Chiny bez wzajemnościTekst

Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konfucjusz:

Jeśli nie da się osiągnąć celu, nie skupiaj się na nim.

Skup się na krokach. Na tym, żeby każdy był we właściwą stronę.

O trzeciej nad ranem obudziło mnie chrapanie. Tak bywa, gdy człowiek nocuje pośród dwunastu facetów. Prycze w chińskich hostelach są bardzo wygodne. Każda ma półkę na książki i gniazdko elektryczne. Chińskie gniazdko pasuje do polskich wtyczek.

Do szóstej trzydzieści pięć nie zasnąłem. Potem wstało słońce. Miasto było kompletnie uśpione.

Zdziwiłem się.

Powinno przecież być pełne życia. Poranek był chłodny. Od Himalajów ciągnęło jeszcze pomrokiem. Na głównym placu kobiety ćwiczyły tai chi. Muzyka grała z przenośnego radioodtwarzacza.

Na przystanku autobusu osiemdziesiąt dwa, który znałem dobrze, bo byłem tu wczoraj, stali ludzie.

– Przepraszam, czy osiemdziesiąt dwa jedzie na dworzec autobusowy? – zapytałem po polsku. Po polsku, po angielsku, wszystko jedno.

– O! Do tego miejsca. – Pokazałem im kartkę z chińskimi znakami oznaczającymi dworzec. Napisała mi je recepcjonistka w hostelu. Ludzie się rozpierzchli. Każdy zaczął patrzeć na czubki butów. Jak to na przystanku autobusowym przed pierwszą zmianą. Ale dziewczyna w kurtce z kapturem popatrzyła na kartkę, którą podsunąłem jej przed oczy.

– Tak – powiedziała po angielsku i pokiwała głową.

Wtedy zeszli się pozostali. Każdy czytał moją kartkę i kiwał głową. „Pokaż mi drogę do autobusowego dworca zachodniego”.

I tak zrozumiałem, że Chińczycy nie są egoistami. Oni chcą ci pomóc. Po prostu wiedzą, że brak kompetencji przy najlepszych intencjach przynosi tylko szkodę. Nikogo więc nie będą próbowali ratować na siłę.

Ani na siłę pokochać.

Ani uszczęśliwić.

Przyjechał autobus osiemdziesiąt dwa. Pokazali mi, gdzie się wrzuca złotówkę (dwa juany), choć wiedziałem już o tym od wczoraj.

Podziękowałem im wszystkim ukłonem i śmialiśmy się na głos.

To był autobus o siódmej pięć. Za złotówkę jedziesz od pętli do pętli. W dużym mieście o świcie to tylko godzina. Nie ma korków o poranku.

Jechałem na piętrze, bo linię numer osiemdziesiąt dwa obsługują piętrusy. Podróż zdawała się trwać bez końca. Patrzyłem na chmury za oknem i na miliony zaspanych skuterów. Przede mną siedzieli tata z córką. On patrzył w przód, a dziewczynka na mnie. Miała dwa lata i zza ramienia ojca wystawały tylko oczy i nos. Uśmiechałem się do niej, ale zasnęła, kiedy mijaliśmy gmach komitetu partii. Zrozumiałem, że potrafię zanudzić dziewczyny w każdym wieku.

– Jest chiński Nowy Rok, nie pomagamy w rezerwacjach, bilety musisz sobie kupić sam – ostrzegali w moim hostelu.

Ale jaki to problem kupić bilet? – myślałem.

Dotarłem wreszcie na dworzec.

Autobusowy dworzec zachodni w Kunmingu okazał się olbrzymią budowlą na krańcu miasta. Policja pilnowała wejścia. Nikt mnie nie zatrzymywał. Wszedłem i zobaczyłem pięćdziesiąt kas biletowych. W kolejkach do nich stało kilka tysięcy ludzi. Każdy wiedział, w której kolejce powinien stanąć, ponieważ elektroniczne tablice nad kasami wyświetlały odpowiednie komunikaty. Ktoś to dobrze wymyślił.

Żadna jednak nie wyświetlała liter, które potrafiłbym rozpoznać. Zrozumiałem, że nie ma kolejki, do której bym pasował.

Chiny to kraj, w którym przede wszystkim stoi się w kolejkach – pomyślałem. A poza tym to pewnie jest jak z miłością. Chodzi o to, żeby dawać, a nie żeby zwyciężać.

Stanąłem więc w pierwszej kolejce z brzegu. A kiedy po godzinie nadeszła moja kolej, bez lęku wyrwałem z przewodnika kartkę z napisami „Lijiang” po angielsku i po chińsku i wsunąłem przez szparkę w szybie.

– Chcesz jechać do Lijiangu? – zapytała po angielsku dziewczyna w kasie. – To czemu po prostu nie powiesz? Dzisiaj jedziesz?

– Jutro. – Pożałowałem, że nie mam przy sobie bagażu. Ale rano wpadłem w panikę, że nie będzie biletów i będę musiał spać na dworcu. I wziąłem jeszcze jedną noc w hostelu, który już znałem.

– Jest miejsce w autobusie o dziewiątej. I mam miejsce przy oknie.

– O której kończysz pracę? – zapytałem ją, ale tylko w myślach.


Chińskie przysłowie ludowe:

Jajko musi wiedzieć, że nie powinno walczyć z kamieniem.

Kiedy już miałem bilet na autobus, postanowiłem zdobyć jeszcze jeden. Na pociąg do Guilinu. Stamtąd było bowiem znacznie bliżej do Kantonu, z którego miałem za kilka tygodni samolot do domu. Tam więc czułbym się znacznie bezpieczniej, niż tkwiąc ciągle u bram Birmy i Tybetu. A przecież miało być inaczej, plan był taki, że wszystkie bilety ogarną mi panie w hostelu! No ale okej. Napisały mi na karteczce słowa „dworzec kolejowy” i mogłem je podtykać pod nos każdemu człowiekowi dobrej woli.

Podróżowanie po mieście stało się znacznie łatwiejsze.

Z piętrowego autobusu łatwo obserwować drogę.

Odkryłem dzięki temu prawidła ruchu.

Elektryczny skuter ma pierwszeństwo przed pieszym. Nawet na przejściu dla pieszych i chodniku, bo skutery jeżdżą po chodnikach, a nie po ulicach. Kłopot z nimi jest taki, że w ogóle nie słychać silnika. Obowiązek wypatrywania niebezpieczeństwa spoczywa na słabszym – pieszy musi uważać. Skuter się nie zatrzymuje.

Z kolei skuter musi uważać na samochody osobowe, autobusy i ciężarówki. Samochody osobowe na ciężarówki i autobusy. Wszyscy muszą uważać na audi, bmw, mercedesy oraz inne europejskie samochody, choć te inne stanowią rzadkość.

Mercedes, na którego muszą uważać autobus i ciężarówka, wcale nie musi być największy. Wystarczy, żeby był mercedesem. W Chinach wielkość przelicza się na prestiż, a nie na gabaryty.

Po drodze zobaczyłem wielki plakat ze smartem. Nie wiem, czy Chińczycy wiedzą, co łączy smarta z mercedesem.

Żeby dostać się na dworzec kolejowy, trzeba przejść kontrolę jak na lotnisku. Prześwietlenie, kontrola plecaka, wyjmowanie kluczy, telefonów i paska od spodni.

A potem znowu chaos tysięcy ludzi w kolejkach. Podszedłem do pani policjantki. Siedziała na podwyższeniu za półokrągłym kontuarem i patrzyła, czy wszystko gra. Miała przed sobą salę kas i podgląd na monitorach.

– Czy któraś z kas ma anglojęzyczną obsługę? – zapytałem.

– Nie. Ale proszę iść do kasy dla niepełnosprawnych – powiedziała.

Była w tym głęboka logika. I to było pokrzepiające.



Konfucjusz:

Jeśli chcesz mieć plany na przyszłość, powinieneś wiedzieć, co zaszło w przeszłości.

Miałem plany. Jutro Lijiang. Potem Wąwóz Skaczącego Tygrysa. Potem Dali. A potem Guilin. Umiałem już kupić długopis, zupę z makaronem i wołowiną, zapytać o toaletę i mogłem korzystać z komunikacji miejskiej. W chińskich autobusach nie ma kontrolerów. Jest skrzynka na pieniądze obok kierowcy. Wsiadasz, wrzucasz juana albo dwa (w zależności od jakości autobusu, a nie długości trasy) i możesz jechać, dokąd chcesz. Ludzie na przystanku wskażą ci autobus, jeśli będziesz miał nazwę miejsca, do którego zmierzasz, zapisaną chińskimi znakami.

Ilekroć spotkałem kogoś, kto znał angielski, prosiłem go o zapisanie celu po chińsku.

Na przykład: muzeum narodowe w Kunmingu.

Zobaczyłem kolumnę Ksitigarbhy wyrzeźbioną z piaskowca na podobieństwo ośmiopiętrowej pagody, dumę królestwa Dali w czasach, zanim podbiły je Chiny, kolekcję szpadli z brązu (najstarszy z roku 206 przed naszą erą), brązowe naczynia i ozdoby starsze o kilkanaście stuleci od najstarszych zabytków zachodniej słowiańszczyzny. Mają tam kości dinozaurów i pamiątki z czasów II wojny światowej, kiedy piloci ochotnicy z USA utrzymywali most powietrzny z Junnanem, przelatując resztką sił ponad Himalajami i nie wiadomo jakim cudem unikając japońskich myśliwców.

Nie znałem tej historii. Hump over the Himalayas. Amerykańscy piloci, którzy przeżyli, podarowali miastu mnóstwo osobistych przedmiotów. Rzeczy będące komuś drogie, stanowiące własność tak odważnych ludzi zawsze robią na mnie wrażenie. „Newsweek”, który należał do Billa Smitha, listy do dziewczyn, o których marzyli, kiedy nie latali, kurtki, odznaczenia, łyżki, dokumenty i święty obrazek.

Oglądam potem zdjęcia Kunmingu z lat trzydziestych. Brama miejska, ta, pod którą przechodzę, zmierzając do mojego hostelu, była wtedy najwyższą budowlą w śródmieściu. Ulice nie miały bruku, ale polepę z gliny, domki najwyżej po dwie kondygnacje i jeśli już pojawiał się jakiś pojazd, to był to wóz zaprzężony w parę wołów. Dziś brama miejska niknie pośród wieżowców, a nocą łatwo ją w ogóle przeoczyć wśród monstrualnych ekranów wyświetlających reklamy i wiadomości chińskiej telewizji.

Dekoracje się zmieniły. Chiny są coraz bogatsze. Może już są najbogatszym krajem świata, może wciąż muszą troszkę nadrobić w stosunku do Ameryki. Ekonomiści i politycy wciąż się o to spierają, ale to kwestia czasu, kiedy świat zorientuje się, że ich bezkonfliktowa, pokojowa, ekonomiczna kolonizacja Afryki nieodwołalnie zmieniła porządek świata w sposób, zdaje się, bardziej skuteczny niż amerykańska polityka „strażnika pokoju”.

 

W Chinach przez długi czas brakowało klasy średniej, ale dziś ludzie mają już własne mieszkania, samochody, smartfony, jeżdżą na zagraniczne wycieczki. Louis Vuitton czy Dior mają firmowe salony na każdym rogu i w każdym z kilkudziesięciu centrów handlowych.

Partia uważa, że trzeba wzmocnić klasę średnią i pozwolić jej okrzepnąć. I że trzeba przeprowadzić operację awansu społecznego ludności wiejskiej. Będzie kosztowna dla budżetu, bo oznacza obniżenie podatków tak, żeby więcej pieniędzy zostawało w kieszeniach podatników. Znacząco więcej. To będzie impuls dla rozwoju gospodarki. Popyt wewnętrzny rozpędzi ją na kolejne dziesięć lat. Wtedy Chiny osiągną już status największej gospodarki świata. Będą panować nad Afryką i Azją. Właściwie, z punktu widzenia Państwa Środka, wszystko wróci do normy. Do stanu sprzed rewolucji przemysłowej i europejskiego kolonializmu.

Kiedy patrzę na fotografie sprzed stu dwudziestu lat, trudno uciec od myśli, że poza dekoracjami oczywiście niewiele się zmieniło. Chiny, choć komunistyczne i rządzone przez partię zgodnie z dziedzictwem Mao, w gruncie rzeczy wciąż są cesarstwem. Decyzje zapadają w pałacu, do którego wiedzie tak wiele stopni, że nikt przy zdrowych zmysłach, urodzony pośród rolników lub klasy robotniczej nie marzy nawet o tym, aby je pokonać.

Ostatni cesarz, człowiek mandżurskiego pochodzenia, nie mógł cieszyć się poważaniem narodu takim jak „cesarz” Mao, który utwierdził dynastię i wziął na siebie koszty tych zmian. Żeby wykorzenić pozostałości po minionych władcach, potrzebował terroru. Znał konsekwencje swoich decyzji i uznał, że jest gotów je ponieść. Cesarz Deng dostał szansę na zbudowanie Chin od nowa i wykorzystał to w pełni. Brydżysta, kibic piłkarski, nałogowy palacz i reformator zmienił spuściznę Mao w nowoczesny, ale imperialny system rządów, które w ciągu kolejnego ćwierćwiecza miały dać Chinom dominującą pozycję na świecie.

Przywódcy nie rządzą dożywotnio, po każdych dziesięciu latach głowa Państwa Środka zmienia się zgodnie z wolą komitetu, który wyłania spośród siebie pierwszego przywódcę. Moi znajomi Chińczycy twierdzą, że to lepszy system niż demokracja, bo błędem, jaki przytrafia się demokracji, jest wybór szaleńca na rządzącego krajem. Podają przykład Hitlera albo kogoś, kto staje się dożywotnim dyktatorem, jak Łukaszenko.

– W naszym systemie – powiadają – grozi nam najwyżej korupcja, a to niewysoka cena w porównaniu z tym, jaką musiała zapłacić Europa za hitleryzm.

Chiny, okiem dyletanta i włóczęgi, który jednak pamięta Jaruzelskiego i mocowanie się własnego kraju z lustracją i niemocą demokracji, nie są krajem komunistycznym. Są cesarstwem.

Cesarz i jego doradcy w Zakazanym Mieście podejmowali decyzje dotyczące wszystkich aspektów życia. Narodzin i śmierci. Bogactwa i biedy. Religii i niewiary. W Kunmingu zbudowali niedawno olbrzymią katolicką katedrę. W podziemiach parkingi. Potem trzy piętra luksusowych sklepów. Najlepsze marki. Najbardziej luksusowy salon Diora na kuli ziemskiej. A na samym szczycie tej budowli – katedra w stylu barokowym. Na zwieńczeniu dachu kilkunastometrowy posąg Chrystusa z brązu, ale pokryty złotem.

– Jak to możliwe? – zapytam za kilka dni moich przyjaciół.

– Partia zamówiła analizy, z których wynika, że chrześcijanie są najmniej kłopotliwą grupą społeczną: nie kradną, nie kłamią, nie cudzołożą. I partia doszła do wniosku, że taniej jest budować i utrzymywać kościoły niż więzienia.

Chiny zawsze były cesarstwem: i w czasach, kiedy w Europie rządziły plemienne klany, i za monarchii, i za demokracji. I będą nią nawet wtedy, kiedy nasze praprawnuki w jakiejś korporepublice będą się o demokracji uczyły w szkołach.



Konfucjusz:

Lepiej posiadać diament ze skazą, niż być właścicielem zwykłego kamienia o idealnym kształcie.

Nie miałem pojęcia, że prawdziwy filozof zna się nie tylko na naturze wszechświata, ale także, a może przede wszystkim, na kobietach. Tymczasem nie mogłem nawet zadzwonić do żadnej z tych, które znałem. Ani do tych ze skazą, ani tych o idealnym kształcie. Mój telefon nie miał zasięgu.

Nigdy nie pragniesz porozmawiać z kimś tak bardzo, jak wówczas, gdy to przestaje być możliwe. Kiedy ktoś odchodzi, umiera albo tylko zaczyna sypiać z kimś innym, uświadamiasz sobie, ilu spraw nie zdążyłeś powiedzieć komuś, kto był ci najbliższym z ludzi.

Kiedy jesteś kompletnie sam, zagubiony i obolały, i kiedy okazuje się, że nie ma zasięgu, pragniesz rozmowy równie mocno. Z kimkolwiek. To mógłby być nawet ktoś obcy, byle mówił w zrozumiałym dla ciebie języku.

Nie było obok mnie nikogo, a tymczasem Chiny stały przede mną niczym otchłań, której głębia zmusza do nieustannego mierzenia się z samym sobą. Jeśli nie możesz porozumieć się z nikim innym, nie masz dokąd uciec przed tym, co było. Przed tym, co mogło być. Przed tym, co musiało nastąpić.

Musiałem zdobyć bilet na pociąg. To łatwiejsze niż sprawa biletów na autobus, ale wymagało planowania, bo musiałem podać datę wyjazdu, a przecież nie wiem, jak długo będę w Dali. Wybieram więc tani pociąg osobowy, tak zwany hardseater, który odradzają wszyscy znający Chiny lepiej niż ja.

Przed dworcem złoty posąg byka blednie w pomroku, bo to już wieczór. Trzeba wybierać – albo odwiedzić sławną Bambusową Świątynię, którą zamykają za trzy kwadranse, albo zwykłą restaurację w śródmieściu. Wybrałem restaurację: golonka, makaron, orzeszki ziemne i bulion ostry jak zakręt śmierci w górach.

Na zewnątrz zimno, że psa by nie wygonił. Na ulicach zresztą prawie wcale nie ma psów. Widzę tylko jednego, stoi na środku skrzyżowania, a wszystkie samochody i skutery omijają go wąskim łukiem. Na szeroki nie ma miejsca. W ogóle trudno jeździć skuterem na mrozie. Wiele z nich ma na kierownicy przymocowane na stałe grube rękawice. Niektórzy jeżdżą z pikowanymi kocami na kolanach. Marznę. Jedyne, co można wtedy zrobić, to wejść do jakiegoś sklepu, zdjąć czapkę, ogrzać się.

Kiedy słońce zaszło, od jeziora Cui Hu zaciągnęło chłodem nieustępliwym jak ból zęba. Wzdłuż brzegów jeziora ludzie biegali z psami, rozciągali się albo spacerowali, wcale nie trzymając się za ręce.

Nie można mieć wszystkiego.

Przez ogołocone z liści gałęzie drzew fotografuję blask świateł odbitych w wodzie nieruchomej jak kryształ, a dłonie zamarzają mi na niebiesko. Musi być koło zera. Woda jeszcze nie zamarza, ale jest już zbyt gęsta, żeby poruszył nią wiatr.

W bambusowym lesie ręce drżą tak, że nawet autofocus nie potrafi sobie z tym poradzić. Czas wracać. Idę zaułkami pośród uśpionych domów. Gdzieniegdzie czerwone latarnie, czasami lampiony ponad ulicą. Daleko od centrum miasto jest spokojne i zamarznięte. Nocni stróże siedzą przy koksownikach. Na Kunming zsuwa się gęsta i mroźna mgła.

Spałem źle, bo bałem się, że zaśpię na autobus. Jeden z moich jedenastu sąsiadów chrapał wniebogłosy. Czasami trudno znaleźć dobrą stronę sytuacji, w której się znalazłeś. Pomyślałem, że bezsenność w Kunmingu jest lepszym rozwiązaniem niż bezproduktywne poszukiwanie pracy gdzieś w Polsce. Czas jest cenniejszy niż złoto. Praca nie pozwoliłaby mi na bezsenność przed wielką drogą.

Wyszedłem o szóstej czterdzieści pięć.

Miasto spało, a wielkoformatowe ekrany, większe niż kamienica, w której mieszkam w Warszawie, nie wyświetlały niczego.

Kobiety pod bramą starego miasta uginały wiatr swoim miękkim tai chi. Było zimno, a one w takich cienkich butkach…

Autobus osiemdziesiąt dwa powitał mnie bez zdziwienia, jakbym mieszkał tu od dziecka. Wiedziałem, gdzie jest przeszklona skrzynka na pieniądze i że za godzinę jazdy zapłacę złotówkę, czyli dwa juany.

– Ni hao. – Uśmiechnąłem się do kierowcy. Wiedziałem, dokąd jadę, i byłem gotów na wszystko.

Oprócz toalety.

Nic nie jest w stanie przygotować człowieka na chińskie toalety na dworcach. Dziewczyny na lewo. Chłopaki na prawo. Na męskiej toalecie wisi anglojęzyczny napis „Male”, na żeńskiej „Female”. Pewnie tłumaczył im to Bing.

Wewnątrz rynsztok przedzielony szeregiem przepierzeń. Niektóre miały drzwi, a inne nie i można było popatrzeć na panów w różnym wieku, skupionych na czytaniu gazet albo pisaniu maili. Wszystko w kucki.

Podłoga nie była myta w tym roku.

Nie miałem szans kucnąć nad rynsztokiem z plecakiem na grzbiecie, bo boksy miały po pół metra. Nie mogłem go też przecież postawić w szczynach! Poczułem się zwyciężony. W hali dworca kłębiło się kilka tysięcy ludzi, ale nie potrafiłem znaleźć nikogo, kto zrozumiałby, o co mi chodzi.

Odkąd przyjaciele nauczyli mnie, czym smakuje zdrada, niełatwo włącza mi się aplikacja z zaufaniem.

Skurcze jelit były jednoznaczne. Już czas.

Dworzec Zachodni jest monstrualny. Musiała być tam przechowalnia bagażu!

– Ticket – powiedziała dziewczyna, kiedy doszedłem do okienka. Ładna. Krótkie włosy.

– Ale ten autobus odjeżdża za godzinę – powiedziała po angielsku, ledwo rzuciwszy okiem na bilet.

– Wiem. Ale muszę do toalety, a z plecakiem nie umiem. – Pokazałem na migi, zerkając w stronę wejścia do ubikacji.

Zrozumiała.

Pozwoliła mi zostawić plecak w swoim kantorku. Domyślna, uprzejma, odważna. Uratowała moją reputację.

Miałem jeszcze dość czasu, żeby wstąpić do knajpki na śniadanie. Makaron, pietruszka, szpinak, prażone orzeszki, wędzona wołowina posiekana w paski, prosty blaszany blat, który łatwo zetrzeć szmatą po każdym sercu, które siedziało tu tak samo samotne i pogubione jak ja.



Przysłowie chińskie:

Zamknięty umysł jest jak zamknięta księga: to po prostu blok drewna.

Jest ósma trzydzieści pięć. Wstaje słońce. Jestem jedynym białym na dworcu. Jedynym, który nie rozumie zupełnie nic. Nie wie, kim jest ani dokąd zmierza. Jedynym, który nikogo nie zapyta o radę. Jedynym, na którego nikt nie patrzy. Jakbym nie istniał.

Zerkają, wiem, ale nie patrzą. Przede mną dziesięć godzin jazdy.

W autobusie jest zimno. Ale za to mam miejsce przy oknie. Na piętrze, przed wielką, panoramiczną szybą, przed którą będzie się rozwijać górska droga do Lijiangu. Wszystkie doliny i wszystkie przełęcze.

– Góry po lewej oddzielają Junnan od Chin, a góry po prawej oddzielają Chiny od Birmy – powiedział mój sąsiad z lewej strony. – Jestem Bui.

– Świetnie mówisz po angielsku.

– Ach, bo mieszkam w Ameryce – wyjaśnił.

Był to Tybetańczyk z Shangri-La. Siedem lat temu uciekł do Shimli przez zieloną granicę, która tak naprawdę nie jest zielona, ale na przełęczach biała, a w dolinach wyświechtana na szaro na piarżyskach i niebieska w korytach rzek. Poznał Dalajlamę, został uchodźcą, skończył studia i znalazł pracę w korporacji. Odbywał handlowe podróże do Singapuru i innych miejsc, w których Hindusi mieli interesy z Chińczykami.

Kiedyś dwie dziewczyny z Ameryki, które też chciały poznać Dalajlamę, zaprzyjaźniły się z nim w Dharamsali. I dostał zaproszenie do Ameryki. Potem, jako Tybetańczyk, zdobył Zieloną Kartę, a w końcu obywatelstwo. Minęło siedem lat. Wracał do domu na Nowy Rok. Matka dzwoniła do niego co pięć minut. Za każdym razem pytała, jak jest daleko.

– Jestem bardzo daleko, mamo, ale z każdym zakrętem bliżej.

Jego matka nigdy nie wyjeżdżała z Shangri-La.

Rozmawialiśmy całą drogę.

– Mój lud – powiedział – całe życie pracuje, żeby zbudować dom. Całe pokolenie zbierają pieniądze, a kiedy mają dość, burzą stary dom i stawiają nowy. Wydają na to wszystkie zarobione pieniądze życia. Ja im powiadam: „po co wam jeszcze większe domy, wyjedźcie, zobaczcie, jaki piękny jest świat”. A oni mówią, że nasz świat jest tutaj, gdzie stawiamy dom. I co ty na to?

 

Zamyśliłem się. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

– No. – Szturchnął mnie. – Jak tam jest u was? Jakie budujecie domy?

– U nas? – Nie potrafiłem go okłamać. – Jakikolwiek by to był dom, człowiek gdzieś tam w środku zawsze jest cholernie sam.

A za oknem góry były z czerwonego piaskowca. Domy miały ściany pomalowane na biało. Czasami nad wejściem widniały duże, złote mandale. Świnie miały chlewiki zbudowane na skarpach tak, że od strony drogi zdawały się mieszkać na pierwszym piętrze. Szczyty dachów unosiły się w strome łuki, a czasami na horyzoncie rysowały się wielopoziomowe barwne pagody.

Nie zatrzymywaliśmy się zbyt często. Najwyraźniej był to autobus pospieszny.

Bui opowiadał mi o Junnanie, o tym, że tutejsze ludy chowają swoich przodków na południowych zboczach pod stertami kamieni. I że są inne ludy, które budują dla nich domki podobne do zwyczajnych domów, ale mniejsze. Stoją one tuż obok siedzib mieszkalnych, bo rodzina powinna być zawsze blisko.

Wypatrywaliśmy ich na stokach gór, a tymczasem dolina pękała za doliną. Rozdali nam wodę w butelkach i po pakiecie chińskich ciastek. Były to okropne ciastka – biszkoptowa pianka z owocowym nadzieniem typu everlast. Pewnie dają takie żołnierzom.

Potem Bui opowiedział o swojej rodzinie. O mamie, ojcu, dziadkach i domach budowanych przez stulecia. I że zanim ruszył do Indii, jego największą przygodą była podróż z Shangri-La do Dali, do sanatorium z wodami termalnymi. Pojechał z bratem. Mieszkali w hotelu i kąpali się w siarkowych basenach. Kilka miesięcy potem Bui uciekł z Tybetu do Indii, idąc po śniegu, lodzie i wyschniętych rzekach, bo to było przed monsunem.

– Wtedy z Shangri-La do Dali jechało się półtora dnia. – Ziewnął. – Teraz trzy godziny. Chiny bardzo się zmieniły. Widzisz to miasto? Nowe Dali. Siedem lat temu w ogóle go nie było. Ani jednego domu.

A teraz wieżowiec stał przy wieżowcu.

Bui zasnął. W Nowym Dali dosiadła się piękna dziewczyna. Zajęła miejsce numer trzy i od tej pory mieliśmy patrzeć przez tę samą szybę. Zerkałem na nią. Najpierw dyskretnie, a potem całkiem otwarcie.

Kiedy się czemuś dziwiła, rozchylała i wydymała usta. A kiedy przestawała się dziwić, kąciki jej ust układały się w uśmiech. Pomyślałem, że to jest dziewczyna, która nigdy się nie dąsa, bo nie ma ani jednej zmarszczki smutku.

Miała ze sobą wianek z żółtych kwiatów.

W tej okolicy mieszka dwadzieścia sześć narodowości, pewnie któraś z nich ma taki zwyczaj w Nowy Rok, że dziewczyny zakładają wianki. Dziwnymi ścieżkami krążą ludzkie myśli. Przyszło mi do głowy, że skoro miała wianek, to musowo była dziewicą. Wniosek nasuwał się sam. Jak księżyc na słońce w dniu zaćmienia.

Pomyślałem, że Chiny to bardzo ciekawy kraj.

Mają tu dziwny gatunek węgorza morskiego. Gorgasia kotwiczy ogonkiem do dna i udaje wodorost. W okresie godowym samce zaczynają „rosnąć” bliżej samiczek. A potem znowu udają się tam, gdzie chcą. One z koleżankami, oni z kolegami.

Wysiadła w mieście, którego nazwy nie umiałem odgadnąć. Bui spał. Nie było kogo zapytać.

Zatrzymaliśmy się na przydrożnym targowisku. Wyglądało niepozornie – długa wiata kryta blachą falistą, ale wszyscy wysiedli ochoczo, więc i ja wyszedłem z autobusu w nadziei, że to przerwa na obiad.

Wewnątrz stały jedno przy drugim stoiska z wytworami ludowej medycyny. Niektóre z nich miały anglojęzyczne tablice z objaśnieniami. Musiał to więc być naprawdę poważny międzynarodowy interes.

Sprzedawano tam zioła z Zhaotongu doskonałe na zapalenie opon mózgowych, na podwyższone ciśnienie, na zwyczajny ból głowy, na reumatyzm, na porażenia nerwów kończyn. Zioła z Zhaotongu należy dodawać do drobiu: kaczki, kurczaka, gołębia, oraz niektórych ryb. Zaleca się wtedy unikać wina. Na innych straganach można było kupić suszone jaszczurki, żeń-szeń, inne dziwne korzenie i nasiona, suszone owoce, grzyby, jedwabne szale, ryż z warzywami albo, jeśli ktoś chciał czekać, bardziej skomplikowane dania.

Do posiłku, który zamówiłem, kucharz dorzucił roztartą na proszek suszoną jaszczurkę z pudła stojącego na początku apteki. Leżały tam i szczerzyły na wszystko swoje maleńkie zęby.

Instrukcja wykorzystania jaszczurki napisana była po angielsku. „Poprawia ona pracę nerek i pracę mózgu. Pomaga obniżyć temperaturę i powstrzymuje wiatry, bo wpływa kojąco na pracę wątroby. Osłabienie pracy nerek i przewlekłe bóle głowy mają związek z wahaniami cieśnienia krwi w mózgu. Niewłaściwe ciśnienie krwi w mózgu może powodować zakrzepy krwi. Zakrzepy prowadzą do udaru. Udar powoduje paraliż, częściowy albo całkowity. Człowiek może stracić władzę w części mózgu. Dlatego dobrze jest dbać o prawidłowe ciśnienie krwi w mózgu, a jaszczurki pomogą je ustabilizować”.

Wziąłem ryż z kurczakiem i proszkiem z jaszczurki, która pozwala zasnąć, a potem jechaliśmy pośród zimnych pól i wyschniętych ryżowisk.

Dwie godziny później byliśmy w Lijiangu.