Chiny bez wzajemnościTekst

Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konfucjusz:

Trzy sprawy na tym świecie nie dadzą się trzymać w ukryciu: słońce, księżyc i prawda.

Szliśmy w dół i w dół bez końca. Gdzieś tam, na samym dnie świata, ale wciąż tysiąc metrów ponad dnem Wąwozu Skaczącego Tygrysa, leżał Tina’s Guesthouse, w którym czekał na nas dach nad głową, zupa i koniec bólu. Gdzieś ponad głową niebo wciąż rozpalone do białości, ale w środku wąwozu, w jego głębi pod naszymi stopami, pustka wydawała się granatowa, prawie czarna. Momentami zdawało się nam, że widzimy tam, na dnie, jakieś światełka. Ale to przecież nie było możliwe, bo ciągle trwał dzień i ta czerń pod nami nie była prawdziwą czernią. Stała się nią tylko przez kontrast do słońca, które ciągle jeszcze ma nas na widelcu.

Najgorsze, że nie umiem zebrać myśli. Odnaleźć miejsca, w którym jestem. Nie, nie tutaj w Chinach, ale w ogóle w życiu. Jakbym był na pustyni w środku dnia, kiedy na wydmach nie ma żadnych cieni, i nie wiesz, czy otwiera się przed tobą przepaść, czy łagodny stok. I nie dowiesz się, dopóki nie zaczniesz spadać.

Na granicy światła i cienia odwróciłem się i zobaczyłem, jak promienie słońca ostrzą sobie zęby o krawędź wąwozu.

Byliśmy już blisko. Tak blisko, że mogłem uwierzyć, że się uda, że dojdę. Zrzucę plecak na progu, usiądę obok niego i będę oddychał. I nic tego nie zmieni. Oddychał i się pocił. I marzył o tym, żeby się wykąpać. I nikt nie powie: idź stąd, odejdź, zniknij. W takich miejscach jak Tina’s, w miejscach, do których trudno dotrzeć, ludzie wiedzą, że nie trzeba używać niepotrzebnych słów.

Nikt też nie powie: to dobrze, że doszedłeś. Że jesteś. Są bowiem słowa, na które trzeba sobie zasłużyć. Ja nie umiałem zasłużyć na takie słowa.

Ale nieważne, przecież to nie jest sprawa między ludźmi. To sprawa między mną a drogą. Ze wszystkich świętych i prostych spraw droga jest najsprawiedliwsza. Albo dajesz radę, albo musisz zostać. Half Way… Kilka godzin stąd. Gdyby nie Włosi, pewnie bym teraz siedział hen daleko i patrzył, jak zachodzi słońce. Żułbym chleb i gorycz porażki.

Tak… Z drogą łatwo się dogadać: Tak-tak, nie-nie. Jeśli niesiesz ze sobą zbyt wiele spraw, nie dasz rady. A jeśli masz zbyt mało rzeczy, może się okazać, że zabraknie ci światła. Albo wody. Albo chleba. Albo mapy.

– No, stary, gratuluję, dałeś radę – powiedział kędzierzawy.

Podniosłem wzrok i zobaczyłem szyld: „Tina’s Guesthouse. Over the Tiger Leaping Gorge”.

Weszliśmy do Tina’s. Schronisko parowało ciepłem.

– Co dla panów? – zapytał pan Naxi.

– Piwo.

– Piwo.

– Pokój.

– Tylko pokój?

– Pokój, piwo, zupa.

– Dla nas też.

Siedzieliśmy przy wspólnym stole. To było dobre i piękne, wejść do schroniska razem, razem zająć stół i zamówić piwo. Nie być samotnym. Ostatnie kilkanaście kilometrów potu uczyniło z nas drużynę. Zrobiliśmy Tygrysa w siedem i pół godziny. Byliśmy panami świata. Za oknem zachodziło słońce. Słychać było ryk wód odbijający się od ściany. A tutaj ludzie grali w gry planszowe. Chińczycy i biali. Wśród nich dziewczyna tak piękna, że aż pomyślałem, że jest w niej coś znajomego. Była z mężem i synem, poznałem, bo chłopak mówił do niej „mom”, i grupą Chińczyków. Grali w coś. Żona pana gospodarza w wielkim garze na ogniu warzyła pierogi. Było dobrze. Najlepiej, jak mogło być.

Dostaliśmy pokój 305. Ale żaden z nas nie miał siły na prysznic. Na nic. Pozwalaliśmy, żeby pot kapał nam z nóg i rąk na podłogę, i żeby piwo Dali mroziło nam przełyki do samego dna.

– O rany – powiedziała nagle dziewczyna przy sąsiednim stole. – That’s not fair.

I już wiedziałem, co było w niej znajomego. Kość z kości i krew z krwi. Taki blond może się zdarzyć tylko w Polsce.

– Dobry wieczór – powiedziałem.

– O rany! – Dziewczyna zdziwiła się tymi samymi słowami. – Jesteś pierwszym Polakiem, jakiego spotkaliśmy od dziewięciu miesięcy!

Piliśmy. Oni herbatę, a ja piwo. Joanna i Dawid. Zamieszkali w jakimś mieście dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Harbinu. Pracują w szkole. W kraju mieli własną działalność. Poświęcali jej cały swój czas.

– I odkryliśmy, że nie mamy już czasu dla siebie. Więc spakowaliśmy rzeczy i teraz mamy pracę w Chinach. Pracujemy o połowę mniej niż w Polsce. Zarabiamy więcej. Nie jakoś znacząco więcej, ale tu są dużo niższe koszta życia. Nasz syn chodzi do chińskiej szkoły. W dziewięć miesięcy nauczył się pisać i czytać jak jego koledzy. Z angielskiego jest najlepszy w mieście, a to miasto ma kilka milionów ludzi.

– Czyli nie żałujecie?

– No pewnie, że nie żałujemy. Mamy czas, żeby rozwijać nasz związek. Mamy tu szczęśliwy dom.

– Prawda – powiedział Dawid. – Prawda.



Przysłowie chińskie:

Jeśli człowiek robi tylko to, czego się od niego wymaga, jest niewolnikiem.

Tego dnia rano nie było wiatru, ale samo słońce. Zjedliśmy po misce makaronu z wołowiną i jajkiem. A potem poszliśmy. Już nie szedłem z olbrzymim plecakiem, ale na lekko. Mały plecak, butelka wody, coś ciepłego do ubrania i aparat fotograficzny.

Kiedy wychodziliśmy przed świtem, dzieciaki właścicieli Tina’s, w kurtkach grubych jak niedźwiedzie futerka, bawiły się, jeżdżąc po podwórku w plastikowych samochodach na pedały.

Książka mówiła, że z Tina’s Guesthouse na dno kanionu wystarczy zejść czterdzieści pięć minut. Ale kłamała. Wąwóz Skaczącego Tygrysa był o wiele dalej.

Legenda mówi, że to jest miejsce, w którym tygrys, ścigany przez myśliwych, których wysłał pewien zamożny książę, skoczył w rzekę. Niósł w zębach swoje ostatnie tygrysiątko. I kiedy ludzie dotarli do brzegu, zobaczyli, że z wielkiego głazu pośród szaleńczego nurtu tygrys skacze dalej. Na drugi brzeg.

I choć to nie było możliwe, choć nikt sobie tego nie wyobrażał – tygrys dał radę. A wtedy ludzie, choć mogli wciąż strzelić do niego z łuków, pozwolili mu odejść.

Schodziliśmy tam godzinę, a ja wciąż myślałem, że każdy z tych kroków trzeba będzie potem przebyć pod górę. Najpierw stromym zboczem zakosami bez końca, a potem ścieżką wykutą w skale ponad rozszalałą rzeką. Czasami mijaliśmy wyryte w skałach buddyjskie sentencje, które Samuel, syn Dawida i Joanny, potrafił odczytać i przetłumaczyć na polski. Czasami przechodziliśmy pod wodospadami.

Było ciemno, mrocznie i zimno, słyszeliśmy w oddali huk wody, a jeśli podnieść głowę – wysoko, wysoko można było zobaczyć wąską szczelinę bezchmurnego nieba i blask, który kłębił się tam i przelewał, zbyt gęsty jednak, żeby wcisnąć się w szczelinę wąwozu. Tylko daleko, daleko przed sobą, gdzieś tam, gdzie rzeka przebiwszy się przez góry rozlewała się szeroko, słońce wypalało na wylot oślepiającą dziurę w mroku.

Bliżej widzieliśmy wiszący most nad czeluścią, nad samym najwęższym miejscem przełomu. Tam, gdzie tygrys przeskoczył rzekę.

Olbrzymia, szeroka przynajmniej niczym Wisła w Warszawie, tutaj wciska się z pełnym impetem pomiędzy czarne, ponad tysiącmetrowe ściany gór. Ma nie więcej niż czterdzieści metrów szerokości.

Po drodze rozmawiałem z Samuelem. W jego klasie jest dwieście pięćdziesięcioro dzieci. Na wakacje, które teraz właśnie się odbywają z okazji chińskiego Nowego Roku i trwają cały miesiąc, zabrał zeszyty i książki, bo w czasie wakacji trzeba się uczyć w domu. Postępy wakacyjne są potem kontrolowane. Musi codziennie zapisywać osiągnięcia w trzech rodzajach zadań: pomoc mamie, bieg na osiemset metrów i trzysta skoków na skakance. Na Boże Narodzenie babcia przysłała mu z Polski czekoladę i żółty ser. W Chinach nie znają takich specjałów.

Na śniadanie chodzą z tatą do knajpki na dole. Za dwa juany mają po misce pierożków dim sum.

Nasza ścieżka pięła się teraz, a potem zaczynały się zakosy. Przed nimi stała żelazna brama.

– Pięć juanów – powiedział starszy pan, który jej pilnował. – Kto chce przejść, musi zapłacić.

Miał czarny płaszcz na guziki, czapkę na bakier i brązowe ręce o długich palcach. I zdawał się nie czuć chłodu.

– Ale na górze zapłaciliśmy po piętnaście – zaoponowała Joanna.

– Zapłaciliście za dojście do mojej ziemi – wyjaśnił brązowoskóry. – Żeby iść dalej, trzeba mi zapłacić.

– Za dojście do wody? – Zdziwiliśmy się.

– Nie. – Pokręcił głową. – Za dojście do wody płaci się przy następnej bramce. U mnie płaci się za przejście przez moją ziemię.

Widać było, że nie odpuści. Kto by odpuścił, gdyby musiał schodzić godzinę po skalnej ścianie, żeby pobrać opłatę od tych kilkorga ludzi, którzy tu docierają? I ze dwie godziny z powrotem?

Mieliśmy nietęgie miny.

– Ale jak będziecie wracali, to za dwadzieścia juanów będziecie mogli przejść z powrotem wprost przez przepaść po mojej drabinie – pocieszył nas.

Miał szczerbaty uśmiech.

– A dalej co, dojdziemy do drogi?

– Dalej to już nie moja ziemia. Moja jest tylko przepaść.


Konfucjusz:

Jeśli imię nie oddaje istoty rzeczy, to znaczy, że język, którego używasz, nie jest zgodny z prawdą o wszechświecie.

 

Zapłaciliśmy po pięć juanów. A potem ominęliśmy kolejną bramkę lichą i zdradliwą ścieżką po zboczu. Niebezpiecznie, ale za darmo. I doszliśmy bardzo blisko brzegu. Stała tam drabinka. Też licha, powiązana sznurkiem. A obok niej wisiała kartka: „Fuck your 10 yuans”.

Najważniejsze rzeczy są jednak za darmo. Nawet w Chinach.

Dobrze, że ktoś pomyślał o tej ścieżce. Niech go Bóg błogosławi. Nie dlatego, że żal mi pięciu złotych, ale dlatego, że ziemia, planeta ludzi, powinna należeć do wszystkich.

W nurcie rzeki można było wypatrzyć białe i śliskie kamienie. Rzeka miała turkusowy kolor nawet w mroku wąwozu. Robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia, rozmawiając na migi, bo szaleństwo wody zagłuszało wszystko.

Czterdzieści metrów szerokości. Tysiąc dwieście metrów skalnych ścian nad głową. Skalne płyty pochyłe, śliskie, obce. To nie jest miejsce stworzone dla człowieka. Usiedliśmy i patrzyliśmy.

Było w tym siedzeniu jakieś pierwotne zadziwienie, jakbyśmy siedzieli na nabożeństwie, jakby Absolut miał się nam za chwilę objawić wśród huku wód i w milczeniu skał. Zrodziła się w tym siedzeniu jakaś ostateczna wspólnota. Może to świadomość, jak mało istotni i nieważni jesteśmy wobec ogromu wszechświata? A może dlatego, że Absolut zobaczył nas na skalnej półce i nagle staliśmy się najważniejsi w całym wszechświecie?

Są takie miejsca, przed którymi nie chroni człowieka nic oprócz milczenia. Wysoki brzeg Pacyfiku w Miraflores, cisza na Wadi Rum w sierpniu, kiedy temperatura jest zbyt wysoka, żeby powiał wiatr, zbyt wysoka nawet dla słońca, więc tylko patrzy i nawet nie oddycha. Szaleństwo dżungli w Kinabatanganie o zmierzchu. Wielka biel w bezludnych i dalekich górach. I tutaj też tak jest. Ta nieludzka kipiel rozpędzona do białości w boleśnie głębokiej ranie ziemi. Rozpędzona tak, że milczysz, bo do tych, z którymi tu dotarłeś, trzeba by krzyczeć.

A przecież ludzkie serca zamykają się na krzyk.

Żałowałem, że nie ma ze mną nikogo, z kim mógłbym podzielić się hukiem rzeki.

Nikogo bliskiego na tyle, żebym nie wstydził się milczeć. Kogoś, komu można by powiedzieć o tym, co czuję, przez sam dotyk, przez ciężar ręki na plecach. Głowy na ramieniu.

Joasia i Dawid mogli tak siedzieć i cieszyłem się, że mogą i że tu z nimi jestem, bo dzięki temu nie byłem całkiem sam.

Siedzieliśmy tak pół godziny, oni, ja, Włosi i dwaj goście z Korei. Jeszcze pięć minut. A potem nadszedł czas powrotu, bo mieliśmy trzy godziny do autobusu. Wędrówka w górę po urwiskach skalnej ściany miała trwać nie krócej niż dwie godziny. Co to jest dwie godziny bez plecaka w porównaniu z tą męką z wczoraj? Weszliśmy po drabinie za dwadzieścia juanów, a potem ścieżką, zakosami.

Droga w górę ciągnęła się bez końca. Dwie godziny podchodzenia. Potem byliśmy na asfalcie.

– Tak w ogóle, mam na imię Simone – powiedział wtedy kędzierzawy Włoch.

– A ja Michele – dodał ten niższy.

I tak poznałem imiona Włochów, z którymi przeszedłem Wąwóz Skaczącego Tygrysa.

Jeśli znasz czyjeś imię, możesz go zatrzymać na chwilę w pamięci. Żeby zatrzymać kogoś na zawsze, musisz znać jego serce.

Szliśmy asfaltem do Tina’s, a Joanna opowiadała mi o ludziach Han. Że wciąż mogą mieć ograniczoną liczbę dzieci. Że nie wolno im kupować ziemi, a mieszkania mają w użytkowaniu na siedemdziesiąt lat. Ale dostają paszporty i mogą już pojechać, dokąd zechcą. A cudzoziemcom z prawem stałego pobytu nie wolno mieć samochodów. Po pięciu latach mieszkania w Chinach można rozpocząć starania o prawo jazdy. Kiedy masz już chińskie prawo jazdy, możesz kupić samochód. Porządny sedan, porównywalny z europejskimi, kosztuje trzydzieści tysięcy juanów, czyli piętnaście, szesnaście tysięcy złotych. Gdyby nie unijne cła, chińskie samochody, które już dawno przestały być prymitywnymi podróbkami obcych marek, zalałyby Europę w ciągu jednego roku.

W Tina’s czekało na nas piwo Dali i ciepła micha jedzenia. Potem nadeszła godzina wpół do czwartej i nadjechały autobusy. Joanna, Sam i Dawid oraz moi Włosi jechali do Shangri-La. Ja wsiadłem do autobusu do Lijiangu i znowu zostałem sam.

Sto razy bardziej sam niż wtedy, kiedy tu przyjechałem. Znałem ich imiona, ale oni nie mogli mnie już przecież usłyszeć.


Konfucjusz:

Gdyby nie upór, żeby komplikować łatwe sprawy, życie byłoby proste i piękne.

W autobusie do Lijiangu zadbałem o to, żeby usiąść po właściwej stronie, to znaczy po lewej. Sprawdziłem na mapie, że dzięki temu przez całą drogę będę mógł obserwować kilkusetmetrowe urwisko ponad rzeką. Cały Wąwóz Skaczącego Tygrysa. Wszystkie serpentyny i obrywy.

Kiedy podjeżdżaliśmy do krawędzi drogi, widziałem świetlistą, napiętą strunę wody rozpędzoną w szaleńczej gonitwie, zapamiętałej i ostatecznej. Jakby od tej melodii zależało przetrwanie wszechświata.

Mogłem tak patrzeć bez końca. Ale nie patrzyłem, bo usiadła obok mnie najpiękniejsza dziewczyna w całym autobusie. W ogóle najpiękniejsza Chinka spośród wszystkich, jakie widziałem dotąd z bliska. Nie patrzyłem więc w otchłań ani nie spałem, tylko zerkałem na nią co i raz.

Smarkała. Katar u pięknych kobiet wzbudza we mnie potrzebę współczucia, ale nie posunąłem się ani odrobinę dalej.

Lijiang powitał mnie jak starego znajomego. O wiele łatwiej jest, jeśli nie boisz się labiryntu dróg i potrafisz dojść do miejsca, którego szukasz. Chociaż nie ma przecież pewności, że skoro raz się udało, to uda się ponownie…

W każdym razie zamieszkałem znowu u Mamy Naxi. Dobrze mieszkać w domu, który znasz. Nawet jeśli nie jest i nigdy nie będzie twój.

Poleżałem chwilę na łóżku, a potem poszedłem zobaczyć jeszcze raz Stare Miasto. Autorzy książek o Chinach twierdzą, że jest najciekawsze w całym Junnanie. Junnan jest pewnie wielkości mojego kraju. Kiedy wspiąć się na wzgórze, to spod buddyjskiej pagody widać ośnieżone szczyty na granicy z Tybetem.

Szedłem długo, bo lubiłem wąskie, krzywe ulice, maleńkie mostki przerzucone przez wąziutkie strumienie, odłupane kawałki tynku, spod których wyglądały gliniane cegły na dowód tego, że miasto naprawdę jest stare. Lubiłem, że uliczki kończyły się znienacka nadbrzeżem rzeki, nad którym po obu stronach zwieszały się smętnie ku wodzie stare, pokrzywione korpusy ścian. Lubiłem drzewa w Lijiangu, całe obrośnięte wstążkami czerwonymi jak szminka, a na tej czerwieni złote litery życzeń powiewające na wietrze od Himalajów. I garbatą wypukłość kamiennych mostków, i okiennice na wysokości kolan, i lampiony, i wspaniałe, łamane dachy pałacu Mu.

Wreszcie wspiąłem się na górę, do stóp wieży, z której widać Himalaje.

– Ale już zamykamy. – Pani w kasie pokazała mi na migi i na nic się zdały prośby i zaklęcia. Ludzie wciąż stali na wieży. Spóźniłem się kilka minut. Gdyby chciała, mógłbym stamtąd zobaczyć zachód słońca.

Poszedłem w dół. Po lewej ręce stały kramy z pamiątkami, elektronicznymi gadżetami, które pewnie dotrą do Europy w połowie tego roku. A po prawej nocne bary z muzyką na żywo i tarasami widokowymi. W pierwszym piwo było po czterdzieści juanów, w drugim po trzydzieści pięć. W trzecim zgodzili się na trzydzieści.

Dostałem stolik z widokiem na dwie dziewczyny z wielkiego miasta na wakacjach, estradę, na której pan śpiewał tęsknym głosem, akompaniując sobie przy tym na gitarze, no i przede wszystkim na zachód słońca. Zachodziło za wałem gór, za którym była już Birma.

Pociągnąłem łyk piwa. Popatrzyłem na dziewczyny.

Uśmiechnęły się.

Dobrze, że już nigdzie nie musiałem się dzisiaj spieszyć.

To był dobry dzień. Przyjemnie być w obcym świecie w miejscu, które znasz. Wtedy bez wstydu i zażenowania możesz siedzieć, wyciągając przed siebie nogi w plamie słońca, i patrzeć bezczelnie w oczy wszystkim dziewczynom, które chcą sprawdzić, czy naprawdę masz niebieskie oczy.

Byłem teraz samotnym wędrowcem. Wiedziałem, gdzie zasnę i dokąd pójdę, żeby zjeść coś porządnego i nie zachorować. Wybrałem zupę z mięsem kozy i osiemnastoma dodatkami. Pan przyniósł wielką miskę rosołu i całą resztę na kilku tacach. Nie miałem pojęcia, co zrobić, ale pocieszył mnie łamaną angielszczyzną i powiedział, żebym wbił jajko do wielkiej miski rosołu, a potem wrzucił tam wszystko i wymieszał.

Nie wyjaśnił, do czego służy mała miska. Ale co tam.

Jadłem z gromadą dzieci, pewnie była to cała klasa. Co najmniej sześćdziesięcioro maluchów. Każde w kamizelce odblaskowej z napisem „Blomkvist detektiv”.

Strasznie krzyczały. Siedziałem do nich tyłem i nagle zrozumiałem, że w ten sposób mnóstwo tracę.

Przesiadłem się i zobaczyłem, że wszyscy w restauracji jedzą z tych małych miseczek, do których po prostu dolewają zupę z wielkiej michy.

Ja jadłem właśnie z tej z wielkiej. Z małej piłem herbatę.

Dzieci postanowiły zrobić sobie ze mną zdjęcia. Nie było sensu protestować. Zauważyłem, że kiedy pozują, wykonują prawą ręką znak victorii i przypomniało mi się, kiedy sam byłem dzieckiem i w czarno-białym telewizorze Lazuryt 106 widziałem, jak ten znak wykonał Lech Wałęsa. Mama wtedy płakała. Ciekawe, czy te dzieci wiedzą, co znaczą dwa palce w górze. Czy słyszały o placu Tiananmen?

Pewnie nie.

Może to lepiej?

Może z ojczyzną jest jak z tymi, których kochasz: lepiej nie znać całej prawdy?



Porada na drogę, którą dostałem od Mamy Naxi:

Jeśli nie wiesz, którędy pójść, idź wzdłuż rzeki.

Obudziłem się o świcie. Na dziedzińcu zabytkowego domu w Lijiangu rodzina Naxi krzątała się przy śniadaniu. Zanim pobudzą się podróżnicy i turyści, rodzina zje słodkie bułeczki i zamiecie podwórze. Potem każdy zajmie się tym co trzeba. Wiele spraw trzeba ogarnąć, jeśli prowadzisz hotel w zabytkowym mieście, najpiękniejszym w całej prowincji. I jeśli to jedno z dwóch miejsc, w którym można porozumieć się po angielsku.

– Dzień dobry. – Ukłoniłem się wszystkim. I tym, którzy rozumieli, co mówię, i tym, którzy nie znali angielskiego. Najpierw starszym, potem tym w moim wieku, a potem także dzieciom.

Nie musisz znać języka, żeby zrozumieć ukłon.

– Check out? – zapytała Mama Naxi. – Tak krótko zostajesz?

– Tak – powiedziałem. – Nie wiem, dokąd iść, ale wiem, że już pora.

– Jeśli nie wiesz, którędy pójść, idź wzdłuż rzeki. – Uśmiechnęła się. – Rzeka ma to do siebie, że zawsze płynie w dobrą stronę.

Poszła ze mną do biura. To maleńki kantorek pełen map, rysunków i płóciennych wytworów, które mógłbym kupić na pamiątkę, gdybym miał dokąd je zabrać.

Albo dość sił, żeby je nieść.

Oddała mi sto juanów. Depozyt za klucz. A ja oddałem jej klucz. Nie mieliśmy się spotkać już nigdy w życiu. Takie chwile są bardzo ważne. Zwłaszcza jeśli masz ich świadomość. Zostawiłbym jej po sobie coś, żeby pamiętała, ale miałem tylko uśmiech.

– Poczekaj – powiedziała i wróciła do domu.

A kiedy wyszła, niosła w serwetce dwie słodkie bułeczki.

– Idź wzdłuż rzeki – przypomniała.

To była dobra rada. Lijiang to prawdziwy labirynt. Rzeka tworzy tu wiele odnóg. Ale wszystkie zbierają się u młyna, gdzie kończy się Stare Miasto i zaczyna nowy świat.

Szkoda było opuszczać Lijiang. Dobrze jest być w miejscu, które oswoiłeś. Nawet jeśli narzekasz na to, co masz, niełatwo opuszczasz znane. Choć niekiedy czujesz się w nim nieszczęśliwy, nie wychodzisz. Nie zmieniasz. Trzymasz się pazurami, bo to jest twoje.

A co dopiero, kiedy to dobry świat? Taki, który pozwala nam rozumieć? Mamy swoje łóżko, które lubimy, i potrafimy odnaleźć drogę. Jeszcze kilka dni i pani w sklepie z kaczymi głowami zacznie mnie rozpoznawać i poznam jej imię…

Szedłem tak sobie, a pracownicy restauracji myli w rzece wczorajsze talerze.

Jadłem bułeczkę od Mamy Naxi i byłem jakby mniej sam na świecie.

 

Martwiła mnie tylko konieczność stania w kolejkach do kas. Wciąż nie umiałem zarezerwować biletu. Kto tego nie potrafi, wstaje wcześnie z nadzieją, że wyjedzie przed nocą.

Ale najpierw musiałem odnaleźć bank.

Nie można kupić biletu bez pieniędzy.

Bankomat nie wchodził w grę. Nie wszystkie chińskie bankomaty przyjmują europejskie karty kredytowe i może się zdarzyć, że nie zechce oddać karty. Pewnie wszystko jest opisane w informacjach, które są po chińsku.

Najpierw trzeba więc odszukać bank. Dobrze, że banki pracują od świtu. Zupełnie jak restauracje.

Doszedłem do młyna i skręciłem w prawo. Szyld „Bank of China” był pierwszym, jakiego nauczyłem się na pamięć. W środku trzeba rozejrzeć się za ochroniarzem i pokazać mu dolary w nadziei, że zrozumie, iż chodzi o wymianę waluty. Inaczej nie ma szans na to, żeby w automacie wydającym numerki wybrać właściwą usługę.

Potem siada się w kolejce i patrzy na życie bankowe.

Czasami przechodzą policjanci z karabinami w rękach, a za nimi dziewczyny taszczące pękate worki pieniędzy.

Potem kiedy przychodzi twoja kolej, cała kolejka daje okrzykami znaki, że to już. I pokazuje właściwe okienko.

Przed okienkiem stoi automat do oceny pracy kasjerki. Moja miała dwie gwiazdki na pięć, więc, choć nie rozumiałem ani słowa z tego, co do mnie mówiła, dałem jej pięć punktów, a ona dała mi uśmiech bez reszty. Kiedy wyszedłem z banku, zobaczyłem czyste niebo i wysoką Śnieżną Górę na horyzoncie. I wiedziałem, że będę tęsknił. Dobrze jest znaleźć miejsca, za którymi można tęsknić bez odrobiny bólu i zawodu.

Lijiang nie zdradza. Nie zawodzi.