Bezdech

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1596178371805916
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:


Burda ‌Publishing Polska ‌Sp. z o.o.

ul. Marynarska 15, ‌02-674 ‌Warszawa

Dział Handlowy: ‌tel. 22 360 38 41–42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. ‌22 360 37 77

Tekst © 2018 Grzegorz ‌Kapla

Opracowanie redakcyjne: Justyna Wodzisławska

Projekt ‌graficzny ‌okładki: ‌Krzysztof ‌Rychter

Projekt graficzny ‌makiety ‌oraz korekta: ‌

Redaktor prowadzący: Małgorzata ‌Zemsta

Redaktor techniczny: ‌Mariusz ‌Teler

Zdjęcie na ‌okładce: Diana Festa / Arcangel ‌Images

Copyright for Polish ‌Edition © 2018 ‌Burda Publishing Polska Sp. ‌z o.o. All ‌rights ‌reserved.

ISBN ‌978-83-8053-387-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, ‌kodowanie ‌w urządzeniach ‌do przetwarzania ‌danych, odtwarzanie ‌w jakiejkolwiek formie ‌oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych, ‌również częściowe, ‌tylko za wyłącznym ‌zezwoleniem ‌właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji ‌elektronicznej: ‌Marcin Kapusta


SPIS TREŚCI

Prolog

Rozdział ‌Pierwszy

Rozdział Drugi

Rozdział Trzeci

Rozdział Czwarty

Rozdział ‌Piąty

Rozdział Szósty

Rozdział Siódmy

Rozdział Ósmy

Rozdział ‌Dziewiąty

Rozdział Dziesiąty

Rozdział Jedenasty

Rozdział ‌Dwunasty

Rozdział Trzynasty

Rozdział ‌Czternasty

Rozdział Piętnasty

Rozdział Szesnasty

Rozdział Siedemnasty

Rozdział ‌Osiemnasty

Rozdział Dziewiętnasty

Rozdział ‌Dwudziesty

Rozdział Dwudziesty ‌Pierwszy

Rozdział ‌Dwudziesty ‌Drugi

Rozdział ‌Dwudziesty Trzeci

Rozdział ‌Dwudziesty Czwarty

Rozdział Dwudziesty Piąty

Rozdział ‌Dwudziesty ‌Szósty

Rozdział ‌Dwudziesty Siódmy

Rozdział Dwudziesty Ósmy

Rozdział ‌Dwudziesty Dziewiąty

Rozdział ‌Trzydziesty

Rozdział Trzydziesty Pierwszy

Rozdział Trzydziesty ‌Drugi

Rozdział Trzydziesty Trzeci

Rozdział ‌Trzydziesty Czwarty

Rozdział ‌Trzydziesty Piąty

Epilog. Dziesięć ‌dni później

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie postaci ‌występujące na kartach tej ‌powieści w rolach pierwszoplanowych ‌są fikcyjne i urodziły się ‌w mojej wyobraźni. Ich ‌podobieństwo do prawdziwych ‌ludzi jest ‌czysto przypadkowe, a jeśli ‌się zdarzy, nie było ‌zamierzone.

W ‌epizodach pojawiają się czasami ‌autentyczne ‌postaci. ‌Zazwyczaj ‌w wymyślonych sytuacjach, ale ‌zdarza się ‌przywołać prawdziwe ‌– ‌jak lądowanie ‌papieża Jana Pawła II i jego powitanie na lotnisku.

Oddzielenie prawdy od zmyślenia przyniesie Czytelnikom, mam nadzieję, dobrą zabawę.

Autor

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Dziewczyna miała jasną skórę. Jasną jak mleko. Włosy czarne, kręcone, gęste i długie. Miała też długie, smukłe nogi i włosy łonowe czarne niczym smoła. Niemodny, kędzierzawy zarost wbrew dzisiejszym czasom – niegolony. Piersi małe, a sutki brunatne, jakby wzięte z zupełnie innego ciała. Brzuch wzdęty i pokryty niebieską siecią żył i ciemnymi plamami siniaków. Ramiona obdarte.

– Długo tak leży? – zapytała Olga przez zaciśnięte zęby.

– Nie wiem, zimno jest, ale ciało spuchnięte, okrężnica zgniła, więc pewnie przeleżała kilka, może nawet kilkanaście dni.

– Znaczy, nie wiesz?

– Znaczy, będę wiedział za kilka dni. – Grzegorczyk wcisnął siną dłoń w gumową rękawiczkę, przyklęknął i obejrzał usta dziewczyny. Potem wetknął palec między zęby, żeby rozewrzeć szczęki. W środku było błoto. Włożył palec głębiej i wyciągnął stamtąd grudę mułu.

– Nic się nie złowiło – uśmiechnął się.

Odgarnął włosy z twarzy dziewczyny. Była spuchnięta i podrapana.

– Walczyła?

– Niekoniecznie. Woda niska, mogło ją poobdzierać, jak płynęła z prądem. Myślę, że leżała na brzuchu. Inaczej ptaki dobrałyby się do oczu. Słyszałaś, że gawrony przylatują do nas z Rosji? Nasze, polskie, narodowe gawrony lecą na południe, a do nas przylatują gawrony z Rosji. Ruskie gawrony jak nic wydziobałyby jej oczy.

– Ale sama się nie utopiła, co? – mruknęła Olga i pochuchała w dłonie. Deszcz właśnie zaczynał zamarzać. Na zielsku, na trawie, która wciąż jeszcze trzymała się zielona i wyprostowana, osiadały białe mokre pajdy.

– Cholera wie, przecież teraz nie brak napaleńców. Jakiś biegacz ją znalazł, a skoro komuś chce się biegać w taką pogodę, to może komuś się zachce pływać. Teraz wiesz, co jest modne. Triatlon. – Grzegorczyk sapał. Tusza nie pozwalała mu klęczeć długo z głową w dół. Był wkurwiony, bo musiał sobie zamoczyć buty i nogawki spodni. Nie płacili im dość, żeby sobie codziennie kupował nowe buty.

– Chyba żartujesz? Przecież nie pływałaby na golasa?

– Żartuję, żartuję. – Obejrzał uszy dziewczyny. Miały wydłużony kształt. Musiała być kiedyś ładna. – Ale jakby się naćpała czy coś, to kto wie…

– Myślisz, że się naćpała?

Grzegorczyk popatrzył na dziewczynę, a ona popatrzyła na niego wielkimi czarnymi oczami. Wzdrygnął się nagle, bo w kieszeni Olgi zaterkotał telefon.

– Suszczyńska – powiedziała do słuchawki.

– …

– No, mamy zwłoki, mamy. Biegacz ją znalazł. Spisują go w radiowozie, bo przecież przemarznięty jest, zachoruje i nas oskarży.

– …

– Tak, żartuję, no pewnie, że żartuję. Ale jakby był pieprzonym prawnikiem, toby nas oskarżył. Prawnicy często biegają, bo niewiele pracują. Co?

 

– …

– Grzegorczyk nie wie, ile leżą, na moje oko z tydzień. Goła, młoda, poharatana o dno.

– …

– Nie, nie wiem, czy zabita, nie wiem, czy zgwałcona.

– …

– Kurwa, nie gadaj. – Pomyślała o papierosie. – Pierdolony PiS. Dobrze, przyjadę i się zamelduję.

– Co tam? – Grzegorczyk wyprostował plecy i łapał powietrze jak ryba. Był czerwony na twarzy. Ręce w tych gumowych rękawiczkach trzymał przed sobą jak kret.

– Przegłosowali ustawę.

– Jaką ustawę?

– No, jak to jaką? O ubekach. Emerytury zabierają.

– Przecież ty nie masz emerytury.

– Ale zabierają wszystkim, co pracowali za komuny w resorcie. I tym, co już mają, i tym, co jeszcze nie mają, ale mogliby już mieć. Siwemu zabierają.

– A co, on w ubecji pracował? – Grzegorczyk pociągnął nosem.

Pomyślała, że się jeszcze chłop przeziębi. Zrobiło się jej go żal. Pewnie nikt go nie przytula. Na pewno nie przytula. Jak ktoś jest przytulany, to z trupami nie musi pracować, może sobie leżeć na kanapie, nadstawiać kark do głaskania i gadać o modzie. O nowej kolekcji Gosi Baczyńskiej. Czytała, że to najlepsza kolekcja tego roku. Inni uważają, że Ossoliński pokaże lepszą, ale to dopiero za kilka dni. I że Zień wrócił. I że pielęgnacja brody wymaga wiele uwagi. Takie rzeczy w poczekalni u dentysty. Buty powinna sobie kupić. Nie wypada, żeby dziewczyna chodziła w pozdzieranych butach. Ale lubi je przecież. Zresztą, kto w fabryce zwraca uwagę na buty. Na zęby to co innego. Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie. Były gładkie i pomyślała, że są białe. I że warto było wydać na piaskowanie, chociaż trochę bolało.

– Hej! – Grzegorczyk wyrwał ją z zamyślenia. – Siwy robił w ubecji?

– Mówi, że w gospodarczej, a potem w kryminalnej. Że waluciarzy łapał. Weryfikację przeszedł. Państwu demokratycznemu się przysłużył, awansował, w pałacu dostał gabinet, a teraz zostanie mu tysiąc pięćset złotych. Wkurwił się.

– No, ja się nie dziwię. – Grzegorczyk klęknął. – Ty już, kurwa, narobiłeś zdjęć?

– No. – Młody technik kiwnął głową.

– To chodźże tu, obracamy. – Chwycił topielicę za ramię. – Bierz się za nogi.

Młody wsunął aparat do torby fotograficznej bez odkręcania flesza, a potem rozejrzał się nerwowo, bo nie bardzo było na czym postawić torbę. Wszędzie błoto albo ten mokry pierwszy śnieg.

– Kurwa mać. – Zdenerwował się, bo Grzegorczyk znowu zaczynał sapać. – Pozwoli pani?

Popatrzył na Olgę, a ona wydęła wargi.

– Co? Ja mam ją odwracać?

– Nie, ale może potrzyma pani torbę?

Pomyślała, że mogłaby go polubić za tę nieśmiałość. I za te niebieskie oczy. Wyciągnęła rękę.

– Daj.

Torba była ciężka. Jakby kamienie tam nosił, a nie aparat. Ale nie dała po sobie poznać, że poczuła.

Młody uśmiechnął się, wlazł w wodę po kostki w tych swoich adidasach do biegania i chwycił dziewczynę za stopy.

– No gdzie, kurwa, łapiesz, durniu. – Grzegorczyk pokazał mu, żeby wyżej, gdzieś tak na wysokości bioder.

– Rękawiczek nie mam – jęknął młody przepraszającym gestem.

– Jak nie masz? – Grzegorczyk stęknął i niezgrabnie sam zaczął odwracać zwłoki.

– Ja pierdolę! – Młody aż się odsunął.

Gawrony zerwały się z drzew z chrapliwym gruchotem.

– Co tam? – Olga wyciągnęła szyję.

– Sama sobie tego nie zrobiła. – Grzegorczyk zrobił miejsce, żeby mogła spojrzeć.

Plecy dziewczyny pokryte były wybroczynami, jakby kto przejechał po niej ciągnikiem.

– Ktoś jej spuścił potężne manto – ocenił Grzegorczyk.

– Dobrze, to ja idę – postanowiła. – Zrobisz mi jakiś papier z tego, dobrze?

Zrobiła kilka kroków w górę, zanim się zorientowała, że wciąż ma na ramieniu torbę młodego.

– O, przepraszam. – Odwróciła się bez uśmiechu i poczekała, aż on wylezie z wody i podejdzie. Buty ślizgały się na mokrej ziemi. Płaty śniegu były coraz większe i coraz bardziej mokre. Wyciągnęła rękę i podała mu torbę.

– Brrr – uśmiechnął się i wzdrygnął. Buty miał przemoczone do reszty. Ale nie miała czasu się nad nim litować. Odwróciła się i poszła w lewo, kombinując, którędy powinna pojechać. Może przez plac Wilsona?

Minęła przemoknięte stoły letniego bungalow baru i sklep rowerowy. Samochód stał w kałuży, chociaż kiedy parkowała, było tu całkiem sucho.

„W Polsce mamy trzydzieści osiem dni wolnych od pracy w ciągu roku i to nas plasuje w czołówce Europy – usłyszała w radio, kiedy tylko przekręciła kluczyk. – Lepiej od nas mają tylko Szwedzi, Duńczycy i Niemcy. Jeżeli jednak policzyć, ile pracodawcy muszą zapłacić za dni wolne swoim pracownikom, to nikt w Europie nie ma gorzej od nas”.

Skręciła w prawo, pojechała wzdłuż rzędu pawilonów dla wędkarzy. Przy wjeździe na Wisłostradę rozchlapała kałużę. Oberwało się jakiemuś rowerzyście.

– Do jasnej cholery, nawet w taką pogodę muszą się tu szwendać! – Wcisnęła gaz i poczuła, że ją lekko znosi w lewo. Przejechała pod wiaduktem. Po prawej migotał zadziwiający neon. Pewnie miała to być szklanka wypełniona czymś z bąbelkami.

Miała szczęście z miejscem do parkowania. A to niestety nie było regułą. Patrzyła potem na swoje nogi w windzie. Wilgoć spływała z niej gęstą, oleistą plamą. Zrzuciła buty i skarpetki w małym korytarzu i boso usiadła przed komputerem.

Ekran rozświetlił się od razu. Nie wyłączała laptopa. Miał już swoje lata i mógłby się potem nie chcieć uruchomić.

„Jak czytamy w informacji wysłanej po posiedzeniu Rady Ministrów, dalsze funkcjonowanie systemu, w którym zapewnia się byłym funkcjonariuszom przywileje emerytalne, jest nieuzasadnione. »Dobrowolne podjęcie służby w organach bezpieczeństwa na rzecz totalitarnego państwa i pełnienie jej w większości przypadków przez wiele lat, jest wystarczającym powodem do obniżenia emerytur i rent tym osobom oraz pozostałym po nich rencistom rodzinnym«, czytamy – przewijała witrynę Wprost.pl. – Autorzy ustawy argumentują, że nie jest to kara dla byłych funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwa, a jedynie »odebranie im niesłusznie przyznanych przywilejów«”1.

– Kurwa mać! Nie, żeby kochała ubecję i komunę, ale skoro dwadzieścia lat temu przeszli weryfikację i pracowali od tej pory dla wolnej Polski, to powinno ich się traktować jak ludzi.

Przejrzała newsy. Premier zapewnia, że nie zawróci z drogi reform. Archeologowie trafili na ślad słowiańskiej osady w Maroku. Przejrzała ten tekst, bo Słowianie w Afryce to musiał być jakiś fejk. Ale nie, profesor Filipowiak tłumaczył, że Qarjat as-Saqaliba to nie mrzonki, i naukowcy wiedzieli o istnieniu takich osad już od co najmniej pół wieku. Okazało się, że to była wieś zamieszkana przez ludzi schwytanych na wojnie i sprzedanych w niewolę. Wieś niewolników.

Na pasku wyświetliły się jej reklamy książek. Dużo czytała. Pomyślała, że innym kobietom pewnie wyświetlają się buty. Lubiła używane książki, ale nie lubiła antykwariatów z ich zapachem stęchlizny i grzybów. Między używanymi książkami a starymi książkami jest różnica. Jak między sercami.

Używane nie muszą być stare. Stare nie muszą być używane.

ROZDZIAŁ PIERWSZY KIEDYŚ

– Opowiedz o Golemie, dziadku, opowiedz.

Późno już było. Mgła znad rzeki szła nie szara, jak zwykle, ale całkiem czarna. Jak atrament, pomyślał, jak atrament. Wolałby poczytać coś, ale cóż, chłopcy nie chcieli zasnąć. Poruszył ramionami w górę i na boki, jak wielki ptak, który próbuje wyprostować skrzydła, a potem podszedł do stolika i zapalił dwie grube świece, oblepione woskiem niczym sękami. Miały kolor trupa i chłopcy bali się, że z płomienia na kosmatym knocie wylezie dybuk. Hirsz słyszał o dybuku od kolegów. Wszyscy wiedzieli, że dybuk zabrał kiedyś ciało Lei, ukochanej Chonena.

W każdym razie chłopcom nie było wolno samemu zapalać świecy. Ani nawet gasić.

– Trzeba umieć zapalić świecę i trzeba umieć ją zgasić. Kto gasi świecę, może zwrócić uwagę Złego – straszyła ich czasami matka. Śmiała się przy tym, żeby wiedzieli, że żartuje, ale niepokój pozostał. Hirsz robił wtedy grubą minę, ale Beniamin naprawdę się bał.

Zawsze. Tylko nie przy dziadku.

Dziadek znał naturę dobra i zła. Ludzie przychodzili, żeby im prostował drogi między naszym światem a światem, do którego zmierzamy. Wszyscy mu się kłaniali. Benek wiedział, że dziadek zła się nie ulęknie.

Kiedy już zapalił świece, podszedł do drzwi i zgasił światło, a wtedy jego ciało urosło nagle i naprawdę stał się ptakiem. Albo może aniołem.

Chłopcy skulili się pod grubym pledem, a on usiadł na brzegu łóżka. Grube zasłony z czerwonego sukna kołysały się lekko. Za oknami wył wiatr. Gdzieś od Zamku, pomyślał Benek, gdzieś od kolumny Zygmunta. Lubił to miejsce, choć było pod krzyżem. Ale to był przecież krzyż z jego miasta. Jego krzyż.

Opowieść dziadka była z innego miasta. Miasta, którego nigdy nie widział. Z Pragi. Jak mówił dzisiaj tata, z niemieckiej Pragi.

– Jehuda Löw ben Becalel marzył o Golemie na długo, zanim został najsławniejszym rabinem i astrologiem swoich czasów – zaczął dziadek, a kiedy mówił, świece skwierczały i drżały. Wtedy cień za jego plecami rozkładał skrzydła. – Marzył od dziecka o stworze, który mógłby za Żydów pracować cały szabas, bo byłby przecież stworem, a nie człowiekiem. Wiedział, że można byłoby go ulepić z gliny. Ba! Potrafił się tym zająć. Ulepił już niejedną miskę i niejedną figurkę. Ale glina nie umiała przecież pracować… Minęło pół wieku i Jehuda został w Pradze wielkim alchemikiem. Przyjacielem cesarza Rudolfa. Potrafił czynić cuda i zadziwił świat. Ale glinianego stworzenia nie umiał ożywić. Aż kiedyś usłyszał od swojego ojca, że w synagodze Staronowej trzymają pradawną księgę stworzenia Sefer Ha Yetzera. Księgę, która zawiera prawdziwe słowa. Kto zna prawdziwe słowa, może tchnąć życie w martwe ciało. Oczywiście nie wolno tego uczynić. I słowa nie są widoczne dla zwykłych ludzi, ale jeśli kto posiada mądrość i wiedzę, ujrzy je.

Jehuda posiadał mądrość i wiedzę całego świata. Znał kabałę, Talmud, Biblię i pradawne aramejskie zwoje. Studiował je tak długo, aż poznał imię Boga. Imię, którego nie wolno wymawiać. I wciąż pragnął powołać do życia glinianego człowieka. Ale już nie po to, żeby pracował za Żydów. Po to, żeby ich bronił. Bo w tamtych latach nie mieli łatwego życia. Źli ludzie napadali na Żydów, podpalali ich sklepy, rozbijali okna w domach, wyzywali i poniżali. I choć Jehuda był przyjacielem cesarza, nie potrafił przekonać władcy, jak bardzo jest to złe. I kiedy żydowskie pogromy osiągnęły zenit, pewnej zimnej nocy, czarnej jak smutek, wraz z trójką swoich ulubionych uczniów zsunął się z wysokiej skarpy aż na brzeg Wełtawy. Podciągnął poły chałata i wszedł w nurt rzeki. Zanurzył w niej ręce po łokcie, zacisnął palce w glinie i mule, ale wyciekały mu z dłoni jak mgła. Rzeka nie chciała, żeby wydarł jej życie. Wyszeptał tajemne słowa. I wtedy pozwoliła. Wziął pierwszą garść, drugą i kolejne. Podawał uczniom, a oni wynosili je w górę na czyste płótna. Jehuda wiedział, że Golem będzie rosnąć każdego dnia. Ale nie miał czasu. Golem od razu musiał być duży. Większy niż człowiek. Do ust wetknął mu kwitełech, zwitek papieru z Szem ha-Meforaszem, imieniem Boga. Tym, którego nie wolno wymawiać. Na czole potwora napisał „Emet”, czyli prawda, a potem obszedł go siedmiokroć w lewą stronę, aby odrzucić piętno śmierci. – Shanti, Shanti, Dahat, Dahat – powiedział. I stwór ożył.

Rabin Jehuda pokazał go cesarzowi. Cesarz nakazał swoim rycerzom, by go pojmali, ale gwardziści nie byli w stanie sprostać sile i nieśmiertelności glinianego potwora.

– Jeśli prześladowania nie ustaną, on nas pomści – powiedział rabin, a cesarz zamarł na widok, jak gliniany wielkolud depce ciała jego rycerzy.

Ale był dumny, więc nic nie powiedział.

Golem tymczasem rósł każdego dnia o jeden centymetr i wkrótce już nie dało się utrzymać w sekrecie jego istnienia. Poddani cesarza bali się chodzić po tej części Pragi, w której mieszkali Żydzi. A potem całkiem już bali się wychodzić z domów, bo mówili, że Golem potrafi przejść przez rzekę i się nie utopić. Że nocami krąży po Malej Stranie. Albo po ulicach wokół rynku.

Handel zamarł. Podatki przestały płynąć i w końcu jesienią 1592 roku najokrutniejszy z cesarzy, Rudolf II, podpisał edykt, który po czterech wiekach prześladowań zapewnił Żydom pokój.

 

Golem tymczasem nie pojmował, dlaczego nie jest jak człowiek, dlaczego nie potrafi kochać. I dlaczego nikt nie potrafi pokochać jego. Za dnia pracował, ale nocami włóczył się po mieście ze swoją tęsknotą, wielki tak, że nie widział nawet, kiedy zdarzyło mu się rozdeptać biedaków, co spali w cieniu ratusza pod Orlojem, starożytnym zegarem astrologów.

Rósł wciąż i wreszcie Jehuda zrozumiał, że nie może pozwolić mu istnieć. Przywołał go i powiedział: „Jest szabas, więc zawiąż rzemyki u moich sandałów”. A kiedy stwór się pochylił, rabin starł pierwszą literę z jego czoła. Pozostało słowo „met”, czyli martwy. Golem rozsypał się w pył. Jehuda spośród skorup wydobył zwitek z imieniem Boga.

I wtedy zobaczył coś jeszcze. Małe, nieforemne, kamienne serce. Żyło za krótko, żeby ludzie nauczyli się je kochać. Jehuda zebrał ułomki – glinianą skorupę z czoła, gliniane usta i serce i ukrył w skrytce w synagodze Staronowej. Kiedyś, pomyślał, kiedyś, kiedy przyjdą złe czasy na Żydów, ktoś znajdzie te skorupy i ożywi Golema na nowo.

– Kto to będzie, dziadku? – zapytał Beniamin. – Może ja?

– Głupi jesteś. – Hirsz stuknął go w głowę.

– Spokój. – Dziadek wstał, a cień za jego plecami wstał trzy razy większy. Anielski. – Miejsce to chronią potężne zaklęcia. Ale kiedy nadejdzie godzina, jakiś mądry rabin przełamie je, odnajdzie serce i kwitełech z sekretnym imieniem Boga, ulepi figurkę, wetknie zwitek do jej ust, nakreśli na czole słowo „Emet”, czyli prawda. Okrąży go siedem razy. I wtedy Golem powstanie… Wtedy cofnie się czas.

– Co to znaczy, dziadku? – zapytał Beniamin. – Co to znaczy, że cofnie się czas?

– Głupi jesteś – mruknął Hirsz. – Nie da się cofnąć czasu.

Ktoś zastukał do drzwi.

– Ktoś do ciebie, ojcze – powiedziała zza nich matka. Nie weszła do środka ani nawet nie wsunęła tam głowy. Nie chciała płoszyć cieni. – Ludzie przyszli prosić o radę.

Przychodzili coraz częściej. Jechać, pytali, czy zostać? Niektórzy wyjeżdżali. Do takich miejsc jak Kapsztad. Albo Buenos Aires.