Ostatnia sztuczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Mogłam być mądrzejsza i zorientować się wcześniej. Łatwo powiedzieć! I tak dobrze, że połapałam się w porę. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale. W końcu mam dopiero trzynaście lat i żadnego doświadczenia w tej kwestii. No, ale po kolei.

Zaczęło się od mamy. Jak zawsze.

Tego dnia był upał i czułam się jak skwarek na patelni. Chyba zrozumiałe, że jedyne, czego pragnęłam, to rozłożyć się na trawie pod gruszą i leniuchować. Gdyby udało mi się zrealizować ten plan, uniknęłabym wielu kłopotów. Niestety, napotkałam na matczyny opór.

– Chyba nie zamierzasz marnować tak pięknego dnia na nicnierobienie! – powiedziała, obserwując, jak moszczę sobie legowisko pod drzewem.

To właśnie zamierzałam. Mój wewnętrzny leniwiec mówił: „Leż i nie reaguj. Masz wakacje i swoje prawa!”. Mamę rozpierała jednak energia i musiała ją rozładować, a pod ręką miała tylko mnie. W takiej sytuacji żadne prawa nie obowiązują. Oczywiście, próbowałam! Zaczęłam od najprostszej metody. Skierowałam na mamę kamerkę i włączyłam nagrywanie. Zapaliła się czerwona dioda.

– Oto moja rodzicielka! – zrobiłam zbliżenie na piegi na jej nosie. – Zaraz mi powie, czym powinnam się zająć podczas wakacji! Słuchajcie!

Nawet nie mrugnęła. Jest przyzwyczajona do takich numerów. Poprawiła tylko włosy, uśmiechnęła się i wypowiedziała swoją kwestię:

– Idź lepiej zobaczyć, co w miasteczku jest ciekawego!

Mogłam wyliczyć bez ruszania się z miejsca: rynek, kościół i kilka sklepów. Sprawdziłam w internecie i wątpię, by od tamtej pory cokolwiek się zmieniło. Wiedziałam jednak, że wyliczanki nie przekonają mamy, więc użyłam argumentu grubszego kalibru:

– Nie będę przecież łaziła sama! Może mi się coś stać!

To powinno trafić do maminego stroskanego serca. Niestety, nie trafiło.

– Akurat! – prychnęła.

Sama objeździła pół świata autostopem i nie czuła strachu przed ludźmi. Takie też nastawienie wpajała mnie, twierdząc, że wystarczy odrobina zdrowego rozsądku, by uchronić się przed kłopotami. No, okej, nie bałam się iść do miasta, tylko mi się zwyczajnie nie chciało. Po namyśle zdecydowałam się więc na inną taktykę.

– Chodźmy razem! – zaproponowałam.

Zamachała rękami.

– Zwariowałaś? Mało mam tutaj roboty? – spytała oburzona.

Zatoczyła ramieniem półkole, a ja pojechałam kamerką w ślad za jej ruchem, filmując kawałek pola i krzaki, w centrum których tkwił wychodek pana Wojtka. To z jego powodu tu przyjechaliśmy. Pan Wojtek zabiegał o wizytę archeologów od dłuższego czasu. Znajdował bowiem na swoim polu skorupy i groty strzał, a gdy pod traktorem zawalił się strop jakiejś podziemnej konstrukcji, zgłosił sprawę do urzędu. Jego prośba wędrowała z biurka na biurko, aż w końcu wylądowała na właściwym. To właściwe należało do mojego taty. Zarówno on, jak i mama pracują na uniwersytecie i uczą archeologii. Prowadzą obozy naukowe, które mają uświadamiać studentom, jak naprawdę będzie wyglądała ich przyszła praca. Wielu z nich nie wie, że polega ona na przekopywaniu w pocie czoła cudzych pól i łąk, i to najczęściej na kolanach! A że tata lubi poważne wyzwania, więc wychodek pana Wojtka został zakwalifikowany jako obiekt najbliższych praktyk.

Zrobiłam najazd na gościa w podartych dżinsach i rozciągniętej koszulce, który pojawił się w polu widzenia.

– To mój tata, profesor archeologii.

Tata pomachał do kamery i posłał mi buziaka. A może nie mnie, tylko mamie? Trudno powiedzieć.

Lubię swoich rodziców. To znaczy – kocham ich, ale i zwyczajnie lubię. Znoszę nawet te wyprawy, na które ciągają mnie od urodzenia. Ale jeśli liczyli, że złapię bakcyla i będę z upodobaniem kopała doły w ziemi, to pewnie czują się nieco rozczarowani. Moje pasje rozwijają się bowiem w całkiem innym kierunku. Wolę kręcić.

– Są tam jakieś atrakcje poza wychodkiem? – spytałam, gdy przedstawili mi plany na wakacje.

– Jezioro, wzgórza, las, stare kino… – wymieniała mama.

Słowo „kino” zabrzmiało nieźle, ale skrzywiłam się i mruknęłam:

– To niewiele.

– I festiwal street artu oraz sztuk iluzjonistycznych! – wyczytał tata z informatora. – Będzie co filmować.

– A jeśli tak, to spoko! – zgodziłam się bez dalszych dyskusji.

– Wiedziałem! – mruknął i przybili z mamą piątkę.

Odkąd dostałam telefon z kamerką, zwariowałam na punkcie filmowania. Wokół ciągle dzieją się rzeczy, od których zapiera dech w piersiach, ale większość od razu idzie w zapomnienie. Nie wtedy jednak, gdy ja jestem w pobliżu! Bo jeśli moje pierwsze „ja” to znudzony leniwiec, to drugie to głodny wrażeń tygrys. Gdy dzieje się coś ciekawego, sięgam do kieszeni, a moja minikamera przykleja się do dłoni i w jednej sekundzie zaczynam działać. Tak jak wtedy, gdy pan z laptopem nie chciał ustąpić miejsca kobiecie w ciąży. Rzecz działa się w autobusie, którym wracałam ze szkoły. Kobieta była zielona na twarzy i każdy głupi widział, że jest jej niedobrze. A on zamiast pomóc, zaczął pyskować, że jak kobiety chciały równouprawnienia, to niech nie narzekają. Ona nie narzekała, tylko puściła pawia i to prosto na niego i jego laptop. To było super, a moja kamera wszystko nagrała! Sama nie wiem, kiedy ją wyjęłam i włączyłam. Minutowy filmik zrobił niezłą karierę w sieci, a jedyny hejt był chyba od tego pana.

Tak zaczęła się moja przygoda z kręceniem. Teraz jestem łowcą ulicznych scenek. Mam już prawdziwą minikamerkę i niezłą kolekcję filmików. Występuję pod pseudonimem Balbina, bo, przykra sprawa, tak mam na imię.

– Oto wychodek pana Wojtka! – skierowałam obiektyw na wspomniany już obiekt. – Kryją się pod nim tajemnice sprzed wieków, a archeolodzy będą mozolnie wydłubywać je gołymi rękoma. A może z dołu wyjdzie starożytny kościotrup i sam nam powie, co tam narobił?

Nikt nie wyszedł. Rozległ się za to dźwięk telefonu. Tata odebrał i powiedział:

– Przyjechali nasi studenci! Jadę po nich na dworzec, bo zanim się tu przywloką, minie pół dnia, a mamy masę roboty!

– Poczekaj, zabiorę się z tobą! – zawołałam. – Mama kazała mi zwiedzać miasteczko.

– No to raz-dwa!

Wstałam, otrzepałam się z trawy i byłam gotowa.

Gdy odjeżdżaliśmy, uchwyciłam mamę, jak układa się na wymoszczonym przeze mnie legowisku. Ha! Moja kamera niczego nie przepuści, a instynkt łowcy zaalarmował: „Mam to!”. Oczami wyobraźni już widziałam tę scenkę i wcześniejszą tyradę mamy o nicnierobieniu. Od razu poprawił mi się humor. Jak zmontuję jedno z drugim, będzie ubaw!

Odebraliśmy z dworca całą grupę – długiego jak tyczka Stefana, przystojniaka Marcina, małego Zdunka, Olgę i Martę. To stara gwardia, do tego kilku pierwszoroczniaków, którzy jeszcze nie wiedzieli, co ich czeka. Myślą, że archeologia to rozwiązywanie zagadek sprzed setek i tysięcy lat, a nie biorą pod uwagę, że to przede wszystkim fizyczna praca. A ta potrafi zniechęcić, szczególnie tych nastawionych na tajemnice. Wielu wymięka po jednych takich wakacjach.

– Cześć, Balbina! Czo robisz? – Stefan przywitał mnie tekstem ze starej jak świat dobranocki*.

– Patrzę! – odpowiedziałam.

Tak wygląda czołówka każdego z moich filmików. „Czo robisz, Balbina?” – pyta rysunkowy kurczak, a gąska odpowiada: „Patrzę!”. I dalej leci złowiona na ulicy scenka.

– Właśnie idę na łów! – oświadczyłam, machając kamerką.

– No to powodzenia! – zawołali chórem, a potem zajęli się upychaniem plecaków w bagażniku. – Chętnie obejrzymy wieczorem!

To moi najwięksi fani. Pewnie trochę udają, żeby zrobić mi przyjemność, ale i tak miło, że chce im się oglądać. W dodatku otwarcie wyrażają swoje opinie i dzięki nim wiem, czy to, co nakręciłam, jest dobre, takie sobie czy gniot.

– Tylko się nie zgub! – rzucił tata.

Zgubienie się było tym, na co liczyłam, więc tylko pomachałam im na do widzenia. Jeszcze nakręciłam, jak wszyscy ładują się do naszego samochodu, bo było to warte uwiecznienia. Lepiej, żeby nie zobaczył tego żaden policjant, bo mandacik będzie jak nic.

Miasteczko okazało się dokładnie takie, jak się spodziewałam, czyli małe. Obeszłam je w kwadrans, a o zgubieniu się nie miałam nawet co marzyć. Na szczęście na festiwal street artu przybyli już artyści. Demonstrowali swoje umiejętności pod gołym niebem na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Malowali portrety na chodnikowych płytach, spacerowali na szczudłach albo po linach rozciągniętych między dachami, fikali kozły na trampolinach, naprawiali dziury w murach klockami Lego. Najwięcej było iluzjonistów, którzy pokazywali sztuczki każdemu, kto zechciał się zatrzymać na kilka chwil. Nie brakowało też świrów. Na przykład wielki facet w płóciennej sukni straszył przechodniów klątwami starych bogów, że niby planują kolejny koniec świata.

Było sporo turystów, którzy oglądali darmowe popisy, bili brawo, robili zdjęcia. Ja też nagrałam co nieco, na przykład spadającego z liny cyrkowca. Ale nie to było najlepsze. Przez przypadek uchwyciłam minę pewnej pani w chwili, gdy cyrkowiec spadał. Najpierw była to fascynacja, wielkie „O!”, a potem pojawiło się rozczarowanie – „Łee!”, gdy okazało się, że linoskoczek ma zabezpieczenie. „O, jaka szkoda, że się nie zabił!” – mówiło jej spojrzenie. Przez moment towarzyszyłam tej pani, bo mnie zaciekawiła, ale chyba zauważyła kamerkę i przyspieszyła kroku. Nie zamierzałam jej gonić, aż tak interesująca nie była.

 

W końcu trafiłam na coś, co mnie uszczęśliwiło – stoliki pod kolorowymi parasolami i bufet zastawiony butlami z tęczowymi napojami, w których pływał lód.

Kolejka była spora, ale przesuwała się sprawnie. Niestety, kiedy byłam już blisko, odkryłam z rozczarowaniem, że nie wzięłam forsy. A niech to! Gdy grzebałam w kieszeniach, pojawiła się grupa dziwacznych, młodych ludzi. Wyglądali na artystów, którzy porzucili miejsce występów i przyszli się ochłodzić. Nie pytając nikogo o zgodę, wepchnęli się na czoło kolejki, tuż przede mnie.

– Hej, mała, jak nie możesz się zdecydować, to my weźmiemy napoje – powiedział jeden, odpychając mnie od lady. – Cztery z cytryną, proszę!

Miał pomarańczowe włosy związane w kucyk na czubku głowy i uważał, że to wystarczający powód, bym mu ustąpiła. Za nim wepchnął się drugi z dziesiątkami warkoczyków na głowie. Przed nich weszła dziewczyna, a potem jeszcze jedna, cała w jedwabiach. Byli starsi ode mnie, ale nie na tyle, bym mogła uznać ich za dorosłych. Nie wyglądali nawet na studentów, a zaledwie na bezczelnych licealistów. Jeśli chwilę wcześniej miałam zamiar odejść, to nagle zmieniłam zdanie. Ze śmieci wypełniających moje kieszenie wyłowiłam kilka groszy i położyłam je na ladzie, mówiąc:

– Szklankę wody, poproszę!

Dziewczyna, która serwowała napoje, nie robiła trudności. Nalała mi wody z plastikowego pojemnika, dorzuciła kostkę lodu i zgarnęła grosze, nawet ich nie licząc. Tamci musieli czekać.

Nie wiem, czy inni ich przepuścili, ale ja ze szklanką zimnej wody i uniesioną głową pomaszerowałam do klimatyzowanego wnętrza. Co za przyjemność!

Chwilę potem weszli i oni, rozgadani i roześmiani. Jeśli przez moment sądziłam, że będą na mnie źli, to się myliłam. Nawet mnie nie zauważyli. Nie istniałam dla nich, podobnie jak i reszta świata. Byli tylko oni.

– Trudno będzie wygrać – martwiła się dziewczyna jedwabny motyl. – Przyjechało tylu fajnych ludzi!

– E tam – machnął ręką pomarańczowy. – Wszystkim damy radę! To będzie numer stulecia!

– Myślisz, że nikt się nie zorientuje? – zaniepokoiła się ta druga.

– Bez obaw.

Z zainteresowaniem przysłuchiwałam się rozmowie. To nie moja wina, że gadali tak głośno. Lubili zwracać na siebie uwagę i to nie tylko wyglądem. Chyba w ogóle lubili być w centrum uwagi, a ja nie miałam nic przeciwko temu, by się gapić i słuchać. Nawet włączyłam kamerkę, żeby ich nagrać, ale z zaplecza wyłonił się kelner i zasłonił mi widok. Niósł na tacy szklanki i dzbanek lemoniady, ale chyba dopiero wprawiał się w tej sztuce, bo szkło niepokojąco podzwaniało. W dodatku nie patrzył pod nogi i gdy przechodził obok środkowego stolika, zaplątał się w paski rozrzuconych toreb i plecaków. Tylko na moment stracił równowagę, ale wystarczyło, by z tacy wszystko się zsunęło i poleciało na ziemię.

Pomarańczowy wykazał się niezłym refleksem – chwycił lecący dzbanek z lemoniadą. Zaimponował mi. Niestety, szklanek nie dał już rady ocalić. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Kamerka pracowała, robiąc zbliżenie na pobojowisko.

– Nic się panu nie stało? – spytałam kelnera.

– Nie, w porządku – jęknął. – Zaraz to sprzątnę, a wy przenieście się, proszę, na taras na zapleczu. Tylko ostrożnie, żeby się nie skaleczyć.

Taras był raczej tarasikiem, a stół był tam tylko jeden.

Moja szklanka była już prawie pusta i zdrowy rozsadek podpowiadał, żeby dopić resztę i spadać. Sama nie wiem, czemu zostałam. Poszłam na taras i usiadłam na skraju ławki, czekając na ciąg dalszy, bo nie miałam wątpliwości, że jakiś nastąpi. Ale jeśli liczyłam na grymasy młodych artystów, to przeczucie mnie zmyliło. Owszem, skupili na mnie uwagę. Chociaż nie tyle na mnie, co na mojej kamerce.

– Hej, czy my się znamy? – spytał pomarańczowy, marszcząc brwi.

Pokręciłam głową. Ja w każdym razie widziałam go pierwszy raz w życiu.

– Mam wrażenie, że gdzieś już cię spotkałem – podrapał się po kolorowej głowie. – No cóż, starość nie radość, skleroza już daje się we znaki. Ale bez obaw, przypomnę sobie.

Dziewczyna w jedwabiach zdecydowała się mu pomóc i spytała:

– Bierzesz udział w festiwalu?

Znów pokręciłam głową.

– A w konkursie talentów?

– Też nie! – mruknęłam, wzruszając ramionami.

Właściwie nie miałam o czym z nimi gadać. Powinnam pożegnać się i wyjść. Zamiast tego powiedziałam:

– Rodzice prowadzą obóz naukowy dla studentów archeologii i jestem tu z nimi.

– Archeolodzy? – zainteresował się ten z warkoczykami. – To tacy, co szukają skarbów?

– O ile skarbami jest osadnictwo prehistoryczne! – zaśmiałam się.

Chłopak z miejsca stracił mną zainteresowanie, ale dziewczyna w jedwabiach była szczerze zaciekawiona.

– Możemy przyjść i popatrzeć? – spytała.

– Nie bardzo, bo kręcący się przy stanowiskach ciekawscy są utrapieniem archeologów – mruknęłam, ale widząc jej rozczarowaną minę, uległam: – Ale czemu nie. Przyjdźcie, jak chcecie!

Co ja w ogóle wygaduję! Mama mnie zabije.

– Dzięki – uśmiechnęła się.

Znowu miałam okazję, by się ulotnić, ale siedziałam jak przymurowana. Może dlatego, że ten pomarańczowy cały czas skupiony był na mojej kamerce. Coś mu świtało, ale jeszcze nie wiedział co. Ja – owszem. Jakiś czas temu studenci zrobili ze mną krótki wywiad i wrzucili go do sieci. Pewnie tam mnie widział.

– Mogę zobaczyć? – spytał, wyciągając łapę po kamerę.

– Nie! – warknęłam.

Cofnął rękę, ale w tym momencie zauważył logo – postać gąski – i załapał.

– Już wiem, skąd cię znam! – zawołał. – Z YouTube’a! Jesteś Balbina i robisz filmiki Balbina, czo robisz?

– Patrzę! – zawołałam uszczęśliwiona, bo o to mi chyba chodziło. Żeby mnie rozpoznał.

No proszę. Jestem sławna!

Większość moich scenek to banały. Raczej niewarte uwagi, ale w sieci cieszą się powodzeniem. Dla moich koleżanek ze szkoły są okazją do kpin, więc teraz też spodziewałam się jakiejś durnej opinii. Ale zdziwiłam się. Cała czwórka wymieniła się znaczącymi spojrzeniami, a pomarańczowy zawołał:

– Super!

Zdumiewające! Czyżby imponowało im coś, co ja traktowałam jak zabawę? Na to wyglądało. Z miejsca postanowili się ze mną zaprzyjaźnić.

– Jestem Szymon, a to Ella, Mirka i Jarek – przedstawił pomarańczowy swoją grupę.

Tak jak się domyślałam, byli początkującymi artystami, a w zasadzie tylko Ella, ta w jedwabiach malowanych w motyle. Była iluzjonistką, pozostali jej tylko asystowali. Pomarańczowy, czyli Szymon, był kimś w rodzaju managera, bo z przejęciem opowiadał o nadziejach, jakie wiążą z festiwalem, i o nagrodach, jakie można wygrać w konkursie.

– Główna, poza satysfakcją, to film reklamowy – wyjaśniał z zapałem: – O coś takiego warto zawalczyć. To bardzo skuteczny sposób, by zaistnieć, co nie?

Zaczęłam się obawiać, że chce czegoś ode mnie i mojej kamerki, ale nie. Nawijał bez chwili przerwy, poruszając nawet kwestie pozafestiwalowe:

– Mamy jeden problem. Odkąd przyjechaliśmy, ktoś niepokoi Ellę. A to dziwny telefon, a to anonim wsunięty pod drzwi albo ogryzek na wycieraczce. Niby to głupstwa, ale denerwujące. Zgłosiłem to organizatorom, ale mają nas w nosie.

– Przesadzasz – wzruszyła ramionami Ella. – To tylko wygłupy!

Nie wyglądała na wystraszoną, raczej na rozbawioną, ale Szymon się upierał:

– Ktoś chce cię przestraszyć, a przynajmniej rozproszyć twoją uwagę. A co będzie, jak się zdenerwujesz, wykonasz zły ruch różdżką i zamienisz kogoś w żabę?

Tym razem roześmiali się wszyscy. Ja również. I sama nie wiem, jak to się stało, że spytałam:

– Mogłabym to nagrać?

– Co? – nie zrozumiał.

– Jak Ella zamienia kogoś w żabę!

To miał być taki żarcik, ale oni potraktowali go całkiem poważnie.

– Czemu nie! – zgodziła się od razu Ella, a Szymon rozłożył ramiona.

– Dziewczyno, spadłaś nam z nieba! – powiedział. – To jest świetna myśl! Pochodzisz, ponagrywasz, a jak znów coś się wydarzy, ty będziesz miała temat, a my dowód!

Patrzyli na mnie z wyczekiwaniem.

Rety, jaka byłam dumna! Jeśli zwlekałam z odpowiedzią, to tylko po to, by ponapawać się chwilą. Nie musiał mnie namawiać. Już wyobraziłam sobie filmik o dziewczynie motylu i kimś, kto jej wchodzi w paradę. Myśl nie zdążyła się jeszcze zagnieździć w głowie, a kamera już była włączona. A że pierwsza zasada łowcy ulicznych scenek brzmi: nie zwlekaj i jak najszybciej przystępuj do działania, od razu skierowałam kamerkę na Ellę.

– Oto dziewczyna, która zamierza zdobyć główną nagrodę festiwalu street artu. Ale ktoś chce jej w tym przeszkodzić – zniżyłam głos. – Ciekawe kto? Czy jest ktoś, kogo podejrzewasz?

Zamrugała, zaskoczona, a Szymon zerknął na zegarek.

– A niech to! – wykrzyknął. – Mamy dzisiaj występ, a przed nami jeszcze próba. Musimy lecieć. Czas nas goni.

– Tak? – zdziwił się Jarek, ale sekundę później klepnął się w czoło. – Ano racja, zapomniałem. Zwijamy się, ludzie!

Ruszyli do wyjścia, jakby już byli spóźnieni. Dopiero przy drzwiach Szymon obejrzał się i zawołał:

– Przyjdź na przedstawienie. Może się wydarzyć coś, co warto uwiecznić. To na razie!

Wsiedli do starego samochodu, wymalowanego w przedziwne wzory. Szymon musiał mieć już osiemnaście lat, skoro mógł prowadzić. I już ich nie było.

Siedziałam jeszcze chwilę, zastanawiając się nad tym, co się wydarzyło. Kilka minut temu mogłam spodziewać się wszystkiego, ale nie tego, że ci kolorowi ludzie potraktują mnie jak kumpelkę. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Sprawiali wrażenie lekko ześwirowanych i nie do końca im wierzyłam, ale z drugiej strony należałam trochę do ich świata. No i podobała mi się ich propozycja. I tak nie miałam nic lepszego do roboty. Wychodek pana Wojtka nie fascynował mnie w najmniejszym stopniu.

– Może dowiem się, jak Ella robi te swoje sztuczki – powiedziałam do kamerki, a ona błysnęła światełkiem, potwierdzając gotowość do działania.

Niestety w pośpiechu, z jakim wyparowali, nie zdążyli podać mi namiarów na siebie. Na szczęście z plakatów dowiedziałam się, że wstępne eliminacje zaczynają się o siedemnastej na dziedzińcu miejskiego kina.

– No to do zobaczenia!

Droga powrotna dała mi się we znaki, bo gospodarstwo pana Wojtka znajdowało się na dalekich przedmieściach. Szłam i szłam, a gdy w końcu dotarłam, studenci byli już zakwaterowani i jedli obiad przygotowany przez gospodarza.

– No i co? Udało się coś złowić? – mlasnął Stefan.

Pokazałam mu panią rozczarowaną faktem, że linoskoczek nie skręcił sobie karku.

– Dobre, ale za krótkie – orzekł. – Może uda ci się znaleźć coś jeszcze w tym stylu i pokazać, że nie jesteśmy tacy miłosierni, jak lubimy o sobie myśleć!

Uznałam, że to dobry pomysł i że jutro poprzyglądam się twarzom widzów. Może takich, jak ta pani, jest wśród nas więcej. Potykającego się kelnera już mu nie pokazałam, bo burczało mi w brzuchu, a na półmiskach nie było prawie nic. Zaczęli beze mnie.

– Myśleliśmy, że wrócisz później – przyznała mama bez specjalnych wyrzutów sumienia. – Ale nie martw się, coś tam dla ciebie zostało. Leć myć ręce i siadaj!

Rzeczywiście, z dna garnków udało się wyskrobać całkiem solidną porcję.

– Jedz i rośnij! – zaśmiał się pan Wojtek.

Jedzonko było pycha, a on przypominał kwokę, która rozkłada skrzydła nad stadem kurczątek. Bardzo przejmował się wizytą archeologów. Oddał im do dyspozycji swój dom i obiecał, że będzie gotował, żeby nie odrywali się od pracy. Podczas deseru przysiadł się do stołu, gotów odpowiedzieć na wszystkie pytania.

– Niech pan opowiada od początku – poprosiła mama.

– Jeśli od początku, to zacznę od historii, którą słyszałem, gdy byłem chłopcem. A wy sami ocenicie, czy to się wiąże ze znaleziskami na polu.

– Niech będzie – zgodziła się mama. – W ludowych przekazach kryje się mnóstwo informacji. Może na coś się przydadzą.

– Ród Niemorowskich był od dawien dawna właścicielem okolicznych ziem – zaczął. – W dziewiętnastym wieku zapanowała wśród bogaczy moda na szukanie skarbów. Jeździli do Grecji, Egiptu, Mezopotamii albo innych miejsc i szukali starożytności. Tutejszy hrabia nie musiał nigdzie jeździć, bo wszystko, co trzeba, miał na miejscu, we własnym majątku. Odkopał pradawną świątynię z posągami bogów, które, o zgrozo, miały po cztery twarze na jednej głowie i tajemne znaki na cokołach.

Pan Wojtek zrobił dramatyczną pauzę, by sprawdzić, czy go słuchamy. Słuchaliśmy jak nie wiem co. Tata aż odłożył łyżkę.

 

– Gdzie jest ta świątynia? – spytał, gotów biec tam natychmiast.

Pan Wojtek rozłożył ręce.

– Tego niestety nie wie nikt. Pewnego dnia znaleziono hrabiego martwego, a rodzina, bojąc się wiecznego potępienia, kazała zasypać świątynię, notatki spalić, a świadkom wyrzucić wszystko z pamięci na wieki wieków. I tak się stało. Przez ponad sto lat nikt nawet nie wspomniał o hrabim i jego odkryciu. Czasami tylko jakaś babka przemyciła w wieczornej opowieści strzęp informacji o tamtych wydarzeniach, ale zawsze szeptem i po zapewnieniu, że nikt nigdy nikomu… Nie pozostał ślad, a przynajmniej żadne konkrety. Ale na naszym polu zawsze coś wyłaziło na wierzch podczas orki. Dziadek wyrzucał znaleziska do rzeki, ojciec zanosił do nauczyciela albo urzędu, ale wszystko ginęło. Ja co znajdę, chowam do skrzyni. Ale gdy w zeszłym roku pod traktorem zarwała się ziemia i wpadłem w rozpadlinę, uznałem, że pora coś z tym zrobić. W miejscu rozpadliny ustawiłem stary wychodek, by nikt tam nie grzebał, i zacząłem czekać na was.

– A grzebał pan tam trochę? – spytał jeden ze studentów.

– Wlazłem tam, oczywiście, ale tylko raz – zastrzegł. – I więcej nie wejdę!

– A co tam jest? – dopytywał z ciekawością Stefan.

– Sami zobaczycie – mruknął gospodarz.

– Myśli pan, że stare opowieści i pana odkrycie mają ze sobą jakiś związek? – padło niepewne pytanie któregoś ze studentów.

– Tego nie wiem – mężczyzna wzruszył ramionami. – Może ma, może nie. Dlatego zawiadomiłem was. Być może to coś ważnego. Teraz mogę wam pokazać wcześniejsze znaleziska.

Mówiąc to, zdjął ceratę ze skrzyni stojącej w rogu kuchni, odsłaniając jej zawartość. Wszyscy zgromadziliśmy się wokół niej. Mama aż westchnęła na widok kamiennych figurek, pięknie wymytych i ułożonych starannie według wielkości. Były mniej lub bardziej dopracowane, ale miały jedną cechę szczególną – duże głowy i po cztery twarze każda. Jako dziecko archeologów, wychowane na wykopaliskach, wiedziałam jednak od razu, że skarby pana Wojtka nie mają żadnej wartości naukowej. Bez opisu, gdzie i w jakiej warstwie ziemi zostały odkryte, nawet najbardziej sensacyjne znaleziska pozostaną tylko ciekawostkami, niczym więcej.

Jednak po oczach rodziców widziałam, że zwietrzyli trop. Byli jak myśliwi, którzy nie odpuszczą i niezwłocznie ruszą jego śladem.

– Jeszcze dzisiaj zaczynamy pracę! – oznajmił tato. – Oczyścimy teren z krzewów i dobierzemy się do poziomu gruntu.

Nic bardziej nie pobudza do działania jak tajemnica. Studenci łykali w pośpiechu ciasto i odsuwali krzesła. Nikt nie musiał ich poganiać.

– A ty co planujesz? – zagadnęła mnie mama. – Pytam na wypadek, gdybyś miała ochotę nam pomóc.

Już dawno ustaliliśmy zasadę, że podczas wakacyjnych wyjazdów mam zagwarantowaną wolność. Muszę tylko wracać na posiłki i na noc, i być pod telefonem. Praca przy wykopaliskach to nie moja działka. Jednak nie chciałam, by mama pomyślała, że lekceważę to, co robią.

– Chętnie pomogę, ale na piątą jestem umówiona – powiedziałam. – Idę na pokazy iluzjonistów.

– O wpół do piątej będziesz wolna! – obiecała. – W szopie widziałam rowery. Pan Wojtek na pewno ci jeden pożyczy.

– Nie ma problemu – potwierdził gospodarz.

Tak więc po obiedzie zamiast wypoczywać, ruszyłam na pole, by oczyszczać z zielska miejsce wyznaczone pod wykop.

– Nie wygląda to dobrze – mruknęłam na widok kamiennej sterty porośniętej krzakami, ostami, pokrzywami i nie wiadomo czym jeszcze.

– Jak to zedrzemy, zabierzemy się za prawdziwą archeologię – dodał wszystkim otuchy tata.

– No to do roboty! – studenci zakasali rękawy i zabrali się do pracy.

Panował skwar, a oni wyrywali chwasty i cięli krzewy, jakby słońce wcale nie piekło.

– Już wiem, dlaczego pan Wojtek ściągnął archeologów – szepnęłam. – Potrzebował jeleni do uporządkowania pola.

Nie czuję się archeologiem – dla mnie chaszcze zawsze będą tylko chaszczami. Studenci chichotali, ale po cichu, żeby nie psuć dobrego nastroju. Rodzice pracowali z pełnym zaangażowaniem, dając przykład młodym. Ja robiłam, co mogłam, żeby wytrwać do wpół do piątej. A gdy w końcu mogłam zająć się swoimi sprawami, okazało się, że obiecany rower jest gratem nienadającym się do jazdy. Z niedowierzaniem wpatrywałam się w zwisający łańcuch i koła bez powietrza. O nie! Do przedstawienia zostało mniej niż pół godziny, a do miasta kawał drogi.

– Naprawi się! – machnął ręką pan Wojtek. – Na jutro będzie gotowy!

– Ale ja potrzebuję dzisiaj dostać się do kina.

– Bez obaw. Właśnie jadę po dętki i inne części, to cię podrzucę.

Poleciałam wziąć prysznic i po chwili byłam gotowa.

Do miasta prowadziła porządna dwupasmówka, ale nikt poza nami z niej nie korzystał. Była całkiem pusta.

– Odkąd zbudowali obwodnicę, rzadko pojawiają się tu samochody – wyjaśnił pan Wojtek. – Możesz śmiało jeździć rowerem, nic ci nie grozi. Jedyne niebezpieczne miejsce to stary zajazd. Zaraz będziemy obok niego przejeżdżać.

– Stary zajazd? – zainteresowałam się.

– Jest nawiedzony!

Zaśmiałam się, pewna, że to żart.

– Żadne śmichy-chichy – obruszył się pan Wojtek. – W tym miejscu znaleziono martwego hrabiego i od tej pory ludzie wierzą, że to diabelskie miejsce. Podobno ten, kto zostanie tu na noc, umiera.

Ciary przeszły mi po plecach.

– Serio? – spytałam.

Wzruszył ramionami.

– Ja w to nie wierzę, ale ludzie opowiadają różne rzeczy. Chociaż jak dokładniej ich wypytać, to pamiętają tylko zdechłego lisa!

Zaśmiałam się niepewnie.

Minęliśmy las i wiadukt kolejowy.

– O, to tutaj! – pan Wojtek lekko przyhamował, bym mogła rzucić okiem na zarośla, zza których widoczny był tylko dach, pełen wronich gniazd.

– Obecny zajazd został zbudowany przed wojną, ale powstał na fundamentach starszego, który spłonął, a tamten postawiony był w miejscu jeszcze starszego. W sumie można powiedzieć, że stoi tu od niepamiętnych czasów. Co ciekawe, jeszcze do niedawna działał i miał sporo klientów, tyle że nikt nie zatrzymywał się tu na noc z powodu tych bajd. Przed północą wszyscy zmykali do domu, łącznie z właścicielem.

– Wpisuję zajazd na listę miejsc wartych obejrzenia – stwierdziłam. – Oczywiście nie dzisiaj, ale któregoś dnia zajrzę tu na pewno.

– Nie radzę. W ogóle niepotrzebnie ci o tym powiedziałem – zmartwił się mój przewodnik. – Z takimi przeklętymi miejscami nigdy nic nie wiadomo.

– Proszę się nie obawiać! – uspokoiłam go. – Na noc nie zostanę, a od oglądania nikt chyba jeszcze nie umarł.

Wzruszył ramionami

– Któregoś dnia zbiorę was wszystkich i oprowadzę – obiecał. – Ale sama tu nie przychodź! Licho nie śpi!

Ciekawe, czy wiedział, że Licho to imię pogańskiego demona, który uprzykrzał ludziom życie. Miał nawet swoją świątynię w miejscu zwanym do dziś Licheniem.

Zajechaliśmy na miejsce.

– Dalej musisz iść sama, bo to strefa tylko dla pieszych. Jak dojdziesz do końca ulicy, zobaczysz kino!

– Dziękuję!

Ruszyłam środkiem deptaka. Tak jak przed południem, wypełniał go kolorowy tłum, a pośród niego artyści, zjednujący sobie sympatię turystów, co mogło okazać się bezcenne w chwili głosowania. Rozglądałam się, ale nie dostrzegłam Elli wśród występujących. Zatrzymałam się przy chłopaku odbijającym nogą piłkę i podziwiałam, jak sprawnie mu to idzie. Ktoś liczył:

– 554, 555, 556…

No, no!

Dotarłam do kina. Pan Wojtek miał rację, że nie da się go nie zauważyć. Dziwne, że wcześniej ominęłam ten budynek. Może dlatego, że nie był duży, ale za to najdziwniejszy, jaki w życiu widziałam. Miał wszystko, co w architekturze wymyślono: rzędy kolumn, dach zwieńczony kopułą, wieżyczki, marmurowe schody i mnóstwo trudnych do nazwania zakrętasów i ozdobników. Błądziłam wzrokiem po murach tego dziwadła, gdy usłyszałam:

– Starzy bogowie nie odeszli. Ciągle są wśród nas i zmuszają do zadziwień!

Obejrzałam się.

Na ławce siedział gość, który przed południem, ubrany w suknię, snuł opowieści o klątwach i końcu świata. Kamerka w kieszeni aż wibrowała, zmuszając, bym ją wyjęła, ale nie wiedziałam, jak facet zareaguje, gdy zacznę go filmować. Wyglądał w miarę normalnie, jednak było w nim coś dziwacznego. Trzymał w garści jasnozielone ulotki i rozdawał je tym, których sobie upatrzył. Mnie też dał jedną. Wzięłam, bo bałam się, że rzuci na mnie klątwę, gdy odmówię. Zdecydowana byłam cisnąć ją do najbliższego kosza, ale jego przenikliwy wzrok zmusił mnie do zapoznania się z jej treścią od razu. Było to zaproszenie na spektakl.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?