pary, a potem powędrowaliśmy do sali gimnastycznej na szkolny apel.

– Na kogo dzisiaj stawiacie? – szepnął Żuczek.

Żuczek był najmniejszym z moich kolegów, a jednocześnie najbardziej nieznośnym – tak przynajmniej uważali nauczyciele. Ja uważałem, że Żuczek jest całkiem znośny. Zawsze starał się stąpać na palcach, żeby wyglądać na odrobinę wyższego. I chyba najbardziej z całej naszej klasy czekał na nowy rok. Pewnie miał nadzieję, że 31 grudnia zaśnie jako mały Żuczek, a 1 stycznia obudzi się jako wielki Żuk. Ale gdy przyszedł dzisiaj do szkoły, nie wydawał mi się wyższy niż trzy dni temu.

– Ja stawiam na Balona z 4b – szepnął Bezu-bezu. – Najpierw Balon, potem Agnieszka Gromek z naszej klasy, a na końcu pani od muzyki…

– Tak było poprzednio – przypomniałem.

– To dlaczego nie może być tak samo i dzisiaj?

Bezu-bezu miał rację. Skoro już raz coś się wydarzyło, dlaczego nie ma prawa wydarzyć się ponownie? Ale po cichu liczyłem, że będzie inaczej, że nowy rok przyniesie jednak zmiany. Że… że… – no że po prostu będzie inaczej! Obstawiłem więc mego kolegę z ławki, Krzyśka Olechno, potem Balona, a na koniec postanowiłem zaryzykować i wskazałem pana dyrektora.

– Naprawdę? – zdziwił się Żuczek. – Stawiasz na Dyrka? Przecież jeszcze nigdy nie zasłabł…

– Wcześniej czy później każdemu może się zdarzyć – odpowiedziałem.

A w wyobraźni liczyłem już wszystkie metalowe kulki, które wygram od chłopaków, jeżeli okaże się, że obstawiłem prawidłowo.


– Ja stawiam na siebie – oświadczył ze spokojem Żuczek.

Wybałuszyliśmy na niego oczy.

– Potem będzie Agnieszka z naszej klasy – kontynuował Żuczek – a później nasza pani.

Takiego typowania jeszcze nigdy nie było! Nawet nie przyszło mi na myśl, że można obstawiać samego siebie.

– Żartujesz… – wykrztusił Bezu-bezu.

Ale Żuczek, zamiast odpowiedzieć, dał znać, byśmy byli cicho, bo zaczyna się apel, a pani wychowawczyni nie spuszcza z nas wzroku.

Pan dyrektor, jak co tydzień, długo mówił o tym, dlaczego nauka jest ważna, i wiedzieliśmy, że dopóki któryś z uczniów nie zasłabnie, apel będzie trwał i trwał. Spojrzałem więc z nadzieją na Krzyśka Olechno. Niestety, wydawał się w całkiem dobrej formie.

– Uwaga – szepnął nagle Żuczek – mdleję…

I padł na Agnieszkę z naszej klasy.

Która natychmiast także osłabła, pewnie z wrażenia.

Pani wychowawczyni z pomocą pana od wuefu wyprowadzili ich z sali i coś czułem, że gdy przyjdziemy do klasy, okaże się, że Żuczek wytypował prawidłowo całą trójkę zwycięzców.

– On zawsze wygrywa – westchnął z goryczą Bezu-bezu.

– Tak, nic się nie zmienia – stwierdziłem ponuro.

A potem pan dyrektor kazał nam rozejść się do klas – i pierwszy, noworoczny apel dobiegł końca prawie dokładnie tak samo jak wszystkie ubiegłoroczne.


Ledwie skończyły się wakacje, a już nasza pani zaczęła dręczyć nas książkami – mieliśmy nie tylko je wypożyczać, ale i czytać!

– W całości? – jęknął spod okna Żuczek.

– Nawet grube? – dopytywał się siedzący w ostatniej ławce Bezu-bezu.

Na co pani odpowiedziała bezlitośnie, że tak – w całości, że tak – nawet grube!

Powiało grozą.

– Może pani tylko tak mówi… – wyraził nadzieję Żuczek, gdy podczas przerwy wybiegliśmy zagrać w piłkę.

Jednak już po tygodniu okazało się, że nie były to czcze pogróżki. Pani zapytała najpierw Żuczka, potem Bezu-bezu, a jeszcze potem mnie, co najbardziej podobało nam się w książce Dzieci z Bullerbyn. Napisała ją jakaś nieznana mi pisarka o dziwnym imieniu Astrid.

Żuczkowi najbardziej podobała się okładka, Bezu-bezu powiedział, że nie mógł oderwać oczu od ilustracji, a ja szczerze wyznałem, że nic mi się nie podobało, bo w szkolnej bibliotece są tylko dwa egzemplarze tej książki i czekam, aż Żuczek lub Bezu-bezu je oddadzą.

– Kasdepke, a słyszałeś kiedyś o publicznych bibliotekach? – zapytała zgryźliwie nasza pani.

– Coś tam słyszałem…

– A co słyszałeś?

– Słyszałem, że są.

– A gdzie jest najbliższa biblioteka przy twoim domu?

Nie umiałem odpowiedzieć na to pytanie.

Pani wzięła ołówek, postawiła mi dwóję, a później zapowiedziała, że jeżeli na jutrzejszą lekcję nie dowiem się, gdzie jest najbliższa mego domu biblioteka, poprawi dwóję długopisem, już na zawsze!

Bezu-bezu i Żuczek spojrzeli na mnie ze współczuciem – żaden jednak nie kwapił się, aby po lekcjach ruszyć ze mną na poszukiwania. Ruszyłem więc sam.

Znalazłem kiosk z gazetami, budkę z warzywami, sklep spożywczy, krawca, szewca, kwiaciarnię i bar mleczny. Potem zapomniałem o celu wędrówki i pobiegłem na Górę Świętej Magdaleny.



Gdy po godzinie polowania na grzejące się w słońcu jaszczurki poczułem głód, było już naprawdę późno. Przestraszony pognałem w te pędy na obiad. I wtedy – stało się! Przelatując przez ulicę Kalinowskiego, usłyszałem klakson, pisk hamulców, a później coś uderzyło mnie w bok – i straciłem przytomność.

Obudziłem się w szpitalnym łóżku. Obok siedziała nie tylko mama, ale i Bezu-bezu oraz Żuczek.

– Dopóki ma ten bandaż na twarzy – powiedział pan doktor – proszę nie męczyć go rozmową. Można mu za to poczytać.

Najpierw więc czytała mi mama, potem Żuczek, jeszcze potem Bezu-bezu, a w następnych dniach – już cała klasa. W ten sposób poznałem nie tylko Dzieci z Bullerbyn, ale i nazwisko pisarki o dziwnie brzmiącym imieniu Astrid. Astrid Lindgren.

– To już? – zapytałem z zawodem, gdy Żuczek doczytał do końca.

– Ale ona napisała dużo więcej – uspokoił mnie Bezu-bezu.

– A niektóre książki są dużo grubsze – zapewnił Żuczek.

Odetchnąłem z ulgą.

A najdziwniejsze, że gdy wyszedłem ze szpitala, pani powiedziała, że wymazała dwóję z dziennika, bo wpadłem pod pierwszy w naszym mieście bibliowóz!


Ze wszystkich wynalazków, o których mówiliśmy na lekcji, szkoła wydała nam się wynalazkiem najmniej udanym – co z jakiegoś powodu rozśmieszyło panią wychowawczynię.

– Naprawdę szkoła jest taka okropna? – spytała.

– Naprawdę! – zapewnił Bezu-bezu.

– Okropniejsza niż zastrzyki? – dopytywała pani.

– O wiele!

– A dlaczego?

– Bo zastrzyk dostaje się raz na jakiś czas – zasapał Bezu-bezu. – A szkoła jest codziennie!

Co prawda, to prawda.

Nie obeszło się bez pracy domowej. Jej temat brzmiał: Wypisz wynalazki, które towarzyszą ci każdego dnia – co najmniej dziesięć przykładów! Bezu-bezu był załamany.

– Co znowu? – westchnęła pani wychowawczyni, widząc jego nieszczęśliwą minę.

– A skąd wezmę aż dziesięć wynalazków?!

– Żartujesz, prawda?

Ale Bezu-bezu nie żartował. Powiedział, że nie towarzyszą mu żadne wynalazki – nie licząc, rzecz jasna, szkoły!

– A telewizor?

– Telewizor to wynalazek? – zdziwił się Bezu-bezu.

– A był na ziemi od początku świata? Czy ktoś go musiał wpierw wynaleźć?…

Bezu-bezu zrobił zdziwioną minę, a potem napisał w zeszycie: „telewizor”.

Nazajutrz odczytałem przed całą klasą swoją listę: długopis, radio, samolot, samochód, lodówka, pralka, aparat fotograficzny, rower, statek, komputer.

– Statek towarzyszy ci każdego dnia? – zdziwiła się pani wychowawczyni.

– No… myślę o nim… – wykrztusiłem.

– Tak jak o samolocie?

– Tak samo – przytaknąłem. – Poza tym samoloty czasami widać wysoko na niebie.

Pani postawiła mi plusa i kazała usiąść. Przyszedł czas na Bezu-bezu.

– Napisałeś? – spytała.

– Napisałem – przytaknął.

– Dziesięć przykładów?


– Więcej – wyznał Bezu-bezu.

Pani skinęła z uznaniem głową i kazała mu czytać.

– Łóżko, poduszka – zaczął Bezu-bezu. – Kołdra, poszwa, prześcieradło…

Ryknęliśmy śmiechem. Pani uciszyła nas gestem, uspokoiła speszonego Bezu-bezu, a potem kazała mu czytać dalej.

– Szczoteczka do zębów, pasta, umywalka, kurek do ciepłej wody, kurek do zimnej wody, ubikacja…

Znowu zaczęliśmy rżeć.

– Czytaj – poprosiła niezrażona pani. – Śmiało!

– Stół, krzesło, widelec, nóż, talerz, obrus, jajecznica – wypalił.

– Bardzo dobrze – pochwaliła pani.

Spojrzeliśmy na nią ze zdumieniem.

– Skarpetki, majtki, spodnie, koszula, sweter, buty – kontynuował coraz pewniejszy siebie Bezu-bezu.

– Znakomicie!

– Schody, drzwi, furtka, chodnik, sygnalizator świetlny, przejście dla pieszych, autobus…

– Tak jest! – przytaknęła pani.

– Jeszcze czytać? – chciał wiedzieć. – Bo na razie wciąż jestem przy poranku?

– Wystarczy – powiedziała pani. – Brawo!

– Jak to „brawo”?! – zatkało mnie. – Jajecznica to wynalazek?

– A nie?… – uśmiechnęła się nasza pani.

Popatrzyłem na Bezu-bezu z podziwem… – wynalazł świat pełen wynalazków!



Nie pamiętam, ile miałem lat, gdy poszedłem na swoją pierwszą szkolną dyskotekę – pamiętam za to, że odbyła się w południe, bo nasza pani nie chciała zostawać po lekcjach w pracy.

– Przecież w południe jest jeszcze jasno – burknął wyraźnie zawiedziony Żuczek, najmniejszy z moich kolegów. – Nawet zimą.

– Nie rozumiem, jaki to ma związek?… – pani zmarszczyła brwi.

– Wszystko będzie widać.

– Co będzie widać?!

– No… – Żuczek spojrzał na nas bezradnie – że tańczymy…

– I jak tańczymy… – uzupełnił Bezu-bezu.

Spojrzałem na niego z uznaniem. Niby Bezu-bezu nie słynął z mądrości, a przecież tym razem trafił w dziesiątkę. Bo tak, właśnie tak, o to przecież chodziło – będzie widać, że tańczymy! I że na pewno tańczymy fatalnie…

– Łatwiej się uczyć tańca, gdy jest jasno – zasapała pani – niż w ciemności!

Po czym ustaliła, że dyskoteka odbędzie się w najbliższy piątek o godzinie dwunastej.

Postanowiliśmy przeprowadzić próbę. W szatni!

– A jeżeli przyjdzie pan Zbynio? – szepnął Bezu-bezu, skradając się podczas następnej przerwy do szkolnej sutereny. – I zapyta, co tu robimy?

– To powiemy prawdę – uspokoił go Żuczek. – Że sprawdzamy, kiedy tańczy się łatwiej: gdy jest jasno czy ciemno.

W szatni, jak zawsze o tej porze, było pustawo i raczej mrocznie. Z ulgą zapaliliśmy światła.

– Na mój znak zaczynamy – zakomenderował Żuczek. – Trzy… czte… ry!

I zaczął dziwnie podrygiwać, nie odrywając nawet na moment stóp od podłogi.

– Słabo – ocenił Bezu-bezu.

– To sam spróbuj! – wrzasnął Żuczek.

 

– Spróbowałem.

– Nie widziałem, żebyś próbował!

– Próbowałem próbować – wyjaśnił Bezu-bezu. – Ale jest za jasno.

Przyznałem mu rację. Ja też uważałem, że jest za jasno na taniec. Czas więc było przeprowadzić próbę przy zgaszonym świetle.

– Zaczynamy na mój znak – powiedział w ciemności Żuczek. – Trzy…

– …cztery! – dokończyłem.

I zacząłem drżeć jak przy silnej gorączce.

Naraz jednak zapaliło się światło i w drzwiach do szatni stanął pan Zbynio, nasz woźny, a jednocześnie szkolna złota rączka.

– A co tu się dzieje?! – huknął.


– Tańczymy – wymamrotał wciąż rozedrgany Żuczek – żeby sprawdzić, czy jest to łatwiejsze przy świetle, czy może jednak w ciemności.

Przytaknęliśmy, cały czas drżąc.

Pan Zbynio wytrzeszczył na nas oczy, a potem pognał wezwać karetkę.

Dwa dni później, po uważnej obserwacji i po wielu badaniach, wypuszczono nas ze szpitala. Ani u mnie, ani u Żuczka, ani u Bezu-bezu nie stwierdzono zatrucia czy choroby. Rodzice odetchnęli z ulgą. Ja też. Nie chciałem przecież, żeby przepadła mi pierwsza w życiu dyskoteka. Zwłaszcza że „drgawka-dance” stała się najpopularniejszym tańcem w naszej szkole – a ja byłem jednym z jego wynalazców!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?