Chiny bez wzajemności

Tekst
Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konfucjusz:

O górę człowiek się nawet nie potknie, a o kretowisko przewróci.

Dopiero kiedy wyszedłem na sam wierzchołek, okazało się, że to nie koniec. Plan był taki, że po trzydziestu zakrętach zbiegnę na sam dół i zobaczę najpiękniejszy wąwóz świata. Zamiast tego na zakręcie nad urwiskiem zobaczyłem słupek, na którym ktoś przybił tabliczkę z napisem „Tiger Leaping Gorge. 30 bounds: 5 km”. Była tam także strzałka, żebym miał pewność, że do Urwiska Trzydziestu Zakrętów miałem jeszcze kawał drogi. A zużyłem już ponad połowę sił i wypiłem niemal całą wodę, którą wziąłem ze sobą. I choć to była dopiero połowa życia, starłem na proch już calutkie serce.

Miałem sadzić drzewa w domu na skale, a zamiast tego stałem tutaj, na górze, która miała być ostatnią, a była, kurwa, dopiero pierwszą.

Poszedłem bez wiary grzbietem pośród ryżowych tarasów. Kiedy patrzyłem w dół, hen daleko, widziałem miejsce, w którym łączą się rzeki. Wody jednej były jak kryształ, bo płynęła po skale. A druga niosła ze sobą pył i ziemię, bo płynęła pośród pól. Pierwsza niosła smutek, a druga życie. W miejscu, w którym postanowiły być razem, jedna gubiła błękit, a druga pewność siebie.

W kępie drzew siedziało kilku miejscowych mężczyzn i stara kobieta. Oni mieli tytoń i opowieści, których nie rozumiałem, a ona kosz wody w plastikowych butelkach. Kobiety zawsze wiedzą, czego pragniesz. Ale nie zawsze stać cię, żeby za to zapłacić.

Tym razem było mnie stać.

Piłem i wdychałem dym z chińskich historii, których nie rozumiałem.

Byłem głodny w ten podły sposób, w jaki można być głodnym tylko w górach. Hen na horyzoncie, widziałem miasteczko, z którego ruszyłem dwie godziny temu. Znajdowały się tam sklepy i jadłodajnie czynne od godzin przedświtu, ale nie wszedłem do nich w przeświadczeniu, że lepiej iść z żołądkiem, który nie jest pełen ponad miarę. Widziałem wioski w dolinie rzeki, na przeciwległym brzegu. Dymy unosiły się nad domami, było więc oczywiste, że piją herbatę albo kawę i jedzą poranną zupę. Albo pierożki momo. Tak. Na pewno jedzą pierożki.

Miałem przy sobie tylko gumę do żucia.

Zjadłem od razu całą paczkę.

Głód może popchnąć człowieka do bohaterskich czynów.

Zupełnie jak miłość.

Tymczasem marzyłem o czymkolwiek. O jabłku, marsie, o kaczej głowie. W Lijiangu, w budce, którą mijałem za każdym razem, kiedy szedłem do Mama Naxi, pieczone kacze głowy były po cztery juany. Dwa złote. Prawdziwy przysmak. Wyjątkowy. Chińczycy wysoko cenią kaczy język. A mięso z policzków nie ma sobie równych. Skórka na czaszce jest delikatna i chrupiąca.

Wiatr zakołysał pragnieniami, więc zarzuciłem wór na plecy i poszedłem w górę, w kierunku kolejnej przełęczy. Zbocza gór ponad Wąwozem Skaczącego Tygrysa mają bowiem to do siebie, że każde kolejne jest wyższe od tego, które uważałeś za największą przeszkodę.

Wdrapałem się tam lżejszy o pół litra potu i zobaczyłem ryżowe tarasy.

W całym wszechświecie byłem tylko ja i kacza głowa, której nie miałem ani w plecaku, ani na widelcu.

A niżej, pod tarasami, widziałem wioskę w dolinie. Z wysoka wydawało się, że leży nad samą rzeką. Jeszcze dalej, po drugiej stronie wsi, wznosiła się góra wyższa od tej, na której stałem. A więc myliłem się. Nie byłem jeszcze na Drodze Trzydziestu czy też może Dwudziestu Ośmiu Zakrętów. Miałem zejść na samo dno i zacząć od nowa.

Tyle że kiedy zaczynałem za pierwszym razem, nie wiedziałem, ile bólu trzeba przy tym pokonać.

A teraz nie miałem już złudzeń.

I nie miałem już dość siły ani wiary.

Bo ile razy można zaczynać od początku? Od początku kochać i walczyć? Budować i szanować? Ile razy można uwierzyć bez granic? Do upadłego?

– Kurwa jego mać. – Rzuciłem plecak i usiadłem na wszystkim, co miałem: dwóch książkach, paru ubraniach i starym aparacie do zdjęć, których nie było komu pokazać. Nie posiadałem nic wartościowego i nie miałem już dość sił, żeby to unieść jeszcze raz.

Wiatr wiał. Śnieżna Góra Jadeitowego Smoka patrzyła na mnie bez cienia zainteresowania.

Przegrani nie obchodzą gór ani trochę.


Konfucjusz:

Nie kodeksy i nie przepisy rządzą światem, lecz symbole i znaki.

Przed palącym słońcem z bezchmurnego nieba nie było ucieczki. Góry wznosiły się nade mną zębatą ścianą, niedostępne i obce. Jakby ktoś namalował je albo porozklejał na tym błękicie po drugiej stronie rzeki. Nie widziałem jej teraz, ale to, że czegoś nie widać, nie oznacza przecież, że nie istnieje. Tylko że nie umiemy patrzeć dość mocno.

Z rzeką jest jak z duchami.

Albo z przyszłością.

Albo z tamtym światem.

Albo z wiernością.

Z każdą chwilą było we mnie więcej pewności, że powinienem zawrócić. Przestać się pocić i wygłupiać. Nie ma sensu tarmosić się z życiem. Trzeba posiedzieć w jakiejś knajpie, w cieniu, powdychać tytoniu i nasączyć się Tsingtao. Nie ma sensu iść wciąż pod górę, skoro można popłynąć z prądem. Całe życie myślałem, że wierność jest najważniejsza. Wierność prawdzie, zasadom, sobie. Ale to bzdura, bo przecież nie ci wygrywają, którzy mają zasady, ale ci, którzy nie mają skrupułów.

Zawróciłem. I jeszcze zanim doszedłem do kolejnego zakosu w dół, rozgrzeszyłem samego siebie z zaniechania. Rosło tam kilka drzew, a nad nimi wiatr rozwiewał chmurę. Jedną, jedyną chmurę. Wydało mi się to dziwne. Przyjrzałem się jej i mógłbym przysiąc, że przypominała chińską literę.

Bez wątpienia to była chińska litera. Nie miałem zielonego pojęcia, co może oznaczać, ale w sercu nagle wybuchła mi jak granat pewność, że ten znak oznacza „górę”.

W dodatku, ponieważ byłem przecież całkiem sam w tych górach, znak musiał być dla mnie. A skoro Pan Bóg zadał sobie trud, żeby zostawić mi znak, to będę musiał jednak iść dalej.

Nie wolno lekceważyć znaków.

Kiedyś, kiedy już wrócę do domu i odnajdę ten znak, okaże się, że nie oznaczał on wcale góry, ale pazur.

Wróciłem więc na moją drogę i po kwadransie stanąłem na wierzchołku trzeciej góry. Ścieżka wiodła w doliny. Ale wiedziałem, że stamtąd będę musiał znowu wciągnąć i siebie, i cały majdan na kolejną górę.

Pękało mi serce. Traciłem każdy metr terenu, który z takim trudem pokonałem od początku drogi. Każdy krok, każda kropla potu, każda z blizn, jakie wryły mi się w serce, była na darmo.

Nie, no nie całkiem na darmo.

Nauczyłem się przecież, że choćbyś nie wiem jak bardzo się starał, choćbyś nie wiem ile tysięcy kilometrów przebiegł, żeby być w formie, choćbyś miał wodę, batony energetyczne, bieliznę termoaktywną i najlepszą z map i choćbyś nie wiem jak był cwany i przekonany o tym, że skoro wszedłeś w dżinsach na Kazbek i w pożyczonych koflachach na sześciotysięcznik, to Wąwozu Skaczącego Tygrysa nie oszukasz.

Przychodzi taki moment, że tracisz każdy metr i musisz się wspinać od nowa.

Ten sam ból. Tylko dekoracje się zmieniają.

Godzinę zabrało, zanim wszedłem na przeciwległe zbocze i wieś ludu Naxi, która miała być końcem całości, a okazała się zaledwie końcem pierwszego etapu, została hen za plecami.

Na skraju lasu stał dom. Przed domem kobieta Naxi wyłożyła mapę i towary. Z mapy wynikało, że miałem za sobą dopiero dziesiątą część drogi. Że najtrudniejszy fragment – Droga Dwudziestu Ośmiu Zakrętów, najstraszliwsze z podejść, okrutne tak, że ból mroczy mózg, że otwierają się rany w złamanych sercach, a pot wyżera solą oczy – dopiero tutaj ma swój początek.

A potem obejrzałem towary.

Woda, ciastka, batony, parasole, marihuana, zapałki, fajki, czekolada, marihuana, jakieś suszone owoce.

– Widzę, że potrzebujesz ukojenia – powiedziała pani Naxi piękną angielszczyzną.

– O tak… nie umiem zapomnieć fałszywej przyjaźni.

– I babskiej głupoty? – Uśmiechnęła się i poznałem, że jest wiedźmą.

– I babskiej głupoty – potwierdziłem.

– Nie warto nieść w plecaku tego, co niepotrzebne. – Znów się uśmiechnęła. – Warto zapomnieć.

I podała mi cenę.


Sun ZI:

Zwycięża ten, kto się przygotował i czeka na nieprzygotowanego wroga.

Droga Dwudziestu Ośmiu Zakrętów, ta, o której książki mówią, że potrafi zabić niewprawionego wędrowca, wyssać z niego nie tylko chęć do wędrówki, ale w ogóle do życia, że jest monotonna i okrutna, może zachwiać najtęższym umysłem i najbardziej mężnym duchem. Choćbyś nie wiem jak długo szedł, to wciąż będzie przed tobą więcej kroków w górę niż tych, które już postawiłeś. Że niesiony przez ciebie bagaż będzie z każdym metrem wydawał się cięższy i cięższy.

Zatrzymałem się po raz pierwszy dopiero na piętnastym zakręcie i tylko po to, żeby mieć pewność, że mam za sobą połowę drogi.

To nie była prawda.

Górne zakosy są dłuższe i bardziej strome.

Ale był też wiatr wiejący w oczy.

Na wierzchołku stała wiata, w której mogłem zrzucić plecak i poleżeć w pyle drogi kwadrans. Albo i dłużej. W wiacie stał stół. A na nim brązowa butelka po piwie. Zamiast piwa w środku tkwiły dwie osy.

 

Z wiaty wąska ścieżka prowadziła na skraj urwiska. Stała tam żerdź, na której powiewało kilka buddyjskich chorągiewek. Modlitwy nad kanionem u stóp dwóch świętych, śnieżnych gór.

Spojrzałem w dół. Wąwóz Skaczącego Tygrysa wyglądał stąd jak ślad zostawiany przez ślimaki na liściach łopianu na łące, na której całowałem się z dziewczyną pierwszy raz.

Obejrzałem mapkę sfotografowaną w sklepiku z marihuaną, czekoladą, batonami i bananami, żałując trochę, że nie kupiłem jednak batonów.

Odchudzać się to jedno, a cierpieć na brak węglowodanów w górach wyświechtanych słońcem i wiatrem to zupełnie inna sprawa.

Chociaż tak naprawdę marzyłem o butelce piwa. Nie, nie kupiłem piwa. W słońcu i przy takim wysiłku mogłoby mnie to zbyt dużo kosztować.

Przyjrzałem się mapie. Teraz, kiedy osiągnąłem najwyższy punkt trasy, poczułem się pewny siebie.

– Hej, widać coś? – Zza ostatniego zakrętu wyłonili się dwaj Włosi. Znałem ich, bo przyjechaliśmy tu tym samym autobusem.

Wyprzedzili mnie na pierwszym podejściu. Próbowałem gonić, ale nie miałem szans. Byli młodsi, przystojniejsi, byli Włochami. Żadna dziewczyna nie dałaby mi szans, gdyby jej przyszło wybierać. Więc odpuściłem. Tłumaczyłem sobie, że niosę zbyt ciężki plecak. Oni mieli tylko maleńkie plecaki i aparaty w telefonach.

Ale potem, jakimś cudem, minąłem ich na podejściu. Musieli siedzieć w cieniu, bo przegapiłem ten moment.

– Widać – powiedziałem. – Jeśli użyć teleobiektywu, widać nawet pierwszy przełom wąwozu. Jest tam punkt widokowy, do którego można dojechać autobusem. Z półtora tysiąca metrów pod nami.

Wychylili się.

– Aha… – powiedzieli.

Widać nawet wzrok mieli lepszy niż ja.

– Dokąd idziesz? – zapytał ten z kręconymi włosami.

– Dokąd dam radę. A wy?

– My do Tina’s.

– To strasznie daleko, trasa na dwa dni – zauważyłem.

– A co, nie dasz rady? Przecież jesteśmy już w najwyższym punkcie.

– No co wy, kurwa, ja nie dam?

Zebrałem graty do plecaka i byłem gotowy. Przez myśl mi przeszło, że pewność siebie zgubiła już niejednego cwaniaka. Po przeciwnej stronie przełęczy ścieżka opadała łagodnym zakosem pośród korzeni prastarych sosen. Włosi ruszyli szybko. Bardzo szybko. Zbyt szybko.

Zrozumiałem, że w takim tempie nie dam rady dotrzymać im kroku.

Ale pomyślałem, że skoro ze startu ruszyli szybciej niż ja, a na górze byłem pierwszy, to musieli się zgubić.

Teraz szli jak burza uradowani tym, że w dół. I że nie muszą nieść plecaków.

W życiu jest podobnie. Ci, którzy potrafią nie oglądać się na przeszłość, idą szybciej. Nic nie rani ich zbyt głęboko. Zadają więcej pytań, bo nie zaprzątają sobie głowy odpowiedziami. Mogą każdego dnia zakochać się od nowa.

Niektóre z drzew, w których cieniu szliśmy, miały gałęzie powykręcane od reumatyzmu. Inne zaś rosły bezboleśnie. Na tej samej górze i na tej samej glebie.

Widać pośród drzew sprawiedliwość jest taka sama jak pośród ludzi.

W dole widziałem rzekę.

Niepojęte, że taka wątła struga wody mogła rozszczepić na pół tak potężne góry – pomyślałem i postanowiłem nie odpuścić. Przyszło mi do głowy, że wyrzucę z plecaka to, co zbędne, ale miałem być w Chinach jeszcze przez kilka tygodni, więc to nie był najlepszy pomysł. A potem pomyślałem, że jestem z narodu, który zdobył Moskwę i Berlin. I Monte Cassino, choć pewnie ci dwaj nie mają o tym pojęcia.



Konfucjusz:

Nazwać rzecz po imieniu. Oto początek mądrości.

– Wiecie co, nie mam siły – powiedziałem.

– Więc usiądźmy na chwilę – wystękał ten wysoki i zrozumiałem, że on też jest u kresu wytrzymałości.

Droga w dół bowiem nie była wcale drogą w dół. Miała swoje dobre momenty – szerokie trawiaste trakty w cieniu prastarych sosen, na których stopy mogły odpocząć od skały, a głowa od nadmiaru słońca.

Miała też momenty gorsze – skaliste ścieżki wyrąbane w stromych zboczach przez pasterzy kóz i koni, gdzie słońce było w stanie wypalić człowiekowi dziurę w głowie od samego patrzenia, a stopy wykręcały się i kaleczyły o skały.

Poza tym była to piękna droga.

Gdybym potrafił odgarnąć pot z oczu i patrzeć na nią bez bólu.

– Naprawdę idziemy do Tina’s? – zapytałem, kiedy wyprzedził mnie ten niższy z Włochów.

– Jeszcze kilometr, dwa i powinniśmy być w Half Way. – Ucieszył się.

– Half Way? Co to znaczy?

– To schronisko w połowie drogi. Zazwyczaj ludzie zostają tutaj na noc.

– My też?

– Ty może tak, ale my nie – odpowiedział. – My idziemy przecież do Tina’s.

Spojrzałem w dół.

Pod nami wiła się nieprawdopodobna serpentyna szosy. Busy pełzły tamtędy pracowicie jak pszczoły. Po szesnastu dniach takiego życia pszczoły umierają. Z przepracowania.

– Odetchnęliśmy? – zapytał ten wyższy. – To idziemy.

– Nie mam siły – powiedziałem.

– Nie pierdziel. – Otrzepał szorty i więcej nie słuchał.

Widziałem ich plecy. Najpierw pięć metrów przed sobą, potem dziesięć, potem dwadzieścia pięć. I znowu zostałem sam. Góry rosły przede mną niczym skrzydła husarii, o których Turcy myśleli, że są skrzydłami aniołów.

Strach przed samotnością zabija skuteczniej niż jad skorpiona. Niż podatki. Nawet niż czas.

Dwadzieścia kilo w plecaku miażdżyło mi kręgosłup, a ze złamanego serca nie zostało już nic. Tylko wióry i proch.

A, niech idą – pomyślałem. Niech się napinają. Na koniec dnia okaże się, że pycha jest największym grzechem. Złudzenie, że możesz mieć wszystko. Władzę, pieniądze, kobiety i decyzje, komu zwiększyć podatki, a komu podarować premię.

Nieprawda, że możesz mieć wszystko.

Bóg, kiedy mógł mieć wszystko, wybrał czterdzieści dni postu.

Burczało mi w brzuchu z głodu. Pył drogi oblepił mnie tak, że stałem się kompletnie szary. Jak ten pył.

A potem wyszedłem zza zakrętu i zobaczyłem ciężarówkę. Była brzydka. Ale zasługiwała na szacunek, skoro dojechała aż tutaj.

Towarzysze zniknęli mi z oczu, ale to nie bolało. Widać nie miałem dość ambicji, żeby biec. A może sił, żeby nie uginać się pod plecakiem. Ważył już ze dwadzieścia dwa kilo. Może nawet ze dwadzieścia trzy. Do tego trzeba dołożyć brzemię myśli, które są przecież stokroć gorsze od najcięższego plecaka. A myśli nie można tak łatwo rzucić w pył drogi.

A może chciałem usłyszeć Boga?

Mój przyjaciel, pastor Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan Paweł Rabinek, powiedział mi kiedyś, że Bóg lubi perkusję i przesterowane gitary, tak jest w ostatnim psalmie, ale wtedy słucha. Mówi w ciszy, bo jest w łagodnym powiewie.

Może dlatego tak rzadko do mnie mówi? Wciąż słucham radia, muzyki, odgłosów gier z komputera, filmowych dialogów, politycznych debat, szelestu pieniędzy, jeśli je mam, i burczenia w brzuchu, jeśli czuję głód. Nigdy nie mam dość czasu i zdecydowania, żeby stanąć w ciszy.

Może dlatego do mnie nie mówi?

Rosło tam, na krawędzi urwiska, samotne drzewo. Zielone i okrągłe. Rosło w niebezpiecznym miejscu, bo nie jest dobrze stać tysiąc metrów nad lustrem rzeki w Wąwozie Skaczącego Tygrysa.

Ale jeśli już tam jesteś, masz całe słońce dnia tylko dla siebie.

Może dlatego było takie dumne.

A potem doszedłem do wsi.

Kompletnie opustoszałej, jakby wszyscy ludzie Naxi wyprowadzili się do lepszego świata.

Z ostatniego domu wyszedł na drogę chłopiec.

Patrzyliśmy na siebie. On na czarno. Ja na niebiesko.

Nie miałem nic, co mógłbym mu dać. Tylko ostatniego starego marsa.

– Chcesz baton?

Pokręcił głową, że nie, i podarował mi uśmiech całkiem za darmo.



NietZsche:

Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy w ciebie.

Ciekawe, czy Bóg zna się na samotności. Pewnie tak. Jeśli masz wokół siebie tylko pustkę i bezkres czasu na myślenie, musisz w końcu znaleźć ujście dla swoich emocji. W końcu taka jest natura wieczności. Z samotności ludzie robią najdziwniejsze rzeczy. Wchodzą na Everest, wymyślają biznesy warte miliony dolarów, płyną dookoła świata, biegną maratony po czterech pustyniach na różnych kontynentach, piszą i czytają książki.

Samotność jest najbardziej twórczym z naszych lęków. Może więc z samotności całe to stworzenie?

Doszedłem do miejsca, w którym Wąwóz Skaczącego Tygrysa rozdziera samotna skała. Intruzja jakiegoś twardego minerału, twardszego niż pozostałe. Może to miejsce, w którym kiedyś pękło serce ziemi, lawa wylała się z rany czerwoną skorupą i zostawiła bliznę grubą na kilkadziesiąt metrów?

Takie blizny na sercu nie goją się nigdy.

Ani się spostrzegłem, jak na skalnej półce, o krok od kilkusetmetrowej przepaści, dogoniłem Włochów.

Albo to oni słabli, albo ja przekroczyłem już ten punkt, za którym wszystko, co boli, przestaje mieć znaczenie.

Z samotną podróżą jest ten kłopot, że nie wiadomo, jak wrócić. Kiedy jesteś dzieckiem, mama wychodzi po ciebie na dworzec. Kiedy dorastasz, nikt nie musi po ciebie przychodzić, bo przecież wracasz z tymi, z którymi jesteś w podróży.

Kiedy masz złamane serce, przychodzi smutek i lęk.

I pewnego dnia uczysz się, że nie ma dokąd wracać.

A potem, jeśli zdarzy się, że ktoś obieca po ciebie przyjechać, to nie masz już tej pewności. Ból zapamiętuje się głębiej niż radość.

– Half Way. – Wyrwało mnie z zamyślenia. – Sit down.

Usiadłem na kamieniu. Nie miałem siły gadać.

– Water. – Kudłaty podał mi butelkę. Woda miała smak pocałunku.

– Half Way? – wydyszałem. – Dopiero?

– Nie, jesteśmy odrobinę dalej – uspokoił mnie ten niższy. – Half Way to nazwa tego miejsca.

Wskazał palcem.

Nieco pod nami stał dom z wielkim szyldem. Angielski napis. „Połowa drogi”.

– Zostajemy tu?

– My idziemy dalej – powiedział kudłaty. – Zostało z osiem, dziewięć kilometrów. Może dwanaście. Damy radę. A ty? Zostajesz?

Zajrzałem do swego serca. Nie było tam nic prócz lęku, że nie dam rady.

– Idę. Jasne, że idę. Tylko jeszcze łyk wody.



Przysłowie chińskie:

Jeden dzień jako tygrys wart jest tysiąca jako owca.

Ruszyliśmy. Oni nieśli swoje małe plecaczki, a ja targałem swój wielki i ciężki. Dwadzieścia osiem kilo jak nic.

Kiedy ścieżka była wąska, szliśmy gęsiego i próbowałem dotrzymać im kroku. A kiedy była szeroka, oni szli obok siebie i rozmawiali po włosku, a ja wlokłem się z tyłu i rozmawiałem ze sobą.

Czy gdybym wiedział, co się stanie, żyłbym inaczej?

Czy kochałbym mniej ostatecznie i mniej naiwnie?

Czy oddałbym dom przyjaciołom, co do których miałem pewność, że uczyniliby tak samo?

Czy powierzyłbym skarb tym, których mierzyłem własną miarą? Wedle własnych zasad prostych i pewnych?

– Hej! – Włosi stanęli w pół kroku. – Widzisz to?

Kudłaty wyciągał rękę w górę.

Spojrzałem.

Wysoko nad nami rosło pośród skał drzewo.

A na drzewie siedziało zwierzę, którego nie umieliśmy rozpoznać. Futrzak. Wielki i dziki. W takiej pozycji na drzewie mógł siedzieć tylko kot.

Ale koty nie są takie olbrzymie.

 

– Kurwa, co to jest?! – Niski podniósł głos. – To jakiś mutant.

Mieliśmy dwa wyjścia. Iść dalej albo zrzucić wory i wspiąć się na górę, żeby sprawdzić, z czym mamy do czynienia.

Zwierzę tkwiło całkiem nieruchomo.

Weszliśmy więc.

To była kozia skóra. Krew płynęła jej po kopytach. Pasterz musiał oprawić ją dopiero co i powiesił tu, na jedynym drzewie, żeby wyschła.

Szliśmy odtąd po skalnej półce, czasami szerokiej na półtora metra, a czasami wąskiej na jakieś sześćdziesiąt centymetrów, po wapiennych płytach, bezlitośnie śliskich i lśniących. Słońca było już mniej i ze złotego stało się pomarańczowe. Uświadomiłem sobie, że przez całą ostatnią godzinę docierał do nas huk wody, ale teraz Wąwóz Skaczącego Tygrysa zamilkł i nie słyszeliśmy już ryku rzeki w jego gardzieli, ale oddech otchłani. Była o krok.

– O czym myślisz? – Włosi zwolnili i szliśmy teraz blisko siebie, jakby instynktownie szukając skrawków bliskości z kimś kompletnie obcym.

I zagubionym.

– O złamanym sercu – powiedziałem.

– To jakiś film? – zapytał kudłaty.

– Tak. – Po co miałem tłumaczyć sprawy, których nie da się zgłębić za pomocą aplikacji.

Za kolejnym załomem skały, hen w głębi wąwozu, zobaczyliśmy domy.

Jeden z nich mógł być miejscem, do którego szliśmy.

Założyłem teleobiektyw do nikona i zobaczyłem, jak blask zachodu rozpala szyby w oknach.

– Nie wierzyłem, że dasz radę – powiedział kędzierzawy.

– Że dam radę czemu? – wydyszałem.

– To Tina’s – wyjaśnił.

– Uff. – Nie miałem siły iść dalej. To był już kres moich możliwości. Płuca piekły mnie od kurzu, kark był spalony słońcem, język suchy jak wiór, nogi w pęcherzach, a ramiona pod ciężarem plecaka były dwoma wielkimi siniakami.

– Z mapy wynika, że przechodzimy pod wodospadem, a potem jest już tylko w dół – powiedział Włoch.

– A… – Podniosłem oczy.

Rzeczywiście. Był tam wodospad. Zapragnąłem, żeby wyglądał jak z bajki. Żeby był pełen wody, która ożywia i pozwala zacząć wszystko od nowa.

– Chodźmy. – Uśmiechnąłem się do tej myśli.

– Uważaj, ślisko tu jak diabli.

– Uważam – skłamałem. Nie bałem się. Teraz już wiedziałem, że będzie łatwiej. W dół jest zawsze lżej. Prawda?