Chiny bez wzajemnościTekst

Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konfucjusz:

Jeśli to, co masz do powiedzenia, nie jest lepsze od milczenia, lepiej żebyś jednak milczał.

Stare Miasto w Lijiangu znalazłem całkiem łatwo. Wystarczyło pokazać kartkę z napisem „pokaż mi wejście do Starego Miasta, proszę” i każdy napotkany Chińczyk potrafił wskazać właściwy kierunek.

Lijiang to piękne miasto. Domy są tam niewysokie i każdy jest zupełnie inny. Niektóre mają ściany z kamieni upchanych ciasno jeden obok drugiego w fantazyjne desenie, inne są z drewna, niekiedy rzeźbione, a innym razem za całą ozdobę służą szeregi tralek podtrzymujących parapety. Drzwi niektórych domów pokrywają płaskorzeźby smoków, feniksów i księżniczek. Inne są otwarte na oścież i wtedy możesz zajrzeć do środka, a tam sklepik albo zakład krawiecki, w którym terkoce maszyna wyglądająca, jakby miała z pięćdziesiąt lat, a dalej stoi inna, jeszcze starsza.

Pochylam się, żeby zrobić jej zdjęcie, a krawcowa uśmiecha się, bo rozumie, jakie to szczęście, kiedy przestajesz być anonimowy pośród tłumu, nawet jeżeli tylko na chwilę.

Byłem pewien, że to jedno z tych miejsc, które będę pamiętał już zawsze.

Czasami przekraczałem strumień wciśnięty w kamienne koryto pomiędzy domkami niemal stykającymi się dachami o kalenicach wywiniętych w górę na kształt kobry, czasami szedłem stromo w dół, patrząc wprost w słońce ponad górami za miastem, innym razem wspinałem się po schodkach ciasnych i krętych, a plecak przygniatał mi grzbiet coraz bardziej, potem znów przekraczałem strumień wciśnięty w kamienne koryto pomiędzy domkami niemal stykającymi się dachami o kalenicach wywiniętych w górę na kształt kobry.

No tak. Zabłądziłem.

Chodzę dookoła. Plan miasta, któremu ufałem, zupełnie nie działa w tym labiryncie. Od półtorej godziny kręcę się w kółko, próbując znaleźć właściwy zaułek, ale wszystkie wydają mi się nieodpowiednie i takie same, jakimi szedłem wcześniej. W dodatku chce mi się sikać, a to nie pomaga, no bo jak w środku dnia na tych kamiennych uliczkach, i coraz bardziej bolą mnie plecy od ciężaru plecaka, i pot oblepia mi uda, i leci po krzyżu i po włosach, po czole, po nosie, kurwa jego mać!

Muszę kogoś zapytać.

Pytania, które zadawałem, budziły uśmiech zakłopotania. Nikt nie rozumiał tego, co mówię. Było tam mnóstwo hoteli, ale mnie było potrzebne schronisko. W dodatku czułem, że już naprawdę muszę do toalety.

– Panie, jeśli mnie słyszysz, pokaż drogę – powiedziałem na głos do Pana Boga, po polsku, bo przecież wiadomo, że Pan Bóg rozumie we wszystkich językach, ale po naszemu najbardziej. Powiedziałem tak, bo przypomniało mi się to, co o cudach mawiał mój przyjaciel Paweł Rabinek.

Kiedyś miał mnie zawieźć na lotnisko w Berlinie. Mieliśmy ruszyć około trzeciej nad ranem. Ze Świnoujścia to jednak jest kawałek drogi. Jego volvo odmówiło posłuszeństwa na skrzyżowaniu Matejki i 11 Listopada jakoś po dwudziestej trzeciej. Nie miałem już żadnej szansy zdążyć na samolot. Coś trzasnęło w układzie kierowniczym.

– Pomódlmy się – powiedział Paweł. Był pastorem Ewangelicznych Chrześcijan i miał dobre kontakty w innym świecie.

Pomodlił się o naprawę samochodu.

Wtedy na rondzie pojawił się taki sam samochód. Volvo 240.

Paweł zatrzymał go i pogadał z kierowcą. Okazało się, że gość mieszka na Kołłątaja, jest mechanikiem i ma w garażu drugie takie volvo na części.

Tak Paweł nauczył mnie, czym są cuda.

– Panie, jeśli mnie słyszysz, pokaż mi drogę – powiedziałem więc, bo to była ostatnia instancja, do której mogłem uderzyć, zanim wypuszczę w spodnie plamę wstydu i hańby. Zobaczyłem dwie białe dziewczyny w tym tłumie.

– Hej! – krzyknąłem. – Czy wiecie, jak dojść do Mama Naxi?

– Tak – powiedziała ta wyższa. – Właśnie tam idziemy. To blisko, ale dość skomplikowana droga.

Miała na imię Lee Ann. A ta niższa, ładniejsza, miała na imię Perry.

Opowiedziałem im po drodze, jak się pomodliłem i jak się spotkaliśmy.

– Wcale mnie to nie dziwi – powiedziała Perry. – Moja babcia była z Polski. Zawsze się modliła, żeby jej emerytura przyszła na czas i żeby nie było wojny.

Dobrze, że nie musiałem niczego więcej tłumaczyć, bo zaciskałem zęby najmocniej jak można i przebierałem nogami, nie mogąc doczekać się toalety.


Konfucjusz:

Siła narodu leży w tym, jak mocny dom zbuduje każda rodzina.

Miałem więc prawdziwy pokój w Mama Naxi. Było w nim łóżko dość szerokie, żeby założyć rodzinę, haftowane poduszki, na których leżał pluszowy, biały jak sen Miś Miodowego Miesiąca. Była też łazienka z prysznicem, nad którym prężyła się do szaleństwa lampa na podczerwień, która rozgrzałaby nawet najbardziej śpiącą królewnę.

Królewny niestety nie było.

Lee Ann, Perry, Luke i Neil siedzieli z Mamą Naxi wokół małego stołu na dziedzińcu tego zabytkowego drewnianego domu, który mrużył okiennice od słońca i skrzypiał cicho, gdy przeciskałem się na piętro po schodach wąskich niczym biodra tutejszych dziewcząt. Nad dziedzińcem dachy tego domu spływały w dolinę leniwymi kaskadami.

Przemarznięty strumień czasu na kamieniach wspomnień.

Neil okazał się Kanadyjczykiem chińskiego pochodzenia. Znał język swoich ojców i rozmawiał z Mamą Naxi bardzo swobodnie.

– Czy zapytasz ją o Tiger Leaping Gorge? – poprosiłem bez cienia zażenowania. Kilka dni milczenia nauczyło mnie, że trzeba korzystać z każdej okazji do tego, by poprosić.

Zapytał.

A potem spisałem na papierze wszystko, co musiałem wiedzieć.

I po chińsku to, o co mógłbym zapytać po drodze.

Następnego dnia Mama Naxi, właścicielka pensjonatu nazywającego się tak samo jak ona, starsza pani z ludu Naxi, zwana przez sąsiadów Mamą, miała mnie obudzić godzinę przed świtem i odprowadzić do właściwego autobusu.

Siedzieliśmy potem w słońcu, jedliśmy słone orzeszki. Myślałem o rozmowie z moim tybetańskim przyjacielem. Oto rodzina, całe pokolenie pracuje po to, żeby zbudować dom. Kolejne pokolenia pracują, żeby ten dom zburzyć i na jego miejscu wybudować kolejny. I kolejny. Setki lat. Dziesiątki pokoleń. Aż kiedyś przychodzi na świat ten, który nie będzie budował domu, ale wyruszy w świat, żeby poznać domy innych ludzi.

Jeśli powróci, będą go słuchali.

Jeśli nie powróci, będą o nim pamiętać. Ale żaden dom na całym świecie, który da mu cień, wodę i miskę ryżu, nie będzie przecież jego domem.



Przysłowie chińskie:

Pałac prowadzi do sławy, handel do fortuny, a samotność do mądrości.

Samochody nie mogą wjeżdżać do Starego Miasta w Lijiangu. Muszą zatrzymać się na placu, na którym obracają się w strumieniu dwa olbrzymie drewniane koła wodnego młyna. Młyn jest symbolem miasta. Pewnie dlatego koła wyglądają jak nowe. W Chinach to, co stare, musi wyglądać jak nowe.

Na skale za plecami tego ważnego młyna wisi ogromna tablica na wypadek, gdyby dotarł tu ktoś, kto o tym nie wie. Na tablicy widnieje logo UNESCO. Samochodom nie wolno przejechać dalej, mimo że są czyste, wielkie i mają niebieskie tablice rejestracyjne.

Uliczki Starego Miasta są zbyt wąskie. I nie działa w nich ani mapa, ani nawigacja. W dodatku pochodzą z czasów, kiedy całe Chiny szurały po ziemi w klapkach albo boso. Na pewno nie z czasów rowerowych, bo jeśli tylko była okazja, żeby zbudować schodki, to na pewno ktoś już je zbudował. A jeśli nie schodki, to strumienie. A jeśli nie schodki i strumienie, to zakręty tak ostre, że trzeba zsiadać z roweru i go przestawiać.

Niełatwo jest pojazdom w Lijiangu.

Ludziom jest znacznie łatwiej.

Jeśli potrafią rozmawiać z innymi, mogą usiąść w każdej chwili na krawężniku, na ławce, na stołeczku, na poduszkach, na kocach, na kawałku futra. Mogą pić herbatę, dyskutować o polityce, wysyłać SMS-y i zdjęcia znajomym z WeChata i mogą rozmawiać do woli. Kto nie ma chińskiego internetu, musi pozostać w realnym świecie.

Kto nie potrafi mówić, może tylko milczeć.

Milczenie w tłumie bywa bolesne.

Zwłaszcza że nikt na ciebie nie patrzy.

A kiedy nikt na ciebie nie patrzy, kiedy jesteś w Lijiangu całkiem sam, to nie jest ci łatwo włóczyć się nocą po mieście pełnym śmiechu i muzyki. Najsławniejszy kurort Junnanu, klejnot górskiej prowincji, odpicowany do czysta i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach stary gród ludu Naxi, stolica podbitego królestwa, które postanowiło przełknąć żal i umościć się w chińskim dominium najwygodniej, jak to tylko możliwe, nie został wymyślony dla samotnych.

Najlepiej być tutaj z przyjaciółmi, z rodziną albo przynajmniej z kochanką.

O tak. Z kochanką. Chinki są takie piękne. Zadbane. Nigdzie na świecie nie widziałem tylu pięknych kobiet naraz. Z pewnością pięknie pachną. Zawsze można też poudawać, że się na kogoś czeka. Usiąść na ławce na Moście Westchnień, pod którym dziewczęta fotografują się wymalowane, w udrapowanych sukienkach i książęcych weselnych koronach z pozłotka, obejmowane przez półnagich wojowników, którym tłuszcz wypływa spod skórzanych kamizelek, bo na co dzień siedzą przecież przy komputerach, a nie w siodle.

 

Patrzyłem na zakochane pary turystów z Szanghaju i Pekinu, które przyjechały do Lijiangu na noworoczny urlop i stały w kolejce do zdjęcia poprzebierane w antyczne stroje, identyczne jak te w muzeum, ale uszyte specjalnie na potrzeby fotografów. Sesja – pięćdziesiąt złotych.

Myślałem o wszystkich dziewczynach, z którymi mogłem mieć takie zdjęcie, i o tym, że nie miałem ani jednego.

A potem poszedłem do restauracji. Do wielkiego food courtu przy Moście Westchnień i stanąłem przed kucharką. Można było zamówić u niej szarańcze albo grube, białe larwy korników. Albo wąskie robale, z których robili frytki. Albo kurze pisklęta wyjęte z jaj na dzień przed wykluciem.

W takiej restauracji ludzie siadają przy jednym stole z zupełnie obcymi osobami. Można usiąść i poudawać, że jest się razem z kimś innym.

Więc czemu by nie?


Przysłowie chińskie:

Tylko wczesny ptak sam może wybrać robaka, którego pożera.

Tak. Bałem się. Czym innym jest bowiem jedzenie larw w zaciszu własnej kuchni, a czym innym publiczny performans, kiedy wszystkie oczy w food courcie zwrócone są na białego, który zmierzy się ze specjalnością chińskiej kuchni. Oczy jak oczy. Ale te smartfony. Za chwilę miałem zostać królem WeChata.

Bałem się, ale ciekawość zwyciężyła.

Pokazałem na migi kucharce co i jak, a ona zgarnęła na wielką rozgrzaną blachę garść robaków i kilka niewyklutych piskląt, maleńkich jak zabawki. Jadłem już larwy w Ameryce Południowej i miałem pewność, że sobie z tym poradzę niezależnie od okoliczności. Wtedy jedliśmy przecież mrówki całkiem na surowo. Miały długi finisz o smaku pieprzu cayenne. Jedliśmy też termity. Były marynowane w jakichś ziołach i mógłbym jeść je bez końca.

Chińskie larwy były długie, grube i białe. Nie wyglądały dobrze. Pisklęta natarto przyprawami, zamarynowano, ale dało się zauważyć pazurki, oczy i dzioby. Ale nie było źle.

Okazało się, że kucharka smaży je na blasze, siekając wielkim nożem, i co chwila dorzuca szpinaku, pomidorów, papryki i przypraw, których nie znam.

Dostałem miseczkę, zapłaciłem jedenaście złotych i wydłubałem pałeczkami pierwszego robaka.

– Mmmm… – zamruczałem.

A Chińczycy, którzy obserwowali mnie przez ekrany komórek, zaczęli się śmiać.

I tak po raz pierwszy w czasie tej podróży pękła bańka niezrozumienia, która trzymała mnie na dystans od tego świata.

Rozsunęli się i mogłem wygodniej usiąść przy wielkim stole. Stało na nim mnóstwo miseczek. W każdej inne dziwadło.

Z każdej miałem teraz czegoś spróbować, bo Chińczycy, jeśli robią ci miejsce przy stole, to nie po to, żebyś tylko siedział i patrzył.

To nie był stracony wieczór.



Konfucjusz:

Kiedy przestajesz myśleć o tym, co wydaje ci się odległe, tuż pod ręką znajdujesz codzienny smutek.

Na godzinę przed świtem zadzwonił mój budzik. Było zimno. Miś Miodowego Miesiąca spał pod tą samą kołdrą co ja. Pewnie nawet się starał, ale jakoś nie potrafił mnie ogrzać. Cholera jasna z tymi misiami. Dziewczyny pewnie mogłyby się w takiego wypłakać, ale na godzinę przed świtem w tym górskim mieście, nad którym właśnie topniało mroźne tchnienie Tybetu, był zupełnie bezużyteczny. Miałem spakowane graty. Wszystko z wyjątkiem szczoteczki do zębów.

Czasami myślę, że tam, dokąd wszyscy idziemy, ludziom, którzy bez przerwy są w drodze, będzie łatwiej wyruszyć niż tym posiadającym domy, kredyty, stałą i dobrą pracę, karierę, sławę, pieniądze, miłość, dzieci, psa i utarte nawyki.

Łatwiej będzie iść tym, którzy nie mają nic oprócz wspomnień.

W każdym razie są zawsze spakowani.

Kiedyś Yos Awom, tłumacz i przewodnik, który otworzył mi w Nowej Gwinei drogę do świata duchów, opowiedział mi, że Papuasi nie budują dużych domów i nie mają potrzeby posiadania wielu przedmiotów, bez których ludzie z Europy nie potrafią się obyć. Na przykład zegarków, telefonów, butów i torebek.

– My nie mamy potrzeby posiadania. – Uśmiechnął się. – Jest u nas powiedzenie, że trumna nie ma kieszeni.

Tamtego dnia nie miałem nic poza dziesięcioma kilogramami w plecaku i obietnicą Mamy Naxi, że odprowadzi mnie na autobus i wsadzi do tego, który odjeżdża w stronę Wąwozu Skaczącego Tygrysa.

Wszystkie rzeczy w plecaku były stare. Tak jak w pamięci. Czasami od samego patrzenia na minione sprawy czujesz ból.

Ale tego ranka nie miałem czasu na wspomnienia. Zszedłem po schodkach z galeryjki obiegającej dom Naxi na podwórko. Na dziedzińcu czekała na mnie dziewczyna. Nie była to Mama Naxi, ale jedna z dziewczyn, które sprzątały pokoje. Śliczna, zmarznięta i niemówiąca po angielsku ani słowa. Pokazała mi gestem, żebym szedł za nią. Patrzyłem na jej pośladki w grubych zimowych spodniach. Było szaro i w zmrożonym powietrzu nasze oddechy zawisały tam, gdzie je zostawialiśmy. Zobaczyłem, że zamarzanie jest dla oddechu piękną śmiercią.

Autobus czekał. Wskazała mi, że to ten, i odeszła, nie oglądając się ani razu.

Kierowca zapakował mój plecak do bagażnika, a potem powiedział coś do mnie i pokazał na zegarek, a następnie na drzwi budki z pierożkami. Wszedł przede mną, zamówił zupę, postawił na stole przed sobą i zaczął grzać ręce w kłębie pary.

Zamówiłem pierożki dim sum. Potem poszliśmy do autobusu, ale on wcale nie ruszał. Siedzieliśmy we dwóch. Mróz zamieniał nasze oddechy w skorupkę na przedniej szybie. Zasnąłem. Kiedy otworzyłem oczy, był świt. Autobus wypełniali ludzie. Jechaliśmy. Okna wciąż zamrożone. Zdrapałem trochę śniegu sprzed oczu i zobaczyłem góry.


Przysłowie chińskie:

Czarny pies bierze kość, biały pies bierze na siebie winę.

Jechaliśmy krainą suchą i lśniącą od blasku. Niebo było niebieskie, trawy przy drodze suche jak pieprz, drzewa bez liści, domy miały nisko zwieszone dachy, małe okienka, bielone ściany i widok na olbrzymie doliny u stóp Śnieżnej Góry Yulong. Za mostem na rzece Jinsha zatrzymaliśmy się na posiłek. Na skraju przepaści nad rzeką na sznurach rozpiętych pomiędzy nagimi gałęziami drzew suszyło się pranie: swetry w paski, swetry bez pasków, skarpety, szaliki i jedna czarna sukienka, a pod tym wszystkim, na mrozie, w olśniewającym słońcu ponad rzeką siedział w różowej klatce mały, wesoły piesek.

Sądziłem, że nie zobaczę tam wielu psów. Ale było inaczej. W Junnanie było ich bez liku. Większość chodziła w ubraniach. W sklepach z psami siedziały one w akwariach. Większość z nich można było kupić razem z zestawem: obroża, smycz, bezrękawnik. Ubranka dla małych psów miały wszyte specjalne rączki, żeby zwierzę dało się nosić niczym torebkę.

Oczywiście można też spróbować psiego mięsa. Chińczycy Han nie jedzą psów, ale w Junnanie mieszkają mniejszości etniczne, które mają na temat inną opinię.

W jadłodajniach dania opisuje się słowem „mięso”. I żeby wiedzieć, jakie to mięso, najlepiej zapytać. W przewodniku Rough Guides można znaleźć napisane po chińsku zdanie: „Nie jadam psów”.

Po drodze do Wąwozu Skaczącego Tygrysa zatrzymaliśmy się przy trasie na śniadanie.

Mogliśmy kupić suszone rybki albo świeżo parowane ziemniaki z wielkiego kotła. Piesek stał nad rzeką w klatce. Dzieci przynosiły mu wodę i stawiały obok.

To był czarny pies. Patrzył na wodę i nie mógł jej dosięgnąć.

Z wodą jak z miłością.

Każdemu wolno pomarzyć.



Konfucjusz:

Dopóki stawiasz kolejny krok, nie ma znaczenia, że idziesz powoli.

Dziwne sprawy przychodzą człowiekowi do głowy, kiedy w całych górach zostaje sam na sam z Bogiem. Albo, jeśli nie wierzy w żadnego Boga, z Wielką Pustką. Albo, kiedy tak jak ja wierzy, ale wątpi, z Otchłanią, w którą nie można patrzeć bezkarnie. Otchłań, czarne lustro niepozwalające oderwać od siebie wzroku, lśniące, zimne, kiedy już je znasz, kiedy patrzysz zbyt długo, wydaje ci się bezpieczne, wydaje się twoim przeznaczeniem.

I czasami w tym lustrze widzisz siebie, żałosną pokrakę oblepioną brudem i smutkiem. Bez celu w drodze. Bez sensu, który dałby się logicznie wytłumaczyć.

Przejście Skaczącego Tygrysa nie może przecież niczego w życiu odmienić.

Nie uczyni cię ani mniej bezrobotnym, ani bogatszym. Nie nauczy kochać mocnej tego, co masz. Nie odwróci czasu, żeby ci, którzy zdradzili, mogli wszystko przemyśleć od nowa. Nie sprawi, że włosy przestaną być białe, a oczy niebieskie.

Po co tam idziesz?

Kto nie stał nad otchłanią, nie zrozumie, jak ogromne jest pragnienie, żeby skoczyć. I że cudu potrzeba, żeby się nie osunąć… Nauczyłem się, że kiedy mrok pustki jest blisko, kiedy jej oddech na plecach każdej nocy płoszy sen, kiedy z niewyspania przestajesz widzieć na oczy, pijesz już tylko wódkę zamiast jeść, kiedy nie odbierasz telefonów od kolegów, bo wstydzisz się im powiedzieć, co jest, a czego już nie ma, to nie wolno czekać.

Trzeba pakować sprawy do plecaka i jechać.

Na przykład do Chin. W Chinach nie spotkasz żadnych znajomych. Nie o tej porze, nie na mrozie, nie tutaj.

Pociłem się. I miałem krótki oddech. We wsi, w Changshengu, było około zera stopni, ale ledwo ruszyłem, po trzech kwadransach z czternastokilogramowym plecakiem byłem zlany potem do suchej nitki.

„Górna droga” stawała dęba od pierwszych metrów. Najpierw pośród ryżowych pól, potem wśród osypisk i krzaczorów. Po prawej ręce, za Jinshą, Rzeką Złotego Piasku, wyrastał masyw Śnieżnej Góry Jadeitowego Smoka. Po lewej masyw Śnieżnej Góry Haba. Obie liczą po około 5400 metrów nad poziomem morza i mają w dupie, czy zadepcę im zbocza, czy zawrócę.

Czasami mijałem chłopów, którzy siedzieli przy drodze, trzymając konie albo muły na sznurkach. Patrzyli na mój wielki plecak i z każdym krokiem zapalała się w ich oczach nadzieja.

Mieli pewność, że nie dojdę.

Mijałem ich ze smutkiem. Nie jest dobrze odbierać ludziom gór nadzieję na pieniądze, za które mogliby kupić ryż i kartę doładowania internetu dla swoich dzieci.

Szedłem powoli. Zakos za zakosem. Zakręt za zakrętem. Czytałem, że najtrudniejsze miejsce na trasie to tak zwane Trzydzieści Zakrętów. Brałem je jeden po drugim, długie, strome, bezlitosne. Plecak ciążył. Ale tak to już jest, kiedy niesiesz ze sobą wszystko, co posiadasz: każde zwycięstwo, rozczarowanie i klęskę. Nic nie ciąży bardziej niż dawne klęski, kiedy idziesz w górę. Samo wspomnienie tego, że wszedłeś kiedyś na Huayna Potosi, nie pomoże postawić kolejnego kroku na górnym szlaku w tym wąwozie. Wąwóz Skaczącego Tygrysa ma dwie drogi. Górną, na którą próbuję się wspiąć, i dolną, pokrytą asfaltem. Serpentyny, ale jednak po asfalcie. Możesz wziąć taksówkę.

W życiu jest tak samo. Pracujesz na coś latami, a potem ktoś inny bierze taksówkę i wszystko, nad czym pracowałeś, jest już gówno warte.

Nie dojdę, kurwa. Nie dojdę. To dwunasty zakręt. Ale naprawdę wysoko. Musiałem nie policzyć wszystkich. To pewnie przez ten pot. Przez beznadzieję. Nie wiem, po co ludzie w ogóle wychodzą w góry.

Nie, to było najwyżej piętnaście zakrętów. Musiałem coś pokręcić. Poczułem się zagubiony.

Minąłem kępę drzew i zobaczyłem dom. Na domu, na całej jego ścianie widniał napis: „Jeśli nie wiesz, jak pokonać drogę, którą masz przed sobą, możemy ci pomóc…”.

 

Anglojęzyczny napis w sercu Chin. To musiała być fatamorgana. Albo znak.

Zastukałem.

Drzwi były zamknięte na głucho.

Usiadłem przy drodze. Może zawrócić? Może jednak zejść na dolną trasę? No nie… nie.

Plecak przywalił mi plecy. Za zakrętem droga znowu szła w górę. Po kwadransie już nawet nie szedłem. Pełznąłem. Zlany potem jak szczur w kanale. Wciąż na tym samym piętnastym zakosie. Wysoko tak, że byłem pewien, iż nie można wyżej. Miałem pod sobą rzekę i pół prowincji. Słońce wgniatało mnie w górę jak dziecko łyżkę miodu w chleb.

Zasłużyłem na to.

– W naszej branży nikt nie ma tyle, na ile zasługuje. Kiedy grasz za dwieście złotych za godzinę, robisz to tak samo dobrze jak wtedy, gdy przeskoczysz na półkę z dwoma czy dziesięcioma tysiącami za godzinę. – Janusz jest aktorem. Bardzo dobrym. Jednym z najlepszych. Długo grał za najniższe stawki

– Z pisaniem jest podobnie – powiedziałem. – Kto decyduje o tym, na jakim poziomie zarobków jesteś?

– Tego, choć obserwuję to od lat, nie wiem – powiedział. – Może szczęście?

Miałem dość.

Trzeba było coś z tym zrobić. Ale kompletnie nie miałem pomysłu co.

A potem zrozumiałem, że mam na plecach wszystko, czego mi potrzeba. Wygrzebałem krótkie spodenki. Nie przypuszczałem, że przydadzą mi się na przedmurzu Himalajów, pośród pokrytych wiecznym śniegiem pięciotysięczników Junnanu. Sądziłem, że może los poniesie mnie na południowe wybrzeża…

Ale wyszło inaczej.

W życiu często wychodzi inaczej.

Miałeś mieć dom w górach, kota i gromadę dzieci, a teraz mieszka tam kto inny.

Miałeś być pisarzem, a piszesz wywiady do magazynów.

A przecież wszystko, co masz, masz przy sobie. Szanuj się.

W krótkich spodenkach mogłem zrobić dwudniową trasę Wąwozu Skaczącego Tygrysa nawet w jeden dzień. Ruszyłem szybciej i wyprzedziłem wreszcie tych, którzy dotąd szli przede mną i nieśli niewielkie plecaki.