Złoty dukatTekst

Z serii: A to historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp - w którym dowiemy się, jak można zostać królem, czemu pewną fabrykę w Łodzi pomalowano na biało i gdzie jest ukryty skarb


w którym dowiemy się, jak można zostać królem, czemu pewną fabrykę w Łodzi pomalowano na biało i gdzie jest ukryty skarb

Jest rok 1851.

Przy Górnym Rynku1, gdzie kończy się ulica Piotrkowska, a zaczyna reszta świata, stoi pałac2. Mieszkają w nim król – Ludwik Ferdynand, jego żona – Emilia Charlotta i ich dzieci – gromada chłopców i jedna dziewczynka. To głównie z ich powodu pałac nie zna pojęcia ciszy.

Właśnie biegną przez hol z wrzaskiem.

– Mamo, mamo, Felek uciekł!

– Jak to uciekł? – dziwi się pani Emilia Charlotta.

– Emil otworzył klatkę i Felek zwiał!

Emil to piąty syn króla, a Felek to szpak. Gdy Felek był pisklakiem, wypadł z gniazda wprost pod nogi króla. Ludwik Ferdynand podniósł go, zabrał do pałacu i przez całą wiosnę z nieskończoną cierpliwością uczył jeść, fruwać i gwizdać wesołe melodyjki. I teraz szpak miałby uciec? Niemożliwe!


– Nie mógł polecieć daleko, bo ma uszkodzone skrzydło – mówi pani Emilia. – Na pewno jest gdzieś w pobliżu!

W poszukiwaniach uczestniczy cała służba – kucharka, pokojówka i stajenny. Król jest wystarczająco bogaty, by posiadać więcej służących, różnych lokajów, kamerdynerów, kredensowe, podkuchenne3, ale pani Emilia Charlotta nie zgadza się, by usługiwało im tylu ludzi. Jest córką lekarza i nie przywykła do nadmiaru służby. Z większością spraw radzi sobie sama i uważa, że pomoc kucharki, pokojówki i stajennego wystarczą w zupełności. Chociaż w niektórych sytuacjach przydałoby się więcej ludzi, jak na przykład teraz.

Na szczęście do poszukiwaczy dołącza dziadek Adam, ciotka Wilhelmina i jej córka Charlotta. Przetrząsają przyległy do pałacu sad i warzywnik, ale bez rezultatu. Felek przepadł jak kamień w wodę!

– Pewnie kot go zjadł! – mruczy kucharka. – Patrzcie, jak się oblizuje!

Rzeczywiście, kot wygląda na zadowolonego.

– Co powiemy tacie? – martwią się dzieci.

– Tata jest dobry i pobłażliwy, na pewno zrozumie! – uspokaja mama. – Idźcie się bawić!

Nic jednak nie jest w stanie ich rozweselić – ani koło do turlania, ani koń na biegunach, ani domek dla lalek, ani malowany ptak na kółkach, ani drewniane klocki. Kontynuują poszukiwania, a mama cierpliwie towarzyszy im przez całe przedpołudnie, a potem przytula i pociesza.

W końcu wraca tato. Oj, co to będzie?

– Tatku, stało się wielkie nieszczęście! – informują go natychmiast dzieci.

– A jakież to? – pyta pan Ludwik, popatrując na zaczerwienione oczy i zasmarkane nosy.

– Kot zjadł Felka!

– A kto widział, jak go jadł? – pyta pan Ludwik.

– Nikt – wzdycha Ludwik. – Ale szpaka nie ma, a kot się oblizywał!

– Czyli tak naprawdę nie wiadomo, co się stało. A skoro tak, to nic nie jest jeszcze przesądzone!

Pan Ludwik świszcze przez zęby, a tu myk – spod zasłony wygląda szpacze oczko. Okazało się, że Felek wcale nie uciekł, tylko się schował. Pewnie przespał całe zamieszanie, a może wcale nie spał, tylko śmiał się z tych, co go szukali? Teraz z niewinną miną siedzi na ramieniu pana Ludwika Ferdynanda i wyskubuje kłaczki bawełny z jego czarnej brody.

– A to łobuziak! – kręci głową Gucio. – Napędził nam stracha!

– To ważna lekcja dla was – mówi tata.

– Jaka lekcja? – dziwią się dzieci.

– A taka, że nie warto rozpaczać, póki nie ma stuprocentowej pewności, że sprawa jest przegrana. W trudnej sytuacji należy zachować spokój i mieć nadzieję na dobre zakończenie.

Taki jest pan Ludwik – zawsze pełen optymizmu i pogody ducha. Może dlatego wszystko mu się udaje, a już dzieci udały mu się w szczególności. Silne i zdrowe, z ogorzałymi od słońca buziami i wesołymi oczami. Pan Ludwik najbardziej lubi, gdy obsiadają go jak wróble i wypytują o różne sprawy. Są bardzo wszystkiego ciekawe.

– Tato, a jak zostałeś królem? – pytają.

– Opowiadałem wam to już z tysiąc razy! – opędza się pan Ludwik, ale tylko na niby, bo chętnie opowie tysiąc pierwszy raz.

Rozczesuje palcami brodę, gładzi po łebku szpaka i zaczyna:

– Urodziłem się w dalekiej Saksonii, w Niemczech. Mój tato był tkaczem, ale ja zapragnąłem zostać królem. Tato nie śmiał się z moich marzeń, a gdy podrosłem, pozwolił mi ruszyć w świat w poszukiwaniu szczęścia.

Dzieci znają na pamięć najmniejszy szczegół tamtej podróży, ale za każdym razem słuchają z równym zaciekawieniem.

– Objechałem wiele krajów, ale dopiero w mieście o dziwnej nazwie „Łódź” znalazłem to, czego szukałem. Korona królewska oczywiście nie leżała na ulicy, ale istniała szansa, by ją zdobyć. Do rywalizacji przystąpić mogli ci, którzy znali się na tkactwie. To było coś w sam raz dla mnie, bo dzięki swojemu ojcu znałem się na tym doskonale. Ale takich jak ja było wielu. Każdemu, kto chciał wziąć udział w wyścigu, dawano za darmo działkę, by miał gdzie zbudować dom i postawić warsztat. Gdy przyjechałem, ziemia wzdłuż traktu piotrkowskiego została już rozdzielona, a tkanie rozpoczęte. Zasada była prosta: wygra ten, kto utka najwięcej materiału.

– No i co? No i co? – dopytuje Gucio, jakby słyszał tę historię pierwszy raz.

– Został tylko plac na samym końcu traktu. Płynęła tam rzeka Jasień, nad jej brzegami brodziły czaple, a chłopcy, którzy łowili ryby, opowiedzieli mi legendę o diabłach, które przed wiekami spaliły Łódź. Z pożaru ocalało tylko kilka chat, a co najdziwniejsze, tylko te bielone. To mi dało do myślenia. Zanim wróciłem do ratusza, już byłem zdecydowany, że biorę tę działkę. Bo kto powiedział, że drugi koniec traktu jest gorszy od pierwszego, prawda?

– Właśnie! – przytakują przejęte dzieci i nadstawiają uszu na dalszy ciąg historii, ale akurat w tym momencie wchodzi Józia z wielką wazą.


Wiosenny zapach zupy szczawiowej sprawia, że panu Ludwikowi zaczyna burczeć w brzuchu, więc przerywa opowieść i skupia się na wazie.

– Co było dalej? – dopytują dzieci, ale król tylko macha ręką.

– Przecież wiecie!

One jednak nie mają zamiaru zostawić opowieści bez zakończenia. Skoro tacie nie chce się już gadać, robią to za niego.

– Zacząłeś pertraktacje4 z władzami! – podejmuje opowieść Ludwiś.

– Zgadza się! – kiwa głową tata, wkładając szpaczka do klatki.

– Negocjowałeś twardo warunki – dodaje Rysio.

– Owszem! – potakuje król, myjąc ręce w miednicy, którą przyniosła pokojówka Marcysia.

– Obiecałeś, że zbudujesz warsztat tkacki, jakiego to miasto nie widziało – ciągnie opowieść Gustaw.

– Tak jest! – uśmiecha się pan Ludwik, wycierając dłonie.

– I obietnicy dotrzymałeś! – wołają chórem.

– Ma się rozumieć! – mówi, zajmując miejsce u szczytu stołu. – Sprawdźcie, czy jeszcze stoi!

Rzucają się do okna i wołają jedno przez drugie:

– Jest, jest!

Na drugim brzegu Jasienia pyszni się najwspanialsza budowla w Łodzi i w całym znanym dzieciom świecie. To nie zwykły warsztat, ale wielka fabryka! Można by wziąć ją za zamek, gdyby nie wysokaśny na kilkadziesiąt metrów komin. Słońce odbija się od bieli murów. Cóż to za widok! Pan Ludwik kazał otynkować ceglane mury, a tynk wybielić, bo uznał, że warto skorzystać z podpowiedzi pozostawionej w legendzie. Jeśli biel może uchronić przed złem, to warto zainwestować w parę beczek farby. Biała Fabryka – taka nazwa przylgnęła do niej od samego początku.

– Tato, czy ty naprawdę jesteś królem? – pyta mały Emil.

– A tak! – kiwa głową pan Ludwik i dodaje z powagą: – Królem perkalu5!

– Wasz tato prześcignął wszystkich tkaczy i produkuje najwięcej tkaniny! – mówi z dumą mama.

– I jest najlepszym tatą! – wołają dzieci.

To prawda. Pan Ludwik doskonale wie, że szczęśliwe dzieciństwo to najwspanialsze, co może przytrafić się w życiu człowieka. I robi wszystko, by zapewnić takie swoim pociechom. Nie trzyma ich pod kloszem, przeciwnie, pozwala uganiać się po łąkach, hodować polne myszki, uczy je grać w krykieta i jeździć konno, a w wolnych chwilach buduje z nimi pałace z barwnego perkalu. Wszystkie są mądre, odważne i sprytne, chociaż w różnych proporcjach. Ludwiś jest ostrożny, Ama pomysłowa, Rysio czupurny, Gucio opiekuńczy, Robert sprytny, Emil psotny, Gienio płaksa. Na razie trudno powiedzieć, co z nich wyrośnie, ale jedno jest pewne – następcą króla może zostać tylko to z dzieci, które będzie potrafiło zapanować nad Machiną6 ukrytą we wnętrzu Białej Fabryki. Do władania nią potrzebne są i odwaga, i mądrość, pomysłowość i spryt. Machina jest przerażająca, ale to dzięki niej tato został królem.

 

– Siadajcie do stołu, bo zupa stygnie! – woła pani Emilia. – Smacznego!

Nie dają się prosić. Chwytają za łyżki i wcinają.

Pan Ludwik też zajada, aż mu się uszy trzęsą. Nazywa się Geyer, Ludwik Ferdynand Geyer.


Łódzka zupa szczawiowa Józi

Kawałek mięsa ugotować do miękkości z listkiem laurowym i włoszczyzną. Włoszczyznę wyjąć, a dodać dużą garść szczawiu pokrojonego w paseczki. Jeszcze tylko zaklepka i po kilku minutach zupa gotowa. Podajemy ze śmietaną, rozdrobnionym mięsem i jajkiem na twardo. Pycha7!

1 Dziś to plac Reymonta.

2 Obecnie to zwykła kamienica na rogu Piotrkowskiej i Przybyszewskiego, choć w połowie XIX wieku był to pierwszy pałac fabrykancki w Łodzi.

3 Lokaj – służący pilnujący porządku w bogatym domu; kamerdyner – osobisty lokaj pana domu, nadzorujący podawanie do stołu; kredensowa – służąca zajmująca się porządkowaniem zastawy stołowej; podkuchenna – kobieta zatrudniona jako pomoc w kuchni.

4 Pertraktacje – rozmowy, mające doprowadzić do zawarcia umowy.

5 Perkal – tkanina bawełniana, miła w dotyku.

6 Machina to maszyna parowa, którą Ludwik Geyer sprowadził do Łodzi w 1838 roku.

7 Przepisy zaczerpnięte ze wspomnień autorki, przepisów babci oraz książki Anny Wojciechowskiej Fifka i żulik, czyli domowa kuchnia łódzka.

Rozdział I - w którym podziwiamy wzory wymalowane na rzece i oglądamy fabrykę. Udaje się nawet rzucić okiem na Machinę


w którym podziwiamy wzory wymalowane na rzece i oglądamy fabrykę. Udaje się nawet rzucić okiem na Machinę

W 1851 roku działy się różne rzeczy – w Kolumbii zniesiono niewolnictwo, w Warszawie powstała fabryka czekolady, w Bydgoszczy ruszył pierwszy pociąg.

W Łodzi dźwięczy mały dzwonek zawieszony na pałacowej werandzie – dzyń, dzyń, dzyń!

Na ten sygnał dzieci porzucają zabawę i ustawiają się przed gankiem w szeregu według starszeństwa. Pierwszy jest Ludwik lat 11, druga Amalia lat 10, następnie Ryszard lat 9, potem Gustaw lat 7, Robert lat 6, a na końcu trzyletni Emil i dwuletni Eugeniusz. Pani Emilia ma wrażenie, że jest ich więcej niż być powinno, szczególnie gdy się wiercą. Przelicza ciemne czupryny, ale wszystko się zgadza.

– Biegnijcie po tatę, bo pewnie znów zapomni o obiedzie – mówi, opierając ostrożnie dłonie na wydętym brzuchu.

Panu Ludwikowi często się zdarza zapominać o jedzeniu, bo uwielbia swoją pracę i trudno mu się wyrwać z fabryki, ale pani Emilia pilnuje, by nie chodził głodny.

– Tylko raz-dwa, Józia już wstawiła kartofle!

– Dobrze, mamo! – wołają z entuzjazmem, bo szukanie taty to jedno z ich ulubionych zajęć.

W mig organizują się do wymarszu. Ludwik wyciąga z szopy wózek z dyszlem, Gustaw i Robert sprawdzają, czy kółka przykręcone są na fest, Amalia i Ryszard łapią najmłodszych braci i pakują ich do wózka. Gotowe!

– Ruszamy! – rozkazuje Ludwiś.

Jest pierwszym synem króla, w dodatku nosi takie samo imię, więc uważa, że to wystarczające powody, by dyrygować rodzeństwem. Rysio, drugi syn króla, ma co do tego wątpliwości, ale dziś wyjątkowo nie protestuje, bo tak jak wszyscy, chce jak najszybciej zacząć poszukiwania. Obaj zgodnie chwytają za dyszel i ruszają.

Ulica Piotrkowska ma nawierzchnię z ubitego tłucznia8, a że w stronę Jasienia jest nieco pochyła, wózek toczy się lekko i z każdą chwilą nabiera tempa. Gucio i Robert biegną z tyłu i pilnują, by malcy nie wypadli z pojazdu, gdy koła podskakują na wybojach. Emil i Gienio trzymają się mocno i aż piszczą z radości, tak podoba im się ta jazda.

– Wolniej, wolniej! – woła Amalia, jedyna córka króla.

Bracia jednak nie zwalniają. W pędzie mijają dworek, który zbudował tato, gdy przyjechał do Łodzi, i wielki dąb, rosnący tu chyba od początku świata. Stąd już tylko parę kroków do rzeki. Ama idzie dostojnie i nawet nie przyspiesza kroku, bo wie, że na mostku chłopcy wyhamują. To przez kolorowe obrazy malujące się na powierzchni wody. Bracia Amy lubią wychylać się przez barierkę i oglądać czerwone, niebieskie i żółte plamy, które splatają się i tworzą cudne desenie. Szczególnie Rysio nie może oderwać wzroku od przeplatających się barw. Nurt psuje wzory, rozrywa je, porywa, ale nie szkodzi, bo zaraz powstaną nowe. Z fabryki wprost do rzeki spływają resztki farby pozostałe z barwienia tkanin, więc zabawa nie ma końca.

– Szkoda, że zniknęły czaple, o których opowiadał tata – wzdycha Robert, czwarty syn króla.

– Pewnie przeniosły się dalej, bo przez warstwę farby nie widać ryb – próbuje rozszyfrować zagadkę Ludwiś.

– Albo nie lubią zapachu octu! – dodaje po namyśle Gucio.

Ocet służy do utrwalania barw na tkaninach, a po zakończeniu procesu spływa, podobnie jak farba, prosto do rzeki. Odór jest tak ostry, że aż nos zatyka. Trzeba się przyzwyczaić, żeby tym oddychać.

Dzieci chwilę trwają w zadumie nad losem czapli, aż w końcu Ama, która zdążyła ich dogonić, zadaje zasadnicze pytanie:

– A gdzie jest tata?

No tak, przecież to tata jest celem wyprawy!

Ludwik Ferdynand może być wszędzie: w fabryce, w kuźni, w tartaku. Trzeba sporo czasu, by obejść wszystkie miejsca, ale dzieci mają swoje sposoby. Ludwiś unosi rękę i na to hasło zaczyna się nadsłuchiwanie. Słychać tylko stukot krosien. Jeden, klekotliwy, to ręczne krosna w domach tkaczy. Drugi, dźwięczny, dobiega z fabryki. To krosna mechaniczne. Oba klekoty łączą się w głośny szum, nie do zniesienia dla niewprawnych uszu, ale mieszkańcy Łodzi są przyzwyczajeni i nawet go nie słyszą. Gdy się dobrze skupić, można bez trudu wyłowić jeszcze inne dźwięki, na przykład głos taty.

– Słyszę go, słyszę! – wrzeszczy Gucio. – Jest w Białej Fabryce!

– Biegniemy! – woła Ludwiś i chwyta dyszel wózka.

Z każdym krokiem huk się wzmaga, a już w pobliżu fabryki osiąga poziom zmuszający do otwarcia ust. Pod bramą trwa rozładunek furgonów9 i trzeba uważać, żeby nie wleźć pod ciężkie koła albo pod kopyta koni. Bele bawełny przyjechały ze stacji w Rokicinach, ale naprawdę dotarły z dalekiej Ameryki, bo aż stamtąd tata sprowadza bawełnę. Najpierw bele płynęły statkami przez Atlantyk, potem koleją przez całą Europę, a w końcu wylądowały w magazynach Białej Fabryki. Wkrótce maszyny przędzalnicze zmienią puch w cienkie nitki, a krosna utkają z nich tkaninę.

Stróż, pan Walenty, pilnuje rozładunku i zmiany koni. Nakazuje stajennym wyprzęgać zmęczone, a do furgonów zaprzęgać inne, wypoczęte.

– I ruszajcie do Rokicin po kolejną partię! – dyryguje, przekrzykując huk. – Szukacie taty?

Dzieci z trudem domyślają się, że ostatnie słowa skierowane są do nich. Stróż nie ma czasu czekać na odpowiedź i od razu unosi palec.

– Tam jest! – woła.

Spoglądają w górę i ze wszystkich ust wydobywa się westchnienie:

– Ooo!


Tata stoi na dachu fabryki i wydaje polecenia stolarzom, którzy coś tam budują.

– Co to będzie?! – wykrzykuje pytanie Ludwiś.

Stróż wzrusza ramionami, że długo by tłumaczyć. Zamiast tego zwija dłonie w trąbkę, przykłada do ust i wrzeszczy:

– Panie Geyer!!!

Głos niknie w huku, ale jakoś dociera do celu. Tata spogląda w dół. Na widok dzieci rozjaśnia mu się twarz. Nie dziwi się ich obecności, bo często tu przybiegają. Nie wzbrania im tego, przeciwnie, lubi, gdy przychodzą z własnej woli. Teraz macha ręką, że mają poczekać.

– Nie ruszajcie się stąd! – tłumaczy gesty stróż i wraca do swoich zajęć.

Stoją więc i przyglądają się, jak tragarze ciągną wózki z bawełną do magazynów, inni wynoszą gotowe bele tkanin i układają na wozach, wożą torf albo szpule nici. Nie ma w tym żadnego chaosu. Panuje przedziwny porządek, wręcz harmonia. Każdy robi to, co do niego należy.

Trzyletni Emil gramoli się z wózka, a o rok młodszy Gienio, szósty syn króla, chce robić to samo co brat, więc Ama bierze go za rączkę i pomaga. Malcy przykładają czoła do okien tkalni i obserwują, co się dzieje w środku. Ama i starsi chłopcy robią to samo, ale nie po to, by oglądać maszyny i uwijających się przy nich ludzi, bo widzieli to już setki razy, ale by poczuć drżenie. Od huku, jakim wypełniona jest hala, trzęsą się nie tylko szyby, ale i mury, a nawet ziemia pod nogami.

Nagle ktoś otwiera drzwi i w dzieci uderza łoskot tak potężny, że mimowolnie zakrywają rękoma uszy. Zamknięcie drzwi odcina je od huku i przynosi ulgę. Robi się niemal cicho.

Rysio i Gucio zerkają w stronę dziedzińca, gdzie stoi komin wysoki na czterdzieści sześć metrów. Ale nie on ich interesuje. Skupiają się na niewielkim budynku u jego podnóża. To kotłownia, kryjówka Machiny.

– Idziemy? – pyta bezgłośnie Rysio.

Gucio kiwa głową.

Zostawiają odurzone hałasem rodzeństwo i przemykają chyłkiem na dziedziniec. Tam, skryci za ogromnymi zwałami torfu, obserwują ładowaczy, którzy napełniają torfem taczki i wiozą do kotłowni. Chłopcom nie wolno tu wchodzić bez opieki, bo to niebezpieczne miejsce, ale oni nigdy nie przepuszczą okazji, by dostać się do środka. Obydwaj uwielbiają wsłuchiwać się w oddech Machiny. Jak cienie przemykają za plecami czarnych od sadzy mężczyzn w nadziei, że pośród błysków, świstów i drżenia nie zostaną zauważeni.

No i znów się udało!

Jeszcze parę kroków i oto ona – Machina!

Ogromne cielsko lśni od oliwy, a z głębi wydobywa się długi, szeleszczący dźwięk – szszszszszszsz i chwila ciszy, i znów szszszszszszsz. Wdech i, szszszszszszszsz, wydech. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to żywa istota. Wdech i, szszszszszszsz, wydech. Wdech i, szszszszszszsz, wydech.

Chłopcy wsłuchują się w równomierny rytm. Oczywiście wiedzą, że to nie żaden stwór, tylko maszyna parowa, a wrażenie oddechu wywołuje para poruszająca tłoki. One wprawiają w ruch wielkie koło napędowe, które kręci się z przeszywającym świstem. Każdy obrót napędza przekładnie, te z kolei poruszają krosna w całej fabryce. Nad pracą Machiny czuwa wielu ludzi. Jedni ją oliwią, inni sprawdzają wskazania zegarów.

Chłopcy z otwartymi ustami chłoną metaliczne dźwięki. Pulsowanie w głowach, w brzuchach, w żyłach, w sercach jest tak silne, że po chwili już sami nie wiedzą, gdzie jest góra, a gdzie dół, gdzie prawo, a gdzie lewo, czy to jawa, czy sen.

– Wy znowu tutaj?! – Krzyk wyrywa chłopców z oszołomienia. – Już was tu nie ma!

Mężczyzna z oliwiarką chwyta ich za kołnierze i popycha w stronę wyjścia. Doskonale wie, że to synowie właściciela, i właśnie dlatego musi ich stąd przegnać. Od szumu Machiny i pędu koła kręci się w głowie i łatwo o wypadek.

Rysio i Gucio nie protestują, bo i tak dłużej nie byliby w stanie tu wytrzymać.


– Wytrwaliśmy dłużej niż ostatnim razem! – cieszy się Rysio.

Wychodzą na zewnątrz w samą porę, by zobaczyć, jak tata schodzi z dachu. Najpierw widać jego buty, potem nogi, plecy, a na końcu powiewającą na wietrze czarną brodę. Idzie tyłem, po ścianie, trzymając się szczebli drabiny.

– No co tam, dzieciaki?! – woła, zeskakując na ziemię.

– Co robiłeś na dachu, tato? – pyta Ludwiś.

– Montujemy dzwon, który będzie budził robotników i informował, że zaczyna się poranna zmiana. Teraz przychodzą do pracy, jak który się zbudzi, a fabryce potrzebna jest punktualność.

Pan Ludwik wykorzystuje każdą okazję, by uczyć dzieci, jak działa przedsiębiorstwo, ale one teraz co innego mają w głowach.

– Możemy tam wejść? – pyta Robert, wskazując dach.

– Jakby tam wleźć, można by zobaczyć z góry całą Łódź – wzdycha z rozmarzeniem Amalia.

– A jakby spaść, można zrobić dziurę aż do wnętrza Ziemi! – prycha pan Ludwik. – Jak się mama dowie, o czym myślicie, zabroni wam tu przychodzić!

 

Niechętnie odrywają wzrok od drabiny, ale ukradkowe spojrzenia, jakie sobie ślą, oznaczają, że znajdą sposób, by się tam wdrapać. Nie uchodzi to uwagi pana Geyera. Oczywiście poleci stróżowi, by miał ich na oku, ale boi się, że prędzej czy później ominą przeszkody. Tak jak Gucio i Rysio, którzy za każdym razem dostają się do kotłowni. Pan Ludwik dostrzegł ich podchody, ale też to, w jakim pośpiechu stamtąd umykali.

– Czyżby już była pora obiadu? – pyta, by odciągać uwagę dzieci od drabiny.

– Oj, tak, tak, tak! – kiwają głowami nieco zawstydzone, że zapomniały, po co przyszły.

– A co dzisiaj będzie? – dopytuje.

– Kapuśniak i prażoki ze skwarkami! – informuje

Robert.

– Oj, to pyszne, spieszmy się! – woła pan Ludwik, chwyta dyszel wózka i żwawo rusza w stronę pałacu, a gromada dzieci podąża za nim w podskokach.


Łódzkie prażoki z kapuśniakiem Józi

Gotujemy rzadki kapuśniak z kiszonej kapusty i włoszczyzny na żeberkach. Osobno gotujemy ziemniaki, a gdy są już prawie miękkie, odcedzamy połowę wody, a na ziemniaki sypiemy kilka łyżek mąki. Przykrywamy i zostawiamy na ogniu jeszcze kilka minut, żeby mąka się zaparowała. Potem odcedzamy resztę wody i ubijamy ziemniaki z mąka na gładką masę. Nakładamy ją łyżkami na talerze i posypujemy skwarkami. Osobno podajemy kapuśniak. Jemy łyżkami, nabierając raz prażoki ze skwarkami, raz kapuśniak. Pycha!

8 Tłuczeń – drobne kamienie używane do utwardzenia nawierzchni drogi.

9 Furgon – wóz konny do przewożenia ciężkich ładunków.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?