Spóźnione powrotyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nim skończy, do jadalni wchodzi Ludwika i w milczeniu siada przy stole. Bury kot natychmiast zeskakuje z ramienia Jerzego na jej kolana. Ludwika kładzie kościstą dłoń na miękkim futerku i, głaszcząc zwierzaka, mówi:

– Taki kot to musi być szczęśliwy…

– Szczęśliwy? Kot? – pyta w roztargnieniu bratowa. – Co ty pleciesz, moja droga. Niby dlaczego?

– Leży sobie. Mruczy. Nie ma żadnych myśli…

***

Z nastaniem zmroku Klementyna szczelnie zasłania okna w całym domu, a potem zamyka po kolei wszystkie drzwi, zaczynając od zachodniej strony.

– Krzyż Pański z tym Marcysiem – mamrocze z troską, zaglądając do kuchni, gdzie Wacława sprząta po obfitej kolacji. Dziś każdy się narobił, wszystko znikło z talerzy, nie ma co psu zgarnąć.

– Przecież mu otworzę – mówi kucharka, wznosząc oczy ku sufitowi – niech już Klementyna przestanie. Wojna wojną, a chłopakowi też coś się należy. Dwa dni orał pod ziemniaki, to nie dziwota, że wreszcie się wyrwał na wieś za pannami, dziś sobota.

– Żeby to za pannami… Co tam Wacława jeszcze pitrasi?

– Jak to, co pitraszę?! Kluski z boczkiem dla dziewczynek, nic innego nie zostało.

– Z boczkiem?

Wacława odwraca się od kuchni i z rękoma na biodrach rzuca zaczepnie:

– No szkoda, że się w mieście nie zakręciłam za wołowiną. Jakby mnie Szwaby zrewidowały, miałabym wytłumaczenie.

– Jakie? – pyta od niechcenia jej chlebodawczyni.

– Że na koszerną kolację!

– Niech mi Wacława da już spokój, idę po dziewczynki.

– Najwyższa pora.

Klementyna rusza do saloniku w starej części domu, która teraz jest królestwem Adelajdy i Georginy. Córka i siostrzenica, mimo niepewnej przyszłości, usiłują zapanować nad przeszłością, do której dotąd nie przywiązywały większej wagi. Pozbierały z szuflad i z dna szaf wszelkie świstki, a teraz starają się to jakoś uporządkować. Od kiedy to one takie porządne, Klementyna nie wie.

– Czy mama nie wie – zagaduje ją Adelajda – gdzie się mogły podziać jakieś starsze pamiątki? Starsze od tych, które mamy?

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Dziadek mówi, że prababka Florentyna gdzieś to wszystko schowała. Czy był tu jakiś pożar?

– Nie było, odpukać.

– Więc co się z tym stało?

– Dajcie mi spokój.

– Prababcia nic cioci przed śmiercią nie powiedziała? – dopytuje się z niedowierzaniem Georgina.

– Przed śmiercią mówiła wiele rzeczy, ale jedna szczególnie zapadła mi w pamięć: żeby Konarscy nie weszli na nasz folwark. To jednak, jak się zdaje, nie ma już najmniejszego znaczenia.

– A dlaczego Konarscy mieliby tu wejść? – dziwi się Adelajda.

– Za dużo by opowiadać – odpowiada wymijająco Klementyna, sprawdzając, czy drzwi tarasowe dobrze zamknięte. Zasuwa na nie kotarę, patrzy, czy dobrze zaciągnięta. – Krzyś na pewno już śpi? – zwraca się do Georginy.

– Śpi, może ciocia wyprowadzić dziewczynki.

Klementyna idzie do łazienki, prosto do starej szafy na jej końcu.

– Leila! Abigail! – woła niezbyt głośno, stukając w drzwi.

Te, skrzypiąc lekko, otwierają się zaraz i piętnastoletnia Leila oraz jej jedenastoletnia siostra Abigail wychodzą z szafy, rozglądają się niepewnie, po czym uspokojone wzrokiem przez Klementynę, pędzą do kuchni.

– Niech to już się skończy – szepcze Klementyna, opierając się o miedzianą wannę.

Z głębi domu słychać cichutką krzątaninę w kuchni. Adelajda z Georginą zapewne już tam poszły, żeby nakarmić dziewczynki. Potem znowu usiądą w saloniku, rozłożą na kolanach albumy pełne zdjęć z ich beztroskiej, przedwojennej przeszłości i będą wspominać utrwalone na celuloidzie chwile, kiedy świat otwierał przed nimi ramiona i mogły robić wszystko, na co tylko miały ochotę.

Co je dziś skłoniło, by sięgnąć głębiej w przeszłość, szukać pozostawionych po niej materialnych śladów i zdarzeń, wciąż pamiętanych przez żyjących, Klementyna nie wie. Może pójdą do dziadka, a jej dadzą spokój, może zajmą się czym innym i zapomną, bo w przeciwnym razie trzeba będzie jeszcze raz przez to wszystko przejść. Tylko jak? I od czego zacząć…

Lata dwudzieste

Od czego tu zacząć… Zaledwie dwadzieścia dwa lata minęły od tamtych zdarzeń, które wstrząsnęły całą Osadą, a wydaje się, jakby to było w jakiejś odległej epoce. Od czego więc zacząć? Od powrotu dziadka Kacpra Janczara do domu, w którym nigdy nie mieszkał? Od przywiezienia słodkiej Georginy z Warszawy i wiadomości, że Mela pojechała szukać jej ojca, którego tutaj od dwóch lat uważano za zmarłego? A może od wizyty Klementyny w komendzie policji, gdzie przyznała się komisarzowi do swej straszliwej pomyłki i oświadczyła, że jej mąż, Ksawery Karłowicz, jest mordercą…

W tamto letnie popołudnie, gdy wróciła bryczka ze stacji, a w niej, oprócz pana domu, kucharki i powożącego Felicjana, znajdowała się półtoraroczna Georgina, którą wszyscy zaczęli sobie podawać z rąk do rąk, ściskać i obcałowywać, mąż Klementyny, Ksawery, wjechał z drogi na dziedziniec na jednej ze swych pięknych klaczy, kazał ją Felicjanowi zaprowadzić do stajni, po czym stanął obok żony i, obejmując ją naturalnym ruchem w talii, spytał, co tu się dzieje.

– A nic – odparła równie naturalnym głosem. – Tata przywiózł Georginę, co za szczęście.

Od tamtego wieczoru, gdy jak grom z jasnego nieba dotarła do niej i dotkliwie ją uderzyła prawda o mężu, Klementyna wzdrygała się przy każdym jego dotyku, lecz wszelkimi siłami starała się nad sobą zapanować, by nie dać nic po sobie poznać, dopóki nie nabierze pewności. Ksawery, jak jej się zdawało, w przeciwieństwie do najbliższych: matki, ojca czy babki Florentyny, nawet nie dostrzegł chłodu, którego, pomimo wysiłków, nie zdołała ukryć. Wszyscy, którzy ją kochali, zauważyli, że zachowuje się inaczej, wiedziała więc już na pewno, że Ksawery jej nie kocha. Jak ślepe musiało być jej uczucie, skoro tak długo w jego udawaną miłość wierzyła, wolała się nie zastanawiać.

Potem była wizyta w konarskim dworze i rozmowa z przedwojenną narzeczoną męża, Ludwiką. Klementyna zobaczyła przed sobą śmiertelnie i bezkrytycznie zakochaną kobietę, do której stanu – patrząc z punktu widzenia tamtej – sama się przyczyniła. Nieszczęsna, usychająca z miłości do dawnego narzeczonego Ludwika nie mogła z zemsty za porzucenie maczać palców w jego – o czym przekonywał Klementynę – niesłusznym aresztowaniu i oskarżeniu o zamordowanie męża Niny Jezierskiej. Panna Konarska nie była zdolna do zemsty. Żyła tylko dla Ksawerego i już tylko dla niego na oczach wszystkich umierała.

Koło powoli się zamykało. Do pełnego okręgu brakowało już niewiele: potwierdzenia identyczności słów, które – jak się mgliście zdawało Klementynie – padły w zeznaniach parobka Jezierskich, ona zaś usłyszała je tamtego wieczoru od męża, gdy przesuwała na karku lekki jak mgiełka, podarowany przez niego niebieski szal. „Nie rób tak, bo burzysz mi krew w żyłach” – powiedział, całując ją. Wciąż słyszała ten jego zmysłowy, nieprzytomny szept, który sprawił, że sama w jednej chwili otrząsnęła się z trwającego dwa lata zauroczenia, zdając sobie sprawę, że słowa Ksawerego były skierowane nie do niej, tylko do tamtej, Niny Jezierskiej, i to do niej należał ów szal.

W takim razie, huczało jej w głowie, dlaczego, na Boga, zostawił Ludwikę i ożenił się ze mną? Co mu była za różnica, z tą czy z tamtą? Z materialnego punktu widzenia o wiele korzystniej, zważywszy na jego kosztowną pasję, było mu zapuścić korzenie w Konarach, a nie w Osadzie… Może więc się mylę…

Chciała, żeby tak było, poszła więc do babki, opowiedziała jej o wszystkim i zapytała, co ma uczynić.

– Nim cokolwiek zrobisz – odparła staruszka – musisz mieć pewność, że ojciec twego dziecka jest mordercą.

Zdaje się, że Florentyna tę pewność już miała, gdy chwilę potem zaczęła się wydzierać na Karolkę, żeby tamta pomogła jej wytaszczyć z biblioteki kufer pełen rodzinnych pamiątek, w którym upchała niebieską sukienkę, obwinioną o całe nieszczęście, i gdzieś ten kuferek zamierzała schować. Wtedy jednak przyjazd malutkiej Georginy odsunął wszystkie inne sprawy na dalszy plan. Słodki, półtoraroczny aniołek, podawany z rąk do rąk, rozglądał się wokół rozumnym wzrokiem i nikogo się nie bał. Klementyna zapomniała o swoim zmartwieniu i cieszyła się tak jak wszyscy. Jeszcze większa radość zapanowała na rozjaśnionym słońcem dziedzińcu, gdy się dowiedzieli, że ojciec tego aniołka żyje, a Mela pojechała go szukać. W całym owym radosnym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na to, że babka nagle zniknęła z dziedzińca i dopiero gdy po jakimś czasie pojawiła się ze staruszkiem, takim jak ona, pod rękę, wszyscy osłupieli.

– Cóż tak się gapicie? – rzuciła radosnym tonem, stając z tym staruszkiem między nimi. Poza wiekiem mieli ze sobą jeszcze coś wspólnego: wielką miłość w oczach, które co rusz zwracali na siebie nawzajem.

– Mamo… – wydusiła Klara, zbliżając się do nich obojga. – Któż to jest?

– A kto ma być! – odparła hardo Florentyna. – Twój ojciec, głupiutki cielaku.

– Mój… ojciec?

– Kacper Janczar.

– Wrócił…

Florentyna rozejrzała się dookoła roześmianym wzrokiem, a jej oczy jaśniały młodością.

– No wrócił. I cóż w tym takiego dziwnego?

Dopiero wtedy ciotka Olimpia, stojąca nieco na boku, wybuchnęła płaczem, po czym podeszła do przybyłego i rzuciła mu się na szyję.

– Nie rób z siebie widowiska, Olimpio – skarciła ją ciepłym głosem Florentyna – tylko daj mu… dajmy mu odpocząć.

Kacper Janczar, siwiutki, lecz jeszcze dobrze trzymający się staruszek, po krótkim odpoczynku wziął Florentynę za rękę i poprosił, żeby sobie pospacerowali po dolinie, bo jak tu szedł, o niczym innym nie marzył.

 

Ruszyli więc, zaczynając od brzeziny na wschodnim skraju folwarku, przez łąki i piaszczyste dróżki między polami, prowadzące aż do lasu, w którym, chcąc być jak najbliżej ukochanej, ukrywał się przed carskim wojskiem, dopóki go zimą tysiąc osiemset sześćdziesiątego piątego stamtąd nie wywlekli, a potem zbliżyli się od południa do drogi, przecinającej na pół Osadę, a w końcu wrócili do domu. Krzykliwe czajki zrywały się co chwila z łąk i prowadziły ich, krążąc nad głowami staruszków.

Domownicy, wraz ze służbą, nie wiedzieli, co robić: czy zachwycać się Georginą i wypytywać, jak to się stało, że Mela dowiedziała się o Bogdanie, czy też wyglądać na tamtych dwoje.

Wacława z pomocą Karolki uwijała się w kuchni, bo przyszli Klemensowie z młyna z dziećmi i Emilka z Gustawem. W domu zrobiło się radośnie i gwarno; nie było mowy, żeby powrót najstarszego członka rodziny i jednej z najmłodszych (młodsza była tylko Adela) do domu nie został uczczony jakąś nadzwyczajną kolacją.

W końcu Georgina, mimo całego zamieszania, zasnęła w ramionach babci Klary, która położyła ją na wygodnej kanapie w małym saloniku, obok już tam siedzącej, niewiele starszej Aldony. Raczkująca po podłodze Adelajda wdrapała się do nich i nie minął kwadrans, jak wszystkie spały, wtulone w siebie.

Trzy małe dziewczynki, posapujące rozkosznie w samym sercu stuletniego domu, nieświadome radości, jaką tu wniosły swoimi maleńkimi istnieniami. Nad nimi Konstancja Konarska spoglądała spokojnym wzrokiem z portretu na ścianie. Wszyscy tu obecni już tylko z przypominanej od czasu do czasu przez Florentynę opowieści pamiętali, że ów niezwykły, połączony z zamyśleniem spokój brał się z przekonania, iż tam, gdzie patrzyła, jest ktoś, dla kogo warto żyć prawdziwie, a nie tylko z dnia na dzień: Ilja Bohdanowicz, który pewnego dnia zjawił się nie wiadomo skąd w dolinie i już nigdy jej nie opuścił.

– Pamiętaj, córeczko – zwróciła się do Klementyny Klara, roniąc łzy, tak ją rozczulił widok trzech wtulonych w siebie aniołków – żeby im to powiedzieć, jak będą dorastać.

– Co?

– Wszystko. Chodźmy na taras, niech sobie śpią.

Klementyna dawno nie widziała matki w tak radosnym nastroju. Z tej radości Klara nie wiedziała, co mówić i z czego bardziej się cieszyć: czy z odzyskania wnuczki, czy też z powrotu ojca.

– Gdzież oni zniknęli na tak długo – niepokoiła się, wyglądając oknem raz z jednej, raz z drugiej strony domu. – Maksymilian, wyślij Felicjana na drogę, niech zobaczy, czy ich nie widać… niech ktoś zajrzy do dziewczynek, czy śpią… Nie, sama pójdę.

Zaglądała, wyglądała, a wreszcie usiadła i zaczęła płakać. Po chwili tamci dwoje wrócili wreszcie ze swojej pierwszej w życiu wspólnej przechadzki i weszli na taras, wciąż trzymając się za ręce. Kacper Janczar posadził swoją najdroższą Florentynę przy stole, po czym stanął za Klarą, położył dłonie na jej ramionach i powiedział:

– Już nigdy cię nie zostawię.

Późnym wieczorem, gdy już wszyscy się rozeszli, Klementyna usiadła na ławie poza zasięgiem tlącej się na ścianie lampy i próbowała zebrać myśli, których natłok, jak się obawiała, mógł zafałszować trzeźwy osąd jej sytuacji.

– Nie idziesz jeszcze spać, moja piękna? – Usłyszała w pewnej chwili głos Ksawerego.

Wzdrygnęła się, a zimny pot oblał jej pochylone plecy. Nie była w stanie się poruszyć, iść za nim, położyć się w tym samym łóżku. Ostatnie noce przedrzemała w fotelu w saloniku, wymawiając się zawrotami głowy i migreną. Teraz też postanowiła się wyłgać, by uniknąć jego bliskości.

– Idź – powiedziała więc. – Położę się u dziewczynek, Georgina może się budzić w nowym miejscu.

– Dobrze – zgodził się – ale nie siedź tu za długo.

Troska w jego głosie znowu narobiła zamętu w jako tako już poukładanych myślach Klementyny, wzbudzając falę wątpliwości. Czy to możliwe, by ten mężczyzna, który od dnia ślubu troszczył się o nią, dbał o jej dobre samopoczucie i nic złego jej jeszcze nie powiedział, był zdolny do tylu kłamstw i takiej zbrodni? A jeśli coś sobie ubzdurała? Jeśli się przesłyszała, przeinaczyła wszystko… Czy powinna uwierzyć słowom Ludwiki, skoro powszechnie wiadomo, że ta żyje w swoim świecie…

Pełna wątpliwości zeszła w końcu z tarasu, nadal nie wiedząc, co z tym wszystkim teraz począć. Nim dotarła do pokoju dziecinnego, zajrzała odruchowo, jak co wieczór, do sypialni babki Florentyny, by zgasić lampę, przy której staruszka zawsze zasypiała, czytając do oporu.

Tym razem lampa była zgaszona, lecz jasna noc zaglądająca w okna pozwoliła Klementynie zobaczyć coś, co ścięło ją z nóg, rozwiało wszelkie wątpliwości i umocniło jej decyzję.

Najpierw zobaczyła plecy dziadka Kacpra, a dopiero potem jego ramiona, obejmujące przytuloną do niego plecami babkę Florentynę.

Zobaczyła miłość, której niestraszna była pięćdziesięcioletnia rozłąka ani żadne zawirowania losu, bo prawdziwe uczucia nie znają barier, trwają od początku do końca, jedyne na całe życie.

Takiej miłości, nawet jeśli z powodu jakiegoś niewiarygodnego splotu przypadków i fatalnych przeczuć (bo jeszcze nie pełnej pewności) fałszywie oceniła męża, Klementyna w sobie nie czuła.

Nazajutrz zaprzęgła dwa koniki do bryczki i, nie tłumacząc się nikomu, ruszyła z dziedzińca. Nad ranem przeszła przez dolinę niewielka burza, dzień był więc pogodny, ale nie upalny jak ostatnie, tylko bardzo rześki. Mimo to Klementyna nie poganiała koni, jakby coś w głębi jej duszy chciało oddalić ową chwilę, gdy wszystko stanie się jasne.

Lecz ta nieuchronnie nadeszła. Komisarz Edmund Turczyn, w tym samym gabinecie, w którym jesienią ubiegłego roku przekonywała go o niewinności męża, potwierdził, gdy spytała, czy to właśnie zeznanie parobka Jezierskich, a konkretnie jedno zdanie, będące jednocześnie przytoczeniem słów Karłowicza, dało mu początkową pewność, że ten człowiek jest ponad wszelką wątpliwość winny zbrodni.

– To, gdzie rzekomy morderca mówi, że jego zabije, a panią udusi szalem, który ta przeciąga z jednej strony na drugą, burząc mu krew w żyłach? – upewniła się.

– Otóż to. Niepiśmienny parobek takich słów by nie wymyślił, musiał je usłyszeć.

– A więc jest winien – powiedziała, kładąc na biurku cieniutki jak mgiełka szal. – W takim razie, kto zabił Ninę Jezierską…

Gdy czerwony ze złości komisarz rzucił jej w twarz, że Ksawery Karłowicz został uniewinniony, więc nic już nie da się zrobić, odparła, że jednak coś trzeba będzie, bo ona nie zamierza żyć z mordercą. Chciała wyjść, lecz Turczyn ją zatrzymał.

– Niech pani, do cholery, siada! – warknął.

– Panie komisarzu – oświadczyła, po raz któryś z kolei zakładając kosmyk włosów za ucho – nie przywykłam do tak obcesowego traktowania, żeby nie powiedzieć, arogancji.

Mimo to usiadła.

– Tak jak ja do pewnych kobiet…

– Domyślam się.

– Takich, które nie wiedzą, czego chcą.

– W pana zawodzie do pewnych rzeczy należałoby po prostu przywyknąć – odcięła się natychmiast.

Domyślała się, do jakich kobiet i do jakiego życia przywykł ten mężczyzna, aż nadto było to po nim widać, ale nieważne – nie przyszła tu, by go oceniać. Przyszła po pomoc, której – jak już się zorientowała – raczej nie dostanie. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że to człowiek bezkompromisowy i na złoczyńców zawzięty.

– Nie wyobraża pani sobie – zaczął już spokojniej – do jakich rzeczy musiałem przywyknąć, żeby wykonywać ten zawód z takim samym przekonaniem jak na początku, że miejsce przestępcy jest w więzieniu, nigdzie indziej.

– Wiem o tym – odrzekła pojednawczym tonem – lecz byłabym wdzięczna za wyrozumiałość dla mojej życiowej naiwności. W końcu jednak otworzyły mi się oczy.

Była wdzięczna komisarzowi, że nie powiedział, choć zapewne miał te słowa na końcu języka: Trochę za późno.

– Co pani więc zamierza zrobić? – spytał zamiast tego. – Bo za śmierć męża Niny Jezierskiej pani małżonek raczej już nie odpowie.

– Ale może jakimś cudem udałoby się coś zdziałać, by odpowiedział za śmierć Niny.

– Hola, hola! – zaprotestował. – Czy to aby nie za daleko posunięty wniosek? Sama chęć zemsty może na nowo zamknąć pani oczy i zmącić umysł…

– Nie sama chęć zemsty, komisarzu! – nie dała mu dokończyć. – Chociaż nie będę ukrywać, jestem wściekła, że pozwoliłam takiemu człowiekowi wejść w moje życie… W życie moich bliskich, którzy dotąd nie wyrządzili nikomu krzywdy. Świadomie, ma się rozumieć, bo nieświadomie każdy z nas chyba robi rzeczy, które mogą kogoś… jeśli nawet nie skrzywdzić, to zaboleć…

– Jasny gwint, pani Karłowiczowa! – zniecierpliwił się. – Dajmy spokój mało istotnym rozważaniom, w tym akurat nie jestem dobry… Tylko przejdźmy do jakiegoś konkretu.

– Konkretu jako takiego – weszła mu w słowo – poza zgodnym przekonaniem, że mój mąż zamordował Jezierskiego, nie mamy żadnego.

– Więc? Od czego możemy wyjść? – burknął w jej stronę niegrzecznie, lekceważąco. – I do czego dojść, skoro to właśnie pani, poniekąd, uwolniła męża od stryczka.

Klementyna obrzuciła go obojętnym spojrzeniem.

– Ludzie się mylą… Do niczego nie dojdziemy, panie komisarzu, lekceważąc się wzajemnie – oświadczyła spokojnym głosem. Splotła przed sobą oparte na biurku dłonie i tym samym tonem dodała: – Nie moja to zasługa, ale też i nie wina, że urodziłam się i wychowałam w spokojnej dolinie, z dala od ciemnych stron tego świata, ale też i nie pańska, że urodził się w rynsztoku.

Edmund Turczyn zerknął na nią z uwagą, po czym parsknął śmiechem.

– To aż tak po mnie widać?

– Bez urazy…

– Rzeczywiście – przyznał, bębniąc palcami po blacie – coś w tym może być. Gdyby ojciec mnie tak nie tłukł, może do łba by mi nie przyszło, żeby się wyrwać z rynsztoku, choć z drugiej strony, innych tłukli bardziej, a mimo to ciągle w nim tkwią… Zaczniemy od początku?

Zaczęli więc od początku. Komisarz przyznał, że nigdy nie czuł takiego wewnętrznego rozdarcia jak wówczas, gdy przedstawiał sędziemu dowody niewinności Ksawerego Karłowicza. Rozum mówił jedno, serce drugie. Klementyna ponownie przyznała się do ślepoty, lecz nie zamierzali się nad tym dłużej rozwodzić, zgodnie przyznając, że pora skupić się nad istotą sprawy, swego rodzaju centrum, wokół którego i z powodu którego to wszystko się zaczęło.

Nina Jezierska…

– Nie chciałabym się powtarzać, komisarzu, lecz odkąd przejrzałam na oczy, widzę wszystko w innym świetle. To, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi, wydaje mi się teraz przemyślaną grą mego męża…

– Może pani jaśniej?

– Mogę. Mam na myśli moje odwiedziny u niego w areszcie przed procesem… To, jak bardzo mu zależało, żeby ktoś pojechał do majątku Jezierskich. Po co? Żeby odkryć, że ta kobieta nie żyje, bo on o tym wiedział.

– Jest pani pewna?

– Jestem. Przekonał mnie, a ja przekonałam pana. Pojechał pan, znalazł jej ciało i przyznanie się do zamordowania męża. Ksaweremu właśnie o to chodziło.

– On siedział w więzieniu, więc jej nie zabił.

– Ktoś zrobił to za niego.

– Kto i jakim cudem?

– Tego nie wiem.

Zadzwonił telefon. Turczyn, nie spuszczając z niej wzroku, odebrał, burknął coś do słuchawki, a potem zerwał się na równe nogi i, mówiąc, że wzywają go ważne sprawy, odprowadził Klementynę do wyjścia.

– Jeśli pani pewność jest uzasadniona… – Zatrzymał ją jeszcze w drzwiach.

– Jeśli?

– To najgorsze jeszcze przed panią.

– Przede mną? Pan już nie zamierza nic zrobić? – zdziwiła się.

– Ja już wszystko zrobiłem – odparł sucho. – Mam teraz inne sprawy.

Co za gbur!, myślała, zbiegając po schodach do wyjścia. Co za nieokrzesany matoł.

Że jest gburem, wiedziała już wcześniej, lecz jakie to mogło mieć w tej sytuacji znaczenie. Najważniejsze, że wydał jej się przede wszystkim człowiekiem bezkompromisowym i tylko tego, jadąc do niego, się trzymała.

– Najgorsze przede mną! – powtórzyła ze śmiechem, wsiadając do bryczki na obmurowanym dziedzińcu komendy, po czym strzeliła batem w powietrzu i zawołała: – Ruszajcie, moje piękne!

Ksawery Karłowicz był bardzo niezadowolony, że jego żona na tyle godzin zniknęła z domu, nikomu nie mówiąc, gdzie i po co jedzie. Gdy więc wróciła, najpierw wszem wobec zademonstrował swoje niezadowolenie, potem zaś, widząc w jej oczach coś obcego, spytał, czy wszystko w porządku.

– Tak i nie – odparła, wchodząc zdecydowanym krokiem do domu.

Było już dawno po obiedzie, przekąsiła więc coś w kuchni, a potem wzięła Adelajdę na ręce, a Georginę za rączkę i wyszła z nimi do ogrodu.

 

– Tak i nie? – spytał jej mąż lekkim tonem, idąc za nimi.

Klementyna odwróciła się w jego stronę, spojrzała dookoła, czy nikogo nie ma w pobliżu, i odparła:

– Wiem, co zrobiłeś, Ksawery. Jeszcze dziś musisz się wyprowadzić z naszego domu.

Spostrzegła w jego oczach wściekłość i to dało jej ostateczne przekonanie, bo jeszcze dotąd gdzieś na dnie duszy Klementyny tliła się słabiutka nadzieja, że Ksawery zaprzeczy całym sobą: wyrazem twarzy, barwą głosu, słowami, które wszystko wyjaśnią. Lecz ta odruchowa wściekłość, nad którą nie zdołał zapanować, był to dowód ostateczny.

– Nie wiem, o czym mówisz – zreflektował się zaraz, przywołując na twarz wyraz bezgranicznego zdumienia, lecz było już za późno. – O czym ty, moja piękna…

– Dość! – przerwała mu ostro. – Wynoś się natychmiast z tej doliny, więcej nie usiądę przy jednym stole z mordercą.