Spóźnione powrotyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2.

Wiosna 1944

Adeli znowu nie udało się uzyskać od matki jakiegoś ziarnka prawdy o swym pochodzeniu. Prawdy, nie pogłosek, bo tych się dość nasłuchała, czego to ludzie nie wymyślą! Jako wielka entuzjastka nauki uznawała tylko to, co było oparte na dowodach. W tym przypadku wystarczyłyby wyjaśnienia mamy, tych jednak od niej wciąż nie słyszała.

– Ja tego nie rozumiem. – Georgina trzepocze jasnymi loczkami, chcąc podkreślić swą dezaprobatę dla tego rodzaju tajemnic. – Moja powiedziała mi wszystko.

– Skąd wiesz?

– Wiem.

– Ja też w końcu chciałabym się dowiedzieć, dlaczego moja mama i brat noszą inne nazwisko.

– Więc po prostu zapytaj – radzi ze zniecierpliwieniem Georgina – a nie udawaj, że nagle sprawą życia i śmierci stało się dla ciebie stworzenie drzewa genealogicznego rodziny. – Wybucha śmiechem. – Utknęłaś na pierwszej gałęzi.

– Nie złość mnie, Gina – rzuca w jej stronę Adela, po czym przez chwilę nasłuchuje cichutkiego, dziecinnego świergotu dochodzącego z kuchni i woła: – Leila, Abigail, już pora…

Dziewczynki natychmiast wchodzą do saloniku, jedna za drugą; Leila ciągnie młodszą siostrę za rękę. Robi tak zawsze. Tate jej powiedział, żeby nie spuściła z oka Abigail, i dziewczynka pilnie tego przestrzega, od trzech lat nie spuszcza małej z oczu. Trzy lata temu pani Karłowiczowa otworzyła przed nimi drzwi szafy, mówiąc, że mają tam wejść i niczego się nie bać. Po czym wzniosła oczy w sufit i dodając: „Jeśli mamy przeżyć, to przeżyjemy”, przeżegnała się szybko.


Była połowa kwietnia czterdziestego pierwszego roku, gdy zamknęła się brama w radomskim getcie. Wszyscy bracia Goldbergowie: Chaim, Izaak, Lewi, Mordechaj, Natan, Selim (poza Abramem, bo ten był od dawna w Ameryce), i ich ojciec Tewel przepadli za nią, nie wiedząc, że to co najgorsze dopiero przed nimi. Wcześniej jednak karczmarz, ciągnąc za sobą wózek, w którym przywoził sadzonki pomidorów dla Klementyny albo zabierał wyrośnięte główki kapusty na handel, przyszedł do Osady z uśmiechniętą Leilą. Kłaniając się w pas Emilii Odolańskiej, spytał uniżonym głosem, czy nie dałoby się przechować dziewczynek między sierotami.

Emilia sprostowała w myślach: dziewczynki, lecz nawet się nie zastanawiała. Jakże miała odmówić Tewelowi, którego starsza siostra Riwa obszywała dawniej wszystkie sieroty, nie biorąc za to złamanego grosza, Lewi, jego czwarty syn, klepiący biedę w maleńkim zakładzie szewskim w miasteczku, reperował za darmo małe buciki, a najmłodszy, Selim, obwoźny handlarz książek, od czasu do czasu fundował ochronce parę elementarzy i podręczników do rachunków. Karczma na rozdrożu stała od niepamiętnych czasów, a z kolejnymi jej właścicielami (pamiętała opowieści babki Florentyny) folwark zawsze utrzymywał bardzo dobre stosunki. Jakże mogła teraz odmówić temu biednemu człowiekowi, który był częścią jej świata, wspomnień, historii, która pewnej wiosny dawno temu zaczęła się dziać w tej dolinie. No i Leila… Najcichsze, wiecznie uśmiechnięte, najcudowniejsze na świecie stworzenie. Wiedząc już coś niecoś na temat nieludzkiego traktowania tego narodu przez Niemców, a zwłaszcza specjalnych wydzielonych miejsc, zwanych gettami (w samym dystrykcie radomskim było ich już kilka), do których spędzano Żydów z okolic, najstarsza panna Odolańska nie mogła pozwolić, by ta słodka dziewczynka tam trafiła.

Zresztą, co tu dużo mówić, było w Leili coś takiego, że kochali ją wszyscy, a Klementyna nie przejechała koło karczmy, żeby tam po cokolwiek nie wejść i nie zamienić z małą słowa albo choć na nią popatrzeć. Jasnobrązowe, miękkie włosy, niespotykanie chabrowe oczy i ten anielski uśmiech wyróżniały dziewczynkę nie tylko spośród żydowskich dzieci, ale ze wszystkich innych. A gdy przychodziła z ojcem do Osady, ciągnąc wózek, do którego Tewel ładował potem jajka, warzywa lub mleko, słońce wychodziło zza chmur, rozświetlając całą dolinę. Leila była cudem, który często się nie trafia, nic więc dziwnego, że Emilia nawet chwili się nie zastanawiała nad konsekwencjami ukrycia dziecka, bo to wydawało się oczywiste.

Nim jednak Tewel wydusił z pewnym ociąganiem, że to jeszcze nie wszystko, na podwórze wpadła Klementyna. Dowiedziawszy się, w czym rzecz, przycisnęła głowę Leili do piersi i oświadczyła stanowczo:

– Ona nie może u ciebie zostać, Emilko, to absolutnie wykluczone.

Tewel zmarkotniał i, miętosząc czarną czapkę na wysokości brzucha, ze łzami w oczach powiedział bez pretensji w głosie, że on się pomocy nie spodziewał, ale czego to ojciec nie zrobi, by uchronić córki przed niepewnym losem, bo kto to tak naprawdę wie, jak tam w tych gettach będzie – żyć może się jakoś da, ale co to będzie za życie…

– Nie w tym rzecz, panie Goldberg – przerwała mu Klementyna. – Znajdziemy dla dziecka inne miejsce.

– Inne miejsce? – wydusił z niedowierzaniem.

– Ratując jedno, nie można narażać innych – tłumaczyła. – Wprawdzie Leila tak wygląda, że można ją ukryć między sierotami…

– Leilę może tak – wszedł jej w słowo – ale z Abigail to już nie taka prosta sprawa.

– Z jaką Abigail, panie Goldberg? – jęknęła Klementyna zniecierpliwiona. – Znowu pan z tą Abigail zaczyna? Chyba nie pora teraz na to. Ile razy można wygadywać te głupstwa?

– Ale ja te, za przeproszeniem, głupstwa tylko u państwa Odolańskich na folwarku wygaduję – zaczął się bronić. – Nikt więcej o Abigail nie wie.

– A co można wiedzieć albo nie wiedzieć o kimś, kto nie istnieje? – dołożyła swoje Emila.

Tewel ze zrozumieniem pokiwał głową, pomiętosił czapkę i zaczął mówić:

– A bo to wszystko przez upór mojego tate. Gdyby nie ten jego upór, stary Żyd nie musiałby się w taki czas zamartwiać o małe dziewczynki. Synowie dorośli, mają swoje dzieci, interesiki jak się patrzy, poza Abramem, co popłynął statkiem do Ameryki i tam robi filmy, same szanowne panie przyznają, że to żaden interes, nawet nie interesik, no, ale w każdej rodzinie czarna owca musi się znaleźć, co poradzić, mnie już głowa nie musiałaby boleć o dorosłych synów, czy sobie radzą, czy nie radzą, a tu masz, dwie małe dziewczynki…

– Panie Goldberg, naprawdę nie czas na to – przerwała Klementyna, bojąc się, że Żyd znowu zacznie nużącą opowieść o tym, jak to jego ojciec, Mały Szmul, wymógł niejako przyjście Abigail na świat.

Ileż razy już to słyszały! Przez całe lata dwudzieste i początek trzydziestych przy każdej wizycie na folwarku karczmarz żalił się (najczęściej ich matce, Klarze) na swojego ojca, Małego Szmula, który zapowiedział, że nie umrze, póki dziewczynka o imieniu Abigail się nie urodzi. Druga żona Tewela, młoda Dora, która bardzo lubiła te tak niezbyt przyjemne dla starzejącego się już męża sprawy, nie miała nic przeciwko temu. W końcu jednak, mając dość wścibskich pytań Żydów z całej okolicy, czy naprawdę jego ponad­stuletni ojciec jeszcze żyje (i czy nie można by go było takiego starego zobaczyć), Tewel jakoś się przemógł i oto po upływie właściwego czasu pewnej styczniowej nocy Dora wydała na świat dziewczynkę. Jasne cudo o niebieskich, śmiejących się oczach. Jak ją Tewel zobaczył, tak od razu dostał bzika na punkcie córki, a to głównie z tego powodu, iż przypominała mu (mimo że dopiero urodzona) najmłodszą z jego starszych sióstr, najukochańszą, wiecznie uśmiechniętą Leilę, która umarła na tyfus, gdy był zaledwie siedmioletnim chłopcem. Zaniesiono dziecko do sypialni Małego Szmula, by mógł wreszcie umrzeć, co też ten, pogłaskawszy dziewczynkę po jasnych włoskach, natychmiast uczynił. Trumna (tania, lecz solidna) już ze dwadzieścia lat stała w komorze, Tewel więc, bez zwłoki, z pomocą synów: Abrama, szykującego się dopiero do rejsu przez Atlantyk, Chaima, Izaaka, Lewiego, Mordechaja, Natana i Selima, ułożył w niej ciało ojca i, uroniwszy parę łez, pomyślał chytrze, żeby nazwać dziecko imieniem siostry, którą kochał nad życie. Tak też uczynił.

– Tate nie żyje – tłumaczył Dorze, której ten pomysł niezbyt się spodobał – a martwi nie mają głosu, bo co by to był za porządek na tym świecie, gdyby go mieli.

Mylił się jednak, choć przez rok przynajmniej nic o tym nie wiedział. Leila rosła zdrowo i z każdym miesiącem (mimo że malutka) coraz bardziej przypominała mu najdroższą siostrę. Nagle, ni z tego, ni z owego, pewnej nocy nieżyjący od roku Mały Szmul przyszedł do syna i pochylając się nad jego łóżkiem, spytał, kiedy wreszcie urodzi się Abigail, po czym, cmokając z wielkim niezadowoleniem, zaczął chodzić po całym domu, jakby czegoś szukał. Tak było odtąd każdej nocy. Tewel długo trzymał całą tę rzecz w tajemnicy przed wciąż jeszcze młodą żoną, bojąc się, że ta go wyśmieje, w końcu jednak nie wytrzymał i jej powiedział.

Dora wyśmiała go bardziej, niż się tego spodziewał, po czym machnęła ręką i odrzekła, żeby jej nie zawracał głupstwami głowy, bo i tak ma na niej dużo.

– Jakie głupstwa, Dora, jakie głupstwa?! – Tewel uniósł się, urażony jej brakiem zrozumienia. – To jest bardzo nieprzyjemna rzecz, jak tak tate chodzi po sypialni i pyta o Abigail, a potem otwiera drzwi do jednego pokoju, do drugiego, trzeciego i czwartego…

– Do jakiego czwartego?! – wrzasnęła mu nad uchem żona. – Przecież my nie mamy tyle pokoi, Tewel! A poza tym – dodała nieco spokojniej – jak on może chodzić, skoro od dwóch lat nie żyje?

– No i tu jest pies pogrzebany – odparł, obgryzając paznokieć u małego palca prawej ręki. – Nic mu się teraz nie wytłumaczy, bo jak mówić do zmarłego? Nic!

– Co więc zamierzasz z tym zrobić? – spytała Dora, kładąc ręce na biodrach i wypinając nieprzystojnie piersi. Uśmiechnęła się szeroko, ciesząc się już na odpowiedź.

– A co ja mogę teraz zrobić, Dora? Co w taki wiek jak mój da się jeszcze zrobić?

 

– Spróbuj – szepnęła mu zalotnie do ucha.

Nie było innej rady, musiał się jeszcze raz przemóc i choć to już nie takie sobie hop-siup, w końcu się udało. Pewnej marcowej nocy, cztery lata od narodzin Leili, przyszła na świat Abigail. Wtedy ojciec, ku wielkiej uldze i radości Tewela, przestał wreszcie chodzić nocami po pokojach.

Klementyna z Emilką, zadowolone, że tym razem karczmarz nie znajdzie czasu na znaną im już na pamięć opowieść, kazały pożegnać się Tewelowi z Leilą, ten jednak, nim to zrobił, odsunął je od wózka, zdjął kapę, którą coś tam było nakryte, zajrzał i strapionym głosem powiedział:

– Rzeczywiście, Leilę jeszcze jakoś by się między sierotami ukryło, ale Abigail już w żaden sposób, szanowne panie, w żaden.

Klementyna z Emilką, zajrzawszy do wózka, krzyknęły obie jednocześnie. Odsunęły się dwa kroki, po czym znowu z wielkim niedowierzaniem tam zajrzały. Na dnie leżała skulona chudziutka, na oko dziesięcioletnia dziewczynka. Czarnowłosa i czarnooka, zupełne przeciwieństwo Leili. Wpatrywała się rozumnie, z wielkim zainteresowaniem w pochylone nad nią kobiety.

– Panie… Goldberg… – wydusiła z niedowierzaniem Klementyna. – To Abigail naprawdę istnieje?

– Dlaczegóż więc – dołączyła się Emilia – ukrywaliście ją przed światem? Nawet my, mimo że pan niby ciągle o niej mówił, nie wierzyłyśmy w jej istnienie.

– A bo to wszystko przez Dorę – odparł natychmiast, jakby tylko czekał na to pytanie – bo kiedy tylko się dowiedziała, że z tych mało przyjemna rzecz, do których, rad nie rad, stary Żyd musiał się w końcu jeszcze raz przymierzyć, coś będzie, tak się przestraszyła…

– Przestraszyła? A czego?

– A tego, że ja byłem już za stary. Już przy Leili ludzie jej dogadywali, a co dopiero przy Abigail! Że ona sobie chciała tylko, za przeproszeniem, pofiglować i wcale nie liczyła na to, że coś z tego figlowania jeszcze będzie. No więc się bardzo wystraszyła i mówi do mnie tak: „Tewel, przecież ludzie powiedzą, że to nie twoje dziecko, tylko sprzedawcy sznurowadeł, co to każdej wiosny tu się u nas zatrzymuje”. No to ja do niej: „Dora, a czy ludzie głupie są i nie umieją liczyć? Nie obliczą sobie, że od jednej wiosny, kiedy to zatrzymał się u nas sprzedawca sznurowadeł, do drugiej, kiedy Abigail ma się urodzić, jest dwanaście miesięcy, a nie dziewięć?”. Nie dała sobie wytłumaczyć, nie i nie, i najpierw, jak mogła, tak swój stan ukrywała, a później, jak się urodziła Abigail, to uparła się, że dziecko tak samo trzeba przed światem ukryć. – Stary Żyd westchnął głęboko, popatrzył na młodszą córkę, która, zdaje się, pierwszy raz widziała niebo nad sobą, więc się w nie gorliwie wpatrywała, po czym nakrył ją szybko kapą i zakończył: – No to się ją ukrywało.

Siostry nie wiedziały, co powiedzieć, w końcu Klementyna ujęła mały dyszel od wózka, wzięła Leilę za rękę i kazała Tewelowi pożegnać się z córkami. Zrobił to ze łzami w oczach, po czym, oglądając się kilka razy, odszedł z doliny.

Kilka dni później wszystkich Żydów z okolicy, w tym Tewela Goldberga, Dorę i ich sześciu synów z rodzinami, pognano olszańską drogą do szosy warszawskiej, a stamtąd na południe, do radomskiego getta.

– Najadłyście się? – pyta Adelajda, a gdy małe potakują, pokazuje im wełniane chusty, leżące na krześle.

To oznacza, że wyjdą dziś na spacer po folwarku, twarz Leili rozjaśnia więc piękny uśmiech. Skwapliwie chwyta chusty, jedną zarzuca sobie na ramiona, drugą na głowę siostrze i ciasno ją owija.

– Stój spokojnie – strofuje Abigail – to jeszcze nie lato.

Adelajda z Georginą wymieniają krótkie spojrzenie. Serce się kraje na widok radości Leili ze spaceru; kilka deszczowych nocy, a potem pełnia od tygodnia go uniemożliwiały, a to dla dziewczynki największa przyjemność. Abigail na pewno wolałaby posiedzieć na podłodze w bibliotece z książką z obrazkami i do każdego obrazka w tej książce wymyślać jakąś własną historię, trzeba jej więc ciągle tłumaczyć, że powietrze i odrobina ruchu są im konieczne. Każdej nocy, kiedy to tylko możliwe, Georgina staje na ganku z papierosem i obserwuje, czy się coś nie dzieje na drodze, a Adela wyprowadza dziewczynki z domu. Na drodze przeważnie nic się nie dzieje; Szkopy, stacjonujące w jedlickim dworze i połowie wsi, nie wyściubiają nocami nosa z siłą zajętych kwater, ostrożność jednak nie zawadzi. Zatem, mimo że kuzynka stoi na czatach, Adela i tak ogląda się na wszystkie strony. Gdy dochodzą do brzeziny na skraju folwarku, bierze Abigail za rękę, a Leila biegnie do drzew, obejmuje jedno, drugie i trzecie, tuli się do każdego i wdycha ich zapach. Mówi, że brzozy pachną przedwojną, swobodą i spokojem. Wolnością. Za karczmą na rozdrożu, którą szczęśliwie prowadził tate, przekomarzając się z przyjaciółką biedą, a przed nim jego tate po swoim z kolei, rosły dwie stare brzozy. Dawniej Leila siadała pod nimi na derce i patrzyła na podjeżdżające bryczki, powozy, a także na przechodzących ludzi. Potem o wszystkim opowiadała siostrze. O każdym z tych, którzy przejechali lub przeszli koło karczmy, a czasem się w niej zatrzymali, mała Abigail potrafiła coś opowiedzieć, choć wszystko, co mówiła, było zmyślone.

Tak i teraz, gdy Leila tuli się do tych drzew, młodsza siostra wymyśla dla każdego z nich jakąś historię. Że na przykład to przyszło tu pewnej nocy z głębokiego lasu, bo nie mogło się pogodzić z innymi, a znowu tamto czeka na swoje dzieci, rozsiane przez wiatr po świecie.

Nawet obdarzona bujną wyobraźnią kucharka dziwi się, skąd takiemu dziecku podobne rzeczy przychodzą do głowy. Może, zgaduje, stąd, że miało się wcale nie urodzić i tylko dzięki uporowi (pozagrobowemu zresztą) dziadka, Małego Szmula, w końcu przyszło na świat.

– Nie marudź, Abigail – upomina Leila młodszą siostrę, opatulając ją tak, że widać tylko czarne oczy małej – już dawno nie byłyśmy na dworze.

Wygląda na to, że dziś też nie będą. Nagłe ujadanie psa na zewnątrz sprawia, że dziewczynki w jednej chwili biegną do łazienki, a Georgina rusza za nimi. Adela zaś idzie na ganek, gdzie słychać jakiś rumor.

– Cicho, Remus! – Słyszy głos brata.

Pies już nie szczeka, tylko warczy, co może oznaczać jedno: brat nie jest sam. Rzeczywiście, w świetle lampy naftowej Adelajda dostrzega sylwetkę wysokiego, mocno zbudowanego mężczyzny.

– Zgaś to! – syczy Marcel do siostry, ciągnąc razem z tamtym po podłodze do sieni jakąś wielką brezentową torbę. – Albo chociaż zamknij drzwi. Kajetan, wchodź, zamykamy, i tak musisz tu trochę przeczekać.

Adelajda odruchowo świeci w twarz mężczyzny, po czym z wrażenia aż opiera się o ścianę. Kajetan Konarski? W tym domu?! Dobrze, że matka śpi. Tak się napracowała, że poszła spać wcześniej niż zwykle, nie zważając na nieobecność syna.

– Mama śpi? – pyta Marcel, jakby czytał w jej myślach.

– Mało się narobiła?! – burczy w odpowiedzi jego siostra. – Co tu się dzieje?

– Nie pytaj, tylko prowadź gościa do salonu. W Czerwińsku piekło, Niemcy się zaczaili na leśnych, co czekali nocy u kowala, żeby przejąć zrzut broni z olszyn, dobrze, żeśmy z Kajetanem znali miejsce zrzutu.

Na te słowa Adelajda zatrzaskuje drzwi na ganek, opiera się o nie i rzuca bratu w twarz:

– Broni? Chcesz powiedzieć, że przytaskaliście tu broń ze zrzutu?

– Nikt nas nie widział – zapewnia lekkim tonem Marcel. Wsuwa torbę do komory w sieni, po czym prowadzi Kajetana korytarzem do saloniku, pośrodku którego stoi przerażona Georgina. – O, kuzyneczka też nie śpi, to dobrze, razem coś uradzimy.

– Nic nie będziemy radzić! – protestuje gwałtownie Adela, stając między bratem a Kajetanem. – Zabierajcie to natychmiast z domu i rozejdźcie się, każdy w swoją stronę.

Marcel zdejmuje z siebie utytłaną błotem marynarkę, tłumacząc siostrze, że to wykluczone, bo tylko patrzeć, jak Szwaby z Jedlic ruszą samochodami na Czerwińsk przez rzekę, zatem Kajetan nie może pójść drogą do Konar, póki tamci nie przejadą.

– Niech więc idzie polami!

Adela jest wściekła. Gdzie jej brat miał rozum, decydując się zabrać taki ładunek do domu, w którym ukrywa się dwoje żydowskich dzieci! Gdy Georgina idzie z Marcelem do łazienki, by go tam, umorusanego błotem, doprowadzić do porządku, Karłowiczówna całą złość kieruje na Konarskiego.

– Jak pan śmie wciągać mojego brata w takie sprawy! – rzuca mu w twarz. – To jeszcze dziecko.

Kajetan Konarski, postawny, wysoki mężczyzna, jak już zostało powiedziane, o głowę przewyższający wzrostem Adelajdę, bez mrugnięcia okiem, patrząc jej głęboko w oczy, odpowiada:

– Wyciągnąłem za kark brata panny z punktu zbornego, jak tylko zaczęło się robić gorąco…

– Gorąco to dopiero będzie, jeśli to wszystko natychmiast stąd nie zniknie! – przerywa mu bezceremonialnie Adela. – Dziwię się – dodaje spokojniej – że dorosły mężczyzna nie zdaje sobie sprawy z takiego niebezpieczeństwa, bo Marcel ma siedemnaście lat, jemu nie ma się co dziwić.

Kajetan Konarski, patrząc jej głęboko w oczy, ze spokojem odpiera atak:

– Pierwszy raz rozmawiałem dziś z panny bratem, więc jeśli chodzi o jego zaangażowanie w pewne sprawy, to nie do mnie te pretensje. Powinna być mi panna wdzięczna, że go sprowadziłem do domu…

– Z takim bagażem?! Nie znajduję słów, by wyrazić, jak jestem wdzięczna.

– Pomógł mi tylko nieść te rzeczy, nie mogłem ich tak zostawić. Gdyby Szwaby jutro to wszystko tam znalazły…

– Ja panu pomogę to stąd wynieść – wchodzi mu w słowo Adela. – W domu jest starzec i małe dziecko, mniejsza o nas, na broń nie ma tu miejsca.

– Małe dziecko?

– Synek Georginy.

– Nie wiedziałem.

– A czy to pański interes? – pyta niegrzecznie, otwierając drzwi komory.

Szarpie ze złością torbę, chwyciwszy za jedno ucho, Kajetan łapie za drugie i wychodzą z powrotem na ganek, a stamtąd za dom, do gospodarczej części folwarku. Torba jest bardzo ciężka, więc wloką ją chwilami po ziemi. Adelajda, widząc, że daleko z takim ciężarem nie ujdą, szybko decyduje, że pusty kopiec po ziemniakach będzie najlepszą kryjówką. Przyrzuci się to słomą, może nikt tam jutro nie zajrzy.

– A pojutrze ma mi tego tam nie być, już pana w tym głowa – rzuca bez ceregieli. – Tyle mam do powiedzenia na ten temat.

– Widzę – Kajetan na to z przekąsem – że bardzo panna jest wygadana.

– Nie mógł pan tego wiedzieć – wpada w ten sam ton Karłowiczówna – bo ze mną też pan pierwszy raz w życiu rozmawia.

– I mnie się tak zdawało, póki panna się nie odezwała.

– Słucham?

– Wtedy sobie przypomniałem ten głos… Choć może nie był tak zirytowany jak dziś, tylko nawet całkiem przyjemny.

– To, że gdzieś tam słyszał pan mój głos – odpowiada z lekceważeniem Adela – nie jest równoznaczne z rozmową.

– Nie gdzieś, tylko nad własnym uchem.

Karłowiczówna wybucha śmiechem.

– Doprawdy, ma pan czelność… Gdzie i kiedy, niech pomyślę…

– Zima trzydzieści dziewięć. Karnawał. Bal maskowy u Przeworskich w Jedlicach – wyjaśnia Kajetan. – Tak się panna zamaskowała, że nikt nie był w stanie mi powiedzieć, z kim pięć godzin tańczyłem, gdy przed mazurem zniknęła nagle niczym Kopciuszek.

Pod Adelajdą kolana się uginają, nie tylko z powodu dźwiganego ciężaru. Jedyny bal, na który dostała zaproszenie (nieważne, że charytatywny, urządzony dla sierot Emilki)… Jej jedyny prawdziwy bal! Orkiestra grała tak, że nogi same sunęły po parkiecie. W sali balowej, zajmującej całe skrzydło dworu, którą Przeworscy przezornie dobudowali, gdy zaczęły dorastać ich niezbyt urodziwe córki (z zamiarem, że kiedyś zrobi się z tego oranżerię), bawiła się cała okoliczna młodzież. Dziedziczka Jedlic, kobieta wielkiego serca i pełna fantazji, zarządziła, że panowie za każdy taniec z tą samą partnerką będą podwójnie płacić na rzecz sierot. Panowie zmieniali więc tancerki jak rękawiczki, tak że nawet niegrzeszące urodą Przeworszczanki (maski tu niewiele pomogły) nie grzały miejsca pod ścianą. Tylko Adelajdzie trafił się partner, który od pierwszego do ostatniego tańca nie zdjął ręki z jej cienkiej talii, drugą zaś lekko rzucał grube banknoty do koszyczka na datki. Tak dobrze im się tańczyło i rozmawiało, że nie znalazła czasu na posilenie się choćby jedną z wielu apetycznych tartinek, roznoszonych na tacy przez panią domu. Wypiła za to, niemal w przelocie, dwie lampki szampana, co jej nie posłużyło. Gdy jej głowa zaczęła wykazywać wyraźne tendencje do oparcia się na silnym ramieniu tancerza, dziewczyna zebrała resztki rozumu, zmysłowym szeptem oznajmiła partnerowi, że musi poprawić toaletę, po czym odnalazła pełniącą podwójną funkcję: przyzwoitki i kierowcy, Wacławę i, nie doczekawszy mazura, kazała kucharce wieźć się autem do domu. Aldona Bohdanowiczówna, sądząc po ujadaniu psów na drodze, wróciła, gdy już było dobrze widno. Na drugi dzień opowiedziała, że tancerz Adeli szukał jej jak wariat, wypytywał wszystkich, co to za panna, po czym zabrał się i odjechał. Szkoda, bo do mazura gospodyni poleciła zdjąć maski, byłoby wiadomo, kto Adelajdę tak dla siebie na całą noc zagarnął.

 

Zagarnął! Cóż to za słowo?!

– Nie wierzę panu! – rzuca teraz Karłowiczówna z taką złością, że Kajetan stawia torbę z feralnym ładunkiem na ziemi.

– W co? – pyta.

– Że to był pan.

– Może sobie panna wierzyć lub nie, dużo mnie to teraz obchodzi – mówi tamten lekceważąco, znowu chwyta torbę za ucho i, potykając się w ciemnościach na jakichś wertepach, klnie siarczyście.

– Z panem by mi się tak nie rozmawiało – upiera się dziewczyna. – Po tamtym widać było wielką kulturę, nie tylko dobre wychowanie.

– Mnie się z tamtą też bardzo kulturalnie rozmawiało. O tym na przykład, że jesienią wybiera się na uniwersytet studiować archeologię, co już samo w sobie było dość intrygujące jak na nasze prowincjonalne standardy, pomyślałem więc sobie: cóż to za interesująca, a przy tym pełna gracji i niewątpliwego uroku dziewczyna, choć niepozorna…

– Niepozorna?!

– Nie dopytywałem się jednak – zlekceważył jej oburzenie – nie próbowałem zgadywać, jak zapewne panna pamięta, do granic wytrzymałości podsycałem ciekawość, wiedząc, że wkrótce spadnie maska i wszystkiego się dowiem, jednak…

– To tu! – przerywa mu gwałtownie, gdy stają nad pustym kopcem. – Proszę dobrze nakryć słomą… Jest jej tu pełno, więc wymaca pan po ciemku… a najbliższej nocy macie mi to stąd zabrać – rozkazuje. – Znajdzie pan drogę przez pola do Konar, zresztą niewiele mnie to obchodzi, najważniejsze, żebyśmy się więcej w podobnych okolicznościach, jak i w żadnych innych, nie widywali, żegnam.

Po powrocie do domu Adelajda od razu napada na brata.

– Zwariowałeś?! – syczy mu w twarz. – Mama cię zabije, jak się dowie, smarkaczu.

– Wypraszam sobie, siostro! – stawia się Marcel. – Nie będę siedział z założonymi rękoma…

– Będziesz! – przerywa mu ostro Georgina. – Już dość mężczyzn z Osady zabrała wojna.

– A więc teraz jestem mężczyzną! – rzuca butnie Marcel, przegarniając dłonią jasnobrązowe, nieco zmierzwione włosy. Jest w samej bieliźnie, chudy i wysoki, wygląda jeszcze bardzo chłopięco.

– Wiesz, jaka tu jest sytuacja – odpowiada kuzynka – więc miej to na uwadze i zachowuj się rozsądnie. Przez ciebie Leila znowu nie wyszła na dwór.

– Zaraz z nią pójdę! – oferuje skwapliwie.

– Pójdziesz spać! – gasi jego zapał siostra. – Było wcześniej pomyśleć o Leili.

– Przecież ja bezustannie… – zaczyna Marcel, lecz nie kończy, bo w drzwiach staje Klementyna. W nocnej koszuli, zaspana, półprzytomna.

– Co tu się dzieje? – pyta z niepokojem, lecz na widok syna oddycha z wielką ulgą. – Tak mi się wydawało, że wróciłeś. Nie wiedziałam, czy mi się to śni, czy mi się nie śni…

– Niech mama wraca do łóżka, nic się nie dzieje – uspokaja ją Adela. – Tłumaczymy smarkaczowi, żeby się nie włóczył po wsi po godzinie policyjnej.

– Marcyś, synku… Słyszałeś?

– Słyszałem, mamo.

– Idźcie już do łóżek, nie tłuczcie się po domu, dajcie mi się wyspać – mówi Klementyna sennym, jednostajnym głosem. – Mela mi się śniła – przypomina sobie nagle i, wychodząc z saloniku, dodaje z troską, sama do siebie: – Po co ona tam siedzi w tej Warszawie? Czemu po prostu nie wróci do nas… Znowu nie usnę, tylko będę myśleć.

***

Jednym okiem, na które widzi, Mela Odolańska patrzy na skatowaną dziewczynę, leżącą na podłodze pod ścianą. To ta sama, która wczoraj (teraz poznaje ją tylko po nieprzesiąkniętych krwią fragmentach ciemnozielonej sukienki) mówiła jej, obejmując drżące ramiona, że najbardziej boi się oczekiwania na swoją kolej w „tramwaju” i tego, kiedy w sali pogłaśniają radioodbiornik, bo to znaczy, że będą bić, a potem, jak już biją, nie boi się niczego.

To jeszcze dziecko, młodsza od jej Giny, ma siedemnaście, osiemnaście lat, nie więcej. Kiedy ją tak skatowali, Mela nie wie. Kilka razy prowadzili to dziec­ko na przesłuchania, ale za każdym razem wracała do celi z rozpoznawalną twarzą.

Mela odruchowo sięga lewą ręką (bo prawej wcale nie czuje) do swojej i oddycha z ulgą, wyczuwając opuszkami palców skórę. Poza tym okiem, z jej twarzą chyba tak źle nie jest. Dopiero po chwili, gdy próbuje się poruszyć, czuje przeraźliwy ból w dole pleców i ostre kłucie w głowie. Pochłania ją ciemność. Nie wie, czy ta dziewczyna pod ścianą to dziś czy też wczoraj. Nie pamięta bólu ani jak tu trafiła. Nie ma też pewności, czy jeszcze jest, czy już jej nie ma.

– Ja tu przyszłam tylko sprzedać złoty pierścionek – mówi na wszelki wypadek i gdzieś odpływa.

Najpierw chyba w jakąś nieskończoną nicość, a dopiero potem do pięknego mieszkania profesora Witebskiego. Trzy ściany z regałami pełnymi książek, na jednej zdjęcia rodzinne i zimowy krajobraz Fałata. Gdy słychać ciężkie kroki na schodach, profesor ściąga jej z palca pierścionek, rzuca go na stolik z wazonem na haftowanej serwetce i rozkazuje: „Masz mówić, że przyszłaś tu tylko sprzedać pierścionek! Widzisz mnie po raz pierwszy, nie znasz mnie! Pukałaś do wszystkich mieszkań w kamienicy, nikt nie chciał kupić. Ja powiem, że byłem zainteresowany, na prezent dla siostrzenicy, uzgadnialiśmy cenę…”.

Kiedy to było? Wczoraj? Przedwczoraj? Kiedy?! Co z profesorem?

– Co z tą dziewczyną?! – pyta, widząc plamę krwi pod ścianą.

– Zabrali ją na Pawiak – odpowiada jedna z kobiet, ledwie otwierając usta.

– Kiedy?

– Wczoraj.

– Niemożliwe, dopiero co tu była – protestuje Mela. – Przed chwilą…

Tamta nie odpowiada. Wbija wzrok w przeciwległą ścianę i zaczyna się kołysać, podciągając kolana pod brodę.

– Przed chwilą tu była – upiera się Mela. – Taka młoda… Siedemnaście, może osiemnaście lat…

– Piętnaście – odzywa się inna, dodając szeptem: – Może Bóg się zlitował i umarła w drodze.

– Jaki Bóg? – pyta ta pierwsza.

Mela już nie słyszy odpowiedzi, bo znowu jej nie ma. W głowie, rozsadzanej nieznośnym bólem, przelatują urywane obrazy miejsc, ludzi, zdarzeń. W jednej chwili jest w małym pokoiku Olka Fiszera na Kruczej, w następnej na schodach jakiejś kamienicy, z profesorem Witebskim, prowadzi go pod rękę do jednego z mieszkań, gdzie czekają młodzi ludzie, którym profesor wykłada literaturę na tajnych kompletach.

Tak jej teraz źle, że chciałaby wrócić do jednego z tych miejsc, zostać tam, przeżyć, lecz w krótkich przebłyskach świadomości pojawia się uporczywe przekonanie, że wszystko już za nią – całe życie. Kuli się na myśl, że znowu ją wyprowadzą z celi i powloką na drugie piętro do sali przesłuchań, w której na eksponowanym miejscu stoi radioodbiornik. Chciałaby powiedzieć, że nie ból jest najgorszy, tylko bezradność i świadomość, że bestia, która go zadaje, ma dwie nogi, dwie ręce, serce i mózg; ma to wszystko, co ma ona, lecz nie – nie ma nic gorszego od bólu. Mela nie wie, jak długo wystarczy jej siły, by powtarzać, że znalazła się w tamtym mieszkaniu przypadkiem, usiłując sprzedać pierścionek. Chyba nie znajdzie w sobie tyle siły, co ta piętnastolatka, którą odwieźli na Pawiak i jeśli nie umrze w drodze, dadzą jej na parę dni spokój, żeby doszła do siebie. Potem znowu ją tu przywiozą katować. Piętnastoletnie dziecko. Oprawcy z parą górnych i dolnych kończyn. Co będzie, jeśli w końcu wycisną z niej, że złoty pierścionek nie ma tu nic do rzeczy? Za nic w świecie, bo wtedy dopiero się zacznie. Nie spoczną, póki nie wyjawi reszty. Że przyszła do Witebskiego, by go zaprowadzić do jednego z punktu spotkań na wykład z literatury romantyzmu, bo profesora trzeba już wszędzie prowadzić, tak jest schorowany. Że ona te spotkania umawia (za każdym razem w innym miejscu), zostawiając na godzinę przed wykładem wiadomość dla studentów w cukierni Pomianowskiego, róg Marszałkowskiej i Wilczej. I że to ona, Mela, ma w małym palcu wszystkie adresy i listę studentów, co wtedy już bez wysiłku z niej wycisną. I jutro albo jeszcze dziś „tramwaj” będzie pękał w szwach od kolejnych zatrzymanych, a ją i tak zabiją: zakatują na miejscu lub zastrzelą w gruzach getta…