Chiny bez wzajemności

Tekst
Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konfucjusz:

Kiedy miałem piętnaście lat, zacząłem się uczyć.

Kiedy miałem trzydzieści, zacząłem cokolwiek rozumieć, kiedy miałem czterdzieści, pozbyłem się wątpliwości, kiedy miałem pięćdziesiąt, zrozumiałem wolę Niebios, kiedy miałem sześćdziesiąt, nauczyłem się posłuszeństwa.

A kiedy miałem siedemdziesiąt lat, potrafiłem podążać za pragnieniami mojego serca bez żadnych wątpliwości co do tego, czy serce się myli.

Świątynia Chongsheng nie miała dobrej opinii w moim przewodniku. Rough Guides napisał o niej „completely forgettable” i że wybudowano ją dziesięć lat temu. To nie do końca prawda. Właściwie to ją odbudowano. Kiedyś przecież stała na wschodnich stokach tych gór wielka buddyjska świątynia. Największa w kraju. „Częstochowa” ludu Dali. Spalona do szczętu. Tak, że nie został z niej kamień na kamieniu.

Z niektórych relacji między ludźmi, którzy są dla siebie najważniejsi w świecie, też nie zostaje kamień na kamieniu. Nie rozumiałem, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego trzeba umrzeć dla kogoś, choć do końca drogi zostało jeszcze milion lat?

Chińczycy, kiedy zburzyli świątynię, pozwolili ludziom Dali zachować jedynie stupy. Były imponujące, ale miały to do siebie, że można było na nie tylko patrzeć. Były zamknięte, zamurowane, więc wydawało się, że nie mają serc.

Kiedy minąłem je i obejrzałem skarb, który wydarli ich trzewiom archeologowie – złotych Buddów w kwiatach lotosu, dzwonki i pioruny, inskrypcje w kamieniach i na płatkach złota oraz najcenniejszy zabytek Junnanu, feniksa ze złota i kryształu, i kiedy wyszedłem z muzealnych pawilonów, nad Chongsheng zebrały się chmury.

Burza szła niepowstrzymana i zimna jak lód. Zobaczyłem, jak wysysa z ziemi cały blask. Jak drzewa, ptaki, stawy i święte posągi w stu pawilonach świątyni parują blaskiem, a niebo pożera go i miażdży w palcach, lepiąc z niego kule piorunów.

Zrobiło się bardzo zimno. Żeby dotrzeć do najświętszego z posągów Buddy, tego, który śpi w Pałacu Niebiańskiego Pokoju, musiałbym pokonać tysiąc schodów.

Zrozumiałem, że nie będzie to łatwe w deszczu.

I że nie wiem, czy tego chcę.

I że choćbym nie wiem jak chciał, nie odwiedzę wszystkich pawilonów. I nie spotkam już niektórych z tych, których kochałem.

A potem pomyślałem, że dobrze jest mieć w plecaku kurtkę przeciwdeszczową. Popchnąłem bramę i wszedłem.

Szedłem w górę po stu stopniach, a deszcz płynął w przeciwnym kierunku lśniący i ślepy niczym prastary wąż, który tak długo mieszkał w jaskiniach, że sam stał się blaskiem. Na końcu drogi stał pawilon, a ponad nim burzowe chmury porozdzierały sobie trzewia na graniach gór i z tych dziur wylewał się słoneczny blask. Nie sączył, nie spływał, nie spadał nawet. Wylewał się jak powódź światła w szarym i groźnym mroku.

Było zimno. Zawróciłbym, ale cena biletu była zbyt bolesna, żebym mógł zrezygnować. Mijałem dziewczyny i chłopaków w kurtkach naciągniętych na głowy. Biegli w dół, ślizgając się na kamiennych schodach.

Nie było cienia. I nie było kolorów na ścianach pawilonu. Wszystko było jednostajnie szare.

Doszedłem. W środku siedział wielki złoty Budda i patrzył na kwiaty u swoich stóp. Stały tam klęczniki, a wzdłuż ścian dookoła niego podest, na którym siedziało więcej Buddów. Każdy inaczej zerkał w niebo albo w ziemię. Inaczej układał palce w tajemnym znaku mudry, którą odczytać potrafi tylko kapłan albo oświecony mąż. Niektórzy mieli skórę złotą, a inni zwyczajnie – niebieską. Poszedłem zajrzeć za plecy Wielkiego Buddy, a tam otwierała się brama. W oddali zobaczyłem schody. Setki stopni. A na ich końcu kolejny pawilon. Nie było cienia. I nie było kolorów na ścianach pawilonu. Wszystko było jednostajnie szare.

Doszedłem tam szybko, żeby nie zmoknąć. W środku siedział wielki złoty Budda i patrzył na kwiaty u swoich stóp. Sądziłem, że to już koniec drogi. Obszedłem jego posąg, a tam otwierała się brama. W oddali zobaczyłem schody. Setki stopni. A na ich końcu kolejny pawilon. Nie było cienia. I nie było kolorów na ścianach pawilonu. Wszystko było jednostajnie szare. Przez tę szarość wyglądało tak samo jak to, co już znałem. Szedłem więc wciąż przed siebie, pokonywałem setki stopni, mokłem i wdychałem blask. Nie skręcałem na boki i nie zawracałem, ale choć szedłem w przód, wciąż byłem w tym samym miejscu. Pomiędzy jednym pawilonem a drugim. Różniły się między sobą kolorami i kształtem liter na inskrypcjach, Buddowie w ich wnętrzach byli inni i święte obrazy opowiadały inne historie, ale choć każdy moment był inny, był przecież dokładnie taki sam jak poprzedni.

Na czym polega sekret, który miałem rozpoznać?

Przed kolejnym pawilonem stały monstrualne kadzie do palenia pieniędzy dla duchów. Tak duże, że aby wrzucić do nich papiery, trzeba było wspiąć się po drabince. Ale nie było drabinki, były za to schody. I wrota kolejnego pawilonu. I staw z wodą gładką jak lustro. Spojrzałem w nie i zrozumiałem, że przez rozmyślania o tym, jaki sekret zawarł Bóg w tej drodze, którą jednocześnie idziesz i trwasz w bezruchu, zupełnie nie spostrzegłem, że ustał deszcz.



Konfucjusz:

Jeśli Bóg i ty stanowicie jedno, to znaczy, że jesteś w niebie.

Kiedy dotarłem do największego dziedzińca, hen w oddali burza, zmęczona już, zgięta w pół i oparta jedną ręką o mur Jadeitowych Gór, wymiotowała ostatnim gromem. Za plecami, w słońcu, które rozlało się nagle wykąpane do czysta, lśniły błękitne ściany i złote dachy pagód. Nie spodziewałem się, że świątynia jest aż tak kolorowa, bo póki trwała nawałnica, wszystko wydawało mi się jednostajnie szare. Myślałem, że droga, którą idę zmoknięty, zupełnie pozbawiona jest sensu. Każdy krok był taki sam jak poprzedni. Szary, niepotrzebny i zabierający czas. Ale, myślałem, w końcu to moja pierwsza świątynia w Junnanie, a każda droga, niezależnie od tego, co o niej myślę, kiedy trwa, czegoś uczy.

Sto pawilonów. I tak nie zobaczę wszystkich. Stu Buddów. I tak nie zrozumiem, co do mnie mówią ich twarze i gesty. I znaki, którymi opatrzono ich domy. Nie zrozumiem. Mogę tylko patrzeć. Albo zawrócić. Próbowałem tylu dróg, zawsze szedłem do końca. I zawsze w końcu okazywało się, że wszędzie jest tak samo. I za każdym razem na początku nowej drogi miałem ten sam dziecięcy apetyt na nowe.

Byłem zmęczony.

Poruszyłem bębnem modlitewnym. I dotknąłem mosiężnego gongu. Był zimny. Na chwilę został na nim ślad mojej dłoni. Zaraz wyschnie i zniknie, jak znika każdy ból. I każda pamięć.

Byłem pewien, że to ostatnia ze świątyń. Była olbrzymia i mieszkało w niej sto posągów. Ogromnych i złotych. Kiedy wszedłem, skamienieli w oczekiwaniu, czy ich rozpoznam. I było tak cicho, jakby spadł śnieg. Albo jakby skończył się film.

Stałem pośród bóstw, których imion nie znałem, i zastanawiałem się, czy one znają moje imię. Właściwie nie powinienem być zdziwiony po kilku latach pracy, która polega na tym, że rozmawia się z gwiazdami filmu i estrady, bo zawsze to przecież relacja w jedną stronę – ja ich znam, ale oni by mnie nie poznali na ulicy. Są wyjątki, ale nawet chwalebny wyjątek nie czyni zmiany.

Nie. Nieprawda.

Czyni kolosalną różnicę.

Może więc teraz jest inaczej? Może święci religii, której nie znam i nie rozumiem, widzą mnie i słyszą, co myślę? Może zresztą to ten sam Duch, którego znam z własnych pacierzy, z czasów, kiedy jeszcze potrafiłem się modlić?

Błądziłem między duchami, a one patrzyły na mnie z monstrualnych posągów. Niektóre miały dobre oczy Buddy, inne twarze wykrzywione bólem i trzymały w rękach włócznie albo miecze. Niektóre stały w kwiatach, inne w wodzie, bo wokół obutych stóp tworzyły się kręgi. Złote kręgi. Złote kwiaty. Wszystkie bóstwa nosiły sandały albo trzewiki. Smoki oplatały filary, na których opierało się sklepienie. Filary były czerwone, smoki złote i spokojne, a sklepienie misternie ułożone w kasetony było niebieskie i bezkresne.

Wewnętrzne ściany świątyni wypełniały płaskorzeźby z historią Buddy. Poznałem go po tym, w jaki sposób wychylał się z lotosu.

Myślałem, że to główna świątynia.

Ale za plecami bóstw znalazłem bramę. Były tam kolejne schody. Kolejne pawilony. Jakbym w chwili, kiedy zyskuję pewność, że dotarłem do kresu, do oświecenia, musiał przekonać się, ile jeszcze pracy przede mną. Ile trudu. Ten pałac więc nie był niebem. Był tylko lekcją pokory…

Poszedłem dalej. Aż do końca.

Do ostatniego z pałaców dotarłem po pół godzinie. Był wysoki i wąski. W środku znajdował się tylko jeden posąg. Sięgał trzeciego piętra. Żeby spojrzeć w twarz Buddzie, trzeba było wspiąć się po labiryncie galerii. Ale dotarłem tam.

Budda miał w oczach spokój.

Za plecami było okienko. Całkiem niepozorne. Wyjrzałem z niego i zobaczyłem, że za ostatnim pawilonem jest mur. Za murem górskie gołoborze. A na nim jeszcze jeden pawilon. Nie rozumiałem, po co stawiać pawilon, do którego nie ma żadnej drogi.

– Po co stawiać pawilon, do którego nie ma żadnej drogi?

– To ten, który będziesz mógł odwiedzić na tamtym świecie. – Usłyszałem głos.

Głos był w mojej głowie.

Obejrzałem się.

 

Olbrzymia głowa Buddy, który stał tyłem do mnie, nie poruszała się ani odrobinę. Nie wiem, czy się uśmiechał.


Konfucjusz:

Jeśli chcesz zmienić coś w jeden rok, wysiej ziarno. Jeśli chcesz zmienić coś w dziesięć lat, zasadź drzewo. Jeśli chcesz zmienić coś w sto lat, zostań nauczycielem ludzi.

Schodziłem, a zmierzch gonił mnie, zsuwając się po zboczu jak lawina. Niósł chłód i świeżość. Pewnie pachniał śniegiem i lodem, bo góry za moimi plecami pokrył szron.

Chińskie świątynie są dobrze wymyślone.

W stronę tajemnicy idziesz w znoju i trudzie, stopień po stopniu, a ona rozwija się przed tobą w nieskończoność. Z powrotem idziesz w dół bez żadnego wysiłku.

Nawet nie wiem, jak to się stało, ale spędziłem tam niemal cały dzień, który był szary i bezbarwny, a teraz, o zmierzchu, wszystkie kolory świata jakby przelękły się, że nie zdążą opowiedzieć swoich historii, zanim znikną i już się nie spotkamy, więc postanowiły rozwinąć się naraz w całej pełni. W całym przepychu. Było ich tyle, że nie wiedziałem, na co patrzeć.

Na horyzoncie jezioro Er Hai lśniło jak wielki ptak.

Siedziałem u podnóża wielkiej stupy i czekałem, aż dzień zgaśnie.

Miałem stamtąd do miasta siedem kilometrów. Ale co to jest siedem kilometrów w dół, kiedy zgasło słońce?

Stało tam, tuż przy schodach, samotne drzewo. Musiało być w jakiś sposób wyjątkowe, bo otaczały je stojaki pod aparaty do zdjęć. Nie było już przy nich żadnego fotografa, ale poznałem, do kogo należą, ponieważ oklejone były powiększonymi zdjęciami dziewcząt w ślubnych strojach ludu Dali.

Dziewczęta z wielkich miast najszybciej rozwijającego się państwa XXI wieku w kostiumach księżniczek podbitego narodu. Roześmiane i ufne w magiczną moc symboli wyrytych na ozdobach. Pewnie nie rozumiały ich znaczenia, ale nie trzeba rozumieć znaczenia rytuałów, żeby poddać się ich działaniu.

Drzewo obwieszone było serduszkami. Zupełnie jak te w moskiewskim parku na Bołotnej, naprzeciw mostu Łużkowa, na którym młodzi Rosjanie zakuwają w żelaznych kłódkach swoją miłość. Wydaje im się, że miłość, bo przecież tak naprawdę zakuwają jedynie nadzieję, że nie zmieni się w nich nic. Ani miłość, ani pożądanie, ani postanowienie o wierności, ani zmarszczki, ani wiara w to, że nigdy nie będzie ich bolała zdrada, kłamstwo i grzech.

Któż nie zna tych dziecinnych złudzeń?

Serca na moskiewskich drzewach są metalowe. Serca na szczęśliwym drzewie w San Ta zrobiono z miękkiej tkaniny… Albo Chińczycy, jeśli chodzi o miłość, są subtelniejsi od Rosjan, albo jakiś urzędnik ochrony środowiska uznał, że nie należy narażać drzew na blaszane zaklęcia.

To bardzo stare drzewo, poprzerastane gałęziami i korzeniami oddechowymi tak, że wygląda, jakby obejmowało samo siebie. A może były to zresztą dwa drzewa, które stały się jednym ciałem?

Słońce zaszło.

Zrobiło mi się zimno.

Nie miałem serca stać tam i marznąć bez końca.


Konfucjusz:

Musi być gotowy na zmiany, kto chce zachować stałość w mądrości i w szczęściu.

Lubiłem włóczyć się nocą po ulicach Dali, miasta o czterech bramach. Patrzeć, jak mrok wpełza do środka długim tunelem Wschodniej Bramy, a potem karmi się światłem niezliczonych lampionów i zwyczajnych latarni. Mijałem tysiące ludzi szczęśliwych i odprężonych. Jak to na wakacjach w kraju, który rozwija się gospodarczo szybciej od całej reszty świata. Byli pewni, że nigdy w dziejach świata giełdy w Pekinie, Szanghaju czy Hongkongu nie przestaną iść do góry.

Przecież nie mogą przestać rosnąć wskaźniki w Państwie Środka. Jutro wzrost będzie tak samo pewny jak dzisiaj.

Na mojej ulicy był sklep. Mieścił się w niewielkim domku, podobnym do innych w Starym Mieście, ale miał wielką szybę wystawową. W czasach, kiedy go budowano, nie było takich wielkich szyb. Za szybą stał towarzysz Mao w kilkunastu wersjach: Mao z brązu, kilku z porcelany, a także Mao z gipsu.

Wszyscy przyjaźnie uśmiechnięci. Wszyscy mieli wielkie sarnie oczy. Wilgotne i łagodne. Oczywiście artysta zadbał, żeby nie uczynić towarzysza Mao nazbyt sentymentalnym. Nie były to przecież karykatury, ale portrety Wielkiego Wodza. Nie widziałem cen. Towarzysz Mao był przecież bezcenny. W jego czasach ludzie w tym ogromnym kraju mieli pewność, że jutro będzie dokładnie takie samo jak dzisiaj.

W barze Pod Siedmioma Małpami nie było wolnych miejsc. Miałem już wyjść, bo nie jest dobrze pić piwo na stojąco, kiedy ktoś dotknął mojego ramienia i pokazał mi miejsce przy trzyosobowym stoliku z widokiem na ulicę albo na wnętrze stylowej barowej sali. Stolik stał bowiem na granicy światów.

Pani Wai Chan powiedziała, żebym mówił do niej Maggie. To jej angielskie imię. Uczyła angielskiego w Hongkongu, rozwiodła się i przyjechała na wakacje ze swoim nowym chłopakiem. Jego angielskie imię brzmiało David. Ale nie mówił w tym języku tak porywająco jak ona. Miał firmę produkującą napoje izotoniczne, ale tylko na rynek wewnętrzny. Rynki europejskie są zbyt małe, żeby opłacało mu się tam sprzedawać.

Rozmawialiśmy o miłości. To było bardzo ciekawe, spotkać ludzi z pokolenia, które jest ze sobą z miłości, a nie na skutek aranżowanego małżeństwa. Byli tak bardzo podobni do nas. W rewanżu za ich opowieść o szczęściu usłyszeli moją o tym, jak w naszym świecie przeżyć ze złamanym sercem i jak je posklejać.

Odkryliśmy, że niezależnie od tego, co robisz i jak wierzysz, niektóre sprawy muszą się odbywać dokładnie w ten sam sposób.

Z tym, że jeśli ktoś cię zdradzi w moim świecie, to już nigdy nie odbierze od ciebie telefonu. W Chinach jest inaczej. Najwyraźniej ci, którzy zdradzają, dużo lepiej sobie radzą z poczuciem winy.

– Więc gdybyś był w Hongkongu i miał jakiekolwiek kłopoty, mój były we wszystkim ci pomoże – powiedziała i zadzwoniła do swojego eksmęża, choć była już przecież druga nad ranem.

A potem zapisała mi numer.

– Fatty – powiedziała. – Fatty to jego angielskie imię.

To był mój najprzyjemniejszy wieczór ze wszystkich, które dotąd przeżyłem w tym kraju. To tylko złudzenie, że jesteś w nocnym barze z przyjaciółmi, bo przecież spotkaliśmy się raz w całym życiu. Ale wiedziałem, że nigdy o tym nie zapomnę.


Konfucjusz:

Człowiek, który o poranku wybiera właściwą drogę, wieczorem może umrzeć bez wstydu.

W górach Cangshan ponad miastem Dali znajduje się sławny Jadeitowy Szlak, którym można dotrzeć do sadzawki o wodzie chłodnej jak lód, woda bowiem, która ją wypełnia, wypływa z lodowców i nie ma kiedy się nagrzać, jako że ucieka w dół kaskadami i przebija się przez skalne wąwozy labiryntem wodospadów. W końcu jednak znajduje miejsce, w którym może wygładzić zmarszczki i odetchnąć. I zapomnieć o wszystkim, co ją raniło. O każdej skale, o każdym cieniu, o ciernistych gałęziach, które próbowały ją rozpruć, o przekleństwach, jakie do niej wpadły. I o niespełnionych marzeniach.

W końcu znajduje spokój i staje się niczym lustro. Lud Dali wierzył, że dzieje się tak za przyczyną zaklęć, które nałożył na Jadeitowe Góry Król Deszczu, żeby jego córki miały się gdzie wykąpać.

Czytam tę historię z broszury biura informacji turystycznej, a na kartki spadają kropelki zupy wprost ze zwojów makaronu, które pcham sobie do ust razem z pierwszymi promieniami słońca. To będzie cudowny dzień.

„Woda w tej sadzawce jest najczystszą ze wszystkich wód w tej części świata, czyli pomiędzy Szanghajem a jeziorami Tybetu”.

Legenda legendą, ale najpierw trzeba coś zjeść, bo, jak twierdzi klasyk, nie ma śniadania, nie ma kochania. Zanim dostałem tę zupę, przeszedłem uliczką pełną jadłodajni, żeby wybrać sobie coś z rusztu. Były tam ośmiorniczki, krewetki, kurze łapki, kacze języki, flaczki z jakiegoś zwierzątka o delikatnych jelitach, całe ryby, ryby przecięte na pół, ryby z głowami i ryby bez ości. Chciałem ośmiorniczki, ale wtedy zobaczyłem restaurację z jednym stolikiem. Dziewczyna krzątała się przy palenisku i gotowała na nim, na prawdziwym ogniu, tylko jedną potrawę. Pikantną zupę z kurzymi łapkami i makaronem. Do tego był widok na miasto, które budziło się ze snu i wcale nie miało kaca.

Powietrze było ostre, niebieskie i pełne obietnic.

Nie pamiętałem, o czym śniłem.

Szkoda.

Sny są ważne.

Nawet jeśli to, co nam się śni, już nie wróci.

Powietrze było ostre i pełne obietnic, i to miał być piękny dzień, choć w samotności nie posmakuje tak, jak mógłby smakować we dwoje.Przed Wschodnią Bramą tańczyły smoki, a rycerze z Epoki Trzech Królestw ustawiali się do fotografii z grubymi turystami z Szanghaju i ich o połowę młodszymi, uderzająco pięknymi dziewczynami. Kilku buddyjskich mnichów robiło selfie z wielobarwną pagodą na szczycie bramy.

Autobusów było bez liku. Nie potrafiłem poznać, który jedzie do świątyni Gantong. Pytałem. Ale przed Wschodnią Bramą w Dali jest jak na Krupówkach – łatwo spotkać obcych, trudno trafić na swoich. Taksówka była niedroga. Nie umieliśmy jednak z szoferem znaleźć wspólnego języka.

W Gantongu dojechałem na parking zawieszony ponad miastem niczym orle gniazdo. Albo legowisko smoka.

– Pszspszhoaa – poszeptał pan szofer i wskazał mi koniec kolejki.

Napis przy kasie potrafiłem odczytać, bo był po angielsku. Musiałem stać w dwóch kolejkach. Trzeba bowiem mieć bilet do parku narodowego, żeby sprzedali ci bilet na kolejkę. Dziwili się, że tylko w jedną stronę, ale miałem przecież plan pokonania całego Yudai Yunyou – Szlaku Jadeitowego Pasa, który oplatał góry Cangshan karkołomną trasą zawieszoną ponad urwiskami tuż poniżej granicy śniegu. Dziewczyny w kasach były bardzo piękne i miłe. Jedna zaprowadziła mnie do kolejki, ale pokręciłem głową. Chciałem zobaczyć Gantong, wielki buddyjski klasztor. Opuszczony od dziesięcioleci rozsypywał się na zboczach niczym czerwonozłoty piarg.

W opuszczonych świątyniach jest zaklęty jakiś ponadczasowy smutek. Ten sam, który znam z plaż nad oceanem, pustych i wychłostanych wiatrem. Niektóre sprawy stworzono przecież specjalnie po to, żeby na nie patrzeć. W odartych z farby pawilonach spali zakurzeni Buddowie. Ceramiczne dachówki lśniły w słońcu barwą świeżą aż do bólu. Zające i smoki wyginały swoje szkliwione grzbiety w stronę słońca, które brało się za bary z lodowcami hen w górze. Magnolie kwitły. Nikt im nie przeszkadzał. Tylko koty szukały czegoś w wysokiej trawie. Pomyślałem, że trzeba się pomodlić, ale znałem tylko obce dla tego miejsca słowa.


Konfucjusz:

Czy może istnieć miłość, która nie domaga się wzajemności?

Nie jest dobrze nosić ze sobą po górach wczorajszy dzień. Zwłaszcza, jeśli w hostelu pijesz kawę albo dwie. Kawa rozjaśnia umysł i pobudza jelita. Chińczycy uwielbiają kolejki linowe. Za godzinę przy kasie w Gantongu będą czekały tysiące ludzi. A tam, gdzie jest tłum, w cywilizowanych krajach są publiczne toalety. Miałem szczęście. W smartfonie znalazłem zrobione wcześniej zdjęcie ideogramu oznaczającego męski szalet. Odkąd przed kilkoma dniami musiałem odcierpieć swoje, byłem przygotowany.

To zupełnie jak z sercem – raz złamane uczy się być nieufnym i przygotowanym na wszystko.

Toaleta była piękna. Miała zlewozmywaki z chromowanymi kranami na fotokomórkę i podajnikami płynu do mycia rąk. Również na fotokomórkę. I piękne, wysokie lustra, w których odbijała się przeciwległa ścina. Wzdłuż ściany biegł rynsztok, a nad nim były miejsca do srania, oddzielone od siebie niskim przepierzeniem wyłożonym glazurą. Można było sobie kucnąć i porozmawiać z kimś, kto kucał obok ciebie.

Trudno odwracać twarz w kierunku sąsiada, kiedy człowiek kuca bokiem do niego, ale byliśmy przecież w Państwie Środka – w państwie, które rozwiązało takie problemy już przed wiekami. Podniosłem wzrok i zobaczyłem w tym wielkim lustrze siebie.

 

Potem zająłem miejsce w kolejce linowej. Nie byle jakie miejsce, ale wskazane przez strażniczkę. Taksowała oczekujących wzrokiem, o którym Biblia powiada, że nas wszystkich kiedyś zmierzy i zważy. Kiedy zważyła – ustawiała szóstkami.

Wsiedliśmy do białej gondoli i pofrunęliśmy ponad doliną, a olbrzymie śródgórskie jezioro Er Hai, o którym mówią, że ma kształt ucha Buddy, wytężyło słuch, żeby wiedzieć, co myślimy.

Lecieliśmy przecież ponad świętą ziemią.

Opuszczony klasztor Gantong patrzył na nas z dołu oczyma zajęcy i smoków.

Na ławeczce obok mnie siedziała para Chińczyków w średnim wieku. Oboje w miękkich kapeluszach z szerokimi rondami. Pewnie byli w górach pierwszy raz i nie wiedzieli jeszcze, że wiatr porywa taki kapelusz z niebywałą łatwością. Zupełnie jak z miłością. Za pierwszym razem nie wiesz, jak boli.

Naprzeciwko nas siedziała rodzina z dzieckiem. Mieli przeciwdeszczowe kurtki, a mężczyzna trzymał na kolanach nikona identycznego jak mój. Oni też byli w górach pierwszy raz. Nie wiedzieli, że jeśli chcesz zrobić zdjęcie, musisz siedzieć koło okna.

Kobieta była wystraszona, kiedy wspinaliśmy się ku podporom, bo za nimi kołysał się wagonik. Chwytała swojego mężczyznę za rękę, on żartował z jej lęku dobrodusznie i serdecznie, a wtedy jej oczy stawały się mniej czarne, a bardziej brązowe.

Daleko po prawej stronie widziałem przez teleobiektyw podniesioną z gruzów świątynię San Ta z olbrzymimi pagodami, które z tej odległości wyglądały jak drzazgi w stopie olbrzyma. Ale to nie miało znaczenia, że są takie maleńkie. Ważne, że Bóg zawsze widzi swoje świątynie.

Przefrunęliśmy nad niebotycznie zalesionym grzbietem, żeby wylądować po drugiej stronie, w stromym, graniastym wąwozie pełnym porannego cienia.

Mgły wciąż błądziły w jego głębi, jakby szukały drogi powrotnej do lodowców, z których oderwały się nocą jak kawałki wspomnień należące już do kogoś innego i, jeśli nam się śnią, to pewnie tylko dlatego, że, jak mówiła moja babcia, marzenia odklejają się czasem od łóżek, w których teraz śpimy, i szukają tych, w których byliśmy szczęśliwi.

– Strumień Qingbi – powiedział do mnie właściciel nikona – jeden z osiemnastu strumieni na wschodnim zboczu Cangshan.

Kiedy mówił po angielsku, jego żona patrzyła na niego z dumą i miłością, a on wiedział, że zasłużył na każdy gram jej spojrzenia.

Ukłoniłem się, żeby okazać szacunek im obojgu. A on powiedział mi, że góra po prawej stronie nazywa się Malong. A góra po lewej Shengying.

Kiedy wysiedliśmy z kolejki i wyszliśmy na taras przed budynkiem o spadzistych dachach, zobaczyłem, że rośnie tam święte drzewo. Jego pień i gałęzie oplecione były czerwonymi wstążkami.

– Zakochani – powiedział właściciel nikona. – Zakochani są jak dzieci.

– A dzieci są jak zakochani. – Uśmiechnąłem się do niego.

– To znaczy?

– Myślą, że nie ma kary.

Wtedy on się zadumał. Może jego angielszczyzna nie była tak doskonała, jak sądziłem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?