BezmiarTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie wiem, gdzie to jest.

– Na Wilczej, tuż obok Marszałkowskiej. Są papiery, z których wynika, że należała przed wojną do jakiegoś Żyda, który sprzedał roszczenia szanowanej warszawskiej firmie adwokackiej.

– No i w czym rzecz?

– Pawliszuk miał w tej kamienicy stumetrowe mieszkanie.

– Jak to, przecież pamiętam, mieszkał w domku na działce… Spalił się z wnuczką, z Kasią. Chodziła do jednej klasy z moją córką. Sprawa była oczywista, zasnęli, on w nocy pewnie papierosa palił i od niedopałka domek spłonął. Pokręciłam coś? – Przestraszyła się, że może jednak w głowie rośnie jej ten krwiak i że traci pamięć.

– Nie, nie pokręciłaś. Wody ci jeszcze naleję, dajże tę szklankę.

Podał jej.

– No ale okazuje się, że Pawliszuk tam mieszkał, na Wilczej. Pułkownik Pawliszuk. Esbecki oficer. Sam na stu metrach. Jak mógł tam mieszkać, skoro kamienica należała do kogoś innego? Ciekawe, co? No więc odgrzebiesz tę sprawę, tego młodego, Kosińskiego masz do pomocy. Każ mu przeczytać akta tej Brzeskiej, niech tam się rozejrzy w papierach twojej sprawy, może coś mu się rzuci w oczy. Ty też te papiery sobie przypomnij. Może znajdziecie sposób, żeby to wznowić.

– Ale to stara sprawa jest. Kogo to dzisiaj obchodzi?

– No właśnie wyobraź sobie, że kogoś to obchodzi. Komisja sejmowa cię wezwie, żeby o nią zapytać. Będą po policji jechać jak po łysej kobyle, więc kiedy cię wezwą, chcę, żebyś była gotowa.

Rozdział szósty

Kiedyś

Kiedy cię wzywają, jesteś gotowy. W tej robocie nie ma zmiłuj. Nie można mieć bólu głowy. Nie można odkładać na później. Nie można poczuć się zmęczonym. Nie da się wyjść na papierosa. Nie da się przejrzeć Twittera ani Fejsa. Nie można zadzwonić do kolegi. Nie ma sklepiku, w którym możesz kupić sobie pączka albo Snickersa. Nie da się wyjść do toalety. Nie srasz. Po prostu nie srasz, dopóki nie zrobisz tego, co jest do zrobienia. Dotarł na miejsce o czasie plus trzy. Trzy godziny czekania do świtu. Dużo i niedużo. Bywało więcej. Gdyby zerwał się sztorm albo gdyby wydarzyły się jakieś nieprzewidziane okoliczności, te trzy godziny mogłoby się przydać. Trzy godziny, w czasie których nie możesz zasnąć. Nie możesz dać się nikomu zauważyć. Nie możesz niczego przegapić, chociaż to, na co patrzysz, będzie tu przez jeden, jedyny ułamek sekundy. Jeżeli jesteś kierowcą autobusu, masz obowiązkowe postoje. Jeśli prowadzisz samochód osobowy, to co dwie godziny komputer pokładowy sugeruje ci, że powinieneś wypić kawę, odpocząć, bo uwaga staje coraz bardziej obciążona. Ale jeżeli jesteś tutaj, w morzu, to nikogo nie obchodzi, jak się masz. Jesteś maszyną do liczenia fal.

Znał morze. Potrafił wyczuć jego puls. Ułożyć się tak, żeby patrzącemu z brzegu wydawało się, że jest tylko blikiem fali. Taka jest natura słonej wody. To, co ważne, jest zakryte dla oczu. Załoga Titanica nie umiała rozpoznać, jak wielka jest góra lodowa, z którą się zderzą. Kiedy spotykasz wieloryba, widzisz tylko czubek jego nosa. Czasami ogon. Z całego rekina widzisz jedynie płetwę. A kiedy spotykasz kogoś takiego jak Luter, nie widzisz nic. Tylko cień.

Kiedy on i morze spotkali się po raz pierwszy, bał się.

W Warszawie nie było morza. I nie byli bogaci. Nie mogli wyjechać do Hurghady jak niektórzy chłopacy z jego podwórka. Nigdy nie nurkował jako dziecko. Nawet sobie tego nie wyobrażał. Pierwszy raz pod wodę zszedł dopiero w Akademii. Pierwszy sztorm przeżył jako dziewiętnastolatek i myślał, że to jego ostatni rejs. Że to nie jest dla niego i jeśli tylko będzie potrafił przeżyć i nie wypluje tu ani żołądka, ani serca, to przeniesie się na politechnikę i zacznie projektować domy. Potrafił rysować. Nadałby się. Ale przetrwał. Ten sztorm. I kolejny. A po czterech sztormach wiedział, że można przetrwać na morzu, jeśli je do siebie przekonasz. Jeśli znasz jego język. Język morza nie jest łatwy. Są w nim takie słowa jak pokora, szacunek. No i nawet strach. O tym akurat wiedział od pierwszego razu.

Pojechał z mamą do Dębek. Miał cztery lata. Szli pomiędzy budami z plastikowymi zabawkami, pontonami, dmuchanymi kółkami, lodami i stęchłą, kwaśną wonią starego oleju do smażenia ryb.

A potem skończyły się płytki chodnika i trzeba było brnąć przez piach. Mama pierwsza, bo mama ma długie nogi, a jej stopy nie zapadają się tak łatwo. A on za nią. Trochę idzie, a trochę wisi za rękę, ale dzięki temu daje radę pokonać jakoś tę wydmę. Ma niebieską koszulkę. Do dzisiaj to pamięta. A mama jest cała w paski. Idą pod górę, a potem już robi się w dół, ale piach ciągle wielki. I słyszy szum, podnosi głowę. I widzi bezmiar.

Bezmiar po prostu.

Nie zna jeszcze tego słowa, ale wie, że kiedyś, kiedy je pozna, będzie pasowało idealnie. I przed tym bezmiarem granatowo-szarym, aż czarnym, czuje strach. Bezmiar jest zbyt wielki, żeby potrafił na niego patrzeć bez lęku.

– Boję się – mówi.

– E tam… – mówi mama i rozkłada koc niedaleko od brzegu. – Coś poradzimy.

Mama niczego się nie boi. Morze strasznie szumi, ale ona bierze łopatkę i wykopuje dołek tuż koło koca. Dołek nie chce się kopać. Piach spada do środka, ale w końcu z jasnożółtego robi się ciemny, ciężki i już się nie zapada.

Wtedy mama bierze wiaderko i przynosi trochę morza. Wstawia wiaderko do tego wykopanego dołka. Luter, który na razie ma na imię Krzysio, miesza w tym wiaderku łopatką. A potem ręką. Podnosi rękę do ust. I tak się poznają. Od tamtego dnia on zna wodę, a słona woda zna wszystkie jego lęki.

Poczuł wibracje. Sprawdził komunikator. „N.1OTW” – powiedziały litery. I potem „CODE 3”. I jeszcze raz „CODE 3”. Odetchnął. Druid płynął. Jakoś więc się pozbierał. Płynął, ale powoli. Może nie zdążyć. W każdym razie trwająca procedura przewiduje, że Luter musi całą robotę wziąć na siebie. Nie może się pomylić. No nie, nie pomyli się. Tacy jak on się nie mylą. Dzięki temu jesteśmy w NATO kimś. Nie jakimiś idiotami z oślej ławki. Firmą. Gdyby wszyscy byli jak ten działacz ekologiczny, to by nas w NATO nie trzymali w ogóle. Maminsynków nikt nie będzie niańczył w męskim świecie. Wydaje im się, że jak się przykują do drzewa albo jak w masce gazowej protestują przeciwko zmianom klimatu, to zmieniają bieg świata. Naiwniacy. Karmią się tym reklamowym gównem jak kury mączką rybną. Nic nie pojmują. Ciekawe, co z Asią. Ciekawe, czy jest szczęśliwa. Ciekawe, czy jej nie bije. Tacy na pewno biją. Nie, nie biją… To by nie było dżenderowe. Dżenderowe jest znęcanie się psychiczne. Żadnej przemocy, mówią i zmuszają cię, żebyś myślał jak oni. Inaczej jesteś moherem. Tacy są mistrzami w udowadnianiu tym, których kochają, wróć, swoim partnerom, że nie są dość dobrzy, że się nie dość angażują. Zmielą ci serce na popiół, ale nie biją. Brzydzą się. Brzydzą się przemocą fizyczną i surowym mięsem. Ale krzyczeć pod urzędem, że aborcja to wolność jednostki, już się nie brzydzą.

Żałował, że jej nie powiedział o swoim morskim imieniu. I że jej nie mógł powiedzieć, że normalnie to każdy dostaje imię po jakiejś bojowej misji. Na przykład po wyprawie do Szkocji jego kapitan dostał swoje imię – Brejwhart. To było ściśle tajne zadanie. Zresztą jak wszystkie ich zadania. Luter lubił kapitana. Jeden z najlepszych. Mógłby awansować już dawno, ale komandor podporucznik nie skacze ze spadochronem i nie tkwi tygodniami w oceanie, a on został żołnierzem po to, żeby być operatorem wojsk specjalnych, a nie urzędnikiem w sztabie. I to szanowali. Sami też byli w marynarce właśnie z tego powodu. Luter, Druid, Husajn. Wszyscy. A po misji w Libii Husajn dostał swoje imię i od tej pory jest Husajnem, który potrafił wyjąć waleta z talii kart. Zrobił to w prawdziwym boju. A on jest, kurwa, Lutrem przez obrazek z Aniołem Stróżem, który obiecał matce zabierać ze sobą za każdym razem, kiedy wyjeżdża. W zamian matka obiecała nie pytać dokąd. No i nie pytała. Trzeba jej przyznać, że była twarda. Nie pytała, więc brał obrazek. Taki obrazek się nie ukryje przed drużyną. Nic się nie ukryje. Nie próbował. Luter nie jest złe imię. Kiedyś, kiedy będzie już kontradmirałem, co nie wstaje zza biurka, wytatuuje sobie to imię na przedramieniu.

Czas płynął wolno. Zbyt wolno. Ale Luter uczył się cierpliwości. Uczył się, jak utrzymać wysoki poziom adrenaliny, kiedy nic się nie dzieje.

No i lubił takie chwile jak ta. Tę ciszę przed burzą. Moment, kiedy niebo niezauważalnie, ale jednak nie jest już czarne. Jest atramentowe, potem jedna po drugiej gasną gwiazdy na Mlecznej Drodze. To zajmuje im mnóstwo czasu. Potem niebo jest granatowe, a wreszcie powoli staje się niebieskie. Dobra chwila. O wiele lepsza niż ta, kiedy staje się białe. Kiedy niebo staje się białe, człowiek wysycha. Jesteś w wodzie, a jednak wysychasz. To zły czas. Najlepiej być pod takim niebem jak najkrócej. W dodatku jesteś już niedaleko brzegu. A przy brzegu mogą się dziać różne rzeczy. Rybacy, wieśniacy, dzieciaki albo snajper. Morze wokół niego za pół godziny stanie się zielone. To nie pomaga. Lepiej, kiedy morze jest czarne.

Rozwidniło się już na tyle, że po prawej zaczęły majaczyć instalacje kopalni fosfatów z jej olbrzymim portem przeładunkowym. Szejkowie nie chcieli, żeby ten syf jeździł po ich pustyni. Po lewej niewielki pirs wychodzący w morze. Rodzaj falochronu. Długość, pamiętał o tym doskonale z odprawy, czterysta dwadzieścia metrów. Na końcu może zacumować łódź o zanurzeniu do metra sześćdziesięciu. To całkiem sporo. Wystarczy dla luksusowego, motorowego jachtu. Albo dla niewielkiej, szybkiej łodzi bojowej. Na szczęście nic nie stoi przycumowane do pirsu. To dobrze. Bardzo dobrze. Jeszcze dalej na prawo ciężarówki wyładowane palami larsena. To znaczy, że szejkowie będą tu budować kolejne nabrzeże na środku pustyni. Żeby takie ciężarówki mogły tu przyjechać, trzeba było im zbudować asfaltową szosę.

 

Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze są te trzy budynki, które widzi przez lunetę na wprost siebie. Dalmierz wskazuje odległość 972 metrów. Budynki stoją nieco powyżej poziomu plaży, ale podjazd i tak zasypany jest piachem. Gdzieś tam, za wałem monumentalnych wydm, pomarańczowych w promieniach wschodzącego słońca, jest lotnisko polowe używane przez zarządzających kopalnią.

Czasami wykorzystują je samoloty z Bahrajnu. Bahrajn jest niedaleko. Pustynną drogą na południe jedynie 286 kilometrów. Ale Teheran to już 1487 kilometrów. I gdybyś chciał jechać drogą, masz do pokonania dwa razy granicę z Kuwejtem. Nie da się ich przebyć łatwo i niepostrzeżenie. Łatwiej zorganizować przelot samolotem. Na tych pustynnych lotniskach nie ma żadnej obsługi. A jeśli pilot leci tuż nad powierzchnią pustyni, nie zauważą go radary. Tyle że nocą nie da się lecieć tuż nad ziemią, więc to musi być po świcie. Luter oczywiście nie zobaczy samolotu. Ale jeśli informacje wywiadu się potwierdzą, zobaczy chmurę pyłu za samochodem, który przywiezie tu Jaafara Tayara. Z drugiej strony przybędzie Abu Arif.

Trzeba tylko czekać.

Problem w tym, żeby się nie dać wypatrzeć Talibanowi. Człowiek nie rzuci kotwicy, a bez kotwicy fale mogą go znieść za daleko. Trzeba być cały czas w ruchu, ale nie wolno poruszać się tak, żeby ktokolwiek mógł przypuszczać, że w morzu jest cokolwiek innego niż tylko fale.

Ledwo wzeszło słońce, zrobiło mu się ciepło i poczuł głód. Dobrze, że ma jeszcze dwie tuby żelu. To nie to samo co tatar, ale żel można żreć bez noża i widelca. Znowu pomyślał o Aśce: „Ja przecież nie wiem, czym ty się zajmujesz! Czy to jest miłość?”. A potem jeszcze, że musisz teraz. Musisz teraz podjąć decyzję, przeprowadzasz się do niej czy nie. A ty wiesz, że nie możesz, nie możesz teraz, bo zaraz przyjadą po ciebie i nie możesz teraz myśleć o niczym innym. Więc mówisz: nie teraz, chociaż chcesz powiedzieć: polecę zbawić świat od kogoś bardzo, bardzo złego, a wtedy wrócę i za mnie wyjdziesz. Ale nie wolno ci tego powiedzieć. Wszystko, co możesz powiedzieć to: „Czy ty zawsze musisz znaleźć sobie jakiś problem w najgorszym momencie? Kurwa, dlaczego teraz?”. Nie powinieneś był powiedzieć „kurwa”. Ale nie znalazłeś żadnego właściwego słowa. Trzydzieści tysięcy słów i ani jedno nie pasowało, żeby zatrzymać ją, i wiedziałeś, że płacze za drzwiami, a dopóki płacze – czeka. Czeka, żebyś otworzył, żebyś ją przytulił, a ty do Anioła Stróża modlisz się, żeby poszła, żeby, kurwa, poszła już sobie, bo nie może wiedzieć. I Anioł Stróż jak zawsze działa. I prowadzi ją tam, dokąd wcale nie chciałeś, żeby ją prowadził. Będzie szła ulicą i sięgnie po telefon, i zadzwoni do tego łysego, miękkiego, gładkiego jak dupa gościa w wąskich dżinsach i okularkach w drewnianej oprawce. I on powie: zaczekaj, zaraz po ciebie przyjadę.

A przecież byliśmy razem na Święta. Kurwa. Kochaliśmy się w Sylwestra jak nigdy wcześniej.

A potem ten nauczyciel… Odczekał chuj swoje. Kurwa. Spokój… spokój. Nie wolno pozwolić, żeby podskoczył puls. Jeśli się zorientują, napędzi im stracha. Takie operacje to kosztowna sprawa. Miał świadomość, ilu ludzi na całym świecie jest w nią zaangażowanych. I że jego miejsce w tej maszynie to tylko miejsce celownika w olbrzymiej machinerii do zabijania. Druid, jeśli dopłynął, może być gdzieś niedaleko. Ale niedaleko w morzu to sto, dwieście metrów. Nie wypatrzy go. Nie ma sygnału na CODE 1, ale Luter i tak czuje, że Druid jest blisko. Może dopłynął. Może nie dopłynął. Teraz to już lepiej, żeby się nie poruszał. Obiekt, który się porusza, nawet na stromej fali, łatwiej wypatrzyć niż nieruchomy. Nieruchomy cel. Oni nie są idiotami. Nie dali się złapać przez tyle lat, więc nie są idiotami. Nie wiadomo, ilu już próbowało ich podchodzić. Więc spokój. Spokój.

Mama zadbała, żeby potrafił zachowywać spokój. I żeby był dumny z tego, kim jest. Nieważne, co będą mówili. Był w szóstej klasie, kiedy przyszedł do ich szkoły pan fotograf. Zrobił grupowe zdjęcie i portret każdemu. Krzysiek był jedynym dzieckiem, które nie przyniosło tych dwunastu złotych na zdjęcia.

– A ty nie chcesz zdjęcia, Krzysiu? – zapytała przy całej klasie.

– A wie pani, ile można za to kupić parówek?

Nie byli wtedy bogaci. Ale mama wiedziała, kiedy można za darmo iść do Narodowego i popatrzeć na obrazy. Nie możesz ich mieć, ale jeśli się im dobrze przyjrzysz, są przecież twoje tak samo jak tego, co je namalował. Naprawdę? Naprawdę. W siódmej klasie wiedział, że mężczyzna ma do załatwienia parę spraw. Że nie liczą się imprezy i dyskoteki. Mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie rodziny. Taka jest polska kultura. Teraz ta kultura się zmienia, fakt, ale mężczyzna to mężczyzna, a kobieta to kobieta. Natura o tym decyduje. Mężczyzna nie odpuszcza, a dzieci i dziewczyny wiedzą, że mogą na niego liczyć.

Było mu coraz bardziej gorąco. Skafander doskonale chronił przed chłodem, ale teraz nie było mu już komfortowo. Wycisnął żel. Jeden zostawi na czarną godzinę. Przecież muszą jeszcze wrócić. Zjadł i wrócił do obserwacji terenu. Pomyślał o najzimniejszym dniu, jaki przeżył. To było w Akademii, jak poszli w rejs w październiku. Na ORP Iskra każdy dostał przydział do swojej koi, do środków ratowniczych, do masztu i do rei. On dostał bombramsel foka. Kurwa, ostatnia, najwyższa reja na tym całym okręcie. Strach. No bo idziesz po wantach, po tych sznurowych drabinkach mokrych i słonych. Skórę rozetniesz i można oszaleć z bólu. A tu sztorm. Okręt rozhuśtany do granic szaleństwa. I musisz wyleźć na te trzydzieści metrów. Wtedy jeszcze o tym nie wiedział, ale ze wspinaczką na fokmaszt jest jak z pierwszym skokiem spadochronowym. Musisz coś w sobie pokonać. Buja wzdłuż i w poprzek, okręt chodzi na boki. Więc co chwila wyrywa cię z want, rzuca ciałem w olinowanie. A lifelinkę możesz wpiąć dopiero na górze. Więc, kurwa, walczysz. To jest męskie zadanie. I nie wszyscy dają radę. Ci w spodniach rurkach dają radę ryja drzeć na protestach. Charakter trzeba mieć. Jeśli masz charakter, nie podrywasz dziewczyny innego faceta. Za to nawet jeśli jesteś gruby i miękki, robisz pompkę. Dzisiaj jedną, ale kiedyś zrobisz dwieście. Dzisiaj Luter potrafił zrobić sto dwadzieścia. I być niewidzialny. I nawet jeśli myślał o Aśce i tym gnoju, to kiedy tylko zobaczył gdzieś daleko chmurę pyłu, umiał wyłączyć to myślenie w jednej chwili.

Rozdział siódmy

Teraz

Telefon od Kosińskiego obudził ją w jednej chwili. Tak już jest na służbie. Jeden sygnał i adrenalina do samego spodu.

– Kurwa, młody, przecież jest sobota, a ja mam zwolnienie do poniedziałku.

– Oj nieważne, czytałaś?

– Co czytałam?

– „Wyborcza” napisała, że mają zwolnić Komendanta Głównego.

– Szymczaka? Żartujesz, przecież dopiero co go powołali…

– No z rok już minął, ale teraz mają go odwołać, bo ma nastać Kołnierowicz, szef policji z Białegostoku.

– Piszą, kto to taki?

– Jakiś kolega tego chuja Zielińskiego.

– No i co z tego?

– No nie wiem, myślałem, że cię to zaciekawi.

– Spałabym jeszcze, a ty mi, kurwa, z jakimiś gazetami wyjeżdżasz! Ty nie masz co robić? Nie miałeś przeczytać akt tej Brzeskiej? Nie wydali ci? Miałeś wziąć. I mógłbyś mi przejrzeć, co o niej pisali w gazetach…

– Wziąłem się za to, wziąłem przecież, ale jakoś mi się zdaje, że by było szkoda komendanta, gdyby zwolnili. Co nie?

Nie miała ochoty o tym rozmawiać. Skoro już i tak nie spała, mogłaby poleżeć w wannie, słuchać Archive, a potem, skoro bieganie nie wchodziło dzisiaj w grę, bo wciąż bolała ją głowa, to mogłaby chociaż pochodzić nad wodą. Iść aż nad kanałek, wypić piwo u Araba. Jeść szarlotkę. Popatrzeć na te znane osobistości, które siadywały tam nad kawą i czasem nad piwem jak gdyby nigdy nic. Martyna Wojciechowska była z każdym na ty, a Grzegorz Miecugow nie musiał niczego zamawiać, bo i tak wiedzieli, co weźmie.

Ale kiedy już wyszła z domu, pomyślała, że skręci do parku przy Teatrze Komedia, tym dziwnym budynku, kompletnie niepasującym do całego Żoliborza. Odnalazłby się może gdzieś na Krakowskim Przedmieściu, ale tutaj, pośród dwudziestowiecznej architektury, ten stylizowany na klasycystyczny, stanisławowski budynek teatru kłócił jej się z całym światem swoją bielą i attykami. I tą kopułą jak z obrazów Canaletta. Było chłodno i jednak szaro, choć przecież zapowiadali przejaśnienia. Kłąb chmur szary jak smutek lepił się do łysych gałęzi. Wrony nastroszone. Sikory śmigają wokół karmnika. Ale od samego apetytu karmnik nie chciał się wypełnić. Wiało. Ludzie poprawiali płaszcze, ale psy były zadowolone. Psy zawsze są zadowolone, kiedy mogą biegać po błocie. Psy nie chorują na meteopatię. Przeszła przez Słowackiego i skręciła w kierunku Marymontu. Znała tę drogę. Nie żeby Żoliborz nie miał już przed nią tajemnic. W muzeum Popiełuszki nie była nigdy. I nie ciągnie jej. Pamiątek z miejsca zbrodni naoglądała się w robocie. Ale kilka miejsc zdążyła poznać. I wiedziała już, że każdy budynek jest tu jak strona z podręcznika historii tego miasta. W domu, który właśnie mijała, na pierwszym piętrze mieszkał porucznik Pietraszewicz, dowódca zamachu na Kutcherę. Zmarł od ran w tej akcji. Miał 21 lat. Wystarczyło, żeby zdobyć Virtuti Militari, Krzyż Walecznych i tę tablicę pod własnym oknem, które należy już teraz do kogoś zupełnie innego. Minęła skwerek, na którym prezydent Komorowski zasadził kiedyś drzewko pokoju, a dalej był już budynek z czerwonej cegły. W stanie wojennym była to Wyższa Oficerska Szkoła Pożarnicza. Studenci zastrajkowali i żyła tym wówczas cała Polska. Spacyfikowały ich oddziały antyterrorystyczne, ZOMO i milicja. Przed drzwiami wisi teraz tablica z informacją, że wśród strajkujących był wtedy ksiądz Popiełuszko. Blisko miał. Jak tam szedł, to musiał przechodzić pod oknami Olgi. W czasie strajku śpiewał ze strażakami. Dwie zwrotki tej pieśni wyryte są na tablicy: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi”[1]... Przeszła przez placyk Jacka Kuronia. Kuroń mieszkał co prawda dwa przystanki stąd, ale nazwa tamtego placu, placu Wilsona, była już przecież zajęta. Skręciła w Gdańską. Minęła dom, w którym mieszkał Marian Rejewski, matematyk, jeden z tych, co rozszyfrowali Enigmę, i po przejściu dwustu metrów była na Marymoncie. Kościół w dawnym dworze królowej Marysieńki otwarty. Jest jakaś msza, więc zatrzymała się w kruchcie. Gdyby to nie był dwudziesty pierwszy wiek, właściwie nie mogłaby wejść dalej. Rozwodnicy nie mogli się zbliżać do prezbiterium. Nie przeszkadzało jej to. Nie miała ochoty iść dalej niż tutaj. Nad głową miała tablicę księdza Trószyńskiego. Był kapelanem Żywiciela. Żołnierzem powstania. Pseudonim Alkazar. Na tablicy napisali mu: „wcielenie ideału ubóstwa”. Obok skromna tablica. Jan Ejbich. Stanisław Ejbich. Ojciec i syn. Poszli walczyć. Trafili do Oświęcimia. Nie mają grobu na Marymoncie. Nie mają nigdzie. I jeszcze jedno epitafium: Hanna Lehman. Tekla. Łączniczka. Zginęła w Oświęcimiu.

Ksiądz właśnie szykował się do podniesienia, kiedy jej telefon zaterkotał, więc wyszła.

– No jak tam, Szymon? – ucieszyła się.

– Dobrze, mam dużo hoboty, ale ogahnę i przyjadę na kilka dni, jeśli mnie przygahniesz.

– Jeśli nie będziesz się do mnie dobierał, to przygarnę.

– To po co mam przyjeżdżać?

– Kotlety miałeś robić, nie pamiętasz?

– Co tehaz hobisz?

Opowiedziała mu. O chłopaku, co miał Virtuti Militari, o Rejewskim, Kuroniu i tych, z którymi Popiełuszko śpiewał Pieśń Konfederatów. O Kościele.

– Ale stało się coś? – zapytał.

– Nie, po prostu na spacer poszłam. To takie miasto jest, wiesz? W każdym budynku łzy, co nie dają o sobie zapomnieć.

– A tehaz? Co tehaz widzisz? Opowiesz mi?

– A ty co? Nie masz co robić?

– A ja leżę, wiesz? Kiedy z tobą hozmawiam, leżę na łóżku. I nic nie hobię. Nic innego. Tylko słucham. Cały jestem słuchaniem.

– Nie przeglądasz Fejsa?

– Nie.

– I nie masz wyciszonego telewizora?

– Nie.

– I nie dotykasz jakiejś obcej dziewczyny, którą ocaliłeś właśnie z katastrofy?

– Nie.

– No to ci opowiem. Jestem na Gdańskiej. Idę obok zakładu wulkanizacyjnego, gdzie zawsze zmieniam opony. To jakiś rodzinny zakład. Pracuje tam dwójka starszych państwa i ich syn, jak myślę. Zawsze narzekają, że to moje auto takie już zaniedbane, że trzeba byłoby nowe kupić albo im na dłużej zostawić, to przejrzą wszystko. I hamulce, i zawieszenie. Bo to miasto, mówią, pani, to nie jest na takie delikatne zawieszenia. Tu ludzie muszą mieć twarde serca, a samochody muszą mieć twarde dupy. No a po lewej ręce mam tablicę. O… nigdy nie zwracałam uwagi. Bo ja tu zawsze samochodem. Za szybko mijają te wszystkie tablice. Człowiek ciągle w biegu. Nawet jak idzie, to biegnie.

 

Zamilkła.

– Olga?

– Jestem. Wiesz, tu piszą, że na podwórzu tego domu 15 września 1944 hitlerowcy rozstrzelali stu mieszkańców, bestialsko mordując dzieci.

Zamilkła znowu.

– Wszystko w porządku?

– Tak. Tylko wiesz, tutaj mieszkam. Idę i pociągam nosem. Bo w mojej dzielnicy się, kurwa, nie płacze.

– Wszystko dobrze?

– Tak, tylko mogłam jednak nad kanałek iść. Wrócę do domu i okna umyję.

– Zasmuciłaś się?

– Zasmuciłam. Wiesz, jakoś pomyślałem o Ance. Że jej nie opowiem, jak tu jest. Ani o żołnierzach, ani o strażakach jej nie zdążyłam opowiedzieć. Ani do teatru nie poszłyśmy razem, chociaż chciała. Tylko tę czytelnię zdążyła poznać w Teatrze Komedia. Za granicą nie była nigdy. Nie wiedziała, kto to jest Jacek Kuroń. Nie obejrzała Gwiezdnych wojen. Co ona wiedziała o świecie? Tylko królika miała i do ZOO chodziłyśmy. Nad morzem była, ale krótko i zimno było i się może z raz kąpała, nie więcej. A we Wrocławiu nie była nigdy. I nie całowała się z chłopakami. No i teraz się, kurwa, rozpłaczę, wiesz?

– Wiem – powiedział. – Ale tylko na chwilę przecież. Przecież dziewczyny z twojego miasta nie płaczą na zawsze. Sama powiedziałaś.

– Gówno tam – odparła. I miała już dodać, że powinien tu być. Ale przecież był. Nie rozłączył się. Słyszała ciszę po drugiej stronie świata i ta cisza nie była pikaniem przerwanego połączenia. Była sygnałem trwania.

– Present perfect. – Pociągnęła nosem.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Czas przeszły trwający. – Przełknęła ślinę. – A ty co będziesz teraz robił?

– Do matki pojadę na obiad.

– Powiesz mi, jaki kupił kwiat?

– Powiem ci.

– Wiesz, rozłączę się teraz. Muszę wrócić i umyć okna.

– Nie myj. Do kina idź. Kino dobrze hobi na sehce.

Szła potem szybszym krokiem, bo zrobiło się jej nagle chłodniej. Ciekawe, czy ojciec Szymona już przyniósł ten kwiat. Pewnie kiedyś byłoby go stać na cały bukiet. Ale teraz odebrali esbekom emerytury. Może dlatego kupuje kwiaty na sztuki? Kiedyś ludzie na sztuki kupowali papierosy. Podobno w niektórych krajach ciągle tak jest. Ciekawe, czy i nam kiedyś odbiorą emerytury. Nie, nie miała złudzeń co do esbeków i złych rzeczy, do jakich niektórzy z nich byli zdolni. Ale przecież wolna Polska w 1990 roku oceniła, kto może zostać w UOP i w Policji, a kto musi odejść. Były dwie grupy wyrzucanych. Ci nieposiadający kwalifikacji do służby w organach demokratycznego państwa z powodów moralnych albo ci nieposiadający ich z innych powodów. Pozostali mogli służyć dalej wolnej ojczyźnie.

„– Czy jest pan gotów stać na straży porządku prawnego odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej?

– Bezapelacyjnie, do samego końca... mojego lub jej...”.

Uśmiechnęła się do myśli o Franzu Maurerze. Psy to najsławniejszy film tamtej dekady. Uczynił z esbeków bohaterów. Nie miała złudzeń. Byli między nimi źli ludzie. Ale skoro odnowiona, demokratyczna dała im szansę w 1990, to dlaczego teraz pozbawiała ich godności i poczucia bezpieczeństwa? Może o to chodziło? Może Macierewicze bali się w 1990 spuścić z łańcucha potwora i woleli go mamić i oszukiwać. Poczekać, aż się zestarzeje. Aż go będą bolały nogi i kręgosłup. Aż będzie potrzebował leków na artretyzm i na nowotwory. I wtedy im pokażą. Starym ludziom. Ciekawe, czy nam to kiedyś zrobią. Czy nie powiedzą: nie szliście w Czarnym Marszu, nie nieśliście transparentów w obronie Konstytucji. Albo, jeśli zwyciężą ci drudzy, nie powiedzą: nie pałowaliście tych bab z KOD-u. Na komisję mnie wezwą. Na jakąś cholerną komisję. A co ja im powiem? Że nie pamiętam? Naprawdę nie pamiętam.

Pamięta tylko ten ostatni moment. Są z Anką w samochodzie. Samochód obraca się na asfalcie do góry nogami. Obie wiszą w pasach. Do góry nogami. Szyba rozbita, powietrze nieruchome, nie ma w jej pamięci ani tej ulewy, ani wichury, która przecież jeszcze chwilę temu szalała dookoła. Potem Olga widzi, że asfalt ciągle jest mokry. Widzi czerwone światła. Wysoko, wysoko. A potem czuje, że się obracają razem z samochodem, czerwone światłą znikają, tamten samochód odjeżdża, potem jest chwila ciemności. Mamo! – krzyczy Anka, a wtedy rozżarzone do białości lampy ciężarówki rozpędzonej jak ekspres pożerają wszystko. Ankę, ją, cały wszechświat i Olga dusi się w zmiażdżonej kabinie. Wszystko wiruje jak na karuzeli. Od dziecka bała się karuzeli. Nigdy nie zapomniała tego strachu, kiedy drzewa, niebo, dalekie domy i kolorowe budy cyrkowych artystów rozmyły się w jedną niebiesko-żółtą masę. Pamięta jeszcze pokrwawione ciało Anki. Jej otwarte oczy. Mamo! Ciągle jeszcze słyszy to wołanie. Słyszy, ale usta dziewczynki się już nie poruszają. I Olga rozumie, że to ona sama tak krzyczy.

Wieczorem głowa bolała ją jakoś mniej. Było tylko pięć stopni, ale przynajmniej nie padało. Pokazało się nawet trochę słońca. Poszła do kina Wisła na Sztukę kochania. Oglądała film i nie wierzyła własnym oczom, bo widziała znajome półki, znajome książki, okno i znajomy stół. Kręcili ten film w mieszkaniu jej znajomego, rzeźbiarza ze Starówki, Zbyszka Maleszewskiego.

Patrzyła na stół, na książki, na te wszystkie jego rzeczy upchnięte, spiętrzone… Maleszewski był jedynym facetem oprócz jej taty, któremu pozwalała mówić do siebie „Olu”, i pierwszym człowiekiem, któremu przyznała się sama, z własnej nieprzymuszonej woli, że już nie jest matką. Że jest w środku całkiem pusta. Oczywiście przed Zbyszkiem wiedzieli inni. Ale się nie liczyli. Nie liczyli się lekarze ani jej matka, ani były mąż, wtedy jeszcze nie były, ale praktycznie już przecież były. Nie liczyli się koledzy z policji ani nawet Siwy. Oni wszyscy wiedzieli niezależnie od tego, czy Olga tego chciała, czy nie. Wiedzieli, zanim odzyskała przytomność.

Ale nie wiedzieli, że Anka nie odchodziła. Nikt nie wiedział, że nocami, kiedy Olga budziła się nagle przez ten pieprzony cewnik i nie umiała potem zasnąć, to widziała dziewczynkę w za dużych rajtuzach z królikiem w ramionach. Siedziała przy łóżku i patrzyła. Nic nie mówiła, nie płakała. Miała wielkie, zdziwione oczy. Wychudła w tym niebie, zsiniała. Może słabo tam karmią? A może przez to szpitalne światło wydawała się taka sina? Może tak naprawdę była cała niebieska? Przecież powinna być niebieska.

– Mamo – chciała usłyszeć Olga. Chciała to usłyszeć z całych sił. Ale Anka tylko kręciła głową. Nie umiała odejść.

Kiedyś szły z Anką na rynek od przystanku przy Wisłostradzie. Było piękne słońce, przeszły przez sad owocowy i usłyszały stukanie stali o kamień. Stary człowiek rozłupywał dłutem i młotem kawał skały.

– Co pan lobi? – zapytała Anka.

– Strugam ptaka z kamienia – odpowiedział. – Chcesz, to pokażę ci moje koty.

Wpadała tam czasami. Kupowała wino i szła posiedzieć w ogrodzie. Posłuchać opowieści o tym, jak się z kamienia rodzi wieczność. Tak mówił.

Kiedy zabrakło już Anki i wyszła ze szpitala, chodziła byle gdzie, żeby popatrzeć na ludzi. Ani pijana, ani trzeźwa. Ani żywa, ani umarła. W robocie przekładała papiery z kupki na kupkę. Nie pozwalali jej brać się za nic istotnego. Czytała akta do późna w nocy. Aż zostawali tylko dyżurni. Prewencja. Nocna zmiana. A ona wciąż pod tą lampką. Podnosiła wzrok i widziała tuż za tą żółtą poświatą córkę. Same rajtuzy. Nie dawali tam bucików w lepszym świecie? Gdyby miała dość odwagi, wystarczyło wyciągnąć rękę, ale Olga bała się, że kiedy tak uczyni, dziewczynka zniknie. Więc tylko pytała szeptem, czy pozwalali jej jechać do innych krajów. Albo się całować z chłopakami. Anka milczała.