BezmiarTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przyjedź. Odpoczniesz sobie. Będę ci robić śniadania, kupię ci abonament do Canal+ i do HBO, będziesz oglądał filmy, czytał, spał, chodził na odnowę biologiczną, wjedziesz na szczyt Pałacu Kultury i Nauki, odwiedzisz Muzeum Powstania Warszawskiego…

– A ty? – Wyczekał moment, kiedy musiała wziąć oddech.

– No co ja? Robotę mam. Jasna cholera!

– Czemu się denehwujesz? Rzuć tę hobotę w diabły.

– Nie na robotę się denerwuję, tylko lakier mi zasechł.

– Jaki znowu lakieh?

– No do paznokci.

– Handkę masz? – Usłyszała, jak się uśmiecha.

– Nooo… – uśmiechnęła się. – No mam!

– Z kim?

– Z chłopakiem, który mnie będzie… no… – szukała słów.

– Hahaha. – Usłyszała, że teraz Szymon się śmieje.

– No co! Z lakierem się mocuję. – To nie była prawda. Leżała na kanapie i myślała gorączkowo, jaki jest ten chłopak, z którym się umówiła. – Umówiłam się z mężczyzną o wrażliwych dłoniach.

– Whaaat?

– No wiesz, on jest artystą. Będzie mnie zabierał do teatru i do filharmonii. I do bazyliki na koncerty muzyki sakralnej...

– O hany – Szymon wciąż się uśmiechał – skoho tyle będziecie hazem wychodzić, to po co mu te whażliwe dłonie?

– No bo potem będziemy uprawiać… nie, nie tak, on będzie wygrywać na moim ciele najpiękniejsze melodie. Same molowe nuty.

– Olu, ty poetką jesteś!

Zatrzymało ją to „Olu”. Co powiedzieć? Nigdy tak do mnie nie mów? Czy może: przestań się wygłupiać i przyjedź? Kurwa mać. Zrobiło jej się zimno w stopy.

– Czemu milczysz? Powiedziałem coś nie tak?

– Zimno mi w stopy, wiesz? – Poczuła się nagle jakaś smutna. Niczyja.

– Przephaszam, że mnie tam nie ma. Daj mi kilka dni, zamknę jedną sphawę i dostanę wolne. Okej?

– Uważasz, że warto czekać?

– Tak.

– Na co? Na te kotlety?

– Hahaha, lubię cię.

– Naprawdę?

Przytaknął. Wtedy zapytała go, czy może mu opowiedzieć o pracy. Mówiła z kwadrans. O wszystkim. O Brzeskiej, o Pawliszuku i o tym, że komendant z PiS-u kazał jej grzebać w tym z powodu komisji, którą Sejm właśnie powołał, ale która jeszcze nie ma nawet składu.

– No i co o tym myślisz? – zakończyła.

– Skoho podpisał taką decyzję ktoś z „dobhej zmiany”, to czemu komendant z „dobhej zmiany” każe się wam tym zająć?

– No nie wiem – westchnęła. – Tego, kurwa, nie wiem.

[2] Sting, Fragile.

Rozdział dziesiąty

Kiedyś

Nie wiem, no nie wiem, co tam zastaną, Aniele Boży, stróżu mój, ale nie daj, żeby w tych samochodach nadjeżdżali strażnicy Talibanu, niech to będą górnicy, inżynier z kopalni, medyk, kurwa, nawet jakiś imam, byle nie ich najemnicy. Wiosłował rytmicznie, zaklinając rzeczywistość na wszystkie świętości. Trzeba było liczyć się z najgorszym, zawsze trzeba liczyć się z najgorszym, ale w pojedynkę nie miał szans z żołnierzami. Na pomoc z zewnątrz nie było co liczyć. Kawaleria nie nadciągnie. Nie będzie odsieczy. Nie przylecą śmigłowce, skoczkowie nie pojawią się nagle na niebie i nie będzie bombardowania. Jeśli nie da sobie rady, wszystkim, co tamci zastaną, będzie jego ciało na brzegu. Mundur pozbawiony jakichkolwiek cech, które pozwalałyby na identyfikację. Będą się domyślać, będą gadać w tych swoich YouTubach i Instagramach o amerykańskim imperializmie, ale nie będzie żadnych dowodów na to, kto ich zaatakował.

Aniele Boży, stróżu mój, spraw, żeby zdechli w tym płonącym domu, ale nie spłonęli, żebym mógł sfotografować ich ciała.

Płynął. Kiedy jesteś w ruchu, łatwiej myśleć. Dużo łatwiej. Obserwować brzeg trudniej, ale myśleć łatwiej. Pić mu się chciało, szczać, przytulić dziewczynę, bawić się z kotem. Może dziecko mieć, syna, uczyć go o tym, dlaczego barwy są białe i czerwone. Nie, nie o tym, myśl o tym, ile masz naboi.

W nieprzemakalnej kaburze miał SIG Sauera P 226 NAVY z magazynkiem na 15 naboi 9x19 milimetra Parabellum. Lekki, waży jedynie 750 gramów, można z niego strzelać z obu rąk, mechanizm zwalniania magazynka ma po obu stronach. W worku na plecach miał MAS HP MP5-N, naboje 9 milimetrów. Szybka broń, bardzo skuteczna na sto pięćdziesiąt, dwieście metrów. Ale żeby po niego sięgnąć, trzeba zrzucić z siebie worek. To zabiera czas. Dwa magazynki. W sumie sześćdziesiąt pocisków. I dużo, i mało.

Zostało mu jeszcze z pięćset metrów. Na brzegu dymy opadały rozwiewane przez wiatr. Budynek oberwał, w miejscu, gdzie kiedyś były drzwi, widniała rozpieprzona ściana, ale jednak stał. A to nie wróżyło dobrze. Musiał mieć żelbetonowy szkielet. Najwyraźniej coś się w nim zapaliło, bo z piętra płomienie strzeliły w górę. Samochody z kopalni już dojeżdżały. Zatrzymał się, żeby przyjrzeć się im bliżej. Trzy toyoty. Przynajmniej trzech ludzi, ale trzeba się liczyć z tym, że więcej, może nawet dużo więcej. Nie mógł płynąć po prostu do plaży, bo nie miałby się tam gdzie ukryć. Zmienił kierunek tak, żeby dopłynąć do pirsu. To nie był niestety ani pomost, ani molo, pod którym można byłoby się schować, to tylko zwyczajny, usypany z kamieni i betonowych bloków falochron, na którego końcu znajdowała się przystań. Na przystani istniałaby szansa na schronienie, nawet dobre, ale to nie było rozwiązanie, bo musiałby potem przebiec zupełnie na widoku całą długość falochronu. Jeśli gdzieś tam czai się jakiś strzelec albo jeśli ten facet od drona przeżył i ma porządny karabin pod ręką, Luter oberwałby po kilku metrach, nawet gdyby biegł zygzakiem. Nie. On jest bezpieczny w morzu. I tego się trzeba trzymać.

Ciekawe, czy znają nasze procedury, myślał. No pewnie, że znają, gdyby nie znali, nie potrafiliby tak długo uchodzić z życiem z tego pościgu. Więc znają. Przekupują żołnierzy. Może nie operatorów, bo elita nie robi tego, co robi, dla kasy. Ale urzędników na pewno można przekupić. Urzędnicy to tchórze. Pieczeniarze. Lubił to słowo. Stare słowo z innego świata. Trzydzieści tysięcy słów, a kiedy Aśka odchodziła, brakowało mu tego jednego, jedynego, które potrafiłoby ją zatrzymać. A teraz co? Teraz pewnie się kochają, bo w Polsce dzień wstaje. Niedziela. Aktywista ma wolne. Może przygotowują plakaty na jakąś manifestację. On maluje jej piersi czerwoną farbą.

Obraz był tak sugestywny, że Luter zmusił się do poważnego wysiłku, żeby go odegnać. Trzysta metrów do brzegu, dwieście do falochronu. Widział, że są tam betonowe gwiazdobloki, więc będzie się jak ukryć. Przynajmniej na początku.

Samochody dojechały. Ale on nie patrzył w ich stronę, tylko płynął ile sił, bo to była jego chwila. Teraz ludzie wyskoczą z aut i będą próbowali dostać się do środka, żeby ratować co tylko możliwe. Ich uwaga będzie skupiona na tym, co się dzieje w pożarze, a nie na tym, co w morzu.

Skupił się na oddechu. To zawsze pomaga.

Dopłynął do falochronu. Fale rozbijały się na betonowych blokach o kształtach wielkich czterograniastych jeży. Ukrył się za jednym z nich i sięgnął do kieszeni po lunetę. Najpierw zobaczył trzy samochody z kopalni, stały w oddaleniu od płonącego budynku. Ludzie w kaskach wyciągali z pierwszego z nich sprzęt gaśniczy. Mieli na twarzach maski tlenowe. Dwaj z nich wciągali na siebie srebrne kombinezony. Strażacy z kopalni. Prawdopodobnie profesjonaliści. Pięciu. Do tego jeden z torbą medyczną i plecakiem z respiratorem. Ratownik medyczny. Niewielu. Mógł ich wystrzelać, ale to rozwiązanie nie wchodziło w grę. Nie strzela się do cywilów. Musiał poczekać, aż podejmą próbę wejścia do budynku. To podnosiło ryzyko. Powinien jak najszybciej ustalić, czy bandyci z Talibanu nie żyją, zrobić zdjęcia zwłok, przeszukać ich kieszenie. Podjąć procedurę ewakuacji… Ale teraz będą się tam szwendać strażacy. Na szczęście tylko kilku. Może odnajdą ciała. Wtedy będzie trzeba przemyśleć, jak do nich dotrzeć. Pewnie sterroryzuje strażaków i na tym koniec. Ale niepokoiło go, że budynek stał. Jeśli Taliban urządził sobie to miejsce spotkań w domu zbudowanym jak bunkier, jeśli jest tam schron czy jakiś tunel, cokolwiek, to słabo. Co robić, co robić…?

Przypomniał sobie, co jego dowódca mówił o morzu: morze, kiedy chce pokazać swoją siłę, idzie falą tsunami. Ale potrafi też cierpliwie czekać. Drążyć – skałę, beton, cokolwiek. Jeśli nie potrafi zmiażdżyć, umie naruszyć konstrukcję. I to wystarcza.

Postanowił poczekać. Siedem minut. Nie dłużej. Przyjrzał się budynkowi. Rakiety trafiły w otwór drzwiowy. Fasada zawaliła się, ale dalej konstrukcja wciąż stała. Dym walił z piętra. Paliły się jakieś plastiki, pewnie okładziny. Dym był czarny i śmierdzący. Luter nie rozpoznawał zapachu. Obie toyoty, które stały przed wejściem, wyglądały na uszkodzone odłamkami, lecz samochody strażaków nadawały się do szybkiej ewakuacji. Spojrzał w kierunku pustyni, ale teraz widok miał bardzo ograniczony. Z lewej strony wysoki mur falochronu. Z prawej dym. Strażacy założyli tym dwóm w kombinezonach butle z tlenem i cała szóstka ruszyła w kierunku zawalonej ściany. Luter schował lunetę do kieszeni, a potem, nie wstając z kolan, wygrzebał wreszcie penisa ze spodni i wyszczał się wprost do morza. Zdjął pakunek z pleców. Najpierw wyciągnął worek z wodą i wypił do ostatniej kropli. Potem MP5. Założył magazynek. Wypiłby jeszcze żel czy dwa, ale adrenalina powinna go teraz utrzymać w gotowości. Na razie trwa zadanie. Trzeba sprawdzić, czy oba obiekty są skutecznie wyłączone.

Zaczął przesuwać się w wodzie od jednego gwiazdobloku do następnego. To upierdliwa czynność. Woda płytka, nie zanurkujesz, konstrukcje obłe, nie dają oparcia, ale dają jakie takie schronienie. Trzeba korzystać z tego, co się ma. Wolałby mrok i wodę. Woda jest jego sprzymierzeńcem. Pozwala się ukryć, podejść do obiektu, zapewnia bezpieczeństwo. No i przypadkowi ludzie się tam nie kręcą. Fale w morzu są po to, żeby gówno wyrzucić na brzeg.

 

Do brzegu zostało mu jakieś pięćdziesiąt metrów, ale wody było już zbyt mało, żeby się w niej kryć. Dwadzieścia centymetrów. Był przy plaży. Sto metrów do budynków. Trzej strażacy zamykali jakieś zwłoki w czarnym worku. To musiały być resztki tego, który stał w drzwiach. Zostało trzech. Powinny być jeszcze przynajmniej trzy ciała. O nie! Przynajmniej cztery. Był jeszcze ten, który operował dronem. A więc przynajmniej cztery ciała. Kurwa, a może więcej? Może mają tam cały bunkier bojowników? Dziesięciu pieprzonych talibów?! Mógłby teraz wstać i iść w stronę brzegu. Sterroryzować bronią tych czterech gości ze straży, związać im ręce za pomocą trytrytek. Potem poczekać, aż dwaj kolejni strażacy wyjdą z ognia.

Dał im jeszcze cztery minuty.

I wtedy wszystko się popieprzyło.

Zza budynku wyszedł zamaskowany mężczyzna z karabinem maszynowym w rękach i w pięć sekund, jedną precyzyjną serią skosił strażaków i medyka. Krzyknął coś i po chwili Luter zobaczył Jaafara Tayara w okularach całego i zdrowego. Za nim wyszedł Abu Arif i jeszcze jeden gość. Ten wysoki, ten, który przyjechał jako pierwszy. Musieli mieć tam jednak schron, drugie wyjście, piwnicę, tunel, chuj wie, co mieli, ale wszystko się popierdoliło. Tamci, pochyleni, ruszyli w kierunku nieuszkodzonych pojazdów. Luter zerwał się na równe nogi i zaczął biec w kierunku plaży, rozchlapując fale. Tayar pewnie to usłyszał albo zobaczył kątem oka, albo jego talibański, szatański zmysł podpowiedział mu, żeby odwrócił wzrok. Do brzegu trzydzieści metrów, Luter podnosi broń do strzału, nie zwalnia ani na moment, teraz musi być doskonały jak maszyna, jak automat, jak, kurwa, pociąg, który zawsze trzyma pozycję niezależnie od te-go, na czym leżą szyny. Trzydzieści strzałów, najpierw do tego, który trzyma karabin. Już zdążył usłyszeć ostrzegawczy krzyk Tayara, już się obejrzał, zobaczył Lutra, podnosi broń do strzału. Luter strzela po dwie kule. Trzydzieści to nie jest dużo. Pierwsza kula w ogień, druga w ciało strażaka. Widzi, jak zamaskowany kładzie palec na spuście, jak go naciska, jak odrzut szarpie mu ramię. A jemu zostało jeszcze tylko pięć metrów do brzegu. Trzeci pocisk w korpus. Czwarty w głowę. Teraz Jaafar Tayar. Szczur pada na ziemię, wyciąga ramiona przed siebie, boi się o pierdzielone okularki. Luter strzela. Zanim dosięgnie ziemi, dostaje w korpus. Raz. I drugi raz. Drugi to chyba w udo. Luter robi kolejny krok, do brzegu jeszcze tylko dwa metry. I nagle stopa, zamiast trafić w płytki, zbity falą na beton piach, grzęźnie w rozmemłanej brei w miejscu, w którym fale przyboju żłobią sobie koryto, w którym mielą się z falami odboju. Luter gubi rytm. Traci równowagę, a wtedy jego pociski trafiają w piach, zamiast dosięgnąć Jednorękiego. Tymczasem Wysoki spod swojej dżalabii wyszarpuje automat. Nie pieprzy się z celowaniem, tylko wypluwa pociski długą ognistą serią. Luter robi jeszcze jeden krok, grzęźnie w fali przyboju i czuje kule tamtego rozrywające mu ramię. Jeszcze jeden krok w tym grząskim bagnie, jeszcze jeden. Widzi, jak Jednoręki dopada toyoty, jak szarpie za klamkę i otwiera drzwi. Wysoki wypluwa drugą serię, ale tym razem chybia.

Luter jest już na brzegu. Lewe ramię rwie go z bólu, ale wie, że póki adrenalina krąży w żyłach, da radę wystrzelić jeszcze kilka razy. Widzi, że tamten, Wysoki, nie zamierza ryzykować. Staje w pozycji strzeleckiej. Przykłada broń do oka. Ta seria nie chybi, więc Luter zamiast kolejnego kroku w przód rzuca się w bok, w tę lukę między szelfem a brzegiem, w której fale kotłują się tam i z powrotem, bo jest człowiekiem morza i wie, że jeśli trzeba szukać ucieczki, schronienia, to tylko w tym jednym miejscu. Wysoki wypuszcza kulę, ale Luter już pada. Kątem oka z prawej strony widzi jakiś kształt i bardziej czuje, niż wie, że to Druid.

Druid opiera się na prawej nodze. Lewa, po tym jak wyszedł z wody, jest mu tylko kulą, balastem, który utrudnia ruchy, wie, że jest złamana i że się na niej nie może oprzeć, ale teraz nie jest czas na to, żeby kalkulować. Teraz ma przed sobą strzelca i musi mu przeszkodzić, więc wypluwa z MP5 dwa razy po dwa naboje. I jeszcze dwa. Chybia. To przez tę nogę. Strzela jeszcze raz i jeszcze. Kurwa, znowu nic. Przesuwa się do przodu. Tamten strzelec rezygnuje z pomysłu dobicia Lutra, odrzuca broń, pewnie i tak nie miał już wielu pocisków, wskakuje do toyoty i odpala silnik.

Druid nie może biec ani przyklęknąć, ani porządnie złożyć się do strzału, puszcza w kierunku samochodu kolejne pociski, cztery, może sześć, ale tamten jest wytrawnym kierowcą, rusza z impetem, który pozwala mu zawrócić niemal w miejscu.

Ale nie odjedzie tak łatwo, bo Druid ładuje mu wreszcie dwie kule prosto w koła.

Rozdział jedenasty

Teraz

Koła mieliły poranną ciapę cierpliwie, ale bez wielkich efektów. Miasto pełzało w tym błocie jakieś dziesięć na godzinę, a ciężkie, lepkie gluty śniegu spadały na szybę jak białe, mokre, martwe żuki. Poniedziałkowy poranek był tak szary i zimny, że właściwie nadawał się tylko do tego, aby zostać w łóżku. Mogłaby leżeć z nosem ukrytym pod kołdrą i oglądać na komputerze kolejny sezon Wikingów. Pić nalewkę z głogu, dostawać od przyjaciół esemesy pełne dobrych myśli i od nieznajomych facetów kwiaty. Mogłaby mieć na sobie pidżamę z grubej flaneli, a pod nią szczupłe, opalone uda.

– Z tego wszystkiego, Olga, masz tylko nalewkę, ale to dopiero po robocie – mruknęła do siebie i skupiła się na jeździe. Radio nadawało jakiegoś przemądrzałego gościa, który wyjaśniał właśnie, że tak długa zima w naszym kraju to rezultat efektu cieplarnianego.

– Im cieplejszy klimat, tym dłuższa zima – tłumaczył. – W pogodzie standardem jest cyrkulacja strefowa, czyli swobodny przepływ układów niżowych przez Europę z zachodu na wschód. Ocieplenie klimatu powoduje powstawanie trwałego wyżu nad Arktyką. Wówczas mroźne masy powietrza muszą go okrążać i wędrują nad Europę, przynosząc długie, ciężkie zimy. Dlatego im cieplejszy klimat, tym dłuższa zima nad Polską.

– Kurwa, co on pieprzy! – zaklęła i próbowała opanować odruch wciskania klaksonu. – Przecież dzisiaj jest chyba pierwszy dzień wiosny!

Warszawa to miasto dziwnych kierowców. Jeśli pada deszcz, wszyscy zwalniają do dwudziestu na godzinę. A jeśli z nieba spada śniegowa breja, to nie ma szans, żeby zdążyć gdziekolwiek na czas. Dobrze, że ford ma ogrzewaną przednią szybę. Że nie zaparowuje, nie zamarza, nie trzeba jej bez przerwy skrobać. Gdyby mogła rozdawać Nagrody Nobla, to dałaby ją komuś, kto wymyślił ten prosty patent.

– Kwiecień za pasem, a u nas ciągle zima – powiedział pan redaktor.

– To wszystko przez ocieplenie klimatu, wszystko przez to, że palimy węglem. A już my, w Polsce, palimy go najwięcej w Europie. To sprawia, że topią się lody Arktyki, które utrzymywały cyrkulację powietrza w ryzach. I dlatego na Boże Narodzenie mamy ciągle jesień, a w kwietniu może jeszcze trwać zima.

– Wierzyć się nie chce, patrząc na to, co za oknem – powiedział redaktor i zapowiedział wiadomości.

Tkwiła w korku na placu Inwalidów. Miała nadzieję, że tylko do świateł.

„Z okazji obchodzonego dzisiaj Światowego Dnia Szczęścia ONZ opublikowała raport pokazujący, które kraje są uznawane za najszczęśliwsze – powiedziało radio. – Pierwsze miejsce w tym rankingu zajęła Norwegia, która awansowała o trzy pozycje. Na podium znalazły się też Dania oraz Islandia. Tuż za pudłem Szwajcaria. Wśród państw, które zostały uznane za najmniej szczęśliwe, są kraje, w których toczą się konflikty zbrojne, a więc Jemen, Togo, Rwanda, Tanzania oraz Syria. Autorzy badania brali pod uwagę czynniki takie jak długość życia, dostęp do opieki medycznej, bezpieczeństwo, stabilność zatrudnienia i PKB przypadające na jednego mieszkańca. Polska na 46 miejscu tuż przed Uzbekistanem”.

– Tam przynajmniej mają ciepło. – Miała dość. Włączyła sygnalizację i uruchomiła syrenę. Kierowcy z ociąganiem zaczęli zjeżdżać do prawej i mogła wreszcie dojechać do pracy.

Kosiński był na miejscu już dość długo, żeby po jego kawie został tylko osad na dnie kubka.

– Już trzecią będę pił, chcesz, to ci od razu przygotuję – uśmiechnął się do niej promiennie.

– W korku stałam, bo pada śnieg z deszczem. – Zlustrowała jego jasny golf, obcisłe spodnie rurki i nowe albo naprawdę bardzo czyste buty. A przecież szedł tu po błocie.

– Ja nic nie mówię, nic nie mówię. – Rozłożył ręce jak żydowski handlarz w starych filmach. – Ja sobie myślę, że jeśli twój szef jest szczęśliwy, to cała fabryka może być szczęśliwa.

– Idźżeż ty! – Rzuciła w niego czapką, ale niecelnie. – Powiedz lepiej, czego się dowiedziałeś, skoro warujesz od rana w psiarni.

– Oj, widzę, że szefowa w przednim humorze. Tindera masz? – Mrugnął do niej.

– Naprawdę tak myślisz? Że w dobrym?

– Że się zakochałaś? – Miał w oczach taki szelmowski błysk, że aż się odwróciła, udając, że musi powiesić kurtkę.

– Jeśli coś jest ze mną nie tak, to dlatego, że pewien przestępca, ohydny, odrażający bandyta i zbój rozbił mi głowę i nie ma pewności, czy w ciągu kolejnych dwóch tygodni nie umrę na wylew albo na pęknięcie tętniaka czy sama nie wiem, na co – wycedziła. – Więc jak, dowiedziałeś się o czymś istotnym czy nie?

– O czym?

– O tym pedofilu, co mi rozwalił głowę.

– No przejrzałem zeznania tych gości pod hotelem i ten kierowca z audi… – Sięgnął po notatnik. – Krystian Zdanowski, zamieszkały Piaseczno i tak dalej, zeznał, że on nie wie, czym tamten nieznany mu mężczyzna rozbił szybę pojazdu należącego do przedsiębiorstwa Vip Class, w którym Zdanowski jest zatrudniony w charakterze szofera. Tak zeznał. Szofera, a nie kierowcy.

– Jak to nie zauważył? Nie widział broni?

– Zeznał, że nie zauważył. Może tamten czymś metalowym uderzył, może kamieniem, on nie wie, nie zauważył tego, bo radio ustawiał.

– Kurwa mać. Nikt nie widział broni? No, a monitoring? Muszą mieć tam monitoring. Na pewno nasi zabezpieczyli. Sprawdzisz?

– Sprawdzić monitoring. – Zapisał w notesie. – Ale ja nie mam głowy z gumy. Może byśmy sobie wzięli stażystę?

Elektryczny czajnik strzelił na znak, że woda jest już wystarczająco gorąca. Kosiński wstał od biurka i zabrał się za robienie kawy.

– Ale jakiego stażystę? – zapytała.

– No wszędzie teraz są stażyści, wiesz, takie czasy, że ludzie za darmo pracują, żeby mieć to w CV, a więc pomyślałem sobie… – Podniósł oba kubki, jeden z mlekiem, a drugi tak czarny, jak tylko czarna potrafi być kawa rozpuszczalna z Biedronki. – Pomyślałem sobie, że na pewno ktoś by chciał mieć w CV, że pracował w terrorze kryminalnym.

Postawił Serbii kawę przed nosem.

– Wiem – powiedział, patrząc jej w oczy – nie to samo co wódka, ale sama rozumiesz, w pracy nie wolno.

Poczuła, jak topnieje jej serce, i zrozumiała, że nie może się na niego więcej złościć. Nie jego wina, że nie widział broni. Ale ona miała pewność, że było tak, jak pamięta. Gdzieś tam po mieście łazi teraz bezdomny z gnatem. I to nie jest dobre. Ani nie jest bezpieczne. I to jej wina.

Wypiła łyk. Dobrze poczuć, jak kawa wpływa do samego serca.

– No, ale skąd tego stażystę?

– Nie wiem… z biura pracy?

– No co ty gadasz, przecież tu policja jest, a nie sklep spożywczy.

– Czyli nic z tego?

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo jej telefon rozśpiewał się nagle głosem Nicka Cave’a. „Do you love me? Do you love me?”[3]. Spojrzała na Kosińskiego. Jego mina – bezcenna. Odebrała.

– Olga Suszczyńska, słucham.

– No coś ty, córcia, nie poznajesz mnie? – To był Siwy. Jej były dowódca, mentor i przyjaciel. Wciąż był zawieszony, po tym jak strzelił do bandyty. Ale zły człowiek był teraz bohaterem wojennym naszego zaprzyjaźnionego państwa. Ślady wskazywały, że Siwy strzelał w obronie własnej, ale Olga wiedziała, że kryło się za tym coś więcej. Nie powiedziała o tym nikomu. Miała u Siwego dług, bo ten chory na raka były esbek ocalił jej życie. Był rozżalony wobec „dobrej zmiany”, która dotknęła go po dwudziestu kilku latach służby dla wolnej Rzeczpospolitej. Najwyraźniej służył jej dobrze, skoro dotarł aż do ścisłego kierownictwa Komendy Stołecznej Policji. Wszystko zaczęło się psuć wraz z odejściem Ludwika Dorna z funkcji ministra spraw wewnętrznych. Doliński przestał czuć się w komendzie gospodarzem, ale był dobrym śledczym, więc kolejne dziesięć lat kierował wydziałem. Aż do teraz.

– Jak tam, dowódco? – zażartowała. – Słyszę, że żyjesz. Dzwoniłam, ale nie odbierałeś.

 

– Dzwoniłaś raz w ciągu kilkunastu dni. I to w momencie, kiedy już przestałem czekać – powiedział. – Odłożyłem telefon i całkiem o nim zapomniałem. Nie potrzebuje telefonu ten, do którego dzwonią już tylko prawnicy.

– Jak twoja sprawa?

– Dyplomaci robią swoje i być może rozejdzie się po kościach… Oni nie chcą, żeby wyszła na jaw przeszłość ich bohatera. My nie chcemy, żeby się rozeszło, że obywatel zaprzyjaźnionego kraju zginął tragicznie na terenie kraju Zagłady. Dyplomaci mają więc zbieżne cele, chociaż muszą pewnie uzgodnić cenę.

– Jaką cenę?

– No kogoś trzeba będzie odstawić. Dla mnie to już pewnie oznacza emeryturę. A wiesz, jakie teraz nam zostawili emerytury?

– No jak to? Myślisz, że się pozbędą dobrego psa?

– Najlepszego psa w resorcie po samej Sabie – zażartował Siwy.

Olga nie zrozumiała.

– Po jakiej Sabie?

– „Ludwiku Dorn, psie Sabo, nie idźcie tą drogą”. Nie pamiętasz? Prezydent Kwaśniewski miał o niej przemówienie.

– No proszę, a ty myślisz, że ile ja mam lat?

– No dobrze, był taki minister kiedyś, przychodził tu czasami na fabrykę ze swoją suką, Sabą, i ona ogryzała meble.

Zaśmiał się na to wspomnienie, ale Olga nie zrozumiała żartu.

– No to pożartowaliśmy, a teraz mów, jak się czujesz.

– Jak zbity pies – powiedział. – Chory jestem.

– Wiem.

– Chemioterapię muszę przyjąć. Wyjdą mi ostatnie włosy.

– Kurwa…

– Eeee, córuchna, nie ma tego złego. Powiedzieli, że mogę sobie perukę zamówić na koszt państwa. No i przynajmniej schudnę. Wiesz, jakie mamy czasy… żarcie z pudełek ludzie jedzą, żeby schudnąć, głodzą się, na siłowniach wytracają majątek, żeby dobrze wyglądać. Schudnę przy okazji. Nie zbiednieję, bo chociaż emerytury zabrali, to chemię będę miał z tej darmowej służby zdrowia.

– Więc pewnie nie najlepszą?

– Może mnie nie zabiją. Wiesz, tam w szpitalu nasi zawsze mieli swoje kadry, więc jakieś zasady obowiązują i dostanę pewnie lepsze łóżko niż by dostał minister z dobrej zmiany.

Tak. Wiedziała. W najważniejszych szpitalach służby zawsze miały swoich ludzi. Nie można było dopuścić, żeby ktoś istotny dla aparatu bezpieczeństwa państwa leczony był bez należytej staranności. No i z drugiej strony, jeśli aparat uznał, że ktoś jest państwu zbędny, to szpital był najlepszym miejscem, żeby mu się przytrafił zgon z przyczyn naturalnych. Uczą tego na historii. Ale to nie była pora na tę rozmowę.

– Kiedy idziesz do szpitala?

– W środę.

– Przywieźć ci coś?

– Wiesz, jak swoi pilnują, wódki nie przeniesiesz. Nie wiem. Może będę musiał zostać. Powiedzieli, że lepiej, żebym został. Że to długotrwała procedura i mogę potem czuć się różnie. No, ale ja nie po to dzwonię, żebyśmy gadali o szpitalu, ale o tej twojej sprawie.

– O jakiej sprawie?

– O twojej pierwszej sprawie, słyszałem, że ją robisz od nowa.

– Od kogo słyszałeś?

– No wiesz – usłyszała w głosie swojego dawnego szefa nutkę satysfakcji – w naszej robocie musisz węszyć, nieważne, czy siedzisz w budzie, czy latasz po polu.

– Pamiętasz coś?

– Niewiele. Wtedy nie byłem twoim szefem i nie wszystko wiem. Różnie gadali. Rozumiesz, Pawliszuk cwany gość był. Ze starej gwardii…

– Co masz na myśli?

– No ze służb. Rozumiesz?

– Aha. – Nastawiła uszu. – Zdjęli ci już podsłuch?

– A rzeczywiście, dzisiaj nie sobota, więc starsi bracia w wierze mogą podsłuchiwać – zażartował Siwy. Żartował, więc nie było z nim najgorzej. – No tak. Był ze służb. Ale przy jego stażu to jednak tylko pułkownik, znaczy nie za wysoko awansował. Zdaje się, że pracował najpierw w wydziale II, wiesz, dywersja ideologiczna, ci wszyscy żołnierze wyklęci, rewizjoniści, dogmatycy, mniejszości narodowe, ale potem nagle go dali do wydziału XII. Więc należał do elity, ale coś poszło nie tak i wylądował z „masonerią”.

– Co to znaczy?

– No wiesz… jaka tam w peerelu była masoneria? Odsunęli go. Dostał odcinek pilnowania, żeby się próba odrodzenia loży masońskiej nie powiodła. Zdaje się, że nazywali to operacją „Loża Kopernik”.

– Poważnie mówisz?

– Poważnie. Kościół brał ten problem poważnie, a władza ludowa słuchała głosu kleru bardzo uważnie. Prymas Wyszyński miał taką tezę, że masoneria chce zniszczyć Kościół z pomocą proletariatu miast i wsi. A jak już Kościół będzie zlikwidowany, to masoneria pozbędzie się komunistów. Generał Jaruzelski był człowiekiem podejrzliwym, więc powołali wydział XII i on był między innymi do walki z masonerią, i Pawliszuk tam dostał zadanie. To tak, jakby go wysłali na Berdyczów, bo nikt tak poważnie masonerii nie brał pod uwagę. No i w ten sposób wypadł z pierwszej ligi.

Siwy zamilkł.

– Co jeszcze powinnam wiedzieć?

– Jak miałaś ten wypadek, to chodziło na mieście, że to wcale nie był wypadek – powiedział wreszcie.

Olga poczuła, że robi jej się gorąco. Ktoś już mówił, że to nie był wypadek. Kowal. Kowal jej o tym powiedział. Zbigniew Kowalski. Bogaty gość, podejrzewany o wszystko. O dziwki, narkotyki, nielegalne walki, przemyt ludzi na Zachód. Niczego mu nie dowiedziono. Oficjalnie inwestor. Król deweloperów. Olga odnalazła zabójcę jego młodszej siostry. I wtedy Kowal powiedział jej, jakoś w poczuciu wdzięczności, że wypadek Olgi nie był przypadkowy.

To był moment, w którym zginęła Anka.

– Olga? – Siwego zaniepokoiło jej milczenie.

– Jestem, jestem – westchnęła. – Skąd wiesz?

– Z operacyjnego nasłuchu. Pojawiła się taka plotka, ale szybko przycichła.

– Uwierzyłeś?

– Wtedy nie miałem na fabryce za wiele do gadania.

– Nie pytam, czy miałeś coś do gadania, pytam, czy uwierzyłeś.

Teraz on zamilkł.

– Dowódco? – ponagliła go.

– Tak. Nie dlatego, że ktoś gadał. Miasto często gada pierdoły różne. Ale jeśli jakaś plotka w półświatku nagle kończy życie, to mi się wydaje podejrzane. Sprawdziłem wtedy, czy to jest w naszych papierach. Nie było. Nikt nie dał wiary plotkom o napadzie na jedną z naszych? To też było jakieś dziwne. Potem odzyskałaś przytomność, ale nie pamięć. Długo nie wracałaś. Może ktoś pomyślał, że już po sprawie. A potem postanowiłaś wrócić do służby…

– A ty się mną zająłeś.

– No. Bo już mogłem. Awansowałem. Zostałem twoim szefem. Co prawda sprawę Pawliszuka zapieczętowali wcześniej w archiwum, ale chciałem cię mieć na oku jakby co.

– Jakby co?

– Jakby ktoś wrócił zapytać, co pamiętasz.

[3] Nick Cave, Do You Love me?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?