AfganistanTekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grzegorz Kaliciak

Afganistan

Odpowiedzieć ogniem


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Szczepan Głuszczak

Fotografie wewnątrz tomu pochodzą z archiwum żołnierzy PKW Afganistan

Copyright © by Grzegorz Kaliciak, 2016

Copyright © for the maps by d2d.pl

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Agnieszka Frysztak / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-314-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Kolofon

Dla Jarka, Pawła, Szymona i Rafała

Jak wrócę do domu, ludzie będą mnie pytać: „Dlaczego to robisz? Wojna cię kręci?”. Nie powiem ani słowa. Dlaczego? Bo oni nie zrozumieją, nie zrozumieją, dlaczego to robimy, nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę. Tylko to się liczy…

Cytat z filmu Helikopter w ogniu




W czasach nowożytnych Afganistan skutecznie opierał się największym mocarstwom globu: Wielkiej Brytanii i Związkowi Radzieckiemu. Europejskie imperia, powodowane kolonizatorską mentalnością, planowały zajęcie terenów Pasztunów, Tadżyków i Hazarów jedynie po to, by uprzedzić ewentualnych konkurentów do tych ziem. Kolonizatorska mentalność nie znosiła białych plam na mapach, rozszerzała strefy wpływów na wszelki wypadek i za wszelką cenę. Dopiero potem pytała, w jakim celu. Pytania te za późno postawiono sobie w Londynie i Moskwie – ich imperialna świetność upadła między innymi z powodu nieustępliwości afgańskich ludów.

Demokratyczne społeczeństwa Zachodu inaczej dziś rozumieją wielkość państwa. Już nie liczba zajętych kilometrów kwadratowych czy możliwość wpływu na politykę dalekich krajów wywołują dumę narodową. Istotniejszą kwestią jest sprawna służba zdrowia, zadbane miejsce zamieszkania, dobra szkoła dla dzieci. Najważniejsze jest dostatnie i spokojne życie w wolnym społeczeństwie. Dla obrony tych wartości największy w dziejach sojusz militarny państw Zachodu postanowił wojować w rejonie, na którym wcześniej zęby poła­mały sobie najpotężniejsze armie świata.

Pierwsza grupa polskich żołnierzy rozpoczęła służbę w ramach Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie 16 marca 2002 roku. Tysiące polskich żołnierzy doświadczyło trudów wojny na Bliskim Wschodzie. Czterdziestu trzech poniosło śmierć.

Wiele wskazuje na to, że stoimy przed perspektywą kolejnej dużej wojny w regionie. Nasi sojusznicy prowadzą operacje lotnicze przeciwko Państwu Islamskiemu w Syrii i Iraku. Wiemy, że to może nie wystarczyć, że bez udziału wojsk lądowych zniszczenie ISIS może się okazać niemożliwe. Najlepszym rozwiązaniem tego kryzysu byłoby rozprawienie się z religijnym szaleństwem przez same państwa regionu – Arabię Saudyjską, Syrię, Irak, Turcję – czy przez Kurdów. Ale przypuszczalnie przyjdzie chwila, gdy nasi przyjaciele z Waszyngtonu i Paryża poproszą nas o pomoc w operacji lądowej. Na tę prośbę będą musieli odpowiedzieć politycy, wojskowi, a także opinia publiczna. Odpowiedź będzie musiał sobie przemyśleć każdy polski żołnierz i jego rodzina. Czy polska armia jest gotowa do takiego przedsięwzięcia? I czy w ogóle jest sens ponownego angażowania się w konflikt tysiące kilometrów od naszego kraju?

Niniejsza książka to fragmenty historii udziału polskich żołnierzy w próbie ustanawiania porządku w Afganistanie. 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana z Między­rzecza została wysłana do Azji Środkowej, by walczyć z religijnym fanatyzmem i pomagać budować państwo afgańskie od nowa. Sytuacja, jaką tam zastała, na wielu płaszczyznach jest podobna do tej, która może zaistnieć na pograniczu ­syryjsko-irackim. ISIS nie wystawi całej swojej armii przeciwko lądowej ofensywie. Podzieli bojowników na małe grupy partyzanckie, a ich zadaniem będzie nękanie wojsk, które wejdą na okupowane obecnie przez rebeliantów tereny. Doświadczenia wyniesione z Afganistanu pomagają w lepszym rozumieniu konfliktu prowadzonego pod religijnym sztandarem i powinny zostać wzięte pod uwagę przy podejmowaniu tej najważniejszej decyzji: angażować polską armię w wojnę z Państwem Islamskim czy nie. Dlatego należy spojrzeć na to, jak armia radziła sobie w konflikcie z talibami i czy jej wysiłek oraz śmierć polskich żołnierzy dały pożądany rezultat.


Grzegorz Kaliciak na patrolu w górach. Pojazd typu MRAP

By obraz z 2011 roku był pełniejszy, swoimi przeżyciami podzielili się doświadczeni na afgańskim froncie żołnierze i medyk. Fragmenty opowieści z bazy Giro to relacja jej dowódcy – majora, a wtedy kapitana, Pawła Szczyszka. Jego historia przybliża nie tylko ważne dla naszej 17 Brygady wydarzenia, ale i daje lepszy pogląd na to, jak armia polska radziła sobie na afgańskich bezdrożach.

*

11 września 2001 roku Stany Zjednoczone – państwo członkowskie NATO – zostały zaatakowane. Atak skierowano głównie przeciwko bezbronnej ludności cywilnej znajdującej się w wieżach World Trade Center, a także przeciwko Departamentowi Obrony USA. Sygnatariusze Traktatu północnoatlantyckiego, w tym Polska, uznali, że zaistniały warunki artykułu 5 paktu, i agresję potraktowano tak, jakby była wymierzona we wszystkich członków sojuszu. Dziewiętnaście państw solidarnie postanowiło odpowiedzieć, używając sił zbrojnych.

Za agresora Sojusz uznał terrorystów Al-Kaidy z Osamą bin Ladenem na czele, wspieranych przez ówczesny rząd w Kabulu i operujących głównie na terenie Afganistanu.

Aby dobrze zrozumieć, co kierowało państwami NATO, gdy wysyłały swoje siły przeciwko rządowi w Afganistanie, należy cofnąć się jeszcze o kilka lat.

Afganistan pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych był pogrążony w chaosie. Po wyjściu z kraju Armii Radzieckiej dotychczasowi sprzymierzeńcy – partyzanckie ugrupowania mudżahedinów – zaczęły toczyć walkę o władzę. Ruch afgańskich mudżahedinów podkreślał wagę religii jako jednego z ważniejszych powodów wojny z bezbożnym, komunistycznym najeźdźcą. Wiara nie stała się jednak głównym motywem, jej wykładnia była daleka od współczesnego dżihadyzmu – najważniejszym powodem podjęcia walki była obrona kraju przed wrogiem zewnętrznym. Gdy zniknął element łączący – wrogość wobec radzieckiego okupanta – na pierwszy polityczny plan wysunęły się różnice etniczne, wyznaniowe i klanowe partyzanckich oddziałów. Kiedy na to nałożyły się jeszcze ambicje legendarnych liderów wojny z ZSRR, jak Ahmad Szah Masud, Abdurraszid Dostum czy Burhanuddin Rabbani, kraj pogrążył się w kilkuletniej wojnie domowej, a kruche rządy centralne spętała obezwładniająca korupcja.

Wojna domowa pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych przyniosła podobne, a może nawet większe zniszczenia niż radziecka agresja. W wymiarze społecznym była na pewno dużo bardziej bolesna: po dwóch stronach barykady znaleźli się ci, którzy tworzyli jedno państwo i jeszcze niedawno stawali ramię w ramię do walki z wrogiem zewnętrznym. Wojna domowa nie uznaje kompromisów, bo jest wojną osobistą – nie przeciwko państwu, ale przeciwko ludziom, których znamy. Wojna domowa łatwiej podpowiada rozwiązania ostateczne – nie można się cofnąć przed niczym, bo przecież walczy się z kimś, kogo się zna. Jeśli zrobiło się pierwszy krok, który zniszczył dobrosąsiedzki układ, to drugi będzie jeszcze bardziej bestialski, bo po tym pierwszym, gdy skończy się wojna, nie da się żyć w jednym kraju z sąsiadem. Sąsiada trzeba się pozbyć raz na zawsze. Ta krwawa logika rządzi prawami wojen domowych. Dlatego Afganistan powtórzył los Jugosławii – różnice klanowe, etniczne, religijne stały się tak istotne, że doprowadziły do czystek, ludobójstwa, masowej ucieczki tysięcy ludzi głównie do Pakistanu i Iranu, palenia szkół i meczetów. W wyniku walk o przejęcie stolicy ponad połowa Kabulu została zrównana z ziemią. Nad krajem nie panowała żadna władza centralna, natomiast watażkowie w regionach robili, co chcieli. Taka sytuacja była nie do zniesienia dla większości mieszkańców. Zmęczeni i przestraszeni oczekiwali już tylko jednego – spokoju.

 

Wtedy pojawili się talibowie.

Talibowie rekrutowali się z uczniów szkół religijnych – medres, w wielu wypadkach finansowanych przez ortodoksyjne grupy sunnickie z Pakistanu czy krajów Zatoki Perskiej. W tak słabo rozwiniętym państwie jak Afganistan szkoły religijne dla ludzi były oczywistym wyborem z prostego powodu – w ich okolicy brakowało szkół państwowych. Poziom nauczania w medresach był niski i głównym, a czasem jedynym zajęciem stawało się studiowanie Koranu. Interpretacja Koranu dokonywana przez afgańskich talibów poszła jednak w kierunku dotychczas w świecie islamskim niespotykanym.

W kraju ogarniętym chaosem, w którym każdy walczył z każdym i każda ze stron zdążyła już zniechęcić do siebie pozostałą część społeczeństwa, pojawiła się nowa siła mówiąca o odrodzeniu w duchu islamu. Ludzie rozczarowani rzeczywistością spoglądali życzliwym okiem na nowe ugrupowanie, nieuwikłane dotychczas w politykę, wydające się nieskorumpowane. Talibowie włączyli się do walki o władzę. Swoją potęgę zbudowali najpierw na południowym wschodzie kraju, wzdłuż granicy afgańsko-pakistańskiej, w Kandaharze. Wywodzili się przede wszystkim z ludności pasztuńskiej. Charyzmatyczny przywódca mułła Mohammed Omar przyciągał rzesze młodych mężczyzn wierzących, że jest on najwłaściwszą osobą do sprawowania władzy w kraju. Celem talibów stało się zdobycie kontroli nad całym państwem. Skorumpowany rząd centralny nie był w stanie przeciwstawić się ich sile.

Władzę w Kabulu talibowie przejęli we wrześniu 1996 roku. Proklamowali wtedy Islamski Emirat Afganistanu, w którym pierwszą osobą został mułła Omar. Talibowie kontrolowali prawie całe terytorium Afganistanu. Ich rządom opierał się tylko północny skrawek państwa rządzony przez Ahmada Szaha Masuda. To region zamieszkany przez Uzbeków i Tadżyków – grupy niechętnie nastawione wobec Pasztunów.

Triumfalny pochód talibów po władzę był szybki i zakończony zdecydowanym zwycięstwem. Należy jednak pamiętać o tym, czego ludność Afganistanu doświadczyła wcześniej: czystek, wysiedleń, niekończącej się wojny domowej. Nie można się więc dziwić, że nowa siła szybko zyskała poparcie społeczeństwa. Nadzieja na spokojne życie była ogromna. Ład przywrócono, ale w bardzo krótkim czasie jeden terror został zastąpiony przez inny.

Islamski Emirat Afganistanu został uznany jako oficjalna władza tylko przez trzy kraje: Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabię Saudyjską i Pakistan. Talibowie mieli dobre kontakty w Pakistanie – ich matecznik to rejon wzdłuż pakistańskiej granicy. Pasztunowie traktowali i traktują granicę dość swobodnie i poruszają się po obu jej stronach nienękani przez straż graniczną. Dlatego kluczowa w tej sytuacji była postawa Pakistanu i jego służb wywiadowczych ISI. Islamabad wspierał lub tolerował talibów z kilku powodów. Z pewnością wśród Pakistańczyków byli zwolennicy talibów i ich metod rządzenia, a tym samym krwawej rozprawy z Zachodem. Ale czy ich stronnictwo miało decydujący wpływ na politykę państwa? Raczej nie. Islamabad po cichu wspierał afgańskich talibów nie z powodów religijnych, lecz z chęci zachowania jakiegokolwiek wpływu na to, co dzieje się u jego północnego sąsiada. Może także tą drogą dawał światu do zrozumienia, jak ważnym graczem w tym rejonie jest on sam: traktował talibów jako straszak, pokazywał, że trzyma ich na smyczy, ale ta smycz może się zerwać, jeśli polityka Zachodu wobec Pakistanu nabierze nieodpowiedniego dla Islamabadu kierunku. Niezależnie od motywów Pakistanu – jedynego państwa muzułmańskiego, które dysponuje bronią atomową – jego rola była, jest i będzie kluczowa dla walki z islamskim terroryzmem. Fakt posiadania broni jądrowej czyni jednak politykę Pakistanu ryzykowną – pobłażliwość wobec religijnych szaleńców może skończyć się przejęciem przez ekstremistów władzy nad przyciskiem odpalającym rakiety przenoszące ładunki atomowe.

Uczniowie szkół koranicznych po zdobyciu władzy nad Kabulem wprowadzili w Afganistanie nowe porządki – szariat w wersji radykalnej, oparty na dosłownym rozumieniu Koranu. Wiążąc dogmatyczne podejście do wiary z pasztuńskim kodeksem honorowym – pasztunwali – talibowie szybko powiększali liczbę swoich zwolenników. Tak zinstytucjonalizowanej wersji walki religijnej wcześniej świat nie widział. Terroryzm bliskowschodni, który dotychczas był kojarzony z Palestyńczykami, miał świecki charakter. Palestyńczycy dokonywali aktów przemocy nie w imię islamu, walki z niewiernymi, lecz w ramach walki o niepodległość ojczyzny. Z kolei pierwszy współczesny islamski kraj rządzony przez duchownych – Iran – to przy Afganistanie talibów, a nawet w porównaniu z dzisiejszą Arabią Saudyjską, ostoja swobód.

Probierzem liberalizmu w krajach islamskich są prawa kobiet. Kobiety w Iranie obowiązuje nakaz chodzenia po ulicach w chustach i korzystania z wydzielonych (od męskich) miejsc w komunikacji publicznej, ale poza domem poruszają się same lub w towarzystwie koleżanek, prowadzą samochody, mają prawo wnosić o rozwód. Rzeczy nie do pomyślenia w kraju talibów. Wedle ich interpretacji Koranu kobiety powinny zniknąć z życia publicznego. Zabroniono im przebywać poza domem bez obecności mężczyzny z najbliższej rodziny, nie mogły pracować, usunięto studentki z uniwersytetów, a dziewczynkom nie pozwolono chodzić do szkół. Nakazano nosić chusty zakrywające całe twarze. Mężczyźni mieli odtąd zapuszczać brody. Młodzieży zakazano noszenia dżinsów i innych elementów odzieży, które odbiegały od tradycji zdefiniowanej przez talibów. Nałożono kary za oglądanie telewizji i słuchanie muzyki, zabroniono uprawiania wielu dyscyplin sportu. Dzieciom zakazano wielu zabaw, w tym tradycyjnej afgańskiej rozrywki – puszczania latawców. Szaleństwo talibów narastało wraz z utrwalaniem ich rządów. W marcu 2001 roku wysadzili starożytne potężne posągi Buddy w Bamjanie – miały one rzekomo obrażać Allaha, bo ­islam zabrania przedstawiania wizerunków ludzkich w sztuce. Przez kraj przetoczyła się fala publicznych egzekucji – na placach i stadionach urządzano pokazowe kamienowania, obcinanie rąk, chłosty. Zwiększono produkcję opium, widząc w tym świetny zarobek, ale też możliwość ogłupiania i niewolenia obywateli państw zachodnich.

Afganistan stał się ośrodkiem szkoleniowym dla organizacji terrorystycznych, w tym dla Al-Kaidy. Już od końca lat dziewięćdziesiątych USA i Organizacja Narodów Zjednoczonych wzywały rząd w Kabulu, by zaprzestał współpracy z terrorystami i wydał międzynarodowej społeczności Osamę bin Ladena. Talibowie ignorowali te żądania.

Ostateczne rezolucje pod adresem Afganistanu zostały sformułowane zaraz po 11 września 2001 roku. I tym razem je odrzucono. Niespełna miesiąc później zaczęła się akcja militarna przeciwko rządowi w Kabulu. Operacja w Afganistanie była operacją popartą przez wszystkie kraje NATO – to odróżnia ją od inwazji na Irak Saddama Husajna, w której udział wzięły trzy kraje NATO: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Polska, a wielu innych członków Sojuszu ją potępiło.

Lotnictwo USA i Wielkiej Brytanii przystąpiło do bombardowania pozycji talibów. W porozumieniu z zachodnią koalicją od północy na Kabul ruszył Sojusz Północny – oddziały mudżahedinów, Tadżyków i Uzbeków, służące wiele lat pod przywództwem Ahmada Szaha Masuda. Masud i jego wojownicy zasłynęli męstwem w walkach z Armią Radziecką. Bohaterska obrona doliny Pandższiru dała początek legendzie romantycznego bojownika o wolność Afganistanu. Masud – nazywany Lwem Pandższiru – jawił się jako jedyny zdolny do wprowadzenia kraju w nowoczesność, bez religijnego fanatyzmu. Był uwielbiany przez zachodnich dziennikarzy za idealizm i przedkładanie interesu państwa ponad własny. O sobie nie chciał z nimi mówić, ale uwodził rozmowami o Afganistanie. Zdarzały się przypadki wstępowania Europejczyków do jego oddziałów – tak potrafił urzec swoją wiarą w walkę o słuszny cel. Niestety Masud, choć jako jedyny regionalny lider skutecznie opierał się talibom, wyzwolenia stolicy nie doczekał. Nie doczekał też początku ofensywy. Zmarł 14 września 2001 roku na skutek ran po eksplozji bomby zamontowanej w kamerze podających się za dziennikarzy terrorystów z Al-Kaidy. Zamach na Lwa Pandższiru (9 września) stanowił preludium do wydarzenia, które dwa dni później zmieniło współczesny świat. Wiadomość o stanie zdrowia Masuda nie była potwierdzona, więc 10 września zachodnie media informowały o nim zdawkowo lub wcale. O wszystkim wiedziały amerykańskie służby wywiadowcze. John P. O’Neill, ekspert od terroryzmu pracujący wiele lat w FBI, na wieść o zamachu na Masuda miał stwierdzić, że to wstęp talibów do czegoś większego. Następnego dnia zginął w jednej z wież World Trade Center.


Rekonesans. Kabul w styczniu 2011 r. Na pierwszym planie baza US Army


Kabul. Ślady konfliktów. Radziecka armata

Wspólna akcja wojsk amerykańskich, brytyjskich i Sojuszu Północnego zakończyła się błyskawicznym zwycięstwem: już na początku listopada talibowie stracili Kabul, w pierwszych dniach grudnia prawie cały kraj był wolny od władzy talibskiego reżimu. Bojownicy upadłego rządu i terroryści ­Al-Kaidy schronili się w jaskiniach Tora Bora, wielu uciekło na terytorium Pakistanu. Zażarte walki o przejęcie kontroli nad jaskiniami trwały do połowy grudnia. Nie udało się schwytać ani Osamy bin Ladena, ani mułły Omara.

Sukces, choć szybki, nie mógł być pełny bez przywrócenia na terenie Afganistanu władzy państwowej uznawanej przez społeczeństwo tego kraju. Na konferencji w Bonn przedstawiciele ONZ, NATO i ważniejszych plemion afgańskich sformułowali program zaprowadzania porządku na terenie państwa. Władzę w ministerstwach rządu tymczasowego podzielono wedle klucza etnicznego, ustalono terminy zgromadzenia narodowego Loja Dżirga, które miało uchwalić nową konstytucję i ordynację wyborczą. Uznano, że do czasu demo­kratycznego wyłonienia wszystkich władz, kontrolę nad państwem będzie sprawować rząd tymczasowy wspierany przez administrację społeczności międzynarodowej.

*

Wielu dopatrywało się w afgańskiej interwencji czegoś więcej niż tylko wojny z rządem talibów i ścigania Osamy bin Ladena. Bogactwa naturalne Afganistanu miały działać na wyobraźnię zarządów firm wydobywczych, a te ponoć naciskały na władze państwowe, by ułatwiły przejęcie złóż. W ten sposób może rozumować tylko ktoś, kto nie był w Afganistanie ani nie ma na tyle wyobraźni, by uzmysłowić sobie stan rozwoju cywilizacyjnego w tym kraju, a tym samym jego biznesowy potencjał.

Nie będzie dużą przesadą, jeśli się powie, że z naszego zachodniego punktu widzenia obecnie w Afganistanie nie ma niczego, co przedstawia wartość materialną dającą się szybko przełożyć na zysk gotówkowy. Niczego, co mogłoby zainteresować nawet najchciwsze i pozbawione skrupułów korporacje. Złoża surowców, które znajdują się pod afgańską ziemią, mogą być bogate, jednak ich eksploatacja jest utrudniona jak nigdzie indziej na świecie.

Na Zachodzie przy przedsięwzięciach wydobywczych, od małej żwirowni po nowe pokłady kopalniane, problemy inwestora to własność działek i kwestie ekologiczne. W Afganistanie kwestie środowiskowe, nawet gdyby doszło do ich rozstrzygania, jako problem znalazłyby się na dalszym planie. Problemem nie byłyby też prawa własności – tu rządzi jedno: pieniądz. Z europejskiej perspektywy trudno zrozumieć, z jak banalnymi trudnościami można się tam zderzyć.

Aby rozpocząć jakąkolwiek inwestycję, należy dojechać w miejsce planowanego przedsięwzięcia. W Afganistanie powstaje pytanie – jak to zrobić? Jedyna droga asfaltowa na przyzwoitym poziomie (w części asfaltowa, są bowiem na niej długie odcinki szutrowe, cała zaś jest podziurawiona od eksplozji ładunków wybuchowych) to Highway 1 – okrężny szlak transportowy biegnący z Kandaharu do Kabulu i dalej na północ, a następnie z powrotem na południe do Kandaharu od zachodniej strony kraju. Highway 1 ma szerokość polskiej trasy wojewódzkiej. Przewóz czegokolwiek tym szlakiem jest powolny i niebezpieczny. Transport kołowy cięższych ładunków po innych drogach w Afganistanie wydaje się prawie niemożliwy – wielotonowe ciężarówki nie przejadą grząskimi ubitymi drogami. Nie mówiąc już o tak przyziemnej z naszego punktu widzenia kwestii jak odśnieżanie dróg – w formie zorganizowanej coś takiego nie występuje. Kolej istnieje w szczątkowej postaci. Afganistan nie ma dostępu do morza, najbliższy port – pakistańskie Karaczi – położony jest ponad pół tysiąca kilometrów od afgańskiej granicy. Nie ma dających się wykorzystać lotnisk czy terminali przeładunkowych. Jak więc zapewnić ciągłość i regularność dostaw, możliwość zbycia towarów?

 

Żadna inwestycja nie może udać się bez dostępu do elektryczności. O ile jako tako występuje w niektórych częściach Kabulu, o tyle już w reszcie kraju większość mieszkańców może pomarzyć o gniazdku elektrycznym we własnym domu. Należałoby zatem wzmocnić siłę działających przestarzałych elektrowni, a najlepiej wybudować nowe i przeciągnąć przez kraj nowe sieci energetyczne.

Kruchość państwowych struktur powoduje, że zagwarantowanie inwestorom i infrastrukturze przemysłowej bezpieczeństwa jest bardzo trudne, dlatego należałoby się liczyć z tym, że każde przedsięwzięcie inwestor musiałby ochraniać własnymi siłami. Również w tym wypadku dochodzi do rozdźwięku między naszym zachodnim podejściem a warunkami na Bliskim Wschodzie. Jesteśmy przyzwyczajeni, że porządku w supermarkecie czy bramy wjazdowej do kopalni pilnuje starszy pan dorabiający do emerytury. W Afganistanie, by choć trochę zminimalizować ryzyko zamachów na ludzi, infrastrukturę i konwoje, należałoby zatrudniać specjalistów z takich firm jak swego czasu głośna Blackwater, gdzie miesięczne zarobki jednego najemnika to kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Aby bezpiecznie prowadzić przedsięwzięcie wydobywcze i transporty, trzeba by znaleźć co najmniej pluton takich najemników.

Specyfika Afganistanu na tle innych rozwijających się państw, które można nazwać surowcowymi, polega na tym, że tu struktury państwowe są zawsze bardzo nietrwałe. To nie Boliwia czy Wenezuela, gdzie rządy prowadzą politykę, która bądź co bądź jest realizowana na terenie całego kraju. To nie dyktatorskie państwo w stylu afrykańskim, gdzie terror rodziny despoty gwarantuje spokój firmom wydobywczym. Tu władza rządu zawsze opierała się na kruchym porozumieniu między licznymi grupami etnicznymi, plemiennymi, religijnymi, które w swoich prowincjach i tak kierują się własnymi regułami. Potencjalny przedsiębiorca musiałby zawrzeć kilka formalnych i nieformalnych umów. Oprócz porozumienia z rządem musiałby zawrzeć umowy z lokalnym gubernatorem, ze starszyzną klanu, przez którego ziemie prowadzi się transport. To kolejne znaczące wydatki.

Wspominam o tym wszystkim, by uświadomić motywy stojące za interwencją w Afganistanie. Przyczyny i skutki wojny w Iraku są znane. Wiadomo, że decydowały tam w dużej mierze względy ekonomiczne i zimna polityka, a nie obawa przed realnym zagrożeniem. Świat od początku ery naftowej znał irackie bogactwa, potrafił je oszacować i przemysł naftowy chętnie podpowiadał rozwiązania polityczne stosowane wobec Iraku. Jednak różnice w poziomie rozwoju cywilizacyjnego, infrastruktury i te wynikające z położenia geograficznego stanowią przepaść, gdy porównamy Irak i Afganistan. Każdy, kto był w Afganistanie i choć trochę podróżował poza Kabul, wie, że motywy „surowcowe” nie mogły wchodzić w grę. Nikomu więc przy obecnym stanie afgańskiej infrastruktury nie opłacają się wielomiliardowe inwestycje – bo najpierw trzeba byłoby takich dokonać, by liczyć na zysk. Dodatkowo kruchość afgańskiej władzy państwowej sprawia, że ryzyko każdej inwestycji staje się ogromne. Jedynym poważnym inwestorem dysponującym odpowiednimi finansami, wolą polityczną, możliwościami logistycznymi, planującym z wyprzedzeniem na dekady do przodu, a przy tym nieoglądającym się na inne kraje i organizacje międzynarodowe, wydają się Chiny. Afganistan sąsiaduje z Chinami poprzez wąski i położony wysoko w górach Korytarz Wachański. Znając chiński rozmach inżynieryjny i zapotrzebowanie na surowce, można się spodziewać dużej aktywności Pekinu w tamtym rejonie.

Afganistan musi jednak najpierw sam stać się państwem w nowoczesnym rozumieniu tego słowa, by można było myśleć o inwestycjach na dużą skalę. Problem w tym, że sam tego nie dokona. I nie dokonają tego zachodni żołnierze. To nie żołnierze zbudują elektrownie, sieci energetyczne, drogi, kolej i lotniska. To zadanie dla międzynarodowych organizacji jak Bank Światowy. Przyrównywanie zatem motywów biznesowych, które w dużej mierze stały za interwencją w Iraku, do tych, które kierowały państwami NATO w przypadku Afganistanu, wynika z braku wiedzy i wyobraźni.

*

Afganistan nie jest państwem jednego narodu, języka czy wyznania. Liczne grupy etniczne, religijne i językowe zamieszkują duży obszar podzielony przez góry, sezonowe rzeki i wyschnięty step na trudno dostępne regiony. Najliczniejszą grupą etniczną są Pasztunowie. Stanowią mniej więcej czterdzieści trzy procent ludności kraju, zamieszkują tereny wzdłuż granicy z Pakistanem i ziemie południowo-zachodnie wzdłuż drogi okrężnej. Pasztunowie są w zdecydowanej większości sunnitami i stanowią najpoważniejszą siłę polityczną. Wielu Pasztunów mieszka po pakistańskiej stronie granicy – stąd też duża umowność i nieszczelność administracyjnych podziałów w rejonie: miejscowa ludność nie traktuje granicy między państwami jako nieprzekraczalnej bariery.

Drugą najliczniejszą grupą etniczną są Tadżycy. To około dwudziestu dziewięciu procent ludności kraju – mieszkają na północy. Północ zasiedlona jest także przez Uzbeków, którzy stanowią dziewięć procent Afgańczyków. Tadżycy i Uzbecy to głównie sunnici.

Szyitami są Hazarowie – około ośmiu procent ludności państwa. Zgrupowani są przede wszystkim w centralnych wyżynach na zachód od Kabulu.

Południe kraju zamieszkują także Beludżowie, wśród których dominującym wyznaniem jest sunnizm. Najistotniejszymi skupiskami Beludżów są pakistański Beludżystan i południowo-wschodni Iran, co czyni ten lud kolejną grupą etniczną podzieloną przez państwowe granice.

Wśród afgańskich sunnitów i szyitów znajdziemy też różne odmiany tych wyznań. I tak wśród sunnitów są wahabici i deobandyści, a wśród szyitów ismailici, zajdyci i imamici. Swoje miejsce w Afganistanie ma także sufizm – mistyczna odmiana islamu, występująca zarówno wśród szyitów, jak i sunnitów.

Zróżnicowanie etniczne skutkuje też bogactwem języków, którymi na co dzień posługują się Afgańczycy. W użyciu jest paszto, dari, uzbecki, turkmeński, hazarski (hazaragi) i języki pamirskie oraz ponad trzydzieści innych. Należy tu jeszcze wspomnieć, że każdy z ludów dzieli się na dziesiątki plemion i to plemiona organizują życie codzienne jednostki, to one są społecznym odniesieniem Afgańczyka. A federacje plemion są namiastką partii politycznych.

Utrzymanie tak zróżnicowanego społeczeństwa w jednej formie państwowej jest bardzo trudne. Gdy dodać do tego rozległość obszaru państwa – ponad sześćset pięćdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych, niedostępność wielu rejonów wysoko­górskich, marne i niebezpieczne szlaki transportowe, zrozumiemy, dlaczego państwowość Afganistanu jest taka krucha. Setki grup interesu, stawianie dobra własnego plemienia czy klanu ponad dobro kraju, pielęgnowane przez rozumiany po afgańsku honor urazy międzyplemienne stanowią niełatwy materiał do zarządzania.

Plemienne kodeksy honorowe i prawa nie oglądają się na prawo państwowe i służą za podstawowe źródło norm i zwyczajów. Największą rolę, ze względu na liczebność ludzi objętych jego zasadami, gra tu pasztunwali, którego centralną kategorią jest namus – obowiązek obrony dobrego imienia swojego i rodziny. Splamienie honoru jednostki jest jednoznaczne z pogrążeniem honoru rodziny. Honor musi być obroniony: badal – czyli sprawiedliwa zemsta – jest obowiązkiem. A skoro zemsta jest obowiązkiem, to spory honorowe potrafią ciągnąć się przez dziesięciolecia, bo jedna zemsta rodzi chęć odwetu.

Co prawda migracje oraz małżeństwa międzyplemienne i międzyetniczne w jakimś stopniu podniosły stopień wymieszania się ludów, jednak nie doprowadziły do powstania czegoś, co można by nazwać kulturą narodową, a niechęć do Pasztunów jako grupy dominującej jest wciąż żywa wśród innych ludów Afganistanu. Terminu „Afgańczyk” użyć można jedynie w sensie administracyjnym wobec osób zamieszkujących teren Afganistanu. Narodowość afgańska jeszcze nie powstała. Tak zróżnicowany organizm państwowy jest dziełem czasów kolonialnych i kolonialnego myślenia przy wytyczaniu granic.

Afganistan w czasach przednowożytnych nie wykształcił własnej państwowości, stanowił teren sporny między Persją a Indiami. Zainteresowanie Brytyjczyków tymi ziemiami było pochodną ich niepokoju o Indie podczas rosnącej aktywności Rosjan w regionie w XIX wieku. Działania mające na celu zwiększenie wpływów obu mocarstw w Azji Środkowej w kulturze zapisały się jako okres Wielkiej Gry – romantycznej rozgrywki dżentelmeńskich szpiegów z Londynu i Petersburga. W rzeczywistości poczynania te miały krwawy i bolesny przebieg dla ludności miejscowej i żołnierzy brytyjskich, a metody podboju „dzikich” z dżentelmeńskimi zasadami nie miały nic wspólnego. Do bezpośredniego starcia Anglii i Rosji w tym rejonie nie doszło.

By osłonić „perłę w koronie”, Brytyjczycy postanowili opanować Afganistan i uczynić z niego bufor między Indiami a Rosją. Próby ustanowienia brytyjskiej kontroli nad Afganistanem to pasmo wybuchających wciąż wojen, rokowań dyplomatycznych, lawirowania władców Afganistanu i plemiennych przywódców między Rosją a Anglią. W sensie geopolitycznym konflikt zakończył się po myśli Londynu – zatrzymano rosyjską ekspansję na południe. Jednak Afganistanu opanować się nie udało (poza krótkimi epizodami). Brytyjskim, wciąż widocznym śladem w Afganistanie, są wojskowe forty – to one stanowiły bazy dla żołnierzy imperium, to potem w nich lub w ich okolicy swoje bazy zakładali żołnierze Armii Radzieckiej, to wreszcie w ich cieniu na początku XXI wieku powstały posterunki NATO.