System. Od Lenina do PutinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wywiad przeprowadził

Rafał Otoka-Frąckiewicz


Okładka

Robert Kempisty


Redakcja i korekta

Barbara Manińska


Skład i łamanie, projekt graficzny

Point Plus


Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz


ISBN 9788380794856


Copyright © for Grzegorz Braun

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Monika Lipiec

Zdjęcia wewnątrz książki

Wikipedia, z wyjątkiem; wkładka 3, str. 5: Budesarchiv, wkładka 4, str.2–3 Budesarchiv, wkładka 5, str. 4: Budesarchiv, wkładka 6, str. 8: (c) Zenon Kosidowski/MNW, wkładka 7, str. 2-3; Budesarchiv

Spis treści

WYJAŚNIENIA I PODZIĘKOWANIA - Skąd i po co ta książka?

ROZMOWA I - O istotnych przyczynach rewolucji

ROZMOWA II - O szczerych intencjach oprawców

ROZMOWA III - O machaniu ogonem lub psem

ROZMOWA IV - O wątkach pornograficznych i demograficznych

ROZMOWA V - O pragmatyce masowego terroru

ROZMOWA VI - O stawianiu zasłony dymnej

ROZMOWA VII - O kombinacji bez końca i rachunkach polskiego sumienia

ROZMOWA VIII - O nierównych standardach życia i ocen historycznych

ROZMOWA IX - O osiągnięciach myśli technicznej i geostrategicznej

ROZMOWA X - O czarnej niewdzięczności i zmianie priorytetów

ROZMOWA XI - O efektach ubocznych i retuszowaniu przeszłości

ROZMOWA XII - O scenariuszach alternatywnych

ROZMOWA XIII - O deficytach i aspiracjach

ROZMOWA XIV - O cywilizacji i antycywilizacji

ROZMOWA XV - O zarządzaniu kryzysowym

ROZMOWA XVI - O kwestii żydowskiej i o kwestii polskiej

ROZMOWA XVII - O pierestrojce beriowskiej

ROZMOWA XVIII - O transformacji chruszczowowskiej

ROZMOWA XIX - O modelowej prowokacji poznańskiej

ROZMOWA XX - O potrzebie kontrolowanej opozycji

ROZMOWA XXI - O zbrodni na Wybrzeżu i grach z emigracją

ROZMOWA XXII - O kolorach bezpieki rozdającej karty

ROZMOWA XXIII - O katolikach reakcyjnych i postępowych

ROZMOWA XXIV - O karnawale Solidarności i towarzyszu generale

ROZMOWA XXV - O porozumieniu zbrodniarzy z lichwiarzami

ROZMOWA XXVI - O kombinacjach operacyjnych bez końca

Przypisy

Noty o Autorach

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WYJAŚNIENIA I PODZIĘKOWANIA - Skąd i po co ta książka?

Dawno, dawno temu, w poprzedniej epoce, w nieistniejącym państwie – w mym „kraju lat dziecinnych” – nabyłem niepowtarzalnych doświadczeń, bez których ta książka na pewno nie mogłaby powstać. Zdążyłem mianowicie poznać system sowiecki z autopsji – wprawdzie w wersji soft schyłkowego PRL-u, ale jednak. Podstawową znajomość komuny, połączoną z organiczną awersją do niej, zawdzięczałem nie tyle własnym skromnym doświadczeniom, ile rodzinnej „osmozie”. Żadnych partyjnych, za to więźniowie polityczni wśród najbliższych – to była szczepionka, której zawdzięczam niewątpliwie wstępną odporność na totalniackie hasła i ogólne rozeznanie w politycznej rzeczywistości. Z drugiej strony zdążyłem w dzieciństwie doznawać standardowego w moim pokoleniu „rozdwojenia jaźni” – bo już jako pierwszoklasista, pod wielkim sekretem, usłyszałem od rodziców o Katyniu, a niemal jednocześnie, jak dziś pamiętam, miałem „sceniczny debiut”, recytując propagandowy wierszyk na szkolnej akademii „pierwszomajowej”; notabene: w szkole imienia sowieckiego agenta (Marcelego Nowotki). Zaliczyłem więc standardową dawkę „napromieniowania” przez system – ale Pan Bóg strzegł, nie zgłosiłem nigdy żadnych akcesów, ani nie złożyłem podpisów, o których głupio byłoby mi dziś wspominać.

Jeszcze „za starego reżimu” miałem parę okazji nieco się wyszumieć, a nawet troszkę pochojrakować (Pomarańczowa Alternatywa, ostatnie strajki NZS-u, bojkot studium wojskowego), ale przecież dziś rozumiem, że niemal zupełnie bezbolesny przebieg tej młodzieńczej inicjacji politycznej zawdzięczam przyzwoleniu, ba, wręcz zapotrzebowaniu idącemu z samej góry. Po prostu wtedy już nie było rozkazów, żeby nas potopić jak szczenięta, to i nie topili. Było za to zapotrzebowanie na kanalizowanie patriotycznych odruchów młodzieży w działaniach dla reżimu doskonale niegroźnych, za to umożliwiających objęcie „kontrolą operacyjną” i selekcjonowanie liderów opinii. Co do mnie, najwyraźniej nie byłem na tyle „niekonstruktywny”, by mnie jakoś drastycznie eliminować, ale i nie na tyle „konstruktywny”, by mnie ochoczo werbować. Miałem też okazję parę razy nieźle się wystraszyć, więc potwierdzam: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – to celne zdanie Wisławy Szymborskiej (choć z innego kontekstu wyrwane) dziś zdaje mi się niestety bardziej adekwatną dewizą, niż np. Zbigniewa Herberta Przesłanie pana Cogito, którym się w moim pokoleniu tak chętnie egzaltowano, mocno na wyrost, jak się okazuje. Szczerość moich własnych zapałów nie zmienia faktu, że występowałem ni mniej, ni więcej jako darmowy statysta w spektaklu kolejnej „transformacji ustrojowej” aranżowanej, a jakże, przez polityczne mafie, służby i loże. Ale przecież to nie powód do żalu – wszak dzisiejszy stan świadomości szerszego kontekstu geopolitycznego i znajomość reguł prowadzonej wówczas gry (czy raczej w liczbie mnogiej: gier operacyjnych) zawdzięczam w dużej mierze właśnie tamtym okolicznościom. Bezpośredni, choć przecież zupełnie marginalny udział w tamtej „transformacji” przełomu lat 80. i 90. XX wieku dał mi dobry motyw, by starać się lepiej zrozumieć, o co właściwie w tym wszystkim chodziło.

Mieszkałem wtedy w mieście, w którego codziennym pejzażu stale obecni byli sowieccy okupanci, żołnierze Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej, a uczelnia, na którą wstąpiłem, nosiła imię innego komunistycznego sprzedawczyka (Bolesława Bieruta). Jako młodzieniec wówczas żywo rezonujący, ale jednak dość naiwnie rozumujący politycznie, nie pojmowałem, że to wszystko właśnie się kończy. Daję słowo, nie przypuszczałem, że za mojego życia „imperium zewnętrzne” Związku Sowieckiego zostanie na rozkaz z góry zdemontowane, a sowieckie garnizony zostaną wycofane z Polski bez wojny. Rzecz jasna, nie przypuszczałem też, że kiedykolwiek jako reżyser i publicysta będę mógł o tym procesie opowiadać. Wówczas jednak właśnie przeczytałem w krótkim odstępie czasu kilka arcyważnych książek, które mają szczególne znaczenie „inicjacyjne” – istotne także dla niniejszej publikacji. Wszystkie były nielegalnym przedrukiem, wydaniem podziemnym (tzw. drugiego obiegu) druków emigracyjnych – były to mianowicie: Zwycięstwo prowokacji Józefa Mackiewicza, Montaż Włodzimierza Wołkowa (Vladimira Volkoffa), a wkrótce potem Akwarium i Lodołamacz Wiktora Suworowa1. Te lektury uświadomiły mi w sposób szczególnie dobitny, że to, co najciekawsze z historii, dopiero czeka na opowiedzenie.

 

Minęła dekada i oto jako początkujący reżyser bez stałego zatrudnienia kolędowałem po redakcjach telewizyjnych z projektem filmu dokumentalnego pod roboczym tytułem Dzień M, z planowanym udziałem Wiktora Suworowa. Miałem na to jego życzliwą zgodę – uzyskaną podczas pierwszego spotkania w Polsce, gdzie Suworow pojawił się, aby po raz pierwszy osobiście wziąć udział w promocji jawnych już wydań kolejnych swoich bestsellerów. Z tym że książek tych nie należało wówczas szukać w żadnej księgarni w dziale „historia”, ale raczej na półkach z literaturą science fiction. Tak też traktowali mój projekt producenci i redaktorzy, których usiłowałem zainteresować tematem. A był to temat dla nas, Polaków, pierwszoplanowy: rola Związku Sowieckiego w rozpętaniu drugiej wojny światowej – rola, dodajmy, zdecydowanie inicjatywna. W sobie właściwy sposób, skupiony na faktografii na poziomie regulaminów wojskowych i danych taktyczno-technicznych typów broni i uzbrojenia, Suworow brawurowo demontował jedno z kluczowych „kłamstw założycielskich” naszej współczesności – dowodnie kwestionował narrację zwycięzców w drugiej wojnie światowej, a tym samym podważał kanony politycznej poprawności rooseveltowsko-stalinowskiego porządku światowego. Wiadomo, że porządek ten zbudowany został i podtrzymywany jest najdosłowniej „po naszym trupie” – po trupie polskiej państwowości i suwerenności. Prawdziwie suwerenna Rzeczpospolita powinna więc Włodzimierza Rezuna vel Wiktora Suworowa należycie docenić i uhonorować – za jego nieocenione dla nas zasługi w dziele najlepiej rozumianego rewizjonizmu historii XX wieku. Jak dotąd nawet nie ma o tym mowy. Wprawdzie jego książki zmieniły tymczasem lokalizację na półkach księgarskich, ale politpoprawna historiografia nadal ignoruje jego dorobek. Nic dziwnego więc, że projektowany przeze mnie film, prezentujący obrazoburcze tezy Suworowa z polskiej perspektywy, udało się zrobić dopiero po upływie kolejnej dekady. We współpracy z Robertem Kaczmarkiem, kolegą reżyserem, a zarazem niezależnym producentem (notabene: znajomym z równoległej pracy nad filmami o braciach Mackiewiczach, Stanisławie „Cacie” i Józefie), mogłem wreszcie zrealizować moje marzenie – zaprosić przed kamerę samego Wiktora Suworowa wraz z wieloma innymi ekspertami i świadkami historii. Najpierw powstała Defilada zwycięzców (prod. 2007), o wspólnej defiladzie Wehrmachtu i Armii Czerwonej w Brześciu Litewskim 28 września 1939 roku, a zaraz potem Marsz wyzwolicieli (prod. 2009), opowiadający o totalnej i permanentnej mobilizacji państwa sowieckiego na drodze do rozpętania drugiej wojny światowej i o tym, jak sowiecki plan podboju Europy pokrzyżowała hitlerowska ofensywa. Rozmawiałem wówczas z ostatnimi świadkami tej historii – z Rosjanami, Białorusinami i Ukraińcami, którzy częstokroć nie zdając sobie sprawy z kluczowego znaczenia zapamiętanych szczegółów, relacjonowali „wyjazdy na manewry” i stan pełnej gotowości bojowej Armii Czerwonej na zachodniej granicy (linii paktu Hitler–Stalin) przed 22 czerwca 1941 roku.

Później zaczęła powstawać Transformacja – od Lenina do Putina (2010/2015).

Początkowym zamiarem było odsłonięcie sensu zdarzeń, głębszego niż tylko propagandowy, przełomu lat 80. i 90. – zajrzenie za kulisy Okrągłego Stołu w Polsce i w ogóle próba objaśnienia istotnych motywów tzw. pierestrojki, głasnosti i cyklu aksamitnych rewolucji w bloku sowieckim. W miarę pracy nad dokumentacją i konspektem scenariuszowym ewidentne stawało się, że aby lepiej zrozumieć mechanizmy i konteksty naszych czasów, trzeba cofnąć się do wcześniejszych „transformacji”. Aby trafniej interpretować wydarzenia nam współczesne, warto przymierzyć do nich modele sytuacyjne wypreparowane z materiału, jakiego dostarczają całe 75-letnie dzieje „ojczyzny światowego proletariatu” – od puczu bolszewickiego w Petersburgu w roku 1917 po rozwiązanie Związku Sowieckiego w Białowieży w roku 1991 i wyjazd ostatnich eszelonów Północnej Grupy Wojsk z Polski w roku 1993. Film miał więc opowiadać o korzeniach naszej współczesności. Jednak im więcej dowiadywałem się o tym, co na użytek mojego pokolenia nazwano „transformacją ustrojową”, tym bardziej oczywiste stawało się, że nie sposób o tym sensownie i przekonująco opowiedzieć bez odwoływania się do modelowych kombinacji operacyjnych – ze szczególnym uwzględnieniem „matki wszelkich transformacji”, połączenia dwóch legendarnych operacji sowieckiej partii i bezpieki: NEP i „Trust” (czego objaśnienie znajdzie cierpliwy czytelnik w kolejnych rozdziałach).

Na użytek tego projektu łącznie powstały setki godzin nagrań oryginalnych wywiadów, poza Polską realizowanych przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Rosji, oraz liczne, a nie zawsze publikowane wcześniej u nas archiwalia pozyskane głównie z taśmotek ukraińskich, białoruskich i amerykańskich. Poza samym producentem, Robertem Kaczmarkiem i stworzonym przez niego znakomitym zespołem twórczym Film Open Group, winien jestem szczególną wdzięczność profesorom Markowi Janowi Chodakiewiczowi i Bogdanowi Musiałowi, których wkład w produkcję nie ograniczył się tylko do udzielenia obszernych, ekskluzywnych wypowiedzi. Bez ich wskazówek bibliograficznych i osobistych kontaktów nie byłbym w stanie dotrzeć do wszystkich ekspertów i świadków historii, którzy wypowiadają się w filmie. Osobne podziękowania za nieocenioną pomoc udzieloną naszej ekipie w Waszyngtonie należą się pani redaktor Irenie Lasocie. Obszernego wywiadu z nią, realizowanego z myślą o części finałowej Transformacji, nigdy już pewnie nie zdołam wykorzystać. Podobnie wdzięczny pozostanę panu redaktorowi Jerzemu Targalskiemu, który uprzejmie podzielił się ze mną efektami swoich badań – jeszcze przed publikacją drukiem klasycznej już dziś pracy Służby specjalne i pieriestrojka.

Filmowa Transformacja bardzo wiele zawdzięcza również Zdzisławowi Sajukowi, którego biegła orientacja w interesującej nas materii historycznej daleko wykroczyła poza kompetencje niezawodnego kierownika produkcji. Znakiem markowym kolejnych części Transformacji stały się oryginalne kreskówki stworzone przez Michała Czubaka, którego artystyczna inwencja zawsze wielokroć przekraczała to, czego mogłem oczekiwać składając reżyserski „obstalunek” na kolejne sceny animowane. Całość nie wywierałaby zamierzonego wrażenia, gdyby nie mozolna praca nad ścieżkami dźwiękowymi – zwłaszcza obróbka gęsto ciętych wywiadów i mnożenie dodatkowych efektów dźwiękowych – w najwyższym standardzie gwarantowanym przez Kamila Sajewicza i cały zespół Stereotyp Studio. Last but not least – jeśli Transformacja zyskała sobie życzliwych widzów, a nawet fanów, którzy skłonni byli wracać do jej oglądania nawet po wielokroć, to stało się to przede wszystkim dzięki rewelacyjnemu, hipnotyzującemu montażowi obrazu (archiwaliów, ikonografii, zdjęć współczesnych, „gadających głów” i animacji) oraz zaskakującej i fascynującej kompozycji ścieżki dźwiękowej – jedno i drugie Transformacja zawdzięcza mojej żonie Aleksandrze (której też niniejszą książkę dedykuję).

Ostatecznie praca nad filmową Transformacją trwała ponad pięć lat – powstały cztery z pięciu zaplanowanych części – w tym samym zespole realizatorskim: produkcja – Robert Kaczmarek, Film Open Group; scenariusz i reżyseria – Grzegorz Braun. Tyle że było to już przedsięwzięcie całkowicie prywatne, z czego jestem szczególnie dumny – bez żadnego „zamówienia” ze strony redakcji telewizyjnych (dla których byłem już wtedy zdecydowanie persona non grata) bez żadnych dotacji państwowych, wyłącznie dzięki zaangażowaniu samego producenta (Część I – „Nep, Trust i głuchoniemi ślepcy” i Część II – „Zmienna linia partii, trzecia wojna światowa i raport Lokomotywy”), oraz prywatnych mecenasów, z których szczególną wdzięczność winien jestem panu hrabiemu Krzysztofowi de Breza (Część III – „Nomenklatura, dezinformacja i kryzysy kontrolowane”) i panu prezesowi Andrzejowi Senkowskiemu (Część IV – „Złoto, mięso, konwergencja i wyścigi na lawetach”).

Tymczasem od rozpoczęcia tego projektu minęła kolejna dekada. Transformacja zdołała pobić skromny rekord – nie pokazała jej dotąd Telewizja Polska, żyje wyłącznie dzięki rozpowszechnianiu na płytach DVD (wychodzących powoli z obiegu) i w sieci internetowej (dostępna legalnie na stronie producenta, lub kolportowana „po piracku”). Jako że w swoim czasie miałem okazję realizować (lub współrealizować, również we współpracy z R. Kaczmarkiem) także inne filmy opowiadające o postaciach kluczowych dla „transformacji ustrojowej” PRL-u w III RP – mianowicie: Plusy dodatnie, plusy ujemne i TW Bolek (o Lechu Wałęsie), oraz Towarzysz generał i Towarzysz generał idzie na wojnę (o Wojciechu Jaruzelskim) – temat „transformacji ustrojowej” przełomu lat 80. i 90. mogę uznać za przynajmniej częściowo przeze mnie „odrobiony” i odsyłam do tych prac jako mogących prowizorycznie zastąpić finałową część mojej filmowej Transformacji.

Ponieważ nie zanosi się na to, by ta brakująca część piąta i ostatnia cyklu dokumentalnego Transformacja – od Lenina do Putina miała kiedykolwiek jeszcze powstać – traktuję zatem to przedsięwzięcie filmowe jako zakończone, choć nieukończone. Z tego też względu przyjąłem uprzejme zaproszenie wydawnictwa „Fronda” i za namową panów redaktorów Macieja Marchewicza i Michała Jeżewskiego w roku 2015 obiecałem przeprowadzić „remanent” tego projektu. Znów trwało to nieco dłużej, niż się zakładało w punkcie wyjścia – ale oto wreszcie ów „remanent” przybiera kształt niniejszej książki. Jest to zapis cyklu rozmów, które w charakterze sparringpartnera zgodził się przeprowadzić z niżej podpisanym redaktor Rafał Otoka-Frąckiewicz w sezonie 2016/17. Wszystkim Sz. Wymienionym najuprzejmiej dziękuję: za życzliwą inspirację, cierpliwą uwagę i trafne sugestie, a przede wszystkim – za stworzenie dogodnych warunków do takich pogłębionych autokorepetycji.

Praca nad tą skromną publikacją przeciągnęła się, całkiem nieadekwatnie, aż na całe lata – zarówno rozmowy, jak i prace redakcyjne prowadzone były „na raty”, w miarę możności i niemożności wynikających z ogólnego „natłoku nawału”. Narracja rozwijała się więc nieliniowo, obfitowała w dygresje – koniec końców bardziej interesujące, mam nadzieję, niż irytujące czytelnika – i ten charakter naszych rozmów z kolegą redaktorem Otoką-Frąckiewiczem, przy zmieniających się kawiarnianych stolikach, niniejsza publikacja zachowuje. Tymczasem znów minęła kolejna epoka. Wiele zdążyło się zmienić – w polityce krajowej, międzynarodowej i w historiografii. Ukazało się wiele, bardzo wiele prac naukowych i popularyzatorskich, które z pewnością starałbym się uwzględnić w mojej narracji. Jednak ośmielam się polecić Szanownemu Czytelnikowi niniejszą książkę – jako autorski „bryk”, skrót historii obłędnego ustroju i nieludzkiego reżimu, który bynajmniej nie przepadł ze szczętem i nie w każdym calu należy już wyłącznie do przeszłości. W żadnym wypadku nie należy jednak traktować tej historycznej gawędy jako summy wiedzy o komunizmie i kompletnego leksykonu historii ZSRS. Nic podobnego – tu chodzi o model, o powtarzalne mechanizmy, o – jak to mówią w sporcie – „stałe warianty gry”. Projekt sowiecki, mający tak wyraźnie zakreślone ramy czasoprzestrzenne, jest sam w sobie doskonałym materiałem badawczym i poglądowym – do analizy porównawczej innych przypadków, innych koszmarów, których nie brak w świecie także w obecnej dobie „postprawdy” i „postpolityki”. Jak każda wieża Babel – i ta sowiecka musiała zawalić się pod własnym ciężarem. Jednak to bynajmniej nie oznaczało „upadku komunizmu”, który przecież ma się świetnie – nie tylko w państwach Dalekiego Wschodu, w których pozostaje oficjalną doktryną, ale przede wszystkim na zachodnich uczelniach. Kto zatem ma ambicje lepiej orientować się, co dziś w trawie piszczy – co jest grane, która bije i w którym kościele – powinien bezwzględnie przerobić straszną lekcję teorii i praktyki sowietyzmu.

Grzegorz Braun

Stara Wieś, lipiec 2019

ROZMOWA I - O istotnych przyczynach rewolucji

Dlaczego w ogóle doszło do wybuchu?

Z tych samych przyczyn, co zawsze: jacyś poważni ludzie poważnie zainwestowali w gniew ludu. Radzę co prędzej rozstać się ze złudzeniem, że wojny i przewroty są efektem jakichś naturalnych zbiegów okoliczności, obiektywnych sprzeczności klasowych czy marksowskich konieczności dziejowych. Że zdarzają się jakieś spontaniczne bunty mas, samorzutne zrywy narodowe, niespodziewane poruszenia czy też wrzenia robotniczo-chłopskie. To są wszystko fałszywe wizje propagandowe, podsuwane nam przez systemy dezinformacyjne, utrwalane zwłaszcza przez narracje popkulturowe i programy edukacyjne.

 

Tymczasem rewolucja w Rosji została przeprowadzona, ni mniej, ni więcej, przez międzynarodowe mafie finansowe, wojskowe służby i masońskie loże. Owszem, carskie samodzierżawie wytworzyło podatny grunt. Owszem, wielka wojna, którą my nazywamy teraz pierwszą światową, ten grunt uczyniła łatwopalnym. Ale rewolucja bolszewicka to nie był żaden samozapłon – wznieciły ją konkretne iskry. Nomen omen, „Iskra” – tak się przecież nazywała gazetka jaczejki Lenina drukowana w Monachium i w Szwajcarii – a zatem były to iskry opłacane i podrzucane z zewnątrz.

Skoro to nie sam uciemiężony przez carat lud rosyjski, proletariat miast i wsi, podniósł sztandar rewolucji, to co się w takim razie wydarzyło?

Nie ma żadnych rewolucyjnych wystąpień, jeżeli nie działają wyspecjalizowane, zdeterminowane, w gruncie rzeczy nie tak znowu liczne grupy zawodowych agitatorów, których zajęciem jest huśtanie nastrojami mas. Potrzebni są też profesjonalni prowokatorzy, no i oczywiście – bez tego żaden „majdan” nie może się obyć – potrzebni są też zawodowi mordercy. Ale masy same z siebie nie dochodzą do rewolucyjnych, leninowskich czy trockistowskich wniosków. Lenina i Trockiego trzeba zatrudnić. Nie kwestionuję roli indywidualnych talentów, bandyckiego drygu, że tak powiem, ale żeby sprawy nabrały większego tempa i skali, musi się znaleźć poważny budżet i musi się znaleźć najwyższa sankcja polityczna. W wypadku rewolucji bolszewickiej, tego pierwszego, czyli finansowania, dostarczyli lichwiarze amerykańscy, a tego drugiego, czyli egzekutywy politycznej i know-how policyjno-militarnego, dostarczył pruski sztab generalny.

Po co? Żeby zdestabilizować Rosję? Zniszczyć ją? Zlikwidować?

Ni mniej, ni więcej – żeby podpalić i obrabować Rosję. Pruski sztab generalny krótkoterminowo dobrze zainwestował, bo przecież udało się dzięki tej operacji wyłączyć Rosję z gry, doprowadzić do zawieszenia broni na całej linii frontu wschodniego. Ba, zdołali nawet na chwilę zrealizować swój projekt Mitteleuropy jako rezerwuaru siły roboczej i rynku zbytu kontrolowanego przez Berlin i wzmacniającego pruską hegemonię. To się Niemcom krótkotrwale udało w ostatnich miesiącach pierwszej wojny światowej. Jednak zaraz potem się okazało, że ta „wojna hybrydowa”, jaką tak skutecznie zastosowali wobec Rosji, przenosi się na ich własne terytorium. Wkrótce Berlin staje wobec widma tej samej zarazy, której bakcyl pruscy sztabowcy wyeksportowali wcześniej do Petersburga. Ostatecznie cesarstwo niemieckie, któremu udało się postawić w stan likwidacji cesarstwo rosyjskie, samo nie przetrwało wiele dłużej. Niemcy nie przegrali pierwszej wojny w sensie militarnym, bo przecież obie ofensywy utknęły, fronty nie zostały przełamane ani na wschodzie, ani na zachodzie. Przegrali natomiast pokój – musieli przyjąć dyktat w Wersalu, co zresztą wygenerowało oczywisty efekt – Hitlera jako kolejny po bolszewikach „lodołamacz” rewolucji światowej. Do tego pewnie jeszcze wrócimy. Tymczasem zauważmy, że w fazie rewolucji rosyjskiej Niemcy wystąpili jako podwykonawcy, szybko wyautowani, nie zostali dopuszczeni do czerpania zysków, na które wyłączność zarezerwowało sobie konsorcjum zleceniodawców. Ci ostatni, amerykańscy lichwiarze – to oni odnieśli tu największy, długoterminowy sukces.

Jacy lichwiarze?

Główni gracze z Nowego Jorku spod szyldu: Kuhn, Loeb & Company. Przede wszystkim Jacob Schiff, który już wiosną 1917 roku publicznie wyrażał radość z przewrotu w Rosji. Witał rewolucję lutową jako coś, „na co liczyliśmy i o co walczyliśmy przez te wszystkie długie lata”. Ten sam Schiff jest przecież bezpośrednim sponsorem Trockiego. No i bracia Warburgowie – jeden w Nowym Jorku, drugi w Berlinie – oni również mają część „praw producenckich” do rewolucji bolszewickiej. To ci sami ludzie, którzy ledwie parę lat wcześniej wzięli udział w tworzeniu tzw. Rezerwy Federalnej, czyli największej w dziejach zmowy kartelowej – przez co otworzyli drogę do globalnego konfliktu o bezprecedensowym zasięgu.

Wcześniej po prostu nikogo nie było stać na tak przewlekłe prowadzenie operacji wojennych. Rezerwa Federalna to skredytowała – rzecz jasna za cenę zadłużenia wszystkich stron wojujących. Przy czym niektórych dłużników spotkało ostatecznie wrogie przejęcie za długi. Akurat Rosję – która najdłużej wzbraniała się przed dobrodziejstwami zagranicznego kredytu – przez cały niemal XIX wiek odrzucając kolejne propozycje Rothschildów – spotkał los najstraszniejszy.

Zadaję pytanie o genezę systemu sowieckiego, a w odpowiedzi od razu dostaję wstęp do teorii spiskowej.

To nie żadna teoria, tylko czysta praktyka. Te sprawy na szczęście należą już do sfery udokumentowanych faktów, bynajmniej nie mglistych hipotez czy gołosłownych wymysłów. Kto chce, ma już do tych faktów ułatwiony dostęp – m.in. dzięki takim klasykom, jak Antony C. Sutton i jego Wall Street a rewolucja bolszewicka czy G. Edward Griffin i jego Finansowy potwór z Jekyll Island, A że wiedza ta wciąż z trudem przenika do głównego nurtu, czy raczej ścieku dezinformacji, że wciąż nie uczą o tym w szkole, to już inna, bardziej współczesna historia.

Czemu to zawdzięczamy, skoro nie działa już sowiecka cenzura?

Ale działa neosowiecka poprawność polityczna. Myślę, że częściowej odpowiedzi udziela Włodzimierz Bukowski2, który konstatuje, że na Wschodzie zwyciężyli bolszewicy, a mieńszewicy na Zachodzie. Tak czy inaczej, tu czy tam, dominuje narracja postępacka, rewolucyjna. Rewolucja zaś, i nic w tym dziwnego, nie zamierza samej siebie demaskować. Dla zmylenia przeciwnika, czyli nas, a zwłaszcza dziatwy szkolnej i młodzieży akademickiej, każdy okruch prawdy o swoich korzeniach zalicza do „teorii spiskowej”. My jednak nie zajmujmy się żadną teorią – szkoda na to czasu, skoro praktyka spiskowa jest tak bogata i, jak zaznaczyłem, dostatecznie dobrze udokumentowana, by była przedmiotem naszej analizy.

Jaka jest druga część odpowiedzi na pytanie o manipulacje i przemilczenia w tej tematyce?

To, rzecz jasna, silna i ewidentna nadreprezentacja w tej historii postaci o korzeniach żydowskich. Po prostu: za dużo jest Żydów – i wśród moskiewskich Sowietów, i wśród zagranicznych sowieciarzy – żeby dało się o tym mówić utrzymując się w granicach dyktowanych przez terror politycznej poprawności. W tej sytuacji każdemu, kto zabiera się do rzetelnego badania dziejów rewolucji bolszewickiej i systemu sowieckiego grozi strącenie do piekła antysemitów. Stąd w historiografii dominuje ujęcie, w którym drobiazgowo opisuje się całą bujną florę i faunę w rewolucyjnej menażerii – przy czym większość badaczy i popularyzatorów nadal wybiera świadome przeoczenie słonia w tej menażerii.

My jednak nie dajmy się ani zwariować, ani opętać, i od razu ten wątek zasygnalizujmy jako niewątpliwie kluczowy. Bo przecież, wyobraźmy sobie, gdyby leninowskie politbiuro składało się w stu procentach z ludzi, których tradycje rodzinne czy osobista formacja związane byłyby np. z subkulturą grenlandzkich Inuitów, to przecież oni byliby nieustannie z tego zaangażowania rozliczani. Cały świat oczekiwałby od Eskimosów, jeśli nie zadośćuczynienia i ekspiacji, to przynajmniej świadectw pogłębionej autorefleksji nad ich odpowiedzialnością za zbrodnie, gwałty, rabunki i moralną deprawację, jakich przyczyną było zaangażowanie w komunę. Ponieważ jednak to akurat nie Eskimosi, tylko Żydzi stanowili grupę najliczniejszą – w statystycznym odniesieniu do udziału w populacji – w sowieckim aparacie ucisku i zbrodni, to nie ma sprawy. Wręcz przeciwnie – każde wspomnienie o tym z pewnością spotka się z pryncypialnym potępieniem lub protekcjonalną drwiną jako rzekomy przejaw hołdowania „antysemickim stereotypom”.

My na szczęście mamy to już za sobą, więc bez najmniejszych kompleksów w tej materii wróćmy do pytania o to, co spowodowało wybuch rewolucji właśnie w Rosji. Przecież sam Marks z Engelsem nigdy akurat na Rosję nie stawiali?

Owszem, jeśli już, to prędzej na Polskę! Tak jest – Engels w latach 70. XIX wieku pisał wprost, że „na Polaków zawsze możemy liczyć”. Miał na myśli sprawę rewolucji światowej. Miał po temu podstawy, polska elita polityczna, zmasonizowana i zdemokratyzowana doszczętnie, w której z czasem dominować zaczął insurekcyjny wzorzec patriotyzmu, uczyniła z nas w XIX wieku chętnych kondotierów wszelkich przewrotów, powstań i rewolucji. Sądząc, że poświęcają się „za wolność naszą i waszą”, nasi pradziadowie, przykro to powiedzieć, prostowali ścieżki Leninowi i Trockiemu. To z pewnością temat na osobną rozmowę. Tu tylko przypomnę, że przecież nasi ludzie odznaczyli się wybitnym udziałem w Komunie Paryskiej 1871 roku – do dziś generałowie Komuny Jarosław Dąbrowski i Walery Wróblewski figurują u nas w szkolnych podręcznikach z konotacjami jednoznacznie pozytywnymi. Żeby nie przyprawiać dziatwy szkolnej o przykry dysonans poznawczy, nie wspomina się o tym, jak komunardzi mordowali arcybiskupa Paryża. No i nie ma mowy o tym, że właśnie Komuna Paryska była tą, którą Włodzimierz Lenin szczególnie cenił, uważał ją za pierwszą rewolucję całkiem do rzeczy.

Wracając na chwilę do klasyków poprzedzających Lenina, przecież już dla Marksa oczywiste było, że rewolucja światowa wymaga dwóch momentów inicjujących: zaprowadzenia demokracji, a następnie rozpętania wojny.

Tak, tak. Marks był z tego względu wielkim zwolennikiem demokracji. Nawiasem mówiąc, obaj z Engelsem byli również oddanymi fanami polskich powstań – bo upatrywali w nich najlepszej podpałki, która rozniecić zdoła europejską wojnę wszystkich ze wszystkimi (co na nasz użytek Mickiewicz zwał poetycko „wojną powszechną ludów”). Nieodzowną wszak dla rozpętania zwycięskiej rewolucji proletariackiej.