Odzyskana niepodległośćTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kazimierz Szymeczko

Pielgrzymka w intencji Polski

POWSTANIA ŚLĄSKIE

Zeflik przyglądał się starszemu bratu z zaciekawieniem i lękiem. Antek siedział na niskim taborecie z głową między kolanami. Z rozbitego nosa do węglarki wolno skapywały krople krwi, barwiąc grudki czarnego złota na czerwono.

– Po co łaziłeś na skróty! Nie wiesz, że po zmroku łatwo oberwać? – matka zmieniła synowi zimny kompres na szyi.


– Nie będę z powodu Niemców przemykał bocznymi drogami. Tu mieszkam, tu pracuję. Ulica tak samo moja jak ich – pociągnął nosem i splunął krwią.

W drzwiach stanął najstarszy z braci, Franciszek.

– Już wszystkie sąsiadki gadają, że Antek stoczył dziś walkę z dywizją Freikorpsu. Pokaż się! – bezceremonialnie złapał brata za nos i poruszył nim na boki.

– Auuu! Boli!

– Nie jest złamany. Do wesela się zagoi. Jutro będziesz miał sińce pod oczami. A zęby?

– Dwa się ruszają, ale nie są złamane ani wybite.

Matka poprzesuwała garnki na piecu i zalała zioła w garnuszku.

– Jak się zaparzy, płucz usta i przyłóż szmatkę na nos. Po co łazisz w pojedynkę po ciemnych ulicach?!

– Mamo, tyle lat czekaliśmy na niepodległość i na Polskę, a teraz mamy odpuścić? – jęknął Antoni.

– Prawda. Gdyby ojciec żył, powiedziałby to samo. Niemcy przegrali wojnę i trzeba kuć żelazo, póki gorące. Śląsk powinien zostać przyłączony do Polski. Możemy być regionem autonomicznym, województwem, krainą geograficzno-historyczną. Nazwa jest drugorzędna, ale w granicach państwa polskiego. Prusaków mieliśmy na karku ponad sto lat. Wystarczy.

Zeflik pokiwał głową, ale nie odezwał się. Atmosfera w kuchni, jak i w całej okolicy, była napięta, a nie chciał oberwać ścierką po plecach. Ojciec zginął w katastrofie górniczej jeszcze przed wielką wojną. Był z tych Ślązaków, którzy zawsze opowiadali się za przyłączeniem ich regionu do Polski. Tak wychował synów. Po jego śmierci Francik, mimo młodego wieku, dostał pracę w kopalni i przejął rolę głowy rodziny. Potem robotę podjął jeszcze Antek i znowu, po kilku trudniejszych latach, zaczęli jako tako żyć. Zeflik nie mógł się doczekać dnia, gdy spakuje do torby butelkę z kawą zbożową i dwie złożone kromki chleba. Pocałuje matkę w czoło i ruszy na pierwszą szychtę. Po wyjeździe z kopalni pójdzie z dorosłymi do domu. Będzie niósł okrawek pieńka owiązany sznurkiem – kawałek drewna przysługujący każdemu górnikowi jako darmowa rozpałka. Może nawet ktoś poczęstuje najmłodszego gwarka papierosem…

– Co się tak rozmarzyłeś? – spytał najstarszy brat.

– Nic. Myślę, czy kopalnia będzie polska, czy niemiecka? Po plebiscycie niby wiadomo, jak będzie przebiegała granica państwa. Jesteśmy już w Polsce. Prawda?

– Może się okazać, że będziemy mieszkali w Polsce, a do pracy będziemy chodzili do Niemiec. Zabrze, Gliwice, Bytom – miasta z kopalniami i hutami przypadną im, a dla nas zostaną hałdy, na których będziemy kopali biedaszyby i wypasali kozy – prychnął średni brat.

– To się jeszcze okaże. Były już dwa powstania… – rzucił mimochodem pierworodny.

– I wystarczy. Mało ludzi poginęło? – przerwała matka.

– Francik, opowiedz o Pawle Kulpoku – poprosił dwunastolatek.

Brat popatrzył na wszystkich, westchnął i zaczął snuć opowieść:

– Krótko po wojnie, może wiosną 1919 roku, Paweł Kulpok wracał wieczorem do domu. Nagle zaszło mu drogę trzech rosłych facetów. Zapytali go, czy jest Polakiem, czy Niemcem. Nie interesowało ich, że jest przede wszystkim tutejszym Ślązakiem. Mówili płynnie po polsku, więc na wszelki wypadek odpowiedział, że jest Polakiem. No i bęc! Oberwał po gębie, bo to byli Niemcy. Idzie dalej, idzie z podbitym okiem, a tu zza rogu wyłazi następna trójka i zadaje mu to samo pytanie. Mówili z lekkim akcentem, więc Kulpok przemyślał sytuację i powiedział, że jest Niemcem. I znowu dostał po pysku, bo to byli Polacy. Idzie dalej, gały podbite, ledwie nogami powłóczy, a tu zatrzymuje go jeszcze inna trójka patrolowa. „Polakiem jesteś czy Niemcem?”. Kulpok machnął ręką i odpowiedział krótko: „Bijcie, jak musicie, bo i tak nie zgadnę, co chcecie usłyszeć”. Tylko raz go trzepnęli w ucho i poszli szukać innych ofiar. Puścili go prawie wolno, bo już nie miał trzeciego oka do podbicia.

Wszyscy się roześmieli, choć słyszeli opowiastkę nie po raz pierwszy.

Antek odezwał się spod nasączonej ziołami szmatki nałożonej na czoło i nos.

– Właśnie z powodu takich bijatyk, prześladowań i powojennej biedy wybuchło pierwsze powstanie. Zaraz po aresztowaniu przywódców Polskiej Organizacji Wojskowej ludzie poszli się bić. Niemcy musieli ogłosić amnestię i wypuścić z więzień naszych działaczy.

– Tym z Mysłowic życia to nie wróciło – burknęła matka.

Zeflik wiedział, że chodzi o siedmiu górników, dwie kobiety i chłopca w jego wieku zastrzelonych, gdy pracownicy weszli na teren kopalni i upomnieli się o zaległą wypłatę.

– Idziecie na podwórko? – spytał Francik. – Słyszę skrzypce i organki.

– Dzisiaj nie pośpiewam. Gdybyś widział Gustlika, to powiedz mu, że musimy porozmawiać.

Najmłodszy postanowił zostać w domu, ale zapamiętał, że bracia mają sprawę do przedsiębiorczego sąsiada. August zasłynął tym, że przez kilka tygodni wracał z pracy na rowerze. Był górnikiem w kopalni w Szombierkach i codziennie legitymowano go na tymczasowej granicy. Niemcy zwracali na niego szczególną uwagę, bo na bagażniku woził worek z ziemią. Straż graniczna postarała się o sita do przesiewania urodzajnej gleby, którą Gustlik woził, jak twierdził, do ogródka. Nigdy nie znaleźli niczego nielegalnego. Po dwóch miesiącach wożenie ziemi skończyło się, bo jeden z celników doznał olśnienia. Młody górnik do pracy chodził pieszo, a wracał rowerem. Skupował je po niemieckiej stronie i sprzedawał z zyskiem w Polsce. Zaopatrzył wszystkich znajomych i potrzebujących, a ludzie jeszcze długo śmiali się z pograniczników, którzy szukali przemycanych w glebie małych przedmiotów, a nie widzieli szmuglowanego na ich oczach pojazdu.

W familoku mieszkało sześć rodzin. Podwórko pełniło funkcję placu zabaw i miejsca spotkań. Między domem, komórkami na węgiel, śmietnikiem a ubikacjami toczyło się życie towarzyskie. Popołudniami chłopcy kopali szmaciankę, a ostatnio częściej bawili się w powstanie. Jeden był Zgrzebniokiem, drugi Korfantym, a młodsi – Niemcami. Jeśli się mazali i nie chcieli walczyć, to na otarcie łez mogli udawać Piłsudskiego albo Witosa. Zeflik nie miał pretensji do komendanta i premiera, że nie pomagają powstańcom. W zabawie mogli być po ich stronie, a nawet walczyć na pierwszej linii. W rzeczywistości było trudniej, bo odrodzona Polska dopiero co zakończyła wojnę z bolszewicką Rosją. Zdarzało się, że Ślązacy zgłaszali się na ochotnika do polskiego wojska, ale większość pilnowała tymczasowych granic młodego państwa. W dodatku od południa zagrażali Polakom Czesi, którzy chcieli przejąć jak największą ilość terenów na Śląsku Cieszyńskim.

Dziewczyny nie brały udziału w zabawie. Obraziły się, gdy Zeflik zaproponował im, że mogą być krowami Korfantego. Po plebiscycie okazało się, że nie było żadnych krów w nagrodę za oddanie głosu na Polskę. Obietnica wyborcza śląskiego polityka zamieniła się w powiedzonko „krowy Korfantego”. Salomonowym wyrokiem w zabawach powstańcami byli gospodarze podwórka, a Freikorpsem koledzy z sąsiednich familoków.


Wieczorem na ławkach pod domem rozsiadła się kawalerka. Tym razem bez śpiewu i muzyki. Na opowiadania o utopcach i skarbnikach też się nie zapowiadało. Gospodynie rozlokowały się po drugiej stronie podwórka. Zeflik posłuchał chwilę plotek i narzekania na terror i drożyznę i cicho podszedł do braci i ich kamratów.

– Wiadomo, że broni nigdy za wiele. Ta, która została sprawdzona, jest schowana w bezpiecznym miejscu. Naoliwiona, owinięta w szmaty i w każdej chwili gotowa do użycia – streszczał Karol mieszkający na piętrze.

– A te dwa mauzery, które miałeś wypróbować? – spytał cicho Antek.

– No… Porządna wojskowa broń. Ale wszystko się zużywa – dodał po chwili.

– Karlik, co ty opowiadasz? Da się ich użyć czy nie? – zdenerwował się Gustlik.

– Jeden znosi w prawo, lekko w górę, drugi jeszcze gorzej, bo raz trafia wyżej, raz niżej – rozłożył ręce sąsiad.

– Może ci, którzy je testowali, nie potrafili trafić trzy razy w środek tarczy. To dobrzy strzelcy i zaufani ludzie? – Francik przypalił papierosa i podał papierośnicę kolegom.

– Ręczę za nich. Powiedzieli, że broń jest trochę rozklekotana i przydałby się dobry rusznikarz. Nie potrafią sami wyregulować celności.

– Trudno. Brakuje fachowców od napraw, więc karabiny przekażemy na drugą linię. Przydadzą się wartownikom. Szkoda – Franciszek pokiwał głową.

– Mamy większy problem – odchrząknął Gustlik. – Pamiętacie ten karabin maszynowy, który przeszmuglowałem jeszcze przed plebiscytem? Oryginalny maxim 1908. Był tani, więc uznałem, że warto zainwestować. Wiem już, że strzela.

– Celnie? – spytał Karlik.

– Oczywiście! Nie sprowadzam byle czego. W dodatku za pieniądze ze składek.

– No to w czym problem? – Antek spojrzał groźnie spod podbitych oczu.

– Pojedynczo strzela. Ewentualnie krótkimi seriami. Po trzy, cztery naboje.

Wszyscy wstali jak na komendę. Franciszek złapał niefortunnego przemytnika za klapy.

– Wiesz, dlaczego ciężki karabin maszynowy nazywa się tak, jak się nazywa? Powiem ci: bo jest ciężki, bo jest karabinem i dlatego, że jest maszynowy, czyli strzela seriami.

 

– 250 nabojów na taśmie. Szybkość teoretyczna 500 strzałów na minutę – Antoni uśmiechał się uprzejmie, ale jego wzrok nie wróżył niczego dobrego.

– Do jutra znajdę jakieś rozwiązanie. Na początek wystarczy postarać się o adres dobrego ślusarza. Może to mała usterka – wił się August.

– Niech cię wszyscy święci Pańscy mają w swojej opiece. Masz mało czasu. Powstanie może wybuchnąć już w maju. Za dwa, trzy tygodnie – warknął Karol.

– Cicho. Za dużo gadamy – Francik usiadł na ławce.

Zeflik wolno wycofał się stronę kobiet, które śpiewały o głębokiej studzience, w której Kasia wypatrywała odbicia swego ukochanego.

Rok szkolny zaczynał się z początkiem kwietnia. Podobno po wytyczeniu granic województwa śląskiego miało się to zmienić. Póki co szkoła powszechna otwierała nowe klasy wiosną, po świętach wielkanocnych, a wakacje planowała na okres żniw. Dla Zeflika nie była to duża różnica, ale rodziny, które utrzymywały się z rolnictwa lub łączyły pracę w przemyśle z uprawianiem pola, były zadowolone z takiego rozkładu zajęć. Chłopiec siedział przy kuchennym stole i rozwiązywał zadanie z matematyki. Rozmyślał, czy to możliwe, że Niemcy będą próbowali wprowadzić w szkołach swój język. Pewnie tak, skoro pod zaborami chcieli wymazać polską mowę i tradycję. Dwa zamachy na pierwszego proboszcza tutejszej parafii świadczyły o tym, że Prusacy łatwo nie ustąpią. W miasteczku był kościół, szkoła, chór, koła parafialne, a od niedawna klub sportowy. Wszystko, co mogło służyć Polsce i Śląskowi, było pielęgnowane i rozwijane. Germański kulturkampf nie miał tu zbyt wielu zwolenników. Ale na razie Górny Śląsk ogłoszono terytorium neutralnym, które nie należy do żadnego kraju. Po plebiscycie niewiele się wyjaśniło, bo żadna ze stron nie była zadowolona z jego wyniku. Trzecie powstanie wydawało się nieuniknione.-

August wszedł do kuchni, pochwalił Boga i powiesił czapkę na drzwiach.

– Synowie jeszcze w robocie?

– Powinni być lada chwila – odpowiedziała matka. – Zjesz z nami?

– Chcę im tylko przekazać wiadomość.

– Powiedz mnie – szepnął Zeflik. – Oni mogą wrócić z pracy za godzinę lub dwie, a ja wiem o karabinach i tym uszkodzonym ckm-ie. Wszystko mi opowiedzieli – skłamał.

– To nieostrożne! Wyjdź na podwórko.

Po chwili stali przy gołębnikach.

– Powiedz starszym, że znalazłem zawodowego rusznikarza. Na wojnie stracił nogę, więc nie można go tutaj sprowadzić, ale zgodził się wziąć broń na warsztat za darmo i w pierwszej kolejności. Wystarczy, że ją dostarczymy.

– Gdzie mieszka? – spytał chłopiec.

– W centrum Bytomia, ale i na to jest sposób – Gustlik cmoknął z zadowoleniem.

– Tam się roi od Niemców. Karabin maszynowy to nie pistolet. Do kieszeni go nie schowasz! Jeśli choć jedna osoba zauważy, zawiadomi innych, tamci jeszcze innych, a potem francuskie wojsko z komisji międzynarodowej, a na końcu…

– Nic się nie martw. W najbliższą niedzielę z sąsiedniej parafii idzie pielgrzymka do Piekar. Wybierzemy się z nimi.

– Jak to? Do sanktuarium z maximem? – oczy Zeflika robiły się coraz większe.

– Będą nieśli sztandary, obrazy przybrane wstążkami, figurki świętych na platformach. Wizerunków i ozdób prawie jak na Boże Ciało. W takim tłumie przeszmuglowanie kilku karabinów to nie problem. Zapamiętasz?

– Jasne… Zabierzecie mnie?

– Dojdziesz?

– Pewnie!

– Zobaczymy jeszcze. Idę obgadać szczegóły. Kościelny obiecał, że mi pożyczy figurę świętej Barbary albo Jana Nepomucena.

Ledwie August zniknął za rogiem, na podwórko weszli Francik i Antek.

– W niedzielę idziemy z procesją do Piekar – powitał ich brat.

– A po co? – zdumiał się najstarszy.

– Żeby po drodze zostawić broń u rusznikarza. Przeniesiemy karabiny razem z figurą. Gustlik mi wszystko wytłumaczył. Skoro już wiem o wyprawie, to idę z wami, prawda?

Antek siadł na schodkach i pokręcił głową.

– Słyszałem, że przy kościelnych pochodach trafia się drobny przemyt. Ulotki i rozkazy też nosili pątnicy. Ale żeby do Matki Boskiej Piekarskiej z karabinami? Tego jeszcze nie było.

– Broń zostawimy po drodze. Jeśli wam zależy na tym, żeby była sprawna, musicie zaufać Augustowi i mnie. Umowa stoi? – dwunastolatek wyciągnął rękę.

– Słowo – westchnął Francik i uścisnął prawicę brata.

Gipsowa figura świętego Jana Nepomucena okazała się zbyt ciężka, a posążek świętej Barbary pielgrzymi już mieli. Stanęło na tym, że na pożyczonej z kościoła platformie umocowano wielkie obrazy świętego Józefa robotnika i świętego Floriana – patrona hutników. Matka domyślała się, że synowie coś knują, ale wyprasowała biały obrus, koronki i wstążki mocowane do podestu. Tymczasem bracia i Karol wyliczali na podwórku, co będą nieśli na ramionach.

– Karabin mauzer waży niecałe pięć kilo. Dwa to razem dziesięć. Maxim ponad czterdzieści, to razem będzie pięćdziesiąt. Do tego drewniane podium z obrazami, maskowanie, klamry, to będzie prawie sześćdziesiąt – Karlik podrapał się po karku. – Dosyć dużo.

– Spokojnie. Niesiemy we czwórkę, czyli na każdego wypada najwyżej piętnaście kilo! – nie zrażał się Antek, któremu wracał humor, bo zęby przestały się chwiać, a sińce pod oczami bladły.

– Ale piętnaście kilometrów do przejścia – uśmiechnął się krzywo Francik. – W garniturach i niedzielnych butach.

– Wolałbym dodatkową szychtę na dole. Lakierki mnie trochę cisną – jęknął Gustlik.

– I wy chcecie zorganizować największy zryw narodowy? A jeśli się okaże, że trzeba będzie biegać z ckm-em z miasta do miasta? Wojsko bez kondycji?! – dopingował Zeflik.


– Cicho, mały. Damy radę. A w powstaniu jest inaczej – machnął ręką Karlik. – Z roku na rok jesteśmy coraz lepiej zorganizowani. Pierwsze było oparte na emocjach i wybuchło tak jakoś… samo z siebie. Tak się Niemcy panoszyli i terroryzowali nas, że trzeba było walczyć. Drugie lepiej przygotowano, bo człowiek uczy się na błędach. Powody były te same, co w 1919 roku, a do tego germańcy przejmowali administrację i pełno ich było w urzędach. Chcieli nas stłamsić przepisami. Teraz, po plebiscycie, mamy nadzieję, że wywalczymy większe terytorium. Po dwóch poprzednich próbach każdy wie, że ma zabrać wygodne buty, torbę lub plecak, zapas chleba i opatrunki. Do tego rowery, samochody, wozy, taczki, dwukółki. Broń, amunicja i materiały wybuchowe będą wydane, gdy tylko zapadnie decyzja. A karabiny na ramieniu, a nie schowane pod obrazami świętych!

– A gdyby tak odkręcić trójnóg i osłonę lufy? Maxim będzie dużo lżejszy! – poderwał się August.

– Siadaj na rower i zapychaj do rusznikarza. Niech powie, czy jest mu potrzebna podstawa broni. Zacina się coś w mechanizmie, a nie mocowanie wsporników – zgodził się Franciszek.

– Matka Boska Piekarska już nam błogosławi – zauważył poważnie Zeflik.

– Święta prawda – odpowiedzieli młodzi powstańcy, którym zdjęto część ciężaru z pleców.

Trzymali się końca kolumny. Na tyle blisko, by słyszeć głos organisty, który intonował kolejne pieśni. Na przedzie szedł kościelny z krzyżem, za nim ministranci z dzwonkami i kadzidłem, ksiądz, a potem poczty sztandarowe. Mężczyźni w garniturach, białych koszulach z dopinanymi, krochmalonymi kołnierzykami; inni w tradycyjnych bruclikach, jeleniokach i butach z cholewami. Kobiety w długich sukniach, barwnych zopaskach i czepcach na głowach.

– Miejscowi nam się przyglądają – szepnął Karol.

– Bzdura. Patrzą na procesję – uspokoił go Antek.

Wzdłuż ulicy mężczyźni zdejmowali czapki, ludzie przyklękali lub żegnali się. Łatwiej było odróżnić ewangelików od katolików niż Niemców od Polaków. Procesja wprowadzała chwilowy rozejm.

– Jeszcze kilometr. Będzie tam stało takich dwóch. Po co ja wam to powtarzam, przecież ćwiczyliśmy – sapnął Gustlik.

Przeszli kilkaset metrów, gdy August mruknął pod nosem coś, co nie pasowało do pielgrzymki.

– Idziemy dalej. Szpicle się tu kręcą. Spróbujemy w innym miejscu.

Zeflik starał się domyślić, który ze stojących na chodniku jest tajniakiem, a kto ostrzegł ich przed niebezpieczeństwem. Ludzie wyglądali zwyczajnie. Ktoś trzymał zwiniętą w rulon gazetę, ktoś inny wachlował się kapeluszem.

– Nie rozglądaj się na boki. I tak niczego nie wypatrzysz – upomniał go Francik.

– W następnej bramie – szepnął Gustlik.

Z podwórka wyjechał drewniany wózek wypełniony sianem i pustymi workami. Człowiek, który go ciągnął, stanął w cieniu bramy.

Czwórka niosąca ołtarzyk skręciła w głąb podwórka. Potem wszystko odbyło się błyskawicznie. Spod koronek wysunęły się klamry pasów. Odpięty maxim i dwa karabiny wpadły w siano i zostały momentalnie przykryte starymi workami. Ołtarzyk ze świętymi Jozefem i Florianem wrócił do kolumny, a trzeszcząca furka ruszyła w przeciwnym kierunku.

Po mszy poszli na kalwarię. Budynki zrobiły na Zefliku duże wrażenie. Kamienne gradusy – schody symbolizujące stopnie w pretorium Piłata, Pałac Heroda, Wieczernik, stacje drogi krzyżowej. Chodzące ścieżkami grupy pątników odprawiały nabożeństwa. Nie brakowało też żebraków, sprzedawców pierników i pamiątek. Piekary stały się popularnym miejscem kultu maryjnego, odkąd Niemcy zabronili pielgrzymek do Częstochowy.

– Temu wrzuć – Antek wskazał ruchem głowy niewidomego, który robił kwiatki z bibułki i śpiewał pieśni kościelne.

– A w czym on lepszy od pozostałych? – spytał Zeflik.

– Robi coś pożytecznego, śpiewa, jak potrafi, i nie ma tabliczki typu: „Jestem ofiarą wojny”, „Jestem bezrobotny”, „Jestem biednym kaleką”.

Chłopak wrzucił do kapelusza leżącego przed ślepcem drobną monetę, a ten dał mu papierowy kwiat.

– Nie trzeba – zmieszał się nastolatek.

– Bóg zapłać za wsparcie – uśmiechnął się inwalida.

– Weź, bo go obrazisz. Będzie dla matki – podpowiedział Franciszek.

Gdy po południu pielgrzymi zaczęli zbierać się w grupę, pojawił się August.

– Dobrze jest. Już mam wiadomość, że ckm da się naprawić w kilka dni. A karabiny to prawie na poczekaniu.

– Nie możemy ich dzisiaj odebrać? – poderwał się Karol.

– Spokojna głowa. Za tydzień będzie tu grupa z Załęża. W drodze powrotnej dołączy do nich czterech młodych ludzi z ołtarzykiem. Nie pytałem o szczegóły. Znają wymiary i wagę ładunku, poradzą sobie.

– Miglanc jakich mało – Zeflik z podziwem pokiwał głową.

– To jeszcze nic, mały. Każdy górnik ma prawo zabrać do domu, na rozpałkę, kawałek pieńka z obudowy stropu.

Chłopiec zastanawiał się, czy Gustlik czyta w jego myślach i marzeniach o pracy.

– No to pomyślcie. Gdyby taki klocek był wydrążony w środku, można by było wynieść w nim puszkę karbidu albo laskę dynamitu.

Wszyscy stali przez chwilę z otwartymi ustami. Najmłodszy był przekonany, że przy takich organizatorach jak ich sąsiad, trzecie powstanie będzie doskonale przygotowane, a większość Śląska wróci do Polski.

Po zakończeniu I wojny światowej Polska odzyskała niepodległość, ale granice młodego państwa nie zostały od razu ustalone. Na Górnym Śląsku przez trzy kolejne lata (1919–1921) wybuchały powstania. Były to konflikty zbrojne pomiędzy ludnością polską a niemiecką. Próbą rozwiązania problemu granicznego był plebiscyt, w którym głosowano za przyłączeniem spornego terytorium do Polski lub Niemiec. W głosowaniu mogli brać udział ludzie, którzy urodzili się na Śląsku, ale nie mieszkali na nim od lat. Miało to wpływ na wynik, który był korzystny dla Niemców. Niejasna interpretacja wyników plebiscytu doprowadziła do fali strajków, a następnie do wybuchu III powstania śląskiego. W Polsce znalazła się większość zakładów przemysłowych (kopalń, stalowni, hut).

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?