Sześć palców WarneńczykaTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Polecają:


Niektóre sprawy rządzący ukrywają przed poddanymi, by nie wzbudzać niepokoju. W 1459 roku pojawił się w Polsce ktoś, kto twierdził, że jest zaginionym królem Władysławem Warneńczykiem. Rozpoznano w nim sekretarza królewskiego, Mikołaja Rychlika. Ale zamiast zamknąć w lochu za oszustwo, wyjaśnienie sprawy oddano w ręce sejmu i królowej matki. Dlaczego? Tajemnicza sprawa, nad którą historycy łamią sobie głowy od dawna. Oto wersja Ady.


Rozdział 1


Maskarony są zywe! — wyseplenił Staś, bo niedawno wyleciała mu dolna jedynka. — Ten psy supermarkecie uśmiechnął się dziś do mnie!

Gadał te głupoty, ćwicząc przed lustrem straszne miny. Z wyszczerzonymi zębami i wybałuszonymi oczami wyglądał przerażająco.

— Bo ci tak zostanie! — mruknęłam ostrzegawczo.

— No i dobze! Chcę być taki jak one.

W odpowiedzi mogłam tylko prychnąć.

Maszkarony to twarze rzeźbione na murach. W naszym mieście jest ich mnóstwo. Podobno ponad trzysta, ale ciągle pojawiają się nowe. Znajduje się je ukryte w zaroślach, w piwnicach, na kamieniach porośniętych mchem. Część z nich tkwi w ziemi, i gdy ludzie szukają głazów do podmurówek, znajdują takie z twarzami. Serio. Złośliwcy twierdzą, że sami je robimy i potem zakopujemy, by wywoływać sensację, gdy ktoś je znajdzie. Ale to nieprawda. Jest u nas kilku artystów, którzy rzeźbią maszkarony, ale tylko miniaturki dla turystów, w dodatku w mydle.

— One są zywe — powtarzał Staś, wykrzywiając buzię.


Siedzieliśmy w kuchni i każdy zajmował się swoimi sprawami. Mama przygotowywała scenariusz nowej imprezy na zamku, Radek walczył z fragmentem zabytkowej mozaiki, a ja uczyłam się historii na jutrzejszy sprawdzian. Lubimy tak spędzać wieczory, osobno i równocześnie razem. Nasza kuchnia jest na tyle duża, że nie przeszkadzamy sobie nawzajem. Przynajmniej nie za bardzo.

— Właśnie, ze są zywe! — upierał się Staś, choć nikt mu się nie sprzeciwiał.

Gotowa byłam nawet przyznać mu rację, bo czasami też mam wrażenie, że maszkarony wodzą za mną kamiennymi ślepiami. Niestety, nie jestem szczerbatym pięciolatkiem, mam dwanaście lat i wiem, że to sprawka światła i cieni. To one powodują, że rzeźby na maleńką chwilę ożywają. Chętnie pogadałabym o tym, ale musiałam się skupić na czymś innym.

— Władysław Warneńczyk zasiadł na tronie, jak miał zaledwie dziesięć lat, a gdy dorósł, zginął w bitwie pod Warną w 1444 roku — powtarzałam półgłosem, choć nie interesowało mnie to wcale.

— Raczej zaginął — usłyszałam mruknięcie Radka znad puzzli, które układał.

Jest konserwatorem zabytków i biedzi się nad rekonstrukcją mozaiki, która się rozsypała, gdy tylko ją znaleziono. To właściwie niewykonalne dla kogoś, kto nie wie, jak wyglądał pierwowzór. A Radek nie wie nawet, że Staś podbiera co ładniejsze kamyki i trzyma je w pudełku pod łóżkiem.

— Jak to? — spytałam, zdziwiona uwagą na temat króla, o którym się uczyłam.


— Nie znaleziono jego zwłok na polu bitwy, a szukano solidnie, bo to w końcu był król. W dodatku ciało było łatwe do rozpoznania, bo u lewej stopy miał sześć palców.

Nie brzmiało to zbyt naukowo i chyba dlatego mnie zaciekawiło.

— Dlaczego sześć?

— Jakaś wada genetyczna — wzruszył ramionami Radek. — Jagiełło tak miał i jego obydwaj synowie też.

— To co się stało z Warneńczykiem? — skupiłam się na sprawie zasadniczej.

— Tego nie wie nikt! — Radek rozłożył ręce. — Zagadka, jakich wiele w naszej historii. A że do zaginionych królów przyczepiają się niesamowite opowieści, więc i o Władysławie krążyły przeróżne. Jedne mówiły, że został porwany, inne, że zbiegł, bo nie chciał już być królem. Tak czy owak, zniknął jak kamfora. Grobowce na Wawelu i w Warnie są puste, a wydarzenia z 1444 roku do tej pory wywołują spory wśród historyków.

Przyznam, że szczerze mnie to poruszyło. Bo niby po co uczę się czegoś, co nie do końca jest prawdą?

— Nie mąć dziecku w głowie, jutro ma sprawdzian — przerwała nam mama. — Lepiej sprzątnijcie ze stołu i umyjcie ręce, bo zapiekanka dochodzi i zaraz podaję kolację!

— Jak tak, to koniec pracy! — zawołał Radek i odsunął sztalugę ze swoimi puzzlami.

Ja też porzuciłam podręcznik, zapominając natychmiast o tajemniczym zaginięciu.

Sekundę później omal nie spadłam z krzesła na widok Stasia. O matko, co za potwór!

— Nastrasyłem cię, co? — zaśmiał się, zadowolony z wrażenia, jakie na mnie zrobił.

— Uważaj, bo jak się tak do nich upodobnisz, to cię porwą i będziesz do końca życia szczerzył zęby ze ściany — nastraszyłam go, żeby mu odpłacić za chwilę grozy, jaką przeżyłam.

— Ada! Bądź mądrzejsza! — zganiła mnie mama, ustawiając na stole brytfankę z zapiekanką.

— Właśnie! — prychnął Staś.

On nie jest moim prawdziwym bratem. To syn Radka. Jego mama zginęła w wypadku, więc dzielę się z nim moją. On z kolei użycza mi swojego taty.

— Czekaj, będziesz chciał, żebym odebrała cię z przedszkola — skrzywiłam się.

— Właśnie o to zamierzałam cię poprosić — wtrąciła mama. — Jutro z Radkiem musimy zostać dłużej w pracy i ktoś musi zaopiekować się Stasiem.

Ktoś, czyli ja!

— Jakieś kłopoty? — spytałam.

— Nie nasze, tylko zamkowe, a Melania usiłuje rozwiązać je naszym kosztem — wzruszyła ramionami mama.

Melania to dyrektorka zamkowego muzeum, w którym oboje z Radkiem pracują.

— A co się stało? — zainteresowałam się, nakładając na talerz solidną porcję zapiekanki.

Mama wzbraniała się przed wyjawieniem szczegółów, zasłaniając się tajemnicą służbową, ale Radek nie miał takich oporów i wszystko wygadał.

— Ktoś ukradł kawałek zamku — wyszeptał, zakrywając usta dłonią.

— Jak to? — zdziwiliśmy się, ja i Staś.

— Ze wschodniej wieży zniknął jeden z maszkaronów — wyjaśnił Radek, rozglądając się wokół, jakby ktoś poza nami mógł go usłyszeć. — Nie wiadomo kiedy ani w jaki sposób to się stało. A ponieważ Melania nie ma pieniędzy na dodatkowe monitory, wymyśliła, że pracownicy będą pilnować muzeum. Liczy na to, że sami odkryjemy tajemnicę kradzieży i zapobiegniemy kolejnym.

— Ekstra! — klasnęłam w dłonie. — Czyli będziecie zamkowymi detektywami?

— Tak jakby! — jęknęła mama, a mina Radka wskazywała, że wcale go to nie cieszy.

Ja też nie sądziłam, by dali sobie radę, ale od czego mieli mnie? W rozwiązywaniu zagadek jestem mistrzynią.

Rozdział 2


Będziesz pamiętać o Stasiu? — spytała mama, wyskrobując resztki zapiekanki.

Trochę mi to pilnowanie nie pasowało, bo zamierzałam po lekcjach iść na zamek i rozejrzeć się w sytuacji, ale nie chciałam wszystkiego komplikować. Dam radę zrobić jedno i drugie.

— Jasne — kiwnęłam głową. — Ale należy się dycha na lody.

— Cha, cha, cha — zaśmiała się.

Gotowa byłam obniżyć cenę do piątaka, ale włączył się Staś:

— Dycha na lody i opowieść o maskaronach — podwyższył stawkę.

No i jak go nie lubić? Uniosłam kciuk na znak uznania. Nasza wspólna mama prychnęła, ale zgodziła się. Chyba głównie z powodu opowieści, o którą upomniał się Staś. Ma na ich punkcie prawdziwego hopla. W wolnych chwilach wędruje po okolicy i prosi obcych ludzi, by przypomnieli sobie to, o czym opowiadały im babki. A oni grzebią w pamięci i ciągle coś znajdują. Z tych okruszków wyłania się nieco baśniowa historia naszych okolic.

— Jeszcze przed Słowianami mieszkało tu plemię, po którym nie został prawie żaden ślad. Jeden jedyny to wzgórze, we wnętrzu którego coś ukryli — opowiadała mama. — Skarb przeleżał spokojnie tysiące lat, póki nie znalazła go Oda. Była zwykłą wieśniaczką, ale gdy zbudowała zamek, ogłosiła się księżną i stworzyła armię posłusznych jej drużynników. Niestety, zyskaną władzę wykorzystała w złym celu. Poddanych, którzy nie byli jej posłuszni, zmieniała w maszkarony.

— Te, które gapią się na nas z murów? — spytał Staś, choć słyszał tę opowieść już setki razy.

— Owszem — pokiwała głową mama. — Gdy Oda umierała, kazała pochować się w pozycji pionowej, bo przepowiednia mówiła, że w ten sposób zachowa moc. Sarkofag został przewrócony i straciła władzę. Jednak może ją w każdej chwili odzyskać. Wystarczy, że uniesie głowę.

— Niedoczekanie! — mruknęłam wojowniczo.

Ja nie bałam się Ody, ale Staś tak się przejął, że w nocy przylazł do mnie. Zawsze tak robi, gdy nie może zasnąć. Powinien iść do mamy i Radka, ale do mnie ma bliżej.

 

— Ada! — zaszczękał zębami. — Ktoś zagląda mi psez okno! Mogę spać u ciebie?

— Możesz — jęknęłam, bo już prawie zasypiałam.

Wsunął się pod kołdrę, zamknął oczy i po sekundzie już spał. Po kilku chwilach całe łóżko było Stasia, więc uznałam, że lepiej zrobię, jak przeniosę się do jego pokoju. Ale tam naprawdę nie można było zasnąć. Poruszające się za oknem liście rzucały na ściany cienie, a te przyciągały uwagę i odganiały sen. W końcu wstałam, by zrobić z nimi porządek. Chwyciłam zwisające pędy winobluszczu i po omacku zaczęłam szukać jakiegoś zaczepu. Znalazłam coś, ale nie chciały się trzymać, więc wysunęłam głowę, by zobaczyć, w czym rzecz. I znalazłam się twarzą w twarz z maszkaronem! Łaaa!!! W dodatku trzymałam palce w jego nosie. Ble!

Nie wiem czemu, ale od razu przyszło mi do głowy, że to ten, który zniknął z zamku. Myśl trochę bez sensu, bo niby jak miałby się tu znaleźć? Ale przecież nigdy go tu nie było, więc skąd się wziął? Chciałam lecieć do mamy z rewelacją, że znalazłam maszkarona, ale nie mogłam się ruszyć. Mój palec tkwił w jego nosie, a ja jakimś sposobem widziałam coś, czego w żaden sposób widzieć nie powinnam. Na wprost mojego okna, przy wygasającym ognisku siedziało dwóch młodych mężczyzn. Siąpił deszcz, a oni próbowali podtrzymać płomień, by upiec kawałek mięsa. Byli całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki. Jakiś hologram, czy co? Nie miałam czasu zastanawiać się nad tym, bo usłyszałam ich rozmowę:



— Panie, może zatrzymamy się w grodzie, który widać na horyzoncie? — zapytał jeden.

Zerknęłam w kierunku, który wskazywał, i zobaczyłam nasz zamek.

— Gościłem tu kiedyś i obawiam się, że mogą mnie rozpoznać — pokręcił głową drugi.

Zsunięty kaptur podróżnej opończy odsłonił czarne włosy i podłużną wychudłą twarz, na której malował się smutek.

— Po tylu latach? — roześmiał się pierwszy. — Wtedy byłeś chłopcem. Zmieniłeś się, więc nikt cię nie pozna. I tak musimy zaopatrzyć się w lepsze szaty, bo w tych nie dopuszczą cię przed oblicze władcy. A po ilości ludzi zmierzających do grodu poznaję, że odbywa się tam dziś targ.

— Nie mów o strojach, bo przypominasz mi matkę — burknął ten z posępną miną. — I nie mów do mnie „panie”. Nazywaj mnie Henrykiem.

— Wezmą cię za pachołka, panie… eee… Henryku.

— Nie przeszkadza mi to, Mikołaju. Zostanę w tym, w czym jestem, i koniec gadania. — Posępny zajął się mięsem, które nie chciało się piec.

Nie miałam pojęcia, kim byli, ale wyglądali na strudzonych i chyba planowali obozować za moim oknem. Między drzewami rozpięli daszek z derki i przygotowali posłanie z gałęzi. Nieopodal dojrzałam wóz i dwa konie. Jeden zarżał, a ja cofając się mimowolnie, wyciągnęłam palec z nosa maszkarona. Widziadło znikło. Uff.

Zatrzasnęłam okno i wróciłam biegiem do swojego łóżka.

— Przesuń się! — mruknęłam do Stasia.

— Widziałaś go? — wymamrotał sennie.

— Tak.

— To dobze, bo myślałem, ze mam zwidy.

A co ja miałam powiedzieć? Zwidy do kwadratu!

Rozdział 3


Powodzenia na klasówce! — zawołała rano mama, a Radek przycisnął klakson, przyłączając się do życzeń.

— Dzięki! — pomachałam i przyspieszyłam kroku.

Właściwie mogłam jechać z nimi, bo przedszkole Stasia jest tuż obok szkoły, ale wolałam nie ryzykować rozmowy o nocnych strachach i maszkaronie, który pojawił się na ścianie naszego domu. Oczywiście zaraz po przebudzeniu poszłam sprawdzić, czy nadal tam jest. Niestety był i gapił się na mnie wyczekująco.

Przy śniadaniu trzymałam język za zębami, a Staś był zbyt zaspany, by o nim pamiętać. Wiedziałam jednak, że lada moment sobie przypomni i wolałam nie być przy tym. Zdążyłam ujść parę kroków, gdy rozległ się wrzask mamy:

— Niemożliwe!!!

Uskoczyłam w najbliższą uliczkę i nim Radek zawrócił, byłam już daleko. Udałam, że nie słyszę pisku opon i pognałam przed siebie na złamanie karku. Wiedziałam, że nadrobię drogi, ale ani myślałam wracać.

Żeby nie myśleć o maszkaronie i wczorajszych zwidach, rozglądałam się za Miką, moją koleżanką, która mieszka po drugiej stronie ulicy. Nie było jej nigdzie widać, więc mimowolnie skupiłam się na obelisku, widocznym z daleka. Jego głęboka czerń przyciąga wzrok każdego, kto tędy idzie. Znaleźli go robotnicy podczas budowy wiaduktu, a burmistrzowi tak się spodobał, że kazał go ustawić jako ozdobę. Co prawda Mateusz przekonywał, że wyryta na nim kobieta w wodzowskiej pozie to Oda, ale nikt nie brał na poważnie gadaniny wariata. Podczas montażu popełniono jednak błąd i słup stanął odwrotnie, niż powinien. Gdy beton zastygł, okazało się, że kobieta stoi na głowie. Nie chwaląc się, to ja uratowałam sytuację. Podpowiedziałam Melanii, by rozpowszechniła legendę o złej Odzie i o tym, że gdy uniesie głowę, znów przejmie władzę. No i chwyciło! Odwrócony obelisk stał się symbolem naszego miasta, a turyści robią sobie fotki z wściekłą księżną celującą stopami w chmury.


Ledwo stanęłam obok słupa, usłyszałam:

— Hej, Ada!

Serce mi zamarło, bo pomyślałam, że przemówiła do mnie Oda. Ale to na szczęście była tylko Mika. Powiedzieć o niej „przyjaciółka” to zbyt wiele, bo często się kłócimy i nasza przyjaźń raz po raz wisi na włosku.

Gdy podeszłam, wskazała coś paluchem i jęknęła omdlewającym szeptem:

— Patrz, patrz!

— Gdzie? — spytałam, bo nie widziałam nic poza grupą chłopaków z naszej klasy.

— Arek! — wyjaśniła, przewracając oczami. — Zakochałam się w nim po uszy!

No nie! Znowu? Niedawno to samo mówiła o Antonie, rudowłosym chłopaku ze Szwecji, który na krótko zamieszkał w naszym miasteczku.

— Z Antonem to była pomyłka — machnęła ręką na moje nieśmiałe przypomnienie.

Szczerze mówiąc, przyjęłam to z ulgą i chyba dlatego opowiedziałam jej o maszkaronie, który zniknął ze wschodniej wieży zamku.

— Może po lekcjach pobiegniemy tam i wybadamy, jak się sprawy mają? — zaproponowałam, ale Mika nie wykazała zainteresowania.

— Co mówiłaś? — spytała nieprzytomnie.

Wzruszyłam ramionami, bo nie chciało mi się powtarzać. Zresztą zadzwonił telefon i odebrałam, bo myślałam, że to mama. Ale to był tato. Nie Radek, tylko ten prawdziwy, który mieszka gdzieś na drugim końcu świata i od czasu do czasu zaskakuje mnie dziwacznymi informacjami. Jak chociażby tą, że miejscowy wariat Mateusz jest moim dziadkiem, albo że jestem strażniczką skarbu. Aż się boję, z jaką rewelacją dzwoni teraz.


— Musisz pomóc Mateuszowi, bo jest za stary i może coś sknocić — usłyszałam.

— W czym mam pomóc? — spytałam, ale głos w telefonie mruknął:

— Sam ci wyjaśni.

I rozłączył się.

No cóż, mój rodzony ojciec to totalna porażka. Dobrze, że mam Radka, więc patrząc na głuchy telefon, mogłam wzruszyć ramionami i wrócić do swoich spraw.

Do dzwonka było jeszcze parę minut, a że Mika poleciała za Arkiem, musiałam spędzić ten czas sama. Zdecydowałam, że zajrzę do swojego ulubionego maszkarona, który siedzi w krzakach za szkołą. Ma wydęte policzki, jakby hamował się przed wybuchem śmiechu. Jego widok zawsze poprawia mi humor. Dzisiaj jednak wyglądał fatalnie, jakby się dusił, ale nie ze śmiechu, tylko z braku powietrza. Aż oczy wylazły mu na wierzch.

— Cześć! — przywitałam się, dotykając jego nosa.

Zawsze tak robię, bo to przynosi mi szczęście na klasówkach, ale tym razem stało się coś dziwnego. Ni z tego, ni z owego znalazłam się przy wędrowcach, tych samych co wczoraj. Tym razem szli, kierując się w stronę grodu i górującego nad nim zamku. Wóz i konie zostawili gdzieś we wsi, bo maszerowali piechotą.


Tą samą drogą podążało wielu ludzi. Mężczyźni ciągnęli wózki załadowane warzywami, kobiety dźwigały kosze pełne jaj, ktoś prowadził krowę. Najweselszy element tworzył wóz nakryty plandeką, pełen rozśpiewanych pasażerów w różnokolorowych strojach.

— To sztukmistrze! — słyszałam tu i tam radosne pokrzykiwania. — Będą występy!

Moi znajomi, Mikołaj i Henryk, szli tuż za wozem z wesołkami. Mikołaj uśmiechał się szeroko i podskakiwał w rytm melodii, a Henryk marudził:

— Nie jestem pewien, czy słusznie postępujemy, idąc tam, Mikołaju! Mieliśmy trzymać się z dala od skupisk ludzkich, póki nie dotrzemy do Krakowa.

— Nikt nie zwróci na nas uwagi w tym tłumie, panie — szepnął Mikołaj, ale w odpowiedzi usłyszał przypomnienie:

— Henryku! Wbij to sobie wreszcie do głowy!

— Tak, panie… znaczy… Henryku!

W bramie stali strażnicy i przyglądali się wchodzącym.

— Włóczęgów i żebraków nie wpuszczamy! — powtarzali każdemu, kto ich zdaniem wyglądał podejrzanie.

— Mówiłem pa… Henryku, żebyś się lepiej ogarnął — mruknął Mikołaj.

Nie wytrzymałam napięcia i puściłam nos maszkarona. Scena w jednej chwili zniknęła. Działo się coś dziwnego, ale co do jednego miałam pewność — tamci dwaj, kimkolwiek byli, wyraźnie coś ukrywali.

W tym momencie zadzwonił dzwonek, więc odetchnęłam głęboko i pobiegłam na lekcję.

Rozdział 4


Na klasówce nie było pytania o śmierć Warneńczyka, a szkoda, bo kusiło mnie, by popisać się swoją dodatkową wiedzą. Postanowiłam zrobić to, jak oddam kartkę, ale uprzedził mnie Arek.

— Władysław Warneńczyk podobno wcale nie zginął pod Warną — wymądrzał się.

Dla wielu było to niespodzianką, ale nie dla mnie. Jednak to, co wypalił chwilę później, wprawiło mnie w osłupienie.

— Podobno przyjął imię Henryk, osiedlił się w Portugalii, a są tacy, którzy twierdzą, że Krzysztof Kolumb był jego synem.

No nie, to chyba żart! Nie mogłam się powstrzymać przed parsknięciem śmiechem.

— Nie zmyśliłem tego, słowo! — Arek walnął się w pierś. — Znalazłem artykuł o amerykańskim historyku, który prześledził losy naszego króla i napisał o nim książkę.

— Nie sądzisz, że to zbyt naciągane? — spytałam.

— Co ty powiesz, mądralo! — zaatakowała mnie Mika. — A może to prawda?

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Gdyby ktoś inny wyskoczył z taką rewelacją, postukałaby się w głowę, ale Arkowi uwierzyła na słowo. Ona naprawdę się w nim zabujała! Cóż mogłam powiedzieć? Chyba tylko: trafiony zatopiony!


W klasie oczywiście rozgorzała dyskusja i pani musiała wyciszyć nasze emocje. Pani od historii jest całkiem znośna. Pisze artykuły do historycznych gazet, a my się chwalimy, że ją znamy.

— Pamiętajcie, że to tylko ciekawostki! — zastrzegła. — A co do Warneńczyka prawdą jest, że nie znaleziono jego ciała na polu bitwy. Ówczesny kronikarz Jan Długosz pisał, że widywano go w Konstantynopolu, Wenecji, na Wołoszczyźnie, w Siedmiogrodzie, w Albanii i Serbii, ale do Polski nie wrócił. Może to oznaczać, że jednak zginął, tylko niezbyt starannie przeszukano pole bitwy. Taka jest oficjalna wersja, ustalona na sejmie w 1445 roku, i jej będziemy się trzymać!

Jednak wyczuwając nasze rozczarowanie, dodała:

— Jeśli was to zaciekawi, Władysław zatrzymał się na nocleg w naszym zamku, gdy wyjeżdżał na Węgry. Miał wtedy szesnaście lat i od sześciu lat był królem, a wkrótce miał dostać też koronę Węgier.

Wow! — wykrzyknęliśmy pełni podziwu, ale gdy chwilę później skończyła się lekcja, popędziliśmy z wrzaskiem na przerwę, zapominając natychmiast o młodym królu i jego tajemniczym losie.

 

Mnie bardziej ciekawiła sprawa zaginionego maszkarona, dlatego od razu po lekcjach ruszyłam na zamek. Oczywiście sama, bo na towarzystwo Miki nie miałam co liczyć. Nie przejmowałam się tym zbytnio, bo jej zakochania są jak grypa, którą trzeba przeczekać. Wiedziałam, że w którymś momencie dołączy do mnie, a już na pewno wtedy, gdy będę potrzebowała pomocy. Na razie mogłam dać jej spokój, niech sobie fruwa na skrzydłach miłości. Ja poleciałam na zamek.

Nasz zamek jest ładny. Nie żeby jakieś cudo, ale zwyczajnie sympatyczny. Stoi na niewielkim wzgórzu i kiedyś pewnie był widoczny z daleka, ale teraz otaczają go kamienice i trzeba podejść pod same mury, żeby go zobaczyć.

Gdy weszłam na dziedziniec, od razu dostrzegłam Melanię. Wyglądała przez okno w południowej wieży. Trzymała straż. Zamek to jej miłość i wszystko, co go dotyczy, traktuje śmiertelnie poważnie. Mówimy o niej „królowa”. Co prawda jej wysiłki zasłużyły zaledwie na pieczątkę z napisem „dyrektor”, ale codziennie udowadnia, że zasługuje na dużo więcej. Strzeże zamku jak tygrysica i jeśli to prawda, że coś stąd zginęło, to nie spocznie, póki nie odzyska swojej własności. Aż ciarki przeszły mi po plecach na myśl, co zrobi, gdy dowie się o nowej ozdobie naszego domu.

Wmieszałam się w tłum dzieciaków buszujących po dziedzińcu. Piegowaty chłopak włożył rękę do paszczy maszkarona i wrzeszczał:

— Wciąga mnie, wciąga!

To stary dowcip i nauczycielce nie chciało się nawet reagować, ale ni stąd, ni zowąd pojawiła się Melania i zaczęła tłuc po łbie kamiennego stwora. Zdumiony piegus wyjął rękę z jego ust.

— Nie trzeba! — wzruszył ramionami. — To taki żarcik.

Wszyscy się roześmiali. Poza Melanią.

— Proszę zachować ostrożność! — powiedziała z uśmiechem, ale ton jej głosu mówił jasno: „Jak-nie-zostawicie-ich-w-spokoju-to-sama-rzucę-im-was-na-pożarcie”, a na koniec dodała: — Muzeum to nie miejsce na zabawę!


Cała Melania! Jakby sądziła, że ktoś tu przychodzi w innym celu. Przecież te wszystkie legendy działają jak zaproszenie do zabawy, a maszkarony i tajemnicze znaki to nic innego jak elementy gry, której zasady trzeba rozgryźć.

— Idziemy do lochów szukać skarbu? — zapytał ktoś.

Melania wskazała kierunek zwiedzania i napięcie w jednej chwili zostało rozładowane.

Miejsce, które zobaczą, to tylko atrapa lochów. Tak naprawdę to stara piwniczka na wino, w której znajdą najwyżej korek. Prawdziwe podziemia są niedostępne, a droga do nich jest ciągle nieodkryta. Setki poszukiwaczy przemierzają ulice naszego miasta w nadziei, że uda im się wytropić wskazówkę, która poprowadzi do wnętrza wzgórza i ukrytego tam skarbu. Najzacieklejszym ze wszystkich poszukiwaczy jest… kto zgadnie? Podpowiadam: Me… Me… Oczywiście, Melania!

— A ty co tu robisz? — usłyszałam. — Nie powinnaś być w szkole?

W ciągu sekundy wszyscy turyści wbiegli do lochu, a ja zostałam na dziedzińcu sam na sam z panią tego zamku.

— Już jestem po lekcjach — uśmiechnęłam się słodko. — A przyszłam, bo…

O mało nie wypaplałam, że wiem o zaginionym maszkaronie. W ostatniej chwili ugryzłam się w język, bo przecież Radek wyznał mi to w tajemnicy. W popłochu zaczęłam szukać jakiegoś wyjaśnienia i znalazłam.

— Podobno w naszym zamku gościł Władysław Warneńczyk przed wyjazdem na Węgry — popisałam się wiedzą.


Jak to dobrze uważać na lekcjach!

— Skąd o tym wiesz? — spojrzała na mnie podejrzliwie.

— Pani w szkole mówiła — wzruszyłam ramionami.

Nawiasem mówiąc, pani od historii to siostra Melanii.

Melania skrzywiła się, dając do zrozumienia, że jeśli nawet wie coś na ten temat, to nie zamierza dzielić się swoją wiedzą.

— No to był czy nie? — docisnęłam.

— Był — odparła niechętnie, a potem prychnęła: — I to nie tylko przed odjazdem, ale i po, ale o tym już twoja pani nie wie i nigdy się nie dowie.

Czekałam, aż rozwinie swoją myśl, ale wyraźnie nie miała na to ochoty. Może liczyła, że zacznę wypytywać, ale nie ciekawiło mnie to aż tak bardzo, a w dodatku musiałam już iść po Stasia.

— Do widzenia — dygnęłam grzecznie i zwiałam.

Nie odwróciłam się, póki nie minęłam bramy, ale cały czas czułam nieufny wzrok Melanii wbity w moje plecy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?