Chiny bez wzajemnościTekst

Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Wstęp

Właściwie, dlaczego nie? Złamane serce sprawia, że chcesz zniknąć. A Chiny to idealne miejsce dla tych, którzy potrzebują zmiany. Pozwalają zniknąć. Z realnego świata i z wirtualnego.

W Chinach nie ma Facebooka. Nie działa Gmail ani Google. Nie można obejrzeć google’owskich map. Nie ze względu na cenzurę, jak mi się wydawało, ale z prostej biznesowej przyczyny, żeby na największym światowym wirtualnym rynku nie zaśmiecać przestrzeni facebookowymi reklamami.

W Chinach ludzie nie mówią językami narodów mniej licznych niż ich własny. Nie dość więc, że człowiek znika ze świata, to jeszcze musi się odnaleźć w miejscu, w którym nikt nie rozumie jego myśli, słów, czego szuka i dokąd zmierza. Jedyna wiedza ogranicza się do tego, że ma długie włosy, niebieskie oczy i nie obraża się, kiedy robią mu zdjęcia.

W Chinach jesteś człowiekiem bez historii. Nawet takiej, którą można komuś opowiedzieć przy piwie. Nikt nie będzie ci współczuł, nikt nie będzie cię nienawidził ani kazał nosić w sobie poczucia winy. W Chinach nie ma Instagrama, więc nie będziesz musiał nakładać sobie filtra nieustannego sukcesu i zadowolenia.

Nie będzie zmiany statusów ani nawet SMS-ów innych niż te konieczne ze względu na cenę roamingu i niedostępność zasilenia konta.

W Chinach niczego nie przeczytasz. Nie znasz przecież ani jednej chińskiej „litery”. Nie będziesz wiedział, gdzie jest wyjście z metra, który autobus jedzie tam, dokąd chciałbyś pojechać, która toaleta jest damska, a która męska, ani czy to, co dostajesz na talerzu, jest z psa czy z wieprza.

Chiny zmuszą cię do milczenia i do myślenia. Zupełnie, jakby to był klasztor.

Ale w zamian stworzą ci mnóstwo okazji do zmierzenia się z czymś realnym. Na przykład z pytaniem o drogę. Stolica Polski z perspektywy Szanghaju wydaje się miejscem wielkości stacji metra w godzinach szczytu. Nie będzie ci łatwo. Przypomnisz sobie, że życie składa się z drobnych, ważnych spraw: znaleźć nocleg, kupić mydło, zjeść coś, co można zjeść bez ryzyka. Nie przemoknąć, jeśli nie będzie szans zmienić ubrania. I uśmiechać się. Na początek to jedyna umiejętność, z której możesz korzystać bez obawy.

Chiny to dobre miejsce dla tych, którzy potrzebują zmiany, wyjścia z bólu. Chińczycy, nawet w najgęstszym tłumie, nigdy nie dotykają nikogo, kto sobie tego nie życzy. Nikt więc nie urazi bolesnego miejsca. Nawet przypadkiem.



Konfucjusz:

Nie narzucaj innym tego, czego nie wymagasz od samego siebie.

Mówią, że decydujący jest pierwszy moment. Po raz pierwszy zobaczyłem Chiny o świcie. Z mapy na wyświetlaczu w samolocie wynikało, że lecimy nad Junnanem, gdzieś pomiędzy Tybetem a tym skrawkiem świata, który nazywa się Birmą. Najpierw myślałem, że to morze chmur, ale kiedy zrobiło się jaśniej, wyjaśniło się: mgły przewalają się nad wierzchołkami gór.

Kiedyś myślałem, że mgliste pejzaże z chińskich pergaminów to metafora i poezja. Jak wiersze Tetmajera, które pisał między jedną kochanką a drugą.

Ale to była prawda.

Chiny miały się okazać krainą mgieł.

We mgle człowiek nie rzuca cienia.

Jest więc jeszcze bardziej samotny, niż byłby w słońcu.

Potem na ekranie wyświetlacza zobaczyłem, że do lądowania została godzina i poczułem lęk. No i zawód, że jednak nie namówiłem kogoś na wspólną wyprawę. Mógłbym wtedy podzielić ten lęk na pół.Na wyświetlaczu napisy były po angielsku, a gazety w schowku fotela po rosyjsku. Od kilku miesięcy umiem czytać w tym języku.

Zostaje Google – pomyślałem, bo wiedziałem już, że w Chinach nie działa Facebook. Ale nie miałem jeszcze pojęcia, że nie da się uruchomić żadnej internetowej witryny po polsku.

Przed każdym lądowaniem odczuwam zarówno lęk, jak i apetyt na nowe. Na ten prosty czas, w którym nie trzeba załatwiać żadnych trudnych spraw. Nie trzeba szukać pracy, prowadzić rozmów o biznesie, borykać się z brakiem urody i znajomości, zaglądać do skrzynki na listy i do maila, podejmować decyzje, dla kogo pisać, a dla kogo jednak nie. W podróży wszystko jest proste: szukasz drogi, noclegu, czegoś do jedzenia. Mokniesz, schniesz, czasem się zakochujesz.

Wczoraj M. wzięła godzinę wolnego w pracy, żeby mnie zawieźć na lotnisko. Rozmawialiśmy o miłości.

Są trzy jej rodzaje. Jest miłość jak trawa – siejesz albo nawet rozwijasz z gotowej rolki, bo teraz można kupić dojrzałą trawę. Szybko rośnie i szybko umiera. Jest też miłość jak drzewo. Rzucasz ziarno, a kiedy wyrośnie, jest nie do obalenia. Nawet jeśli je podpalisz albo uderzy w nie piorun, nawet martwe wciąż będzie stało i rzucało cień na drogę, którą idziesz.

– Tak myślisz? – Nie wiedziała, czy żartuję.

– Tak właśnie myślę.

– A trzeci rodzaj?

– Jest jeszcze miłość jak las bambusowy. Rośnie szybko. Wszystkie łodygi są idealnie złote i giętkie, a w środku każdej jest dziurka.

W Chinach rośnie mnóstwo bambusa.



Konfucjusz:

Jeśli komuś zaufasz i dokonasz złego wyboru, staniesz się zarazem osamotniony i bezbronny.

Kiedy samolot jest już naprawdę nisko, wyglądam przez okno. Miasto wbija Rzece Perłowej w gardło wielkie, czarne paluchy. To miasto nie ma końca ani krawędzi. Jest zalane mgłą, z której sterczy w niebo szczecina wieżowców. Widziałem już kiedyś takie wielkie miasto. Meksyk. Myślałem do tej pory, że to właśnie ono jest największe. Teraz wiem, że to nieprawda.

Dziwnymi drogami chodzi ludzka pamięć. Myśl o Meksyku przeniosła mnie do tamtego czasu. To był dzień moich urodzin, 27 grudnia. Ostatnie dni przed powrotem do Polski po dziesięciu tygodniach spędzonych w Ameryce Środkowej. Ale tamta podróż nie była samotna. I wracałem z planem. Miałem zdawać egzamin przewodnicki, mieszkać pośród przyjaciół, pisać reportaże i zbudować dom, żeby mieszkać w nim z dziećmi, książkami i białym kotem. Miałem pewność, że znam swoją ścieżkę. Całą. Od tamtąd do samego końca.

Dziś wiem, że wszystko to chuj.

Samolot wylądował i zaczął nas z siebie wyciskać jak pestki. Ci, którzy mieli dokąd iść, szli szybko i pewnie, radośni, z podniesionymi głowami. Ci, na których ktoś czekał, gadali przez telefony.

Ci, którzy nie wiedzieli, co dalej, ociągali się z wychodzeniem. Cała trójka. Dla mnie też ten rosyjski samolot był teraz wszystkim, co w życiu miałem.

– Choroszej puti. – Stewardesa uśmiechnęła się do mnie i został mi tylko jeden krok do miejsca, w którym wszystko, co wiem o świecie, będzie już mało warte.

Kontrola paszportowa szła szybko.

Za nią był lęk. Patrzył na mnie jak karaluch. Lśniący i szybki.

Lotnisko w Kantonie jest wielkie. Podobno drugie co do wielkości w Chinach. Tłum jak morze. Modliłem się, ale nie pomogło. Jeśli nie wiesz, jak dalej iść, zatrzymaj się, przyzwyczaj do miejsca, w którym jesteś. Zaczniesz widzieć chwyty i stopnie. Najważniejsza lekcja, jaką dał mi na życie mój nauczyciel wspinania, Jurek Hirszowski. Chociaż mówił o wspinaczce, odnosiło się to także do miłości. Wtedy o tym nie wiedziałem. Ale teraz tak.

Wszedłem do toalety.

Był tam rząd kabin z dziurami w ziemi i drugi z muszlami w europejskim stylu. Usiadłem. Zamknąłem drzwi i zobaczyłem pierwszy napis.

Chińskie ideogramy i ich angielskie tłumaczenie:

„Kategorycznie zabrania się tuptania na toalecie”.

To musiało być haiku.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Konfucjusz:

Zrozumieć coś, a potem sprawić, żeby przydało się w życiu.

Oto cel, do którego warto dążyć.

W samotnej podróży najlepsze jest to, że nie da się uniknąć konieczności przekroczenia własnej strefy komfortu. Nie można przesiedzieć w kokonie nawet jednego dnia. Bywa, że nawet godziny. Nie można się schować w książce, w Facebooku, w gazecie, w kinie. Nie można na nikogo liczyć i na nikogo niczego zwalić.

 

Wszystko, co się dzieje, dzieje się naprawdę.

Może to jest właśnie główny powód, dla którego jadę sam? Bezwzględna pewność, że ze wszystkim będę musiał się zmierzyć osobiście.

Tyle że lotnisko mnie przerażało, a właściwie nie tyle samo lotnisko, ile to, co się kryło za jego czystą, klimatyzowaną przestrzenią w monstrualnym mieście. Ale jeśli się człowiek skupił, to w morzu chińskich ideogramów dostrzegał jednak anglojęzyczne napisy.

Choćby „Toilet”. Albo „Tickets Here”.

Znaki są ważne.

Czasami warto im zaufać. Może znają drogę?

Zafoliowany napis „Tickets Here” wisiał przyklejony nad zwykłym biurkiem upchniętym pod ścianą. Rzeka ludzka opływała to biurko z dwoma komputerami, jakby było wyspą w oceanie istnienia.

Wziąłem głęboki oddech i rzuciłem się w tę falę, ale, o dziwo, w nikogo nie uderzyłem, bo ludzie rozstępowali się przede mną w niewytłumaczalny sposób. Miliony rąk i nóg w pośpiechu, a żadna się ze sobą nie zderzała. Przepłynąłem.

Może znajdę bilet do Kunmingu? Nie miałem wielkiej nadziei, bo przecież zaczynał się chiński Nowy Rok i wszyscy ruszali w podróż.

Kanton wydawał mi się przerażającym miastem molochem. Gdzieś tam, dwie i pół godziny lotu stąd, był Kunming. Małe, kameralne miasto w górach. Cztery miliony mieszkańców. Coś dla mnie.

– Są bilety do Kunmingu? – zapytałem dziewczynę za biurkiem.

Zrozumiała. Gdybym nie zapytał, nie wiedziałbym, że jest tu ktoś, kto rozumie. W tym momencie był to jedyny człowiek na całej kuli ziemskiej, który wie, co do niego mówię. Miała szybkie palce i po chwili ekran wypluł tysiące chińskich znaków. Nie rozumiałem niczego.

– Dziś jest jeszcze dziesięć lotów do Kunmingu – powiedziała – ale nie ma miejsc. Nawet w klasie biznesowej.

Westchnąłem i zebrałem z ziemi plecak.

– Dokąd? – Uśmiechnęła się. – Trzeba być cierpliwym.

– Co to znaczy „być cierpliwym”? – Spojrzałem jej w oczy. Nie spałem od trzydziestu kilku godzin, nie jadłem od dawna, byłem brudny i z każdą sekundą czułem się coraz starszy.

– Być cierpliwym – powiedziała – to znaczy próbować do skutku. Tutaj naciskasz. Jeśli ktoś zdecyduje, że nie leci, zobaczysz, że ta litera zacznie się świecić na czerwono.

Nie umiałem pojąć, która to litera spośród trzystu migoczących na ekranie.

Musiałem zaufać. A ona wcisnęła enter i system zaczął się przeładowywać raz na sekundę. Po godzinie znalazła mi bilet. Siedziałem w samolocie, w którym nie było innych białych podróżnych, lżejszy o ćwierć mojego budżetu i myślałem o tym, czy uda mi się kiedyś wrócić do domu.


Konfucjusz:

Dopóki idziesz, nie ma znaczenia, czy idziesz szybko, czy wolno.

Może mówił o miłości? Może o rozwoju duchowym? A może o zwyczajnej podróży? Ze zdaniami, kiedy je wyrwać z książki, jest tak jak z liśćmi klonu. Jedne wpadają w błoto, inne lądują w zielnikach. Wszystkie są już właściwie martwe.

Dziecko w samolocie krzyczało przeraźliwie całą drogę. Strasznie. Nie do zniesienia. Zasnąłbym, ale już było za późno. Strach rozlał mi się w środku. Patrzyłem na mapę w magazynie pokładowym China Southern, a w sercu dojrzewała mi myśl, że za bardzo oddaliłem się od Kantonu. Była to odległość podobna do tej dzielącej Warszawę od Paryża. Tyle że trzeba będzie ją pokonać w górach.

Lotnisko w Kunmingu było niewielkie. Trochę większe niż warszawskie Okęcie. Wysypaliśmy się do hali przylotów. Zwykle w takim momencie napadają człowieka taksówkarze i naganiacze. Ale nie tutaj. Taksówkarze rzucili się w kierunku chińskich pasażerów i w jednej chwili znowu zostałem całkiem sam.

Wysoko nade mną wisiały tablice z informacją o wi-fi. Spróbowałem włączyć Facebooka. I nic. Google. Nie działa. W papierowym przewodniku, który przywiozłem ze sobą, przeczytałem, że do miasta można dojechać linią Airport Express. Poszedłem za znakami z narysowanym autobusem. Rzeczywiście był tam dworzec Airport Express. Dziewięć linii. Do której wsiąść, a której pozwolić odjechać?

Każdy autobus miał pewnie nad drzwiami opisaną trasę. Patrzyłem na te opisy i nie pojmowałem z nich nic a nic.

Czasami patrzysz tak w oczy komuś, kogo kochasz. Patrzysz i nie rozumiesz ani słowa.

– Siaosimen? – zapytałem kogoś na przystanku.

Wskazał mi pierwszy autobus.

– Siaosimen? – zapytałem drugiego człowieka, a on tylko wzruszył ramionami.

– Siaosimen? – Podszedłem do trzeciego. Wskazał palcem na moją książkę. No tak, wciąż trzymałem w ręku przewodnik.

Pokazałem mu czarno-białą siatkę ulic. Pokręcił nią dookoła. Wszystkie nazwy po angielsku.

Zmarszczył czoło i wskazał mi drugi autobus.

– Ticket? – zapytałem. Ale nie zrozumiał.

Byłem więc w autobusie z Kunmingu całym sercem. Czarnym od melancholii. Autobus zawiózł mnie do Xiaoximen. To plac przed wielkim hotelem West Inn, pół kilometra od brzegów Cui Hu. Jezioro było na planie. Musiałem iść na południowy wschód.

To było proste. Lotnisko znajduje się na północy, czyli za dwa kilometry powinienem dojść do starego miasta. Nie wiedziałem jeszcze, że w Kunmingu nie ma starego miasta. Że zostały po nim tylko bramy. Że w cieniu wieżowców będą tak maleńkie jak pierwsza miłość w cieniu całej reszty naszego życia. Wciąż barwna, ale kompletnie niezauważalna, jeśli nie wiesz, gdzie szukać.

Nigdy w życiu nie czułem się tak osamotniony. Tłum szedł naprzeciw mnie fala za falą. Nikt nie mówił w moim języku. Nikt nawet na mnie nie patrzył. Pomyślałem, że Chińczycy nie mają za grosz empatii.

Myliłem się.

To ja nie miałem w sobie współczucia ani zrozumienia. Własny lęk wziąłem za obiektywną prawdę.

Kilka dni później dowiedziałem się, że nikt nie patrzy na ciebie z szacunku dla twojej przestrzeni. Z tego samego powodu nikt cię nie dotyka. Dowiedziałem się, że nikt do ciebie nie mówi z obawy, że nie potrafi mówić dość dobrze, żebyś go zrozumiał. Że ludzie nie są pochłonięci swoimi sprawami. Po prostu boją się zapytać, czy wiem, dokąd idę.

Pewien spotkany nieco później mądry człowiek powiedział mi:

– Jesteśmy z pokolenia, któremu nie wolno było mieć brata ani siostry. Nie umiemy ze sobą rozmawiać. Jeśli dorastasz sam, całe życie będzie ci brakować tej swobody, żeby mówić, czego chcesz, i odwagi, żeby mówić, czego nie chcesz.

Po kilkuset metrach odkryłem, jak wyglądają tablice z nazwami ulic. I że mają maleńki anglojęzyczny dodatek. Doszedłbym tam, dokąd szedłem, tylko z mapą, ale ulice w Kunmingu czasami znikają w tunelach albo wspinają się na estakady.

Zapytałem policjanta, a on odpowiedział mi po angielsku. Centralny plac miasta, którego szukałem, okazał się wielkim centrum handlowym. Mój hostel, Hump over the Himalayas, znajdował się głęboko w jego cieniu.


Konfucjusz:

We wszystkim, co istnieje, ukryte jest piękno.

Po prostu nie zawsze łatwo je dostrzec.

Kiedy dotarłem do recepcji, sądziłem, że wygrałem wojnę. Spodziewałem się, że od tej pory będę swobodnie rozmawiał po angielsku i miał dostęp do internetu, gdzie będę mógł rezerwować bilety i noclegi.

Teraz wszystko miało być już łatwe.

Okazało się, że będzie inaczej. Pani w recepcji miała dla mnie minutę. Otrzymałem numer łóżka i informację, że w Chinach nie ma dostępu do Google’a i Facebooka oraz że w ciągu najbliższego miesiąca nie będą działały żadne serwisy rezerwacyjne, bo jest Nowy Rok.

– Chcesz dokądś jechać? Bilet musisz zdobyć sam. Angielski nie jest zbyt popularny w tym kraju, a teraz wybacz, ale mam do załatwienia kilka ważnych spraw.

Wyszedłem. Wsiąkłem w tłum, który przelewał się przez śródmieście Kunmingu. Z fasad budynków patrzyły na mnie ekrany wielkości boisk do piłki nożnej. Wyświetlały się na nich reklamy i wiadomości. Wszystko w języku, którego nie potrafiłem ogarnąć. Pisanie sprawia, że człowiek czuje się mniej samotny. Jest z tym, dla kogo pisze. Z kimś bliskim.

Przeszedłem przez bramy podświetlone na żółto i niebiesko. Te bramy kiedyś strzegły wstępu do miasta, a teraz są ostatnią pamiątką. Ludzie ustawieni przy maleńkich stolikach sprzedają tam owoce i warzywa. Nie kupię niczego, nie umiem poprosić, a oni, widząc obcego, spuszczają oczy i zamykają uszy. Podobnie zachował się pan, który sprzedawał golonki smażone w głębokim oleju na pokładzie swojego blaszanego wózka z palnikiem. Nie potrafił mi powiedzieć, ile mam zapłacić. Poszedłem więc dalej. Nie było tam już straganów, ale chłód spuszczonych żaluzji i pustka samotnych kroków.

Strumień światła, który z otwartej restauracji spływał na ulicę, mienił się na złoto, a wrota odlane ze spiżu ozdobiono poskręcanymi cielskami smoków. Pewnie mówią tu po angielsku i pewnie przejadłbym tu mój tygodniowy budżet. Skręcało mnie z głodu, ale spiżowy smok łypał na mnie tak, że wiedziałem, iż się nie mylę.

Usiadłem sto metrów dalej w innej knajpie. Zamykali już, ale zrozumieli, że głodnego warto nakarmić. Mieli kartę dań w postaci fotografii. Wziąłem danie za dwanaście juanów, czyli w przeliczeniu na złotówki jakieś siedem złotych. Wyszedłem w mrok. Było jeszcze zimniej, niż sobie wyobrażałem, ale curry przyjemnie grzało mnie od środka. Pozamykane sklepiki cierpliwie wystawiały mi do zdjęć swoje witryny. Czasami fryzjerską, innym razem ze szmacianymi smokami, a w jednej preparaty z nosorożca, tygrysa i jelenia.

Miasto zasypiało. Zresztą i tak nie miałbym kogo zapytać o drogę. Szedłem ze światłem, od neonu do neonu, aż do miejsca, gdzie było ich najmniej. Na placu, który był kiedyś starym miastem, znajdowało się centrum handlowe i było mnóstwo wolnej przestrzeni. Żadnych reklam. Jeśli tam dotrę, będę w domu.

W drzwiach hostelu powitał mnie napis po angielsku: „Zacznij marzyć. A potem uczyń wszystko, żeby spełnić marzenia. Masz jedno życie. Masz jedną szansę”.

Bar był zamknięty.


Konfucjusz:

W dobrze rządzonym kraju być ubogim to wstyd. W kraju, w którym rządy są głupie, być bogatym to hańba.

Odkąd zrozumiałem, że nie porozmawiam tu z nikim i że nie mam dostępu do Google’a, cała moja mądrość ograniczyła się do pół kilo papieru, na którym wydrukowano przewodnik Rough Guides.

Napisali, że pieniądze powinno się wymieniać w banku. Banki są bowiem uczciwe, a uliczni handlarze walutą mogą ci wcisnąć fałszywe banknoty. I że wymiana na ulicy nie jest do końca legalna.

To prawda. Chińczycy w każdym sklepie mają przy kasie maszynkę do sprawdzania, czy banknoty są prawdziwe. Jeśli nie ma maszynki, na przykład na targowisku, to jest zaufany staruszek, który potrafi rozpoznać banknoty.

– Nie obrażaj się – powie mi za kilka dni ktoś, kto będzie znał angielski. – To nie znaczy, że ci nie ufają. Taki tu jest po prostu obyczaj.

Odnalazłem na planie miasta w przewodniku Bank of China.

Minąłem po drodze kościół. Czytałem o tym, że w Chinach biskupi muszą mieć akceptację partii, więc nie są zależni od papiestwa. Wszedłem. Krzyż był czerwony, w prezbiterium zamiast ołtarza stały niewielki pulpit i pokaźny zestaw perkusyjny. Było pusto i ascetycznie jak u baptystów, ale neogotycka rozeta nad wejściem sugerowała, że to mogą być katolicy.

Minąłem sprzedawcę wędzonych kaczych łbów i skręciłem w lewo. Zgodnie z planem miasta przede mną był Bank of China. Logo tego banku było jedynym ideogramem, jaki potrafiłem rozpoznać. Na schodach zaczepiły mnie dwie kobiety.

– Czendż many? – zapytały. – Czendż many?

Uśmiechnąłem się do nich przepraszająco. Nie, dziewczyny, nie zaryzykuję, bo nie wiem, czy nie jesteście z policji, nie wiem, czy to dozwolone w Chinach, nie znam kursu, nie umiem rozpoznać nominałów…

Wszedłem do banku. Za drzwiami stał portier. Wskazał maszynę do cetelków, wcisnął „exchange”, wręczył mi numerek i skierował do biurka z formularzami. Żeby wymienić walutę, należy wypełnić dwa zestawy dokumentów. Są one dostępne w języku angielskim oraz chińskim. Nad biurkiem była półeczka z okularami. Dziesięć par. Każda dla innej wady wzroku. W chińskim banku musisz wiedzieć, co podpisujesz.

 

Czekałem w kolejce dwadzieścia osiem minut i prawie nie posunąłem się do przodu. Wyglądało na to, że muszę odczekać kolejne pół godziny.

Wyszedłem więc i wymieniłem pieniądze na schodach banku w torebce dwóch kobiet, które mnie zaczepiły, kiedy wchodziłem. Policjanci pilnujący banku patrzyli na nas obojętnie. Jak kapitalizm, to kapitalizm.