Piastowskie Orły

Tekst
Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chociaż był już marzec, ciągle trzymał mróz. Gatek biegł wąską ścieżką wydeptaną przez zwierzęta. Lisia szubka narzucona na cienką koszulinę nie dawała za dużo ciepła, a woda chlupocząca w dziurawych kapciach ziębiła nogi. W dodatku las był gęsty i ciemny, i można się było w nim łatwo zgubić. Ale chłopak znał drogę, a puszcza nie przerażała go, bo była jego domem. Kiedyś mieszkał w grodzie, ale gród został spalony, a mieszkańcy wzięci w niewolę. Gatek ocalał, bo ojciec zdołał ukryć go w dziurze wykopanej przez psy i kazał siedzieć cicho, póki wszyscy nie odejdą. Czekał więc. Gdy zmarznięty i głodny zdecydował się na powrót, w miejscu grodu zastał tylko zgliszcza.

Siedział parę dni na ruinach swojego domu, póki nie przyszli szabrownicy, tacy, co to jeszcze w zgliszczach potrafią wygrzebać coś wartościowego. Znaleźli parę toporków, trochę wyszczerbionych noży, złamany miecz i ledwo żywego dzieciaka.

– Co tu robisz, mały?

– Czekam.

– Lepiej chodź z nami, bo tu na nikogo się raczej nie doczekasz.

Od tamtej pory minęło kilka lat i Gatek już nawet nie pamiętał, jak wyglądali jego rodzice. Jeśli coś zostało w jego pamięci, to ręce, które ubierały go w giezło, kaftan i szubę. Teraz miał dwanaście lat, a rodziną byli mu zbójcy, którzy go przygarnęli i wyuczyli zawodu. Zaledwie mógł udźwignąć łuk, kazali mu chodzić na zbójeckie wyprawy. Polowanie na kupców to jego robota. Nie zastanawiał się, czy to, co robi, jest dobre czy złe, bo innego życia nie pamięta. W dodatku gdy wyrasta się wśród zbójów, to nie ma czasu na takie rozmyślania. Każdy dzień jest walką o przeżycie, bo prawa rządzące leśną bandą są bezlitosne. Albo ty wygrywasz, albo ktoś inny.

Gatek był silnym chłopcem i radził sobie całkiem nieźle. Był zuchwały, nigdy nie tracił głowy, a co najważniejsze – miał szczęście. Zawsze we właściwym momencie potrafił uchylić się przed ciosem albo lecącą strzałą. Umiał tak się ukryć, by stać się niewidzialnym dla tych, którzy go gonili.

– Sprzyjają mu puszczańskie duchy – kręcili głowami kompani.

Był zbójem jak się patrzy, ale ciągnęło go do grodu. Nie do tamtego spalonego, który już dawno porósł zielskiem, ale do prawdziwego, tętniącego życiem, pełnego ludzi. Do Gniezna. Gdy tęsknota stawała się nie do wytrzymania, ruszał w drogę. Potrzebował całego dnia, żeby tam dojść, ale czasu miał przecież pod dostatkiem. Próbował namówić zbójów, żeby i oni ogarnęli się i zobaczyli, jak żyją inni ludzie, ale tylko prychali z lekceważeniem.

– Sam sobie idź, jak musisz – stwierdził Nochal, główny zbój, nazywany tak od ogromnego nosa zdobiącego jego twarz.

– To strata czasu! – kręcili głowami inni.

Odziani w jedwabne kaftany woleli leżeć na tkaninach haftowanych złotem, upijać się zamorskim winem i rzucać w siebie monetami z Arabii, Hiszpanii i Czech, które zrabowali kupcom.

Gatek lubił krążyć po placach i uliczkach, między domami i kupieckimi wozami, i słuchać rozmów o wartości towarów, o drogach, jakimi kupcy wędrowali, o krajach, jakie przemierzali. Teraz też był ciekawy, co nowego dzieje się w świecie.

– Idzie który? – spytał o świcie, ale odpowiedziały mu tylko gniewne pomruki, a misa lecąca w jego stronę świadczyła, że propozycja nie przypadła nikomu do gustu.

– Nie, to nie, idę sam.

Drzwi zaskrzypiały niemiłosiernie i kolejne naczynie pofrunęło w ślad za poprzednim. Gatek uchylił się w porę i lecący dzban wylądował na podwórcu. Był srebrny i pięknie zdobiony, choć nieco powyginany i pokiereszowany, gdyż zbójcy obchodzili się z nim niezbyt ostrożnie. Chłopak wziął go ze sobą, by nabrać wody, gdy pić mu się zachce, a potem miodu do sprzedania w grodzie, i trzęsąc się z zimna, ruszył przed siebie. Czekało go pół dnia drogi puszczą wzdłuż rzeki. Koło południa powinien trafić na szlak wiodący ku grodowi, a potem drugie pół dnia – i już będzie na miejscu.

Po drodze zatrzymał się tylko raz, na polanie pod dębami. Trochę dla odpoczynku, a trochę dla miodu. Nad polaną łączyły się w jedno korony trzech ogromnych dębów. Wyglądało to tak, jakby podtrzymywały całe sklepienie nieba. Każdy, kto tu wchodził, czuł się bezpieczniej niż w domu. Jeszcze do niedawna ludzie uważali to miejsce za święte. Między dębami stał wtedy posąg boga Światowita, ale książę Mieszko, ojciec Bolesława, obwieścił, że Światowit jest nieprawdziwym bogiem, i zakazał się do niego modlić. Książę Bolesław kazał posąg obalić, połamać na kawałki i wrzucić do strumienia. Dęby na szczęście zostawił w spokoju. Ale i tak od tamtej pory ludzie omijali polanę, trochę ze strachu przed księciem, a bardziej przed gniewem utopionego Światowita. Tylko zbóje tu zaglądali, ale jedynie po to, by porzucać tu resztki kupieckich wozów, które ani im, ani poprzednim właścicielom nie były już potrzebne.


Gatkowi zabrakłoby palców u rąk, by zliczyć wszystkich, których złupili. Chociaż zdarzyło się raz, że zostawili podróżnych w spokoju. Było to trzy lata wstecz.

Orszak, któremu stanęli wtedy na drodze, był dość mizerny. Podróżni jechali zaledwie w kilka koni, a na wozie nie mieli nic wartościowego.

– Jestem biskup Wojciech z Czech – powiedział bez strachu ten, który przewodził wędrowcom. – Pobłądziliśmy w puszczy i chcielibyśmy odpocząć, wysuszyć się przy ognisku i wziąć przewodnika, który poprowadzi nas do Gniezna do księcia Bolesława.

Zbóje zaśmiali się, bo biskup widocznie nie zdawał sobie sprawy, w czyje ręce wpadł.

– Ależ wiem, kim jesteście – powiedział.

– Niby skąd? – zdziwił się Nochal.

– Mówią o tym duchy podążające za wami. Musi być wam z nimi ciężko, szczególnie w nocy, gdy kłębią się wokół was na legowiskach i przyduszają, żaląc się na los, jaki ich spotkał.

Zbójom nieswojo się zrobiło, bo rzeczywiście gryzło ich coś w nocy, ale myśleli, że to robactwo, a od biskupa dowiedzieli się, że to dusze.

– A kto za mną stoi? – spytał niepewnie Gatek.

– Ojciec i matka – powiedział biskup.

Gatkowi zrobiło się trochę przykro, bo to znaczyło, że rodzice nie żyją i na próżno na nich czeka. Ale świadomość, że w jakiś sposób są tu i patrzą na to, co robi, wstrząsnęła nim. I to on wstawił się u Nochala za biskupem, by darował jemu i jego towarzyszom życie. Zresztą i Nochalowi nie zależało, by kolejne dusze dołączyły do tych, co już za nimi szły.

– I tak nic cennego nie mają – wzruszył ramionami i pozwolił biskupowi Wojciechowi iść dalej, a Gatka wysłał z nimi, żeby nie pobłądzili i do Gniezna dotarli nie niepokojeni przez innych. – I tak go zabiją, bo Prusowie bardzo nie lubią, żeby im cokolwiek narzucać, szczególnie bogów, w których mają wierzyć.

Gatek odprowadził orszak biskupa do Gniezna, a przed rozstaniem powtórzył ostrzeżenie Nochala. A Wojciech odrzekł, że co ma być, to będzie.

– A ty zostań w grodzie, bo gród to twoja przyszłość – powiedział Gatkowi na pożegnanie. – To kazali ci powtórzyć ojciec i matka.

Gatek w grodzie nie został, bo nie miał tam nic do roboty. Do puszczy wrócił, ale od czasu do czasu ogarniała go chęć, by sprawdzić, czy coś się nie zmieniło. I, tak jak dziś, zrywał się z legowiska skoro świt i biegł cały dzień, by gród odwiedzić. Odpoczął chwilę na polanie, a gdy oddech mu się wyrównał, wdrapał się na jeden ze świętych dębów. Wiedział, że w dziupli mają swoje gniazda dzikie pszczoły, a że w podbieraniu miodu był mistrzem, raz-dwa napełnił dzban i ruszył w dalszą drogę.

Od polany do traktu było niedaleko, a dalej do grodu to już prosta droga. Przynajmniej nie trzeba przedzierać się przez chaszcze.

Głębokie koleiny świadczyły o tym, że ostatnio ciągnęło tędy mnóstwo wozów wyładowanych towarem. Widocznie jakieś święto szykowano w Gnieźnie. Ciekawe jakie?

Potem las się skończył jak nożem uciął i rozciągnął się rozległy widok na wzgórze Lecha i położony na nim gnieźnieński gród. Otaczały go wysokie wały i częstokół. Na podgrodziu trwała gorączkowa krzątanina. Coś się działo.

Przy bramie prowadzącej do grodu trzymali straż wojowie. Ubrani w kolczugi i kaftany nabijane żelaznymi płytkami, uzbrojeni w miecze, wyglądali groźnie. Na ich widok zrobiło się Gatkowi miękko na sercu. Stał przez chwilę, nie mogąc oderwać od nich oczu. Kiedyś, dawno temu, taki woj brał go na ręce, ale chociaż chłopak się starał, nie mógł sobie przypomnieć, kto to był.

– Co tak wlepiasz gały, chłopaku? – spytała go straganiarka.

– Mam miód do sprzedania – przypomniał sobie.

– Tylko jeden dzbanek? Ze sto baryłek by się zdało.

– Na co aż tyle? – zaśmiał się.

– To nie wiesz, że cesarz niemiecki do nas jedzie?

– A to wojna będzie? – zdziwił się.

– Jaka tam wojna! Z pielgrzymką jedzie, z całym orszakiem książąt i biskupów. Wkrótce tu będą.

– A, to dlatego taki ruch – zrozumiał.

A gdy rozejrzał się uważniej, dostrzegł, że wszędzie wokół trwało czyszczenie, sprzątanie, ozdabianie.

– To dla gości – powiedziała straganiarka. – Tylu ich pielgrzymuje do grobu świętego, że dla wszystkich nie starczy miejsca w grodzie, więc książę nakazał przygotowanie domów na podgrodziu. A mają być tak wyszykowane, żeby niczego dostojnościom nie brakowało. Książę nie żałuje grzywien srebra, żeby wszystkich godnie przyjąć. Gniezno tak wyszykować kazał, żeby wstydu przed gośćmi nie było.

Gatek mimo uszu puścił gadaninę kobiety o sprzątaniu, zainteresowało go tylko jedno.

– Jakiego świętego? – spytał.

– Biskupa Wojciecha.

 

– To on jest świętym? – zdziwił się.

– Jaki „on”? Co to, krowy z nim pasałeś?

– Krowy nie, ale przy jednym ognisku siedziałem. Wybierał się wtedy do Prusów, by opowiadać im o nowym Bogu.

– No to nie naopowiadał się za dużo, bo go zaraz zabili.

Gatkowi zrobiło się żal biskupa.

– A mówiliśmy mu, że Prusowie nie zechcą słuchać – westchnął.

Gatek dowiedział się jeszcze, że książę Bolesław wykupił ciało Wojciecha, płacąc za nie tyle złota, ile ważyło.

– A czemu aż tyle? – zdumiał się chłopak.

– Dla cudów. Bo wszędzie, gdzie Wojciech szedł, tam ludziom zło na dobro się obracało.

– Coś takiego – mruknął chłopak. – Może i mnie się cud jaki trafi, skoro z nim gadałem.

Przekupka opowiedziała, jak książę pochował Wojciecha w Gnieźnie i rozpoczął starania, by papież uznał go świętym. Trzy lata to trwało, no i udało się.

– Ledwo w zeszłym roku został ogłoszony świętym, a już pielgrzymki jadą. Sam cesarz niemiecki Otton III osobiście przybywa do Gniezna, by świętemu złożyć pokłon.

To znaczyło, że kupców i bogatych gości będzie co niemiara. To dobra wieść dla zbójów. Będzie kogo łupić.

– A kiedy przyjadą? – zapytał.

– Książę Bolesław już pojechał, by powitać gości pod Iławą.

Gatek postanowił jak najszybciej wracać, by powiedzieć o tym zbójom.

– To chce pani ten miód czy nie? – spytał, bo nie miał zamiaru targać go z powrotem do lasu.

– A wezmę, wezmę – zgodziła się kobieta. – Ale poczekaj, to miód przeleję do glinianego dzbana, a ten ci oddam, bo wygląda na cenny. Chyba jest ze srebra?

Gatek machnął ręką.

– Tam, skąd jestem, srebra jest w bród.

Popatrzyła z uwagą na jego nędzne odzienie, aż zimno przebiegło mu po grzbiecie.

– To musisz uważać, bo po lasach od zbójów aż się roi – powiedziała. – Ale już niedługo, bo książę Bolesław wysłał oddziały wojów, by zrobiły z nimi porządek.

Trzeba mieć nerwy jak postronki, by nie dać po sobie poznać niepokoju. Gatek zacisnął zęby, ale na dzban nie czekał, tylko skinął głową i pognał na łeb na szyję, by zanieść zbójom ostrzeżenie. Zwolnił dopiero, gdy z traktu w las skręcił. Mrok już zapadł, więc musiał uważać, żeby nie pobłądzić i nie utopić się w bagnach.

Jest coś dziwnego w wędrowaniu puszczą o zmroku. Niby droga ta sama, a wszystko jest inne niż za dnia, bardziej straszne. Wytrzeszczał oczy, że mało mu nie wypadły, i dopiero z ulgą odetchnął, gdy trafił na strumień, gdzie spoczywały szczątki Światowita i kupieckich wozów. Już miał przeskoczyć strumień, gdy nagle wydało mu się, że coś słyszy. Coś innego niż zwykłe odgłosy śpiącego boru. Ni to łkanie, ni skowyt, ni jęki. Głos był bliski, tuż za plecami. Odwrócił się, by przyłapać tych, co robili mu dowcip, ale nikogo nie było. Miał wrażenie, że kątem oka dostrzega czepiec matki.

– Do licha. To jakiś znak – mruknął do siebie.

Nasłuchał się opowieści o strzygach, upiorach, utopcach, świteziankach i innych stworach czyhających na wędrowców. Ale przecież nie był wędrowcem, tylko mieszkańcem puszczy, więc nie miał się czego bać. Mimo to wziął głęboki oddech i ruszył biegiem.


Na szczęście obóz zbójów był tuż-tuż.

– Stój, kto idzie?! – usłyszał wołanie.

– To ja, Gatek.

– No w końcu – rozpoznał go ten, kto wołał. – Nochal jest zły na ciebie, że tak długo licho gdzieś cię nosi.

– Nie będzie się złościł, jak usłyszy nowinę.

Chata, w której mieli bazę, była dość nędzna. W porównaniu z tymi, które widział na podgrodziu, istna ruina. Nie miała podłogi, tylko klepisko pokryte igliwiem, a pod ścianami kilka legowisk przykrytych cuchnącymi, źle wyprawionymi skórami. Z drugiej strony kilka ław i stół zbity z ledwo ociosanych desek. Nad nimi strop z belek, między którymi widać było dach z sitowia. Ale przynajmniej było ciepło, bo pośrodku chaty płonął ogień w otoczonym kamieniami palenisku.

– Musimy być czujni, bo książę wielkie polowanie na zbójów zarządził! – zawołał, ledwo przekroczył próg.

– A czemuż to? – zdziwili się zbóje.

– W grodzie szykuje się wielka uroczystość. Będzie mrowie gości, a jeden bogatszy od drugiego – opowiadał nowiny. – Cesarz niemiecki jedzie, a z nim książęta i biskupi. Samych wozów za nimi jedzie ze sto. A prezentów ile wiozą, ho, ho!

– No to ruszajmy na łowy! – rozochocił się Nochal.

– Nie masz chyba zamiaru atakować cesarskiego orszaku?! – krzyknął Gatek ze zgrozą. – Książę wojów po lasach rozesłał. Lepiej, żebyśmy się ukryli i cicho siedzieli, póki goście nie pojadą.

– Nie mądruj się, dzieciuchu, bo nie ty dowódcą jesteś. Jak mówię, że idziemy, to idziemy. Nie napadniemy przecież na cesarza, a tylko na jadące na końcu wozy wyładowane nie byle jakimi dostatkami.

Gatek westchnął. Był pełen najgorszych przeczuć. Coś mu mówiło, że znak, jaki na polanie otrzymał, to ostrzeżenie.

– Idziemy! – rozkazał Nochal. – Mój nos jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

Główna zasada zbójów mówiła, że wódz ma zawsze rację, więc Gatek, chcąc nie chcąc, ruszył ze wszystkimi.

– Sami się wystroimy w purpury i do grodu pójdziemy na książęcy poczęstunek – żartowali zbóje.

Ale ledwo zbliżyli się do traktu, wypadł na nich oddział zbrojnych. Gatek szybkim spojrzeniem ocenił ilość atakujących i zrozumiał, że nie mają z nimi szans.

– Co to za jedni? – zdziwił się Nochal.

Gdyby Gatek miał czas, mógłby mu wyjaśnić, że to ci, przed którymi go przestrzegał, ale Nochal już leżał z dzidą w brzuchu i żadne wyjaśnienia na nic się nie zdały. Reszcie zbójów też przeszła ochota na żarty, bo wszyscy leżeli na trakcie. Gatek mógłby jeszcze umknąć, uskoczyć w krzaki i tyle by go widzieli, ale zbójecki honor mu na to nie pozwalał. Ukrył się za drzewem, założył strzałę na cięciwę i mierzył starannie, by wcelować w szyję dowodzącego, gdy nagle wyskoczyło kilku i powalili go. Jeden zamachnął się mieczem i Gatka uratowało tylko to, że uchylił się błyskawicznie. Przed drugim ciosem już by nie umknął, ale ktoś krzyknął:

– To przecież dzieciak! Żywcem go brać!

Bronił się zawzięcie i dyszał z wysiłku, gdy w końcu dał się spętać. Ale i tamci ledwo dyszeli, zanim związanego jak barana cisnęli na ziemię.

– A dużo jest tu takich jak ty? – spytał woj.

– Tylu, ilu trzeba – warknął Gatek, chociaż wiedział, że został sam samiuteńki.

Woj odwrócił się do swoich i zakomenderował:

– Rozdzielcie się i przeszukajcie okolicę!

– Nikogo nie znaleźliśmy – meldowali, wracając. – Ino siedzibę zbójców pełną kradzionego dobra.

Słychać było tylko szum drzew i trzaskanie polan na ognisku, gdy wojowie szykowali posłania, żeby odpocząć. Na Gatka nikt nie zwracał uwagi. Nożem, który miał ukryty pod lisią szubką, rozciął więzy, ale z ucieczką jakoś mu się nie spieszyło. Bo cóż go czekało w puszczy? Tylko samotność. Rzucał ciekawe spojrzenia na wojów, na ich kolczugi i broń. A gdy zaczęli się posilać, sam im o sobie przypomniał:

– Nie jadłem nic od wczoraj.

– Niby czemu mamy cię karmić, skoro i tak zawiśniesz, bo taka jest kara za zbójowanie.

– Z pełnym brzuchem lepiej mi się będzie wisieć, panie.

Woj dowodzący oddziałem zastanowił się.

– A jak cię rozwiążę, nie uciekniesz?

– Jak nie uciekłem dotąd, to i od jedzenia nie ucieknę – powiedział Gatek i wstał, demonstrując, że pęta ma już dawno zdjęte. – Gdybym chciał, już by mnie tu nie było.

– To dlaczego zostałeś? – spytał woj, wbijając w chłopaka zdziwione spojrzenie.

– Bo zbójów wybiliście, a innej rodziny nie mam, więc i nie mam dokąd uciekać. W dodatku jestem głodny, a u was smakowicie pachnie.

Ale gdy wyciągnął rękę po mięso, woj przytrzymał ją, bo pod przykrótkim rękawem zauważył coś, co go zadziwiło.

– Co to za znak? – spytał.

– A bo co? – żachnął się chłopak i schował rękę za siebie.

Jednyna rzecz, jaka została mu po rodzicach, to symbol wytatuowany na przedramieniu. Trzy proste kreski przecięte czwartą. Nie po raz pierwszy zastanawiał się, co znaczą, ale nic nie mógł na to poradzić, że nie pamięta. Ale skoro woj tak się przejął, przyznał:

– Nie wiem. Byłem zbyt mały, gdy straciłem rodziców, i nie zdołałem zapamiętać, o co chodzi z tymi kreskami.

– To znak rodu Skoweszów, a skoro go nosisz, znaczy, że jesteś synem Mościsława. Twój ojciec był władyką, póki nie uległ napaści Prusów, tych samych, co potem biskupa Wojciecha zabili.

Gatek musiał się zastanowić, co właściwie usłyszał. Wiedział, że władyka to taki, co na własnym grodzie siedzi. Czyli że on, Gatek, nie był zwykłym parobkiem, ale synem pana na włościach, może nawet woja.

– Mościsław był moim przyjacielem z młodych lat – powiedział woj. – Ja jestem Zbysław z Kościanowa.

– To dlaczego pomocy ojcu nie udzieliliście, gdy jej potrzebował? – spytał chmurnie Gatek.

Woj machnął ręką ze zniechęceniem.

– Za późno wieść dotarła.

Potem długo wypytywał Gatka o jego losy, jak to się stało, że został zbójem.

– Nikt poza zbójami nie był chętny, by się mną zająć. A oni nie tacy źli byli. I nie wszystkich zabijali.

Opowiedział o biskupie Wojciechu, któremu darowali życie. I o tym, jak biskup powiedział o ojcu i matuli, którzy krok w krok za nim chodzą.

– To musi być prawda, chłopcze, bo inaczej już dawno byłbyś martwy. Ocalili cię.

Woj pomyślał, że i to dziwne spotkanie w środku puszczy to jakiś cud Wojciechowy. Bo jakiego zrządzenia losu trzeba, by ocalonego z rzezi chłopaka spotkać w środku ogromnej puszczy. I choć Zbysław miał rozkaz tępić zbójów, tego jednego postanowił zabrać ze sobą. Znał jego ojca i matkę, więc jeśli choć trochę był do nich podobny, to mimo zbójeckiego wychowania istniała jeszcze szansa, że wyjdzie na ludzi.

– Pójdziesz ze mną? Szkolić na woja cię będę.

– Łapanie zbójców, też mi robota! – prychnął Gatek, ale opierał się tylko dla zasady, bo radość szalała w nim i zalewała gardło. O niczym bardziej nie marzył, niż zostać wojem.

– Zajmujemy się o wiele poważniejszymi sprawami, których teraz nie zdołałbyś pojąć, ale jak starać się będziesz, to kto wie, jaka przyszłość ci pisana.

– A co będę robił?

– Jako giermek będziesz polerował zbroje, biegał na posyłki i uczył się rycerskiej profesji. Chciałbyś?

Nie było co udawać.

– Jasne, że tak.

Zbysław ustawił straże i zarządził odpoczynek, bo nocą nie było co po puszczy się tłuc.

– A ty wiesz chociaż, w jakim państwie mieszkasz? – spytał Gatka, gdy już się w skóry pozawijali i ułożyli do snu.

– No w naszym, polańskim, bo na polanie założonym.

– A kto rządzi?

– Książę Bolesław. Wiem, bo bywam w Gnieźnie, żeby sprzedać to czy tamto, więc wieści w uszy wpadają.

– A jaki rok mamy?

– Tego nie wiem.

– Tysięczny. Zapamiętaj, bo to będzie sławna data. Cesarz do nas jedzie nie tylko po to, by na grobie Wojciecha się modlić, ale i by rozmawiać z księciem o ważnych sprawach. Jak dobrze pójdą rozmowy, to kto wie, jakie zmiany nastąpią. Może nawet nasz pan królem zostanie. A nasza głowa w tym, by cesarza nic złego na polańskich ziemiach nie spotkało i by jak najlepsze wrażenie odniósł z tej wizyty. A przeżegnać się umiesz? Bo Bolesław chce, by wszyscy do krzyża się modlili, a nie do leśnych bożków.

– Umieć to umiem, ale jak w puszczy się mieszka, to trudno nie modlić się do Leszego – zaśmiał się.

– Jak przy księciu bliżej będziesz, to lepiej o tym nie wspominaj, bo chłostą każe tych, co w bożków wierzą.

– Zapamiętam.

– To teraz śpij.

Nazajutrz ruszyli pilnować szlaku. Nie oni jedni tym się zajmowali. Wzdłuż całej trasy stali wojowie uzbrojeni po zęby. A na równinach pod Gnieznem czekały na cesarza szyki rycerstwa, każde w odmiennej barwie strojów. Wyglądali zarazem pięknie i groźnie, a słońce odbijające się od zbroi sprawiało, że lśniły, jakby były ze złota. I zarówno Gatkowi, jak i każdemu, kto na nich patrzył, przychodziła do głowy myśl, że lepiej mieć ich po swojej stronie.


Gatek miał jeszcze problem z siodłaniem konia, zapinaniem uzdy, zaciskaniem popręgu, bo po puszczy rzadko się jeździ konno. Nie przejmował się jednak, bo wiedział, że w mig się tego nauczy. Na razie pilnował, by z konia nie zlecieć i wstydu sobie nie narobić.

 

W tym momencie nie on był tu ważny, ale nadjeżdżający orszak cesarza niemieckiego Ottona III.

– Uwaga, jedzie!!!

Dźwięk spiżowego dzwonu rozległ się nad grodem i uniósł daleko, głosząc przybycie do Gniezna znamienitych gości. Widać już było hełmy, włócznie, rozwiane grzywy. Dudniły końskie kopyta, wiatr rozwiewał jadącym barwne szaty, wśród których przeważała czerwień. A to kolor władców. Na przedzie obok księcia Bolesława jechał młody cesarz i z ciekawością przyglądał się krajowi Polan.

W gardle mu już zaschło od dalekiej drogi i chciałby je przepłukać, nim zaczną się przemówienia powitalne. Rozglądał się za pachołkiem, ale wtedy przekupka z mijanego straganu uniosła dzban i spytała, czy młody cesarz życzyłby sobie wody.

Otton zatrzymał konia. Zdziwiła go nie tyle domyślność kobiety, co dzban, w którym podała mu wodę.

– A skąd srebrne naczynie u zwykłej straganiarki? – zdziwił się, a ona, niewiele myśląc, powtórzyła to, co niedawno usłyszała od obdartego chłopaka, który zostawił u niej cenne naczynie:

– U nas, panie, złota i srebra w bród.

O tym, że to prawda, cesarz przekonał się wkrótce, gdy zaproszony na ucztę zobaczył stoły zastawione naczyniami z cennego kruszcu. Było ich tyle, że oniemiał.

– Wspaniałości są tu większe niż wieści niosły – stwierdził.

A w czasie trwania wizyty co rusz obiegała Gniezno nowa wieść:

– Powiedział, że takiego władcy jak Bolesław nie godzi nazywać się księciem, ale wypada go wynieść na tron królewski.

– Włożył Bolesławowi na głowę swój diadem cesarski.

– I dał symbol władzy – włócznię świętego Maurycego.

– Uznał Bolesława za samodzielnego władcę.

– Zezwolił na utworzenie arcybiskupstwa w Gnieźnie.

Wspaniałość gnieźnieńskiego zjazdu z 1000 roku przeszła do legendy, ale był ktoś, kto się tym wcale nie przejmował. Dwunastoletni Gatek uczył się, jak siedzieć na koniu, by nie dać się zrzucić, jak założyć siodło i jak mocno zaciągnąć popręg, jak trzymać miecz i jak nim uderzać, by wroga zabolało. Chciał zostać wojem, takim jak Zbysław i jak ci, których widział na trakcie i na równinach pod Gnieznem. I jakim był pewnie jego ojciec.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?