Anonimowa dziewczynaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Greer Hendricks, Sarah Pekkanen

Anonimowa dziewczyna


Tytuł oryginału

An Anonymous Girl ISBN 978-83-8116-818-2 Text Copyright © 2018 by Greer Hendricks and Sarah Pekkanen Published by arrangement with St. Martin’s Press All rights reserved Copyright © 2019 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Redakcja Robert Cichowlas Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Greer:

Moim rodzicom, Elaine i Markowi Kesselowi

Sarah:

Rogerowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

CZĘŚĆ PIERWSZA

Zapraszamy kobiety w wieku 18-32 lata do udziału w badaniu etyki i moralności prowadzonym przez wybitnego nowojorskiego psychiatrę. Hojne wynagrodzenie. Gwarantujemy anonimowość. W celu uzyskania szczegółowych informacji proszę dzwonić.

Łatwo oceniać decyzje i zachowanie innych ludzi — jak choćby matki z wózkiem zakupowym załadowanym słodkimi płatkami śniadaniowymi i ciasteczkami Oreo, która wydziera się na dziecko; kierowcy drogiego kabrioletu wyprzedzającego jadący wolniej samochód; kobiety w spokojnej kawiarence nawijającej głośno przez komórkę; męża zdradzającego żonę.

A gdybyś wiedział, że matkę właśnie zwolniono z pracy? Co, jeśli kierowca obiecał synowi, że przyjedzie na szkolne przedstawienie, lecz szef naciskał, aby wziął udział w zwołanym w ostatniej chwili zebraniu? Do kobiety w kawiarni zadzwonił mężczyzna — miłość jej życia — który złamał jej serce? A zdradzana żona wcześniej wielokrotnie wzdrygała się, gdy mąż ją dotykał?

Być może równie szybko i ostro oceniłbyś kobietę, która postanowiła wyjawić swe najgłębsze tajemnice obcej osobie tylko dlatego, że dostanie za to zapłatę. Jednak powstrzymaj się, przynajmniej na razie, od osądu.

Wszyscy mamy swoje powody, aby zachowywać się tak, a nie inaczej. Nawet jeśli zataimy je przed tymi, którzy sądzą, że znają nas najlepiej. I nawet wtedy, gdy są one tak głęboko w nas ukryte, że sami nie potrafimy się w nich rozeznać.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Piątek, 16 listopada

Wiele kobiet chciałoby, aby ludzie postrzegali je w określony sposób. Moja praca polega na transformacji wyglądu klientek. Zajmuje mi to czterdzieści pięć minut. Gdy pomoc dobiega końca, klientki są odmienione — stają się bardziej pewne siebie, promienieją, a nawet wyglądają na szczęśliwsze.

Ja jednak mogę im zaoferować jedynie krótkotrwałą zmianę wyglądu, ponieważ ludzie zawsze powracają do początkowego stanu. Aby zaszła prawdziwa przemiana, potrzeba o wiele więcej niż to, co leży w mojej mocy.

Piątkowe popołudnie, siedemnasta czterdzieści — godziny szczytu. O tej porze ludzie chcą wyglądać jak lepsza wersja siebie, więc konsekwentnie wykreślam ten czas z prywatnego kalendarza.

Drzwi wagonu metra otwierają się na stacji Astor. Wysiadam pierwsza. Od dźwigania czarnej kasetki z kosmetykami do makijażu boli mnie ręka. Zawsze tak jest pod koniec długiego dnia pracy. Kołyszącym ruchem przesuwam kasetkę za siebie, tak aby mieściła się w wąskim przejściu przez bramki obrotowe — dzisiaj już po raz piąty przez nie przechodzę, więc wykonuję te ruchy bezwiednie — i pędzę schodami na górę.

Gdy znajduję się na ulicy, nurkuję dłonią w kieszonce skórzanej kurtki i wyciągam komórkę. Dotykam palcem ekranu, aby otworzyć na bieżąco aktualizowany przez BeautyBuzz grafik zleceń. Wprowadzam na ich stronie godziny, w których mogę pracować, a potem dostaję wiadomości o zarezerwowanych wizytach.

Ostatnie dzisiejsze zlecenie mam w pobliżu ósmej ulicy i Uniwersytetu. Dwie klientki, co oznacza podwójny czas, a więc pełne dziewięćdziesiąt minut. Mam adres, nazwiska i numer kontaktowy. Nie wiem, kogo zastanę, gdy zapukam do drzwi, jednak nie boję się nieznajomych. Przekonałam się bowiem, że więcej szkody mogą nam wyrządzić ci, których dobrze znamy.

Zapamiętuję dokładną lokalizację. Ruszam dziarskim krokiem, omijając śmieci, które wysypały się na chodnik z przewróconego kosza. Sprzedawca z głośnym grzechotem zaciąga metalową kratę przed swoim sklepikiem. Przechodzę obok trzech studentów z przewieszonymi na ramieniu plecakami, którzy droczą się ze sobą i dla żartu popychają.

Dwa budynki od celu rozdzwania się moja komórka.

Mama. Wpatruję się w okrągłe zdjęcie uśmiechniętej matki i przeczekuję kolejne dzwonki. Mówię sobie w duchu, że i tak zobaczymy się za pięć dni, gdy pojadę do domu na Święto Dziękczynienia.

A jednak nie mogę nie odebrać. Poczucie winy to najcięższe, co zawsze ze sobą noszę.

— Cześć, mamo, wszystko w porządku?

— Tak, wszystko dobrze, skarbie. Tak tylko dzwonię, aby zapytać, co u ciebie.

Widzę ją w domku na przedmieściach Filadelfii, w którym dorastałam. Miesza sos pieczeniowy na kuchence — jedzą wcześnie, a w piątki jest to zawsze pieczeń i purée ziemniaczane — a następnie wyciąga korek z butelki wina Zinfandel. W weekendowe wieczory pozwala sobie na kieliszek.

Niewielkie okno nad zlewem przyozdobione jest żółtymi zasłonkami, a przez uchwyt od kuchenki przewieszona ścierka do naczyń z napisem „Do dzieła”. Tapeta z kwiatowym wzorem obłazi na brzegach, zaś lodówka na dole jest wgnieciona w miejscu, w którym kopnął w nią ojciec, gdy drużyna Eagles przegrała decydujący mecz.

Kolacja będzie podana, gdy tata, pracujący w sprzedaży ubezpieczeń, wróci z pracy. Pojawi się w drzwiach wejściowych, a mama da mu na powitanie szybkiego całusa. Zawołają moją siostrę Becky do stołu; pomogą jej pokroić mięso na talerzu.

— Dzisiaj Becky sama zapięła kurtkę — relacjonuje mama. — Całkiem sama. Nie pomagałam jej.

Becky ma dwadzieścia dwa lata. O sześć mniej niż ja.

— To wspaniale. — Czasem czuję, że chciałabym mieszkać bliżej rodziców, bo wtedy mogłabym im pomagać. Innym razem wstydzę się tego, jak ogromną odczuwam ulgę, że jestem daleko. — Mogę do ciebie oddzwonić? Śpieszę się do pracy.

— Och, zatrudnili cię przy kolejnym przedstawieniu?

Waham się, co odpowiedzieć. W głosie mamy słychać większe ożywienie. Nie mogę powiedzieć prawdy, więc wypalam pośpiesznie:

— Tak, to niewielka produkcja. Pewnie nawet niewiele będzie o niej w prasie, ale makijaże są kunsztowne i skomplikowane. Naprawdę nietypowe.

— Jestem z ciebie taka dumna. Nie mogę się doczekać przyszłego tygodnia, gdy mi o wszystkim opowiesz.

Wyczuwam, że mama chce coś dodać. Co prawda jeszcze nie doszłam do umówionego miejsca wizyty — kompleksu akademików Uniwersytetu Nowojorskiego — ale i tak kończę rozmowę:

— Ucałuj ode mnie Becky. Kocham cię.

Przed dotarciem do klientek wdrażam zasady, których przestrzegam podczas każdego zlecenia. Gdy tylko zobaczę klientkę, zaczynam się jej przyglądać. Zwracam uwagę na to, że brwi wyglądałyby lepiej, gdyby były ciemniejsze; nos należy wykonturować, aby wyglądał na węższy. Dobrze wiem, że i one taksują mnie wzrokiem.

Zasada numer jeden: nieoficjalny uniform. Ubieram się na czarno, dzięki czemu nie muszę codziennie rano komponować nowego stroju. W ten sposób wysyłam też klientom subtelny przekaz, że to ja jestem ekspertem. Wybieram wygodne, warstwowe ubrania, które można prać w pralce, i o dziewiętnastej wyglądają równie świeżo co o siódmej rano.

Podczas robienia komuś makijażu przestrzeń osobista jest ograniczona, dlatego mam krótko obcięte, wypolerowane paznokcie i miętowy oddech. Kręcone włosy upinam nisko z tyłu głowy. Zawsze przestrzegam tej reguły.

Wcieram w dłonie płyn antybakteryjny, wkładam do ust pastylkę miętową, a następnie przyciskam dzwonek do mieszkania 6D. Jestem pięć minut przed czasem — to kolejna zasada.

Jadę windą na szóste piętro. Podążam korytarzem w stronę głośno nastawionej piosenki Katy Perry Roar. Jedna z klientek jest w szlafroku, a druga w podkoszulku i bokserkach. Czuję zapach dopiero co zakończonych przez nie zabiegów upiększających — u dziewczyny o imieniu Mandy farby rozjaśniającej do blond pasemek, a u machającej rękami Taylor lakieru, który właśnie schnie na jej paznokciach

— Gdzie się dzisiaj wybieracie? — zagajam. Na imprezie światło będzie mocniejsze niż w klubie. Z kolei na randkę w restauracji potrzebny jest delikatniejszy makijaż.

— Lit — rzuca Taylor i, widząc moje nierozumiejące spojrzenie, dodaje: — To na Manhattanie, w Meatpacking District. Drake był tam wczoraj.

— A, to fajnie — kwituję.

Lawiruję między rozrzuconymi na podłodze przedmiotami — parasolką, zmiętym szarym swetrem, plecakiem — i na niskim stoliku kawowym, żeby móc postawić na nim kasetkę z przyborami do makijażu, odsuwam na bok opakowanie po popcornie i do połowy pełne puszki Red Bulla. Otwieram kasetkę — jej boki składają się niczym w akordeonie, ujawniając wiele warstw kosmetyków do makijażu i pędzli.

 

— O jaki efekt wam chodzi? — pytam dziewczyny.

Niektórzy makijażyści upychają w swój codzienny grafik jak najwięcej klientów. Ja uwzględniam dodatkowy czas na zadanie klientkom kilku pytań. Jedna kobieta chce smokey eye i delikatnie umalowane usta, co nie oznacza, że inna nie ma wizji wyrazistych ust w krwistoczerwonym kolorze i jedynie muśniętych tuszem rzęs. Skupiając się na pierwszych minutach w kontakcie z klientem, oszczędzam czas.

Ufam przeczuciom i obserwacjom. Dziewczyny twierdzą, że chciałyby seksowny, plażowy makijaż, lecz wiem, że tak naprawdę chcą wyglądać jak Gigi Hadid na okładce czasopisma rozłożonego na ich niewielkiej dwuosobowej sofie.

— Co studiujecie? — zagajam.

— Komunikację. Obie chcemy pracować w public relations. — Mandy wydaje się znudzona, jakbym była irytującym dorosłym pytającym dziecko, kim chce zostać, gdy dorośnie.

— Brzmi ciekawie. — Przyciągam czarne krzesło z prostym oparciem wprost pod lampę sufitową, gdzie światło jest mocniejsze.

Zaczynam od Taylor. Mam czterdzieści pięć minut na stworzenie wizji, którą dziewczyna chce ujrzeć w lustrze.

— Masz niesamowitą cerę.

Kolejna zasada: U każdego klienta znajdź coś, co możesz skomplementować. W przypadku Taylor nie jest to trudne.

— Dzięki — rzuca, nie podnosząc wzroku znad ekranu komórki.

Zaczyna komentować wiadomości na swoim Instagramie: „Czy naprawdę ktoś jeszcze ma ochotę oglądać kolejną fotkę babeczek?”, „Jules i Brian są tak zakochani, że to obrzydliwe”, „Inspirujący zachód słońca, łapię... no fajnie, że masz taki zajebisty piątkowy wieczór na swoim balkonie”.

Pracuję, a gawędzenie dziewczyn przechodzi w dobiegający gdzieś w tle odgłos, jak dźwięk suszarki do włosów czy zwykły gwar miasta. Zatracam się w pociągnięciach pędzla z różnego typu podkładami, które nałożyłam na linię szczęki Taylor, tak aby bezbłędnie dobrać je do koloru jej cery, i w rdzawo-piaskowych odcieniach, które mieszam na wierzchu dłoni, by wydobyć złotawe drobinki w jej tęczówkach.

Rozcieram na policzkach Taylor bronzer, gdy jej komórka zaczyna pobrzękiwać melodyjką przychodzącego połączenia. Dziewczyna przestaje wystukiwać serduszka i podnosi telefon.

— Numer zastrzeżony. Mam odebrać? — pyta koleżankę.

— Tak! — odparowuje Mandy. — To może być Justin.

Taylor marszczy nos.

— Kto odbiera telefony w piątkowy wieczór? Może się nagrać.

Kilka chwil później Taylor naciska na przycisk głośnomówiący i męski głos wypełnia pokój:

— Mówi Ben Quick. Potwierdzam, że jest pani umówiona w ten weekend. Jutro i w niedzielę od ósmej do dziesiątej rano. W Hunter Hall, sala dwieście czternaście. Spotkam się z panią w holu i zaprowadzę na górę.

Taylor przewraca oczami. Cofam rękę, w której trzymam tusz do rzęs.

— Proszę, nie ruszaj głową — instruuję.

— Przepraszam. Mandy, czy mi już zupełnie odbiło? Będę zbyt skacowana, żeby wstać jutro tak wcześnie.

— Po prostu olej to spotkanie.

— No tak, ale to w końcu pięćset dolców. Można za nie kupić kilka swetrów z rag & bone.

Jej słowa mnie dekoncentrują. Pięćset dolarów zarabiam za wykonanie dziesięciu makijaży.

— E tam... Dam sobie spokój. Nie będę ustawiała budzika, żeby iść na jakieś idiotyczne badanie — mówi Taylor.

Na pewno jest milutki, myślę, spoglądając na zmięty w rogu pokoju sweter. Nie mogę się powstrzymać:

— To jakiś kwestionariusz?

Taylor wzrusza ramionami.

— Jakiś profesor psychologii szuka studentów do badania.

Zastanawiam się, jakie pytania mogą paść w tego typu badaniu. Może to jak test osobowości Myers-Briggs.

Cofam się i przyglądam twarzy Taylor. Jest klasycznie piękna i ma godny pozazdroszczenia układ kości.

— Skoro wychodzicie wieczorem na dłużej, najpierw obwiodę usta konturówką, a potem nałożę na nie błyszczyk.

Wyjmuję ulubiony błyszczyk z logo BeautyBuzz na tubce i nakładam go na pełne usta Taylor. Gdy kończę, dziewczyna wstaje, by przejrzeć się w lustrze w łazience. Mandy idzie za nią.

— Łał! — dobiega do mnie głos Taylor. — Ta babka zna się na rzeczy. Zróbmy sobie selfie.

— Najpierw mój makijaż!

Zaczynam zbierać kosmetyki, których użyłam do makijażu Taylor, i zastanawiam się, co będzie mi potrzebne dla Mandy, gdy zauważam, że dziewczyna zostawiła na krześle komórkę. Szalony piątkowy wieczór, gdy już przejadę przez miasto autobusem do mojego mieszkanka na Lower East Side, oznacza wyprowadzenie mojego psiaka, mieszańca terriera, Leo, i umycie pędzli do makijażu. Jestem tak wykończona, że zanim Taylor i Mandy zamówią pierwsze koktajle w klubie, ja już będę w łóżku.

Znowu zerkam na telefon. A potem w stronę drzwi od łazienki. Są przymknięte. Mogę się założyć, że Taylor nie będzie się nawet chciało oddzwonić i odwołać umówionego spotkania.

— Muszę sobie kupić taki rozświetlacz, jakiego ona używa — dobiega mnie głos Taylor.

Pięćset dolarów bardzo by mi pomogło zapłacić w tym miesiącu za wynajem. Mam już grafik na jutro i pierwsze zlecenie jest o dwunastej.

— Powiem jej, żeby oczy umalowała mi trochę dramatycznie — nadaje Mandy. — Ciekawe, czy ma ze sobą sztuczne rzęsy.

Hunter Hall od ósmej do dziesiątej — tyle zapamiętałam, ale jak się nazywa ten asystent?

To nie jest świadoma decyzja; dopiero co patrzyłam na telefon, a teraz już go trzymam w ręce. Nie upłynęła jeszcze minuta, więc klawiatura się nie zablokowała. Muszę jednak wyszukać pocztę głosową, co oznacza oderwanie wzroku od drzwi do łazienki.

Dotykam palcem ekranu, aby odsłuchać ostatnią nagraną wiadomość i przyciskam telefon do ucha. Drzwi się poruszają — Mandy zaczyna wychodzić z łazienki. Obracam się pośpiesznie, czując, jak moje serce zaczyna pulsować z podenerwowania. Nie uda mi się odłożyć telefonu tak, aby tego nie zauważyła.

Ben Quick.

Rozgorączkowana myślę o tym, by udawać, że telefon po prostu spadł z krzesła. Powiem Taylor, że go podniosłam. Mandy, poczekaj!

Asystent... od ósmej do dziesiątej.

— Myślisz, żeby ją poprosić, aby pomalowała mi usta na ciemniejszy kolor?

No dalej, w myślach popycham wiadomość, by się odtwarzała szybciej.

Hunter Hall, sala dwieście czternaście.

— Tak, czemu nie — mówi Mandy.

Spotkam się z panią w holu.

Rozłączam się i dokładnie w chwili, gdy Taylor zaczyna wchodzić do salonu, upuszczam telefon z powrotem na krzesło. Zostawiła go ekranem do dołu czy do góry? Nie mam czasu, aby sobie przypomnieć, bo dziewczyna jest już przy mnie. Patrzy na komórkę. Coś mnie ściska w żołądku. Nawaliłam. Uświadamiam sobie, że leżał ekranem w dół. Źle go odłożyłam. Z trudem przełykam ślinę, myśląc o jakiejś wymówce.

— Hej. — Zmuszam się do spojrzenia jej w oczy. — Makijaż jest świetny. Możemy zobaczyć, jak będzie wyglądał z ciemniejszym błyszczykiem?

Opada na krzesło. Powoli oddycham z ulgą. Dwa razy poprawiam jej usta — za pierwszym razem odcień jest jagodowy, po czym wracam do początkowego koloru. Przez cały czas podtrzymuję sobie lewą dłonią prawy łokieć, aby z powodu drżenia palców nie wyjść poza linię. Gdy kończę, mój puls już się zdążył uspokoić.

Wychodzę z mieszkania, lecz zamiast wręczonego napiwku, słyszę jedynie roztargnione „Dziękuję”. To upewnia mnie o słuszności podjętej decyzji.

Ustawiam budzik w telefonie na siódmą piętnaście.

Sobota, 17 listopada

Następnego dnia rano powtarzam w myślach plan działania. Czasem podjęta pod wpływem impulsu decyzja zmienia bieg życia. A ja nie chcę, aby w moim życiu stało się tak ponownie.

Czekam na zewnątrz Hunter Hall, spoglądając co chwila w stronę budynku, w którym mieszka Taylor. Dzień jest pochmurny, powietrze gęste i szare. Przez ułamek sekundy omyłkowo biorę za nią śpieszącą w moją stronę dziewczynę. To jednak tylko osoba, która wyszła pobiegać. Czekam do pięć po ósmej i gdy wydaje się, że Taylor faktycznie jeszcze śpi, wchodzę do holu, w którym mężczyzna w spodniach w kolorze khaki i w koszuli zerka na zegarek.

— Przepraszam za spóźnienie! — wołam.

— Pani Taylor? Jestem Ben Quick.

Miałam rację, zakładając, że dziewczyna nie zadzwoni, aby odwołać spotkanie.

— Taylor jest chora i poprosiła mnie, żebym przyszła zamiast niej. Nazywam się Jessica. To znaczy Jessica Farris.

— Och... — Ben mruga zdezorientowany. Mierzy mnie wzrokiem i z jeszcze większą uwagą zaczyna mi się przyglądać.

Półbuty, które normalnie noszę, zamieniłam na trampki Converse za kostkę, a materiałowy plecak przewiesiłam przez ramię. Uznałam, że nie zaszkodzi, jeśli będę wyglądała na studentkę.

— Proszę chwilę poczekać — mówi wreszcie. — Muszę się skonsultować.

— Jasne — przybieram lekko znudzony ton, który wczorajszego wieczoru słyszałam u Taylor.

Powtarzam sobie w duchu, że w najgorszym wypadku odmówi mi udziału w badaniu. Nic takiego się nie stanie, po prostu zjem bajgla i pójdę z Leo na długi spacer.

Ben odchodzi na bok i wyciąga komórkę. Chętnie posłuchałabym, co będzie mówił, ale jego głos jest przytłumiony. Podchodzi do mnie i pyta:

— Ile ma pani lat?

— Dwadzieścia osiem — odpowiadam zgodnie z prawdą.

Ukradkiem spoglądam na wejście, aby się upewnić, że Taylor nie zamierza się jednak w ostatniej chwili zjawić.

— Czy obecnie mieszka pani w Nowym Jorku?

Potwierdzam skinieniem głowy.

Ben ma jeszcze dwa pytania:

— Gdzie jeszcze pani mieszkała? Czy gdzieś poza Stanami?

Potrząsam głową.

— Tylko w Pensylwanii. Tam się wychowałam.

— W porządku — Ben odkłada telefon. — Doktor Shields mówi, że może pani wziąć udział w badaniu. Najpierw poproszę o pani pełne imię, nazwisko i adres zamieszkania. Czy ma pani przy sobie jakiś dokument potwierdzający tożsamość?

Przekładam plecak do ręki. Grzebię w nim, aż znajduję portfel. Podaję mu prawo jazdy.

Robi zdjęcie, po czym spisuje pozostałe informacje.

— Jeśli ma pani konto w banku, jutro po zakończeniu sesji badawczej przeleję pani należność.

— Tak, mam konto. Taylor mówiła, że to pięćset dolarów?

Ben kiwa głową.

— Prześlę te dane osobie prowadzącej badanie, a następnie zaprowadzę panią do sali na piętrze.

Czy to naprawdę może być aż takie łatwe?

ROZDZIAŁ DRUGI

Sobota, 17 listopada

Nie jesteś osobą, która miała przyjść rano. Spełniasz jednak wymagania dotyczące osób uczestniczących w badaniu, a zarezerwowany czas nie zostałby wykorzystany, dlatego mój asystent Ben prowadzi cię do sali numer dwieście czternaście. Test przeprowadzany jest w dużym, prostokątnym pomieszczeniu z pełną okien ścianą wychodzącą na wschód. Na błyszczącym linoleum stoją trzy rzędy ławek z krzesłami. Z przodu sali znajduje się tablica SMART, ale teraz jest wyłączona. Wysoko na tylnej ścianie wisi staromodny, okrągły zegar. To mogłaby być każda sala wykładowa na kampusie uniwersyteckim w dowolnym mieście.

Z tym jednak wyjątkiem, że jesteś w niej sama.

Wybrano to miejsce ze względu na niewielką liczbę czynników rozpraszających, przez co będziesz mogła pełniej się skupić na czekającym cię zadaniu. Ben wyjaśnia, że kolejne polecenia będą się wyświetlały na ekranie komputera przeznaczonego do twojego użytku, po czym zamyka za sobą drzwi.

W pomieszczeniu jest cicho. Na ławce stojącej w pierwszym rzędzie czeka na ciebie laptop. Jest już otwarty. Gdy zbliżasz się do niego, twoje kroki odbijają się echem po podłodze. Sadowisz się na krześle, przysuwasz je do ławki. Metalowa nóżka, zgrzyta, szorując o linoleum.

Na ekranie laptopa jest wiadomość:

Badana 52: Dziękujemy za wzięcie udziału w programie badawczym dotyczącym moralności i etyki. Przystępując do badania, zobowiązuje się Pani do zachowania poufności. Rozmawianie z kimkolwiek na temat niniejszego badania jest stanowczo zabronione.

W badaniu nie ma dobrych ani złych odpowiedzi. Kluczowe znaczenie ma udzielanie szczerych, opartych na pierwszych odczuciach, instynktownych i wyczerpujących odpowiedzi. Nie będzie można przejść do kolejnego pytania, dopóki poprzednie nie zostanie ukończone.

 

Pięć minut przed upływem dwóch godzin zostanie Pani poinformowana o zbliżającym się końcu badania. Gdy będzie Pani gotowa, aby rozpocząć badanie, proszę nacisnąć klawisz Return.

Masz jakieś wyobrażenie, czego się możesz spodziewać?

Przenosisz palec w stronę klawisza Return. Nie dotykasz go jednak; twój palec zawisł nad klawiaturą. Nie tylko ty się w tym momencie wahasz. Niektóre z pięćdziesięciu jeden kobiet badanych przed tobą także wykazywały różne poziomy niepewności. Dotarcie do tych elementów samego siebie, do których istnienia nie chcemy się przyznać, może być przerażające.

W końcu naciskasz klawisz.

Czekasz, z szeroko otwartymi oczami, i obserwujesz migający na ekranie kursor. Drgasz lekko, gdy na ekranie pojawia się pierwsze pytanie.

Być może czujesz się dziwnie, że w tak sterylnym pomieszczeniu ktoś chce zagłębić się w zakamarki twojej psychiki, nie mówiąc ci jednak, dlaczego informacje te są tak ważne. Obawa przed poczuciem bycia odsłoniętym i bezbronnym jest naturalna, tak jak i wycofywanie się, lecz aby badanie się udało, będziesz musiała się temu poddać.

Pamiętaj, jakie są zasady: Bądź otwarta i szczera. Staraj się nie unikać bólu czy zażenowania, jakie pytania mogą w tobie wywołać. Jeśli już pierwsze rozterki, stosunkowo lekkie, budzą w tobie niepokój, być może jesteś jedną z tych kobiet, które zrezygnują z badania. Niektórzy już nie wracają. Ten test nie jest dla wszystkich.

Nadal wpatrujesz się w pytanie. Być może przeczucie mówi ci, byś wyszła z sali, nie rozpocząwszy badania. Nie byłabyś pierwszą osobą, która tak zrobiła.

Ponownie unosisz ręce nad klawiaturę i zaczynasz pisać.

Inne książki tego autora