Walka o wolnośćTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Paweł Wakuła

Kwiat paproci

NAPOLEON I SPRAWA POLSKA

Mijała godzina za godziną, ale zmierzch nie nadchodził. Wreszcie jeden z najdłuższych dni w roku ustąpił szarówce i zaczęła się noc świętojańska. Pan Herakliusz Montowiłło wyszedł na ganek dworku w Terepiszkach i spojrzał w rozgwieżdżone niebo.

Ani śladu chmur, znowu nie będzie padać – pomyślał. – Dziwny ten rok 1812… Najpierw były ciepły styczeń i luty bez odrobiny śniegu, potem straszna zimnica i burze gradowe w czerwcu, teraz dla odmiany upał i susza, choć lato dopiero się zaczęło… Ciekawe, jakież to wypadki zwiastują podobne anomalie w przyrodzie?


Postał jeszcze chwilę na progu, a potem wrócił do bawialni, gdzie jego wnukowie, przy rozpalonym mimo ciepłej nocy kominku, bawili się w odlewanie ołowianych żołnierzy.

Pan Herakliusz groźnie zmarszczył brwi.

– A wy, huncwoty, myślicie, że dzisiaj są andrzejki, czy co? Dlaczego topicie ołów zamiast jak wszyscy skakać przez ognisko?

Najstarszy z wnuków, piętnastoletni, a więc już prawie dorosły Adam znacząco zmrużył oko.

– Niech dziewczyny zajmują się pleceniem wianków i puszczaniem ich na wodę, my mamy coś ciekawszego do roboty!

– Tworzymy armię dla księcia Józefa! – poparł go młodszy brat Michał. – Będzie miał większą niż sam Napoleon!

Staruszek podszedł do kominka, nad którym wisiała jego stara szabla i wziął do ręki jednego ze świeżo odlanych ułanów.

– Ech! Przydałoby nam się kilka pułków takich chwatów w 1794… – westchnął z żalem. – Pogonilibyśmy Moskali i Prusaków gdzie pieprz rośnie, jak dziką świnię, gdy lezie w szkodę!

Najmłodszemu z wnuków, jedenastoletniemu Kazimierzowi zaświeciły się oczy.

– Dziadku, opowiesz nam o insurekcji?

Starszy pan tylko machnął ręką.

– Mało sto razy opowiadałem. Ot, wiecie co? Lepiej zróbcie kilka armat. Już czego jak czego, ale żołnierza w armii jego cesarskiej mości nie brakuje, za to dodatkowa artyleria zawsze się przyda!

Chłopcy natychmiast sięgnęli po narzędzia, a starszy pan rozsiadł się wygodnie w fotelu i z uśmiechem przyglądał się ich zabawie. Adam, Michaś i Kaziuk wlewali roztopiony ołów w specjalne formy ze stali, potem, gdy metal zastygł, uderzali w nie drewnianym klockiem, a gotowa figurka z sykiem wpadała do cebrzyka z wodą. Jeszcze kilkanaście ruchów pilnikiem i kolejny ułan, szwoleżer czy kirasjer był gotowy… No prawie, bo trzeba go starannie pomalować, ale to już innym razem.

Do bawialni ze śmiechem i piskiem wbiegły dziewczyny w wiankach z lubczyku, rumianku, mirtu i mięty.

– Co tak siedzicie jak gawrony na zaoranym polu! – krzyczały od progu. – Chodźcie z nami nad rzekę! Ogniska tak pięknie odbijają się w Wilii!

Nawet im nie odpowiedzieli. Wiadomo, że w noc świętojańską dziewczynom tylko jedno w głowie, ale przecież oni mieli ważniejsze zadanie. Tworzyli armię, na czele której książę Józef Poniatowski wkroczy na Litwę i wyzwoli ją z rąk zaborcy.

– O! Macie ołów! – zainteresowała się nagle Karolcia Dowgiałłówna. – Może sobie powróżymy jak w andrzejki?

– Głupia! – zaśmiała się Stefcia Mickiewiczówna. – Dzisiaj kupalnocka, jak chcesz wiedzieć, co cię czeka w przyszłym roku, to musisz uzbierać kwiaty na łące i położyć je na noc pod poduszką. A jak jesteś ciekawa, kto ci przeznaczony, to zajrzyj przedtem do studni…

– Może zobaczysz tam odbicie Adasia! – zachichotała Aniela Pilimonówna.

Karolcia zaczerwieniła się jak piwonia. Niby wszyscy wiedzieli, że podoba jej się najstarszy z braci Montowiłłów, ale żeby o tym gadać tak przy ludziach?

– Pilnuj swojego wianka – odcięła się. – Nie wiadomo, kto go wyłowi z rzeki. Może jakiś pastuch… albo Moskal?

Aniela aż się zapowietrzyła, ale Stefcia nie pozwoliła jej się boczyć.

– Właściwie to Karolcia ma rację! – stwierdziła po namyśle. – Skoro mamy ołów, to możemy wróżyć. Kto nam zabroni?

Chłopcy nie byli z tego powodu specjalnie zadowoleni, ale kto by się tam spierał z babami. Służący Ziuk dorzucił drew do ognia i zaczęła się zabawa, na którą normalnie trzeba czekać prawie pół roku.

– Wachlarz! Młynek do kawy! Książka! – zaśmiewali się, obserwując cienie, które rzucały na ścianę przedziwne kształty, w jakie ołów zastygał w zimnej wodzie.

Kaziuk zabełtał w kubku z roztopionym metalem i wylał jego zawartość do cebrzyka.

– Hurra! Będę królem! – zawołał, wyjmując z wody bryłę w kształcie korony.

– Prędzej cesarzem chińskim… – burknął Michaś. – Polskim królem zostanie Fryderyk Wilhelm Wettyn, bo to on jest księciem warszawskim!

– A ja bym wolał, żeby naszą ojczyzną władał książę Józef Poniatowski – powiedział z namysłem Adam. – Raz, że Polak, a dwa, że dobry żołnierz. Co o tym sądzisz, dziadku?

Pan Herakliusz, który zdrzemnął się w wygodnym fotelu, wzdrygnął się przebudzony.

– To Napoleon zdecyduje, kto będzie polskim władcą… – stwierdził. – On jeden może mianować i obalać królów. A mnie jest wszystko jedno, kogo wybierze, byle nie okazał się takim gagatkiem jak ostatni z naszych królów. Bo nie będzie godzien zaginionej korony Chrobrego…


Zapadła cisza.

– Dziadku, a co się stało z tą koroną? – spytał wreszcie Kaziuk.

Starszy pan sposępniał.

– Po upadki insurekcji kościuszkowskiej Prusacy włamali się do skarbca na Wawelu – powiedział wreszcie. – Skradli stamtąd wszystkie insygnia koronacyjne polskich władców, korony, berła, jabłka… Tylko mieczy grunwaldzkich nie zabrali, bo nie mieli pojęcia, ile dla nas znaczą… Łotry! Gdyby wiedzieli, to przetopiliby je jak ten ołów! – wrzucił Kaziukową „koronę” do kubka. – Zresztą, kto wie, może zrobili tak z pozostałymi regaliami?

– O nie! Nie ośmieliliby się! – zaprotestował Adam.

Żeby rozwiać smutne myśli zaprzątające głowę dziadka, podgrzał blaszany kubek na ogniu, i wylał jego zawartość do zimnej wody.

– A co to takiego? – zainteresowała się Stefcia.

– Kleks… Po prostu kleks – wzruszył ramionami Michaś. – Zdaje się, że Adam będzie mieć jakieś kłopoty w ostatniej klasie gimnazjum.

– To wygląda zupełnie jak kwiatek – stwierdziła Aniela. – Wyraźnie widzę płatki.

Karolcia wzięła do ręki poszarpany kawałek metalu i jeszcze raz rzuciła cień na ścianę.

– Zapomnieliście już jaka to noc? – spytała. – To przecież jest najprawdziwszy kwiat paproci! Ten, kto go dzisiaj znajdzie, będzie mógł wypowiedzieć jedno życzenie, które na pewno się spełni!

Wszyscy spojrzeli wyczekująco na Adama.

Chłopiec zważył ołowianą bryłkę w dłoni, zamknął oczy i wyszeptał coś cicho.

Mickiewiczówna zachichotała i znacząco szturchnęła Anielę łokciem w bok.

– Że co? Że niby oni… – Pilimonówna nie zdążyła wyskoczyć z nową złośliwością, bo gdzieś w oddali rozległ się grzmot.

– Oho! A jednak burza! – ucieszył się Herakliusz Montowiłło. – Grzmi od strony Mariampola. I bardzo dobrze, ziemia sucha, spragniona wody… Już najwyższa pora!

Znowu rozległ się grzmot, a potem drugi i trzeci.

Adam podszedł do okna.

– Dziwne, słychać jak uderzają pioruny, a nie widać błyskawic – zauważył.

W tej samej chwili rozległ się turkot powozu zajeżdżającego na dziedziniec, zaskrzypiały drzwi i do bawialni weszli rodzice chłopców, którzy tego dnia bawili się na przyjęciu w Kormiałowie u doktorostwa Butrymów. Zaskoczony Adam zauważył, że matka jest blada jak kreda, a ojciec kurczowo ściska laskę.

– Wy się tu bawicie, a tymczasem… – pan Julian Montowiłło na chwilę zaniemówił ze wzruszenia. – Słyszycie? To huk armat! Napoleon forsuje Niemen!

Następnego dnia od samego ranka Adaś, Michał i Kaziuk siedzieli na trawiastym zboczu i z zachwytem patrzyli na zakurzony gościniec, którym niczym ogromny wąż pełzła niekończąca się kolumna wojska.

W słońcu błyszczały bagnety, groty lanc i wypolerowane metalowe guziki, rota za rotą maszerowali piechurzy, przemieszczały się oddziały kawalerii, a zaraz za nimi zaprzęgi perszeronów ciągnących ciężkie działa. Aż trudno było uwierzyć, że jeszcze niedawno chłopcy bawili się, odlewając podobne figurki z ołowiu.

– Idą na Kowno! – oznajmił z zadowoleniem Michaś. – Moskali na pewno już tam nie ma. Podobno uciekali tak szybko, że zostawili na stołach parujący czaj w imbrykach!

– To są Francuzi? – spytał Kaziuk.

Adam wzruszył ramionami.

– A kto ich tam wie. Gadają między sobą po francusku, niemiecku, włosku… a czasem sam nie wiem po jakiemu. Jedno jest pewne – za niezwyciężonym Napoleonem idzie cała Europa, i nic dziwnego, to przecież…

Chłopiec urwał, bo zza zakrętu wychynął oddział kawalerii na pięknych koniach. Jeźdźcy mieli granatowe mundury z amarantowymi wyłogami i wysokie czaka z białymi piórami.

I wszyscy śpiewali ile sił w piersiach:


– Witamy was, witamy was,

jeżeliście nasi, kochajcie nas, kochajcie nas!

Witamy was, witamy was,

 

jeżeliście wrogi, szanujcie nas, szanujcie nas!

– Szwoleżerowie gwardii! – zawołał Adam.

Jak wystrzeleni z procy rzucili się w stronę jeźdźców. Kaziuk pierwszy dopadł jadącego na siwku oficera, złapał jego wierzchowca za uzdę i pisnął:

– To on! Poznaję! To książę Józef Poniatowski!

Rozległ się gromki śmiech kawalerzystów. Szwoleżerowie gwardii chichotali w kułaki i pokładali się na kulbakach z uciechy.

Oficer spojrzał na nich groźnie i warknął:

– Nie książę, tylko zwyczajny baron, i to od niedawna. Cesarz nadał mi ten tytuł, choć wolałbym awans na majora… – po czym zwrócił się do chłopców i oznajmił, podkręcając wąsa: – Pozwólcie, że się przedstawię: jestem Jan Leon Kozietulski, herbu Abdank, z kim mam przyjemność?

Gdyby oznajmił, że jest Napoleonem we własnej osobie, nie zrobiłby większego wrażenia. Świadomość, że właśnie stoją oko w oko ze słynnym bohaterem spod Wagram i Somosierry sprawiła, że Adam, Michaś i Kaziuk znieruchomieli z szeroko otwartymi ustami.

– No co się tak gapicie? – żachnął się Kozietulski. – A może wiecie chociaż, gdzie tu można stanąć na popas? Przydałaby się jakaś stodoła na nocleg i studnia, żeby napoić konie…

W jednej chwili Adam opamiętał się.

– Ależ tak! Tak! Zapraszamy do naszego domu! Dziadek będzie szczęśliwy!

Tego wieczora w Terepiszkach nikt nie spał. Julian Montowiłło pełniący obowiązki gospodarza raz po raz nalewał do pucharów najlepsze wina ze swoich piwnic. Wznoszono toasty za wolną Polskę, cesarza Napoleona, księcia Józefa Poniatowskiego, gości i gospodarzy. Na powszechną prośbę zgromadzonych przy stole, oficerowie Pierwszego Pułku Szwoleżerów Gwardii opowiadali o swoich wojennych przygodach, opisywali Napoleona i snuli plany rzucenia Rosji na kolana.

– Pogonimy Moskali aż na azjatyckie stepy! – odgrażał się dobrze już podpity generał Wincenty Krasiński. – Potem wrócimy do Paryża i wreszcie będę mógł zobaczyć synka… Mój mały Zygmunt ma dopiero cztery miesiące… Ciekawe, co z niego wyrośnie.

– Na pewno dzielny żołnierz, jak jego ojciec – skłonił się Julian Montowiłło.

– A może ksiądz albo poeta? – zastanawiała się jego żona, pani Adela.

– Jak to poeta?! – generał palnął pięścią w stół. – Nie ma takiej możliwości! Wierszokleta? Wykluczone!

– Niech bohater spod Somosierry opowie nam o tej słynnej szarży – doktor Butrym umiejętnie zmienił temat.

Kozietulski podkręcił wąsa.

– Nie ma o czym mówić, ot, wydarzyło się…

– Prosimy! Prosimy! – rozległo się naleganie, a najgłośniej krzyczeli Michaś i Kaziuk, którym wyjątkowo pozwolono brać udział w kolacji i przysłuchiwać się dorosłym.

Kozietulski postawił na stole puchar z winem.

– Wyobraźcie sobie państwo, że to jest Madryt… Żeby go zdobyć, Napoleon musiał przeprowadzić swoją armię przez góry Ayllón, a konkretnie przez przełęcz Somosierra, wąską gardziel położoną na wysokości 1500 metrów… – umaczał palec w winie i nakreślił na obrusie krętą linię. – Hiszpanie obsadzili ją ośmioma tysiącami ludzi i szesnastoma działami, o tu… tu i tu. Frontalny atak wydawał się niepodobieństwem, francuscy generałowie zgodnie twierdzili, że to szaleństwo! Ale Napoleon nie chciał ich słuchać. Akurat dowodziłem szwadronem, gdy Jego Cesarska Mość wydał rozkaz do ataku. Tak naprawdę chodziło mu o to, żebyśmy zrobili mały rekonesans… Ale nie znał jeszcze Polaków! Skoczyliśmy na wroga pod ostrzałem z dział… I raz-dwa zdobyliśmy jego pozycje!

– Tak po prostu? – zdziwiła się pani Adela.

– No cóż… – odchrząknął Kozietulski. – Było nas dwustu, a na sam szczyt dotarło ledwie kilkunastu… Co prawda wycięliśmy kanonierów w pień, ale gdyby cesarz nie wysłał w ślad za nami posiłków, na nic by się ta szarża nie zdała. A tak – otworzyliśmy mu drogę do Madrytu! Ja tego niestety już nie widziałem, bo zaraz na samym początku Hiszpanie zabili pode mną konia… Trochę się przy tym potłukłem, a zanim znalazłem drugiego wierzchowca, było już po wszystkim…

– Nie narzekaj. Za to, że szybciej działasz niż myślisz, i za tych kilka sińców na tyłku dostałeś od cesarza tytuł barona… – Krasiński czknął i poklepał go po plecach. – Ale najważniejsze, że od tamtej pory już żaden Francuz nie wycierał sobie nami pyska! Ha! Dowiedzieli się, ile jesteśmy warci!

– Pamiętacie, co powiedział jeden z generałów obserwujących naszą szarżę? – parsknął śmiechem kapitan Łubieński. – „Trzeba być pijanym, żeby wykonać taki rozkaz!” A cesarz na to: „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli pijani, jak ci Polacy!”.

– Prawdę mówił! – pan Herakliusz wzniósł kielich do góry. – Za cesarza Napoleona i wolną Polskę!

Tak to wśród śmiechów i żartów minęła noc. Michaś i Kaziuk położyli się wreszcie do łóżek, ale Adam trwał dzielnie do samego końca, nie odrywał wzroku od bohaterów snujących opowieści o Napoleonie, legionach polskich we Włoszech, dalekiej Hiszpanii, bitwach, przemarszach i kampaniach. Wreszcie wszyscy poszli spać, ale on długo jeszcze leżał z szeroko otwartymi oczami.

Skoro świt oficerowie Pierwszego Pułku Szwoleżerów Gwardii byli na nogach, a gdy słońce zaróżowiło czubki drzew, na czele swoich żołnierzy podążali już w kierunku Kowna. Mieszkańcy dworu nie mieli tak mocnych głów, a zresztą nawet ci, którzy nie przesadzili z toastami za zdrowie Jego Cesarskiej Mości, do późna odsypiali nocne pogaduszki.

Dopiero koło południa pani Adela zorientowała się, że jej pierworodny syn gdzieś zniknął. Adam przepadł jak kamień w wodę, a wraz z nim najlepszy koń ze stajni, para pistoletów i dziadkowa szabla zawieszona nad kominkiem.

Minęło skwarne lato i nadeszła jesień, szara i smutna. Zresztą w Terepiszkach minorowe nastroje panowały od dawna, od tego pamiętnego dnia, gdy Adam uciekł z domu, żeby wspólnie z Napoleonem pogonić Moskali aż na azjatyckie stepy.

Pani Adela wciąż płakała, a pan Julian chodził z ponurą miną. Zaraz po odkryciu ucieczki syna kazał zaprząc konie do dwukółki i pognał w ślad za maszerującą w stronę Kowna armią, dotarł do Wilii w pobliżu jej ujścia do Niemna i dowiedział się, że na rozkaz cesarza jego ukochani szwoleżerowie rzucili się w nurt rzeki, nie czekając na odbudowę spalonego przez wycofujących się Rosjan mostu. W czasie forsowania brodu rozpętała się gwałtowna burza, a potem ulewa, wezbrana rzeka zabrała na zawsze kilku jeźdźców. Pozostali ruszyli przed siebie, torując drogę Wielkiej Armii.

Dalszy pościg nie miał sensu. Przez Litwę przewalały się setki tysięcy żołnierzy, nie było najmniejszych szans na odnalezienie w tej ludzkiej masie pojedynczego człowieka.

Pan Julian jak niepyszny wrócił do domu, a na pytające spojrzenie żony, tylko przecząco pokręcił głową.

Ku ich zaskoczeniu starszy pan Hieronim roześmiał się głośno i klepnął z uciechy w kolano.

– A to huncwot! – zawołał z czymś w rodzaju uznania w głosie. – Wziął najlepszego konia, więc na pewno nie utonął w rzece. Po prostu włóczy się ze szwoleżerami albo jakimś innym oddziałem. Jak wróci, to osobiście natrę mu uszu!

Te nieoczekiwane słowa wszystkim przyniosły ulgę.

Zresztą rychło okazało się, że są ważniejsze problemy. Armia Napoleona bynajmniej nie traktowała Litwy jak kraju sprzymierzonego, dla Francuzów był to po prostu kawałek wielkiego imperium cara Aleksandra. Nie tylko maruderzy, ale także oddziały regularnej armii dopuszczały się aktów przemocy. Żołnierze zabierali inwentarz, rabowali i gwałcili. Niejeden dwór spłonął i niejeden szlachcic został zakłuty bagnetami na progu własnego domu.

Doktor Butrym, który pochodził z laudańskiej szlachty, opowiadał przerażające rzeczy o tym, co działo się po drugiej stronie Wilii. Żołnierze cesarza doszczętnie splądrowali Kowno, szyby w oknach powybijano, z domów wynoszono meble, rąbano i rozpalono ogniska na rynku miasta. Nikt, ani starzec, ani kobieta, ani dziecko nie mógł czuć się bezpiecznie.

Także do Terepiszek dotarła grupa maruderów Wielkiej Armii. Pod nieobecność pana Juliana ukradli wszystkie krowy, owce, kury i gęsi. Protestującemu Ziukowi rozbili kolbami głowę. Doktor Butrym opatrując nieszczęśnika, aż syczał z bezsilnej złości.

– Nie tak to miało wyglądać, nie tak… Jeszcze trochę, a będziemy modlić się o powrót Moskali! Nawet Kozacy nie są zdolni do takich bestialstw!

– Dajże pan spokój… – westchnął boleśnie pan Julian. – Gdzieś tam, daleko jest nasz Adam i właśnie walczy, żeby oni nigdy tu nie wrócili… Da Bóg, Francuzi wreszcie pokonają Rosjan w wielkiej bitwie i będziemy mogli zacząć normalne życie…

– Ba! – krzyknął Butrym. – Ale kiedy to będzie! Kiedy?!

Doktor miał rację, mijały miesiące, liście na drzewach z zielonych zrobiły się żółto-czerwone, ale wieści wciąż były te same. Napoleon parł do przodu, a dowodzący wojskami rosyjskimi marszałek Kutuzow uciekał przed nim, nie przyjmując bitwy.

Wreszcie w dniach 5–7 września doszło do walnego starcia pod Borodino. Ćwierć miliona ludzi walczyło ze sobą przez trzy dni, prawie sto tysięcy poległo. Na koniec pokonani Rosjanie ustąpili pola, a Francuzi wkroczyli do niebronionej, płonącej jak żagiew Moskwy. Wojna wyglądała na zakończoną.

Panowie Montowiłłowie i doktor Butrym uczcili to wydarzenie toastem, ale bez uśmiechów na twarzach. W końcu w tej strasznej bitwie mógł polec także Adam.

– To już koniec – szepnął pan Julian. – Teraz car się podda… Musi się poddać! Nie ma innego wyjścia!

Mylił się. Mimo klęski pod Borodino Aleksander nie zamierzał pertraktować z Napoleonem, a tymczasem nieuchronnie nadchodziła zima. 18 października cesarz Francuzów zarządził odwrót Wielkiej Armii, spieszył się, żeby zdążyć przed nadejściem mrozów… ale nie zdążył.

Na początku listopada, tuż po Wszystkich Świętych, pan Herakliusz Montowiłło jak zwykle wyszedł na ganek, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Drzewa, kołki w płocie i studzienny żuraw pokrywała biała szadź, tuż przed nosem zawirowały mu pojedyncze płatki śniegu. Stary żołnierz zasępił się.

– Niedobrze… Idzie sroga zima…

W drugiej połowie miesiąca nadeszły wielkie mrozy, a temperatura spadła do -25 stopni Celsjusza. Napoleońscy żołnierze, obszarpani, okutani w koce i chusty, porzucali działa i zdobyte łupy i brnęli przez zaspy śniegu, kierując się na zachód. Szli przez kraj, który sami ogołocili wcześniej z żywności, więc cierpieli nie tylko z powodu odmrożeń, ale także z głodu. Niektórzy wykrawali żywym koniom kawałki mięsa z zadów, żeby pożywić się choć taką strawą, a biedne zwierzęta zmarznięte i przemęczone nawet nie odczuwały bólu. Inni spoglądali łakomie na swoich towarzyszy, a bywało, że zjadali umarłych. Francuzi starali się trzymać razem, bo tych, którzy pozostali w tyle, natychmiast napadali Kozacy, którzy rozbierali jeńców do naga i pozostawiali na pewną śmierć pośrodku białej pustyni.


Jedynymi żołnierzami, przed którymi Rosjanie czuli paniczny lęk, byli polscy szwoleżerowie. Bywało, że na sam widok kilku zwiadowców w granatowo-amarantowych mundurach wielokrotnie silniejsze oddziały Kozaków umykały gdzie pieprz rośnie. Dobrze znali ich męstwo i woleli nie ryzykować starcia. W tamtych strasznych dniach Kozietulski dołożył kolejną cegiełkę do swojej legendy. Do Moskwy wkroczył u boku cesarza, a podczas odwrotu zasłonił go własnym ciałem przed kozacką piką. Jeszcze na polu bitwy wdzięczny cesarz mianował rannego bohatera majorem.

Do Terepiszek te wieści docierały z dużym opóźnieniem, ale pod koniec listopada stało się jasne, że Napoleon poniósł druzgocąca klęskę. O losach Adama nie było nic wiadomo.

W wigilię świętego Andrzeja wszyscy mieszkańcy dworku i ich przyjaciele zebrali się wokół kominka, ale nie po to, żeby lać ołów czy wosk, ale by wspominać zaginionego chłopca. Karolcia Dowgiałłówna miała zaczerwieniony oczy, pani Adela bez słowa podała jej chusteczkę.

W tym samym czasie kończyła się krwawa bitwa pod Berezyną. Francuzi zostali wzięci w kleszcze, a nieoczekiwana odwilż sprawiła, że przeprawa po lodzie na drugą stronę rzeki okazała się niemożliwa. Napoleon rozkazał zbudować dwa mosty, ale tylko dzięki męstwu polskich żołnierzy osłaniających odwrót, jego armia nie dostała się do rosyjskiej niewoli.

Ci, którzy nie potopili się w rzece, cierpieli niewysłowione katusze podczas dalszej drogi. W dniu świętego Mikołaja temperatura spadła do -37,5 stopni Celsjusza, drzewa pękały z hukiem, a ludzie zamarzali, stojąc. 7 grudnia niedobitki Wielkiej Armii dotarły do Wilna, gdzie żołnierzy nakarmiono i zaopatrzono w ciepłe ubrania, ranni trafili do szpitala lub znaleźli opiekę w polskich domach. Francuzi poczuli się jak w raju, ale nie zwlekali, wiedzieli, że ich śladem podążają Rosjanie.

 

Tydzień później Michaś, Kaziuk i Karolcia stali w tym samym miejscu, z którego obserwowali żołnierzy Napoleona wyruszających na podbój Rosji. Był tęgi mróz, a gościńcem w małych grupkach człapały żywe trupy owinięte w kołdry i zawoje ze szmat. Adama wśród nich nie było.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia. W bawialni dworu w Terepiszkach stanęła wielka choinka udekorowana drewnianymi zabawkami i łakociami, a przy długim nakrytym białym obrusem stole zasiadła rodzina Montowiłłów, jej przyjaciele oraz służba.

Pani Adela pociągała nosem i raz po raz zerkała na dodatkowe nakrycie, przeznaczone dla zbłąkanego wędrowca. Nikt tego nie mówił głośno, ale wszyscy wiedzieli, czyją nieobecność symbolizuje.

Pan Herakliusz odmówił modlitwę i wszyscy przełamali się opłatkiem. Właśnie siadali z powrotem za stołem, gdy rozległ się jakiś hałas w sieni. Zebrani przy stole zamarli. W następnej chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich blady jak śmierć Adam wsparty na drewnianym kosturze. Chłopiec był ubrany w podarte łachmany, słaniał się na drżących ze zmęczenia nogach.

– Wszelki duch pana Boga chwali! – krzyknęła pani Adela.

Jej syn zachwiał się i osunął na podłogę.

W dworku wybuchło zamieszanie, pan Julian wołał, żeby zaprzęgać konie do sań, kobiety załamywały ręce, a Michał i Kaziuk stali, jakby ktoś zamienił ich w słupy soli. Tylko stary Ziuk zachował przytomność umysły, wziął rannego chłopca na ręce i zaniósł do sypialni.

Tej nocy w Terepiszkach nikt nie spał. Sprowadzony z Kormiałowa doktor Butrym kazał zagrzać na piecu dużo gorącej wody, a potem zamknął drzwi do pokoju, w którym spoczywał Adam. Do dworku zaczęli zjeżdżać się zawiadomieni sąsiedzi Montowiłłów, a wśród nich państwo Dowgiałłowie z córką.

Dopiero około północy doktor wyszedł z zaimprowizowanej sali operacyjnej, otarł spocone czoło i mruknął:

– Twarda sztuka… Będzie żył… Kula zgruchotała kość, ale na szczęście nie rozpadła się na kawałki – wyjął z kieszeni zdeformowany kawałek ołowiu w kształcie kwiatu paproci i na wyciągniętej dłoni podał Karolci. – Do wesela się zagoi… – dodał z uśmiechem.

W roku 1807 po pokonaniu Rosji i Prus na mocy traktatu w Tylży cesarz Napoleon Bonaparte powołał do życia Księstwo Warszawskie, zalążek wolnego państwa polskiego. W roku 1809 po zwycięskiej wojnie z Austrią jego powierzchnia została powiększona do 157 194 km². Głową państwa został książę saski Fryderyk Wilhelm z dynastii Wettynów.

Przerażony tymi wydarzeniami król Prus, Fryderyk Wilhelm III Hohenzollern, kazał przetopić polskie regalia koronne na złote monety potrzebne do prowadzenia dalszej wojny z Napoleonem. Do ich komisyjnego zniszczenia doszło około roku 1811.

23 czerwca 1812 w noc świętojańską cesarz Napoleon Bonaparte wydal rozkaz ataku na Rosję, rozpoczynając tak zwaną drugą wojnę polską. Zgromadzona w Księstwie Warszawskim armia sforsowała Niemen i ruszyła w głąb państwa carów, aby „raz na zawsze skończyć z barbarzyńskim kolosem północy”.

Pięć miesięcy później jej niedobitki pokonane przez „Generała Mroza” wróciły do domu. Z 600 tysięcy żołnierzy Wielkiej Armii, wśród których było 90 tysięcy Polaków, ocalało zaledwie kilka procent.

3 maja 1815 na kongresie wiedeńskim, po ostatecznej klęsce Napoleona, decyzją zwycięzców Księstwo Warszawskie zostało zlikwidowane.