Od morza do morzaTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Grażyna Bąkiewicz

Kronika pisana igłą

OPOWIEŚĆ Z CZASÓW KRÓLA JADWIGI

Duża izba z wysokim sklepieniem i wąskimi szczelinami okien jest pełna kobiet. Jedne siedzą na ławach ciągnących się wzdłuż ścian, inne wokół długiego stołu, wypełniającego centralną część sali. Obok siebie szlachetnie urodzone panny i dziewczyny ze wsi. Tutaj pochodzenie nie ma znaczenia. W izbie hafciarek liczy się tylko zręczność rąk. Najzdolniejsze ozdabiają perłami cenne draperie, które wkrótce okryją ściany litewskich kościołów. Pozostałe upiększają haftem szaty dla dostojników.


Jestem Leosia, najmłodsza z hafciarek. Mam trzynaście lat i nakładam hafty na mankiety koszul. Listek, kwiatuszek, listek, kwiatuszek, listek, kwiatuszek. Uff. I dalej to samo: listek, listek, kwiatuszek. Co za nudy!

Ornaty, draperie i szaty to prezenty z okazji chrztu, który wkrótce odbędzie się na Litwie. Polska para królewska przygotowuje je dla wszystkich nowo ochrzczonych, a będą ich tysiące. Wkrótce wyruszy wielka wyprawa, w trakcie której nową wiarę będzie przyjmował cały litewski kraj. To wielkie wydarzenie, szczególnie dla Polski, bo to za jej sprawą dokona się pokojowa chrystianizacja ostatniego pogańskiego państwa Europy.

Wiem to wszystko od hafciarek, bo kiedy kobiety pracują, w izbie rzadko panuje cisza. Czasami śpiewają, czasami słuchają opowieści, ale najczęściej plotkują o tym, co aktualnie dzieje się na dworze. Wystarczy uważnie słuchać, składać jedno z drugim i wie się wszystko.

– Krzyżacy nie będą mieli już żadnego argumentu, by dłużej przebywać nad Bałtykiem, skoro nie będzie tam ani jednego poganina – mówi z nadzieją mnich Janisław, który zajmuje się rysowaniem wzorów na tkaninach.

Listek, kwiatuszek, listek. Mam zbyt mało cierpliwości, by przez cały dzień robić w kółko jedno i to samo, dlatego gdy słyszę dochodzący z dziedzińca brzęk żelaza, wstaję i dygam przed panią Teofilą.

– Proszę pozwolić mi wyjść na chwilę. Muszę odetchnąć świeżym powietrzem i popatrzeć na słońce – mówię cicho i ze spuszczoną głową, bo tak należy czynić, gdy zwraca się do przełożonej.

Pani Teofila sądzi, że chodzi mi o wyjście za potrzebą, ale dziewczyny podśmiewają się:

– Leosi nie chodzi o słońce na niebie, tylko o to wymalowane na piersiach pewnego giermka.

Mają rację. Nie dam rady skupić się nad haftem, póki nie zobaczę, jak młodzi giermkowie próbują się na miecze. Szczerze mówiąc, nie obchodzą mnie inni, tylko ten jeden. Pani Teofila udaje, że nie słyszy złośliwych uwag dziewczyn, i daje mi pozwolenie.

– Idź, tylko zaraz wracaj! – mówi i wskazuje na stertę koszul czekających na przyozdobienie. – Masz masę pracy.

– Zaczerpnę powietrza i jestem z powrotem – obiecuję, dygając z wdzięcznością.

W sakiewce u pasa mam skrawek materii, który haftowałam przez kilka wieczorów. Jest na niej chłopiec z szopą jasnych włosów wymachujący mieczem, a z zamkowego okna przygląda mu się dziewczyna z piegami na nosie. Każdy pozna, że to ja. Twarz w oknie ma wielkość paznokcia, ale widać na niej uśmiech.


Dygam jeszcze raz i już mnie nie ma. Nie muszę iść daleko, bo chłopcy ćwiczą tuż obok, na dziedzińcu. Skryta w cieniu arkad, mam na nich doskonały widok. Ten z czupryną ma na imię Michał i jest giermkiem królewskiego rycerza Bogusza. Stoję tak, by przyciągnąć jego wzrok. W końcu udało się. Spojrzał i uśmiechnął się od ucha do ucha, ale partner, z którym trenował, wykorzystał chwilę nieuwagi i uderzył go w ramię. Ćwiczebne miecze są tępe, ale uderzenie i tak musiało zaboleć, bo Michał aż się skrzywił. Nawet stąd widzę, jak zaciska zęby, ale ani piśnie. Nie mogę dłużej go rozpraszać, więc szybko robię to, co sobie zaplanowałam. Wyjmuję z sakiewki skrawek tkaniny i niby niechcący upuszczam. Widzę, że dostrzegł moją „zgubę”, więc mogę spokojnie wracać. Gałganek z pewnością trafi do właściwych rąk.

Jestem już w sieni, gdy na dziedzińcu pojawia się królowa z dwórkami.

Rycerze przerywają ćwiczenia.

– Wasza Wysokość – kłaniają się dwornie.

Zatrzymuję się jeszcze na chwilę, by popatrzeć na Jadwigę. To najpiękniejsza z niewiast, jakie kiedykolwiek widziałam. Tytułujemy ją królową, choć tak naprawdę przysługuje jej tytuł króla. Zajmuje stanowisko równorzędne z mężem, królem Jagiełłą, i aż dziw pomyśleć, że ma tyle lat, co ja.

Domykam właśnie drzwi, gdy Jadwiga zatrzymuje się przy ławie, obok której dopiero co stałam, i podnosi upuszczony przeze mnie skrawek materii. Wygładza go i uważnie ogląda.

– O nie! – szepczę do siebie.

Nie patrzę dłużej, tylko wracam pospiesznie do izby, siadam na swoim miejscu i zajmuję się gorliwie pracą. Myślę jednak tylko o tym, że będę musiała jeszcze raz przygotować prezent dla Michała. Nie mam żalu do królowej, bo przecież nie mogła wiedzieć, że to nie żadna zguba, tylko wiadomość dla chłopca, który mi się podoba.

Pani Teofila patrzy, więc nawlekam igłę i zabieram się do pracy, ale w tym momencie otwierają się drzwi i staje w nich królowa. Wstaję razem z innymi i kłaniam się, jęcząc w duchu: O nie, o nie, tylko nie to! Już czuję, co się szykuje.

– Wasza Wysokość – mówi w imieniu wszystkich pani Teofila.

Jadwiga odpowiada skinieniem głowy, a potem unosi rękę z moim gałgankiem i słyszę jej głos:

– Któraś z dziewcząt zgubiła swoją pracę.

Oczy wszystkich kierują się oczywiście na mnie.

No to teraz oberwę za marnowanie tkaniny, która jest królewską własnością. To tylko wąski, nieforemny pasek, odcięty przy krojeniu koszuli i przeznaczony do wyrzucenia, ale, tak czy owak, nie powinnam go brać. Kto wie, czy nie zostanę za to zesłana do kuchni i skazana na tarcie chrzanu i buraków, czego szczerze nienawidzę. Najbardziej jednak boję się, że mnie odeślą do domu. Chce mi się płakać.

– To moje – przyznaję dzielnie. – Ścinek naszykowany był do wyrzucenia, używam ich do trenowania ściegów.

Jadwiga podchodzi i przygląda się haftowi na mankiecie koszuli. Listek, kwiatek, listek, kwiatek – nic ciekawego.

– Masz inne prace? – pyta i dla jasności unosi tę z wiadomością dla Michała: – Takie jak to?

No to mam za swoje – wzdycham w duchu. Drżącymi rękoma sięgam na dno kosza i wyjmuję stamtąd zwitek podobnych szmatek. Są na nich scenki zaobserwowane na Wawelu. Haftowałam je dla mamy, taty i sióstr, by i oni mogli zobaczyć to, czego sama byłam świadkiem. Ale coś mi się zdaje, że zapłacę za to słono. Co za wstyd.


Królowa przerzuca kolorowe gałganki i wpatruje się w wyhaftowane scenki. Na jednej mała dziewczynka wdrapuje się na zbyt duży dla niej tron, a za oknem widać zygzak błyskawicy i drobne kropeczki padającego deszczu.

– To ja w dniu koronacji – szepcze. – Miałam szkarłatną suknię. Pamiętam. I padał wtedy deszcz, i grzmiało. Naprawdę wyglądałam tak śmiesznie i niepozornie?

Nie jest zła. Śmieje się.

Pamiętna uroczystość koronacji dziewczynki na króla Polski odbyła się 16 października 1384 roku. Jadwiga miała zaledwie dziesięć lat. Ja niewiele wcześniej trafiłam na dwór do pomocy przy haftowaniu obrusów potrzebnych na uroczystość zaślubin. Ściągnięto wtedy z okolic wszystkie dziewczyny, które umiały trzymać igłę w ręku. Mnie haftu nauczyła mama i dzięki temu znalazłam się na Wawelu. Zostałam nawet dłużej niż inne dziewczyny, bo pani Teofila dopatrzyła się we mnie talentu. Dzięki temu byłam świadkiem, jak arcybiskup gnieźnieński wkładał koronę na głowę dziesięcioletniej Jadwigi.


– Pierwszy raz w naszej historii kobieta została królem – rozlegały się wówczas szepty.

– Jaka kobieta? Dziewczynka! – dopowiadali inni.

To z takich szeptów dowiedziałam się, że Ludwik Węgierski, król Węgier i Polski, nie miał syna i zrobił wszystko, by zapewnić dziedziczenie córkom. W zamian za objęcie przez nie tronów nadał szlachcie przywileje zwalniające od podatków. Wyhaftowałam wtedy scenkę pełną możnych panów trzymających w rękach sakiewki i kłaniających się nisko małej dziewczynce. Sakiewki na moim hafcie miały wielkość łebka od szpilki, ale nie budziły wątpliwości, czym są. Tata nie mógł pohamować śmiechu, gdy mu to pokazałam.

– Lepiej haftuj kwiatki według wzorów przygotowanych przez mnicha Janisława – poradziła mama. – A to zniszcz, bo taki żart może się komuś ważnemu nie spodobać.

Mnie jednak bawiło haftowanie scenek, których byłam świadkiem, i nie mogłam się pohamować, by nie uwieczniać kolejnych ważnych wydarzeń z życia dziewczynki króla.

– A tu ja i Wilhelm – szepcze nagle królowa, rozpoznając postaci z kolejnego obrazka.

Aż robi mi się zimno, bo to kolejna rzecz, o której na dworze mówi się tylko szeptem. Co prawda wszyscy na Wawelu wiedzą, że kiedy Jadwiga była czteroletnią królewną węgierską, zaręczono ją z ośmioletnim Wilhelmem Habsburgiem, ale starają się jej tego nie przypominać. Odbył się nawet uroczysty ślub dzieci, taki raczej na niby, bo do prawdziwego oboje musieli poczekać do uzyskania wieku dojrzałego. Zaprzyjaźnili się, a z czasem nawet zakochali. Życie, niestety, bywa nieprzewidywalne. Gdy zmarł Ludwik Węgierski, a starsza siostra Jadwigi, Maria, została królem Węgier, Jadwidze dostał się tron Polski. Wilhelm chciał przyjechać razem z nią i zamieszkać na Wawelu, ale Polacy przegnali go z Krakowa. Nie chcieli widzieć Niemca u boku swego króla. Wkrótce rękę Jadwigi oddali litewskiemu księciu Jagielle. Jadwiga była tak zrozpaczona, że chciała toporem przebić się przez bramę, by uciec z Wilhelmem.

 

Haftowałam tę scenę ze łzami w oczach. Mała królowa z toporem w ręku po jednej stronie bramy i niewiele większy Wilhelm po drugiej, a oboje w rozpaczy.

– Czy mogę to wziąć? – pyta cicho Jadwiga.

Coś takiego, sama królowa pyta mnie o pozwolenie! Ja jednak najpierw zerkam na panią Teofilę, czy nie popełnię jakiejś niezręczności, ale przełożona opuszcza powieki na znak, że wszystko w porządku. Dygam więc przed Jadwigą.

– Jeśli obrazki się podobają, to Wasza Wysokość może wziąć wszystkie – uśmiecham się.


– Ten jeden mi wystarczy – mówi. – Dziękuję.

Rety, królowa mi podziękowała! To dla mnie wielka radość. Równie duża jak samo utrwalanie zapamiętanych scenek: wrzask handlarki z krakowskiego rynku, szczęście zwycięskiego rycerza, szybkość konia w galopie czy królowa, która się śmieje. Te moje obrazki, rodzaj liścików do bliskich, robię w wolnym czasie, a potem chowam głęboko, by dziewczyny nie znalazły ich i nie zabrały dla swoich chłopaków. Jedyna, której pozwalam na przeszukiwanie swoich skrytek, to pani Teofila. Wiem, że je często ogląda, ale potem zwija starannie i odkłada na miejsce. Kiedyś widziałam nawet, jak się śmiała. Co prawda powiedziała, że znalazła błąd w hafcie i to ją tak rozśmieszyło, ale wiem, że powód był inny.

– Może w przyszłości zostaniesz prawdziwą hafciarką i będziesz wymyślała wzory na ścienne draperie i szaty biskupów – powiedziała kiedyś.

Czyli jak będę się bardzo starać, to za parę lat dostanę pozwolenie, by wyhaftować psi ogon i źdźbło trawy na skraju draperii. Nie wiem, czy tego pragnę. Podobno najzdolniejsze hafciarki trafiają do warsztatów zakonnych, zostają mniszkami i przez resztę życia nie robią nic, tylko haftują. Obawiam się, że to nie dla mnie. Za bardzo podoba mi się Michał i wyszywanie tego, co dzieje się wokół. Ornaty dla biskupów mają się nijak do przyjemności, jaką daje prawdziwe życie.

– To mój mąż, Władysław Jagiełło, a to arcybiskup, a to zdarzyło się wtedy, gdy z Litwy przyjechali królewscy bracia – śmieje się Jadwiga, gdy rozpoznaje postaci, i nagle pyta: – Nauczysz mnie, Leosiu, takiego haftu?

Dygam i mówię, że spróbuję.

– Ale to trudne – wyrywa mi się nieopatrznie. – Z tysiąc razy ukłułam się w palec, nim się nauczyłam.

Teofila syczy mi nad uchem i dopiero wtedy dociera do mnie, że mówię do królowej.

– Przepraszam, Wasza Wysokość – kłaniam się nisko i zapewniam: – Nauczysz się, pani, w mig.

Od tamtego dnia Jadwiga często przychodzi do naszej izby i przesiaduje nad haftem. Lubi to robić i idzie jej całkiem sprawnie, ale często przerywa pracę i prosi, żebym pokazała jej jakiś nowy obrazek.

– Twoje postaci żyją – mówi. – Mam nawet wrażenie, że wiem, co myślą i mówią. Gdyby Wawel udekorowany był takimi scenkami, byłoby o wiele weselej.

– Już to sobie wyobrażam – mówię i śmiejemy się obie po cichutku.

Nieraz całkiem porzuca haft i zaczyna opowiadać historie o dalekim świecie, o ludziach, którzy żyli dawno temu. To takie ciekawe, że zasłuchane przestajemy haftować.

Gdy spytałam, skąd o tym wie, powiedziała, że wyczytała w księgach. Bo nasza królowa potrafi coś, czego nie umie nawet jej mąż, król Jagiełło – czytać! Aż nie mogę doczekać się, kiedy znowu z nami siądzie i będzie opowiadać o tych cudownościach.

Któregoś dnia Michał przyniósł złą wiadomość.

– Po mieście krążą pogłoski, że na Węgrzech źle się dzieje. Siostra i matka naszej pani zostały uwięzione przez wrogie im stronnictwo, a może nawet zamordowane.

– To się królowa zmartwi – szepczę ze smutkiem.

– Zygmunt Luksemburski, mąż Marii, zamiast pospieszyć im na ratunek, dąży do własnej koronacji. Rycerz Bogusz mówi, że w granicach Węgier są nasze ziemie, których nie możemy oddać Zygmuntowi. To Ruś Halicka, którą włączył do Królestwa Polskiego już Kazimierz Wielki, a potem zabrał ją Ludwik Węgierski. Teraz nadszedł czas, by znów wziąć ją w posiadanie, bo to bogata kraina.

Słowa Michała brzmią poważnie.

– Czy to oznacza, że będzie wojna? – pytam niepewnie.

– Ano będzie – kiwa głową Michał. – Tyle że pojawił się kłopot, bo nasi królowie szykują się na chrzczenie Litwinów i tego nie można odwołać, bo Krzyżacy tylko czekają na opóźnienie. Sami wtedy chętnie pospieszą z krzyżami, a jak raz wejdą, to już nie wyjdą. Jagiełło nie może tego zrobić Litwinom.

– Czyli jest problem – wzdycham zmartwiona.

– I to spory.

– To zupełnie jak kiedyś u mnie w domu – wyrywa mi się. – W tym samym momencie krowa zaczęła się cielić, a brat wpadł do studni.

Michał w pierwszej chwili śmieje się, że to jednak nie to samo, ale potem dochodzi do wniosku, że rzeczywiście, można dopatrzyć się podobieństwa.

– No i jak się skończyły tamte wasze kłopoty? – pyta zaciekawiony.

– Rodzice rozdzielili się – mówię. – Tata ratował brata, a mama zajęła się krową.

Na Wawelu zaczęły się narady, co zrobić w tak trudnej sytuacji. Michał podaje posiłki rycerzom i znosi mi zasłyszane wiadomości. Ja z kolei zanoszę je do izby hafciarek. Wszyscy czekamy na rozwiązanie dylematu. Wkrótce rozchodzi się wieść, że królowie już wiedzą, jak postąpić, a Michał, krztusząc się ze śmiechu, mówi, że królewska decyzja jest identyczna jak ta, którą kiedyś podjęli moi rodzice.

– Rozdzielą się! – woła. – Jagiełło pojedzie na Litwę, a Jadwiga na Ruś Czerwoną.

– Jak to? – pytam zdumiona. – Jadwiga stanie na czele rycerstwa i pojedzie na wojnę? Niemożliwe, musiałeś coś źle usłyszeć. Przecież to dziewczyna. Nie mówiąc o tym, jak się cieszyła, że będzie uczestniczyć w chrzczeniu Litwinów.

– Litwini tylko od Jagiełły przyjmą chrzest bez protestów, a z kolei Jadwiga, spadkobierczyni Ludwika Andegaweńskiego ma pełnię praw do Rusi Halickiej. Tylko jej posłuchają mieszkańcy tamtych ziem. Gdy przybędzie kto inny, mogą stawić opór. Będzie więc najlepiej, jak król Jagiełło pojedzie chrzcić, a król Jadwiga poprowadzi wojska na Ruś.

– Nie będzie się bała? – martwię się.

– Nie jest przecież zwykłą dziewczyną, tylko królem – przekonuje Michał. – A obowiązkiem króla jest robić to, co dla ojczyzny najlepsze.

Dopiero w tym momencie zdaję sobie sprawę, że rządzenie państwem to nie to samo co haftowanie obrazków. Jechać na wojnę, coś takiego!

Jadwiga już nie przychodzi do izby hafciarek. Codziennie radzi z panami i uczy się rzeczy trudnych i zawiłych, które musi zrozumieć, by ruszyć na wojnę.

Ja w tym czasie haftuję mankiety i kołnierzyki koszul dla Litwinów, a w wolnych chwilach wyszywam obrazek z dwoma orszakami szykującymi się do drogi. Z jednej strony wozy pełne prezentów dla Litwinów, z drugiej armia rycerzy szykujących się do boju o Ruś Halicką. Tyle chcę umieścić na swoim hafcie, że w końcu brakuje miejsca. Nie śmiem prosić pani Teofili o odcięcie dla mnie kolejnego skrawka, więc biegnę na rynek, gdzie jest mnóstwo straganów z wielkimi belami tkanin. Są tam grube sukna na płaszcze i delikatne wełny na suknie, jest płótno na koszule, pościel i obrusy, a także najdelikatniejszy ze wszystkiego jedwab, który przywieźli kupcy z dalekich stron. Naoglądałam się co niemiara, ale nie stać mnie na kupno najmniejszego nawet kawałka, bo wszystkie zarobione pieniądze odsyłam rodzicom.


Gdy ze smętną miną wracam na Wawel, otrzymuję polecenie jak najszybszego udania się do sal królowej.

– Jaśnie pani chce cię widzieć, ale nie wiem po co – przekazuje mi wieść pani Teofila. – Weź ze sobą obrazki, może chce je obejrzeć.

Nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić, bo to zaproszenie jest trochę dziwne. Ale nie ma co zwlekać. Wygrzebuję z dna skrzyni ostatnią pracę i biegnę.

Nigdy nie byłam w pokojach królowej, więc rozglądam się z ciekawością. A potem skłaniam się nisko przed ich mieszkanką.

– Pani, wzywałaś mnie – mówię, a potem wyciągam ku niej kawałek płótna z dwiema wyprawami.

Jadwiga długo przygląda się obrazkom, ale milczy, a ja nie śmiem przerywać zamyślenia i pytać o cokolwiek. Dopiero po dłuższej chwili mówi coś, co sprawia, że omal nie siadam na ziemi z wrażenia.

– Pojedziesz ze mną na Ruś, Leosiu.

Przyznam, że jestem zaskoczona i przestraszona. Mam jechać na wojnę? Przecież nie jestem królem ani rycerzem, tylko zwykłą hafciarką. To chyba jakaś pomyłka.

– A co ja tam będę robiła? – pytam zdumiona.

– Chcę, żebyś była moim kronikarzem.

Postanowienie królowej wstrząsa mną.

– Ależ ja nie umiem pisać – szepczę.

Boję się, że królowa każe mi się nauczyć pisania, a tego bym nie chciała, bo kobietę, która to potrafi, otacza podejrzliwość i niechęć. No chyba że jest królem. Ale ja jestem tylko hafciarką i chociaż sztuka pisania nie wydaje mi się specjalnie trudna, nigdy nie odważę się tego próbować. Wolę pozostać przy wyszywaniu.

Królowa jakby czyta w moich myślach.

– Umiesz haftować – mówi – a to nawet lepsze, bo taką haftowaną kronikę zrozumie każdy.

Klaszcze w dłonie i jedna z dam dworu przynosi drewnianą szkatułkę. Jadwiga otwiera ją i pokazuje zawartość. Jest tam długa wąska sztuka delikatnego płótna, do tego komplet srebrnych igieł i mnóstwo motków nici barwionych na wszystkie kolory tęczy. Aż wzdycham z wrażenia. To jest to, o czym marzyłam. Królowa wyjmuje ze szkatuły zwój tkaniny i rozwija go. Nie jest specjalnie szeroki, za to długi. Ma z dziesięć łokci.

– Twoim zadaniem będzie wypełnienie go relacją z wyprawy. Chcę mieć malowaną kronikę, a tylko ty potrafisz ją zrobić.

Stoję jak ogłuszona. Chyba widzi mój strach, bo mówi:

– Lękasz się jechać. Rozumiem. Nie musisz odpowiadać teraz, bo to niełatwa decyzja – słyszę jakby z oddali. – Zastanów się przez noc i odpowiedz mi jutro.

Prawdę mówiąc, gotowa jestem zgodzić się od razu, ale królowa ma rację, muszę to przemyśleć.

Leżę w łóżku i biję się z myślami. Mam jechać na wojnę? Czy nie będę się bała? Czy nie stchórzę? Ale skoro Jadwiga ma dość odwagi, by to zrobić, to czy ja jestem gorsza?

Ze strachem w duszy i miękkimi kolanami idę następnego dnia skłonić się przed królową i powiedzieć, że zdecydowałam się jej towarzyszyć.

– Dziękuję, Leosiu – mówi jaśnie pani, król Polski.

Gdy opowiadam o tym Michałowi, on jeden ma wątpliwości.

– Będziesz się bała!

– Już się boję – przyznaję. – Ale ty też tam przecież będziesz, więc nic nie może mi się stać.

Jeszcze tylko uczta pożegnalna i kilka dni później wyprawa rusza. Biała klacz królowej idzie na przedzie, a Jadwiga w futrzanym płaszczu opadającym z ramion przypomina anioła prowadzącego armię rycerzy po zwycięstwo.

Od Michała wiem, że prawdziwymi dowódcami, którzy prowadzą wojsko do walki, są panowie Spytek z Melsztyna i Jaśko z Tarnowa, ale Jadwiga i tak jest najważniejsza. Jedzie ze wspaniałym orszakiem, w którym nie brakuje marszałka dworu, kuchmistrza i podkomorzego. Do tego podskarbi i kanclerz królowej. Jadą kucharze, dworzanie, sekretarze, muzycy, paziowie, panny służebne, radcy, urzędnicy.

I hafciarka, czyli ja, Leosia.

Serce bije mi jak szalone, trochę z radości, bo wśród rycerskich pocztów jest gdzieś mój Michał, ale bardziej ze strachu. Jeszcze przed wyruszeniem dochodzą nas wieści, że namiestnik Rusi, książę Władysław Opolczyk, wezwał ludność do zbrojnej walki przeciw Polakom. Można więc spodziewać się najgorszego. Jednak wieść, która idzie przodem, że armię prowadzi królowa Jadwiga, czyni cuda. Większość zamków i miasteczek otwiera bramy i poddaje się bez walki.

– Niech żyje królowa Jadwiga! – wołają mieszkańcy Rusi, bo dla nich Jadwiga nie jest najeźdźcą, ale prawowitym władcą, a polskie wojska to najlepsza ochrona przed tatarskimi zagonami.

 

18 lutego 1387 roku wspaniały orszak królewski wjeżdża do Jarosławia i na jarosławskim rynku Jadwiga każe odczytać dokument, w którym zatwierdza przywileje mieszkańców tych ziem.

– Niech żyje królowa Jadwiga! – wznoszą się pod niebo okrzyki.

Co nie znaczy, że wszędzie jest tak miło. Co noc słyszę stukot podków, gdy rycerze ruszają na zwiady. Tu i ówdzie trzeba siłą zdobywać oporne twierdze, bo nie wszystkie się poddają.

Przemieszczamy się średniowiecznym traktem handlowym, który łączy Przemyśl z Węgrami i Rusią Kijowską. W czasach pokoju transportuje się tędy sól i przepędza tabuny koni. Teren urozmaicony jest głębokimi dolinami potoków i stromymi zboczami, a bukowe lasy mimo zimy ciągle zabarwione są czerwienią opadłych jesienią liści. Już wiem, dlaczego tę część Rusi nazywa się Czerwoną. Tu po prostu zbocza czerwienią się od buczyny.

Mam co malować igłą na tkaninie.


Pewnej nocy ciszę przerywa tętent kopyt na dziedzińcu zamku, w którym nocujemy. Przybył jeździec z wiadomością.

– Halicz się broni zawzięcie. Potrzebujemy więcej wojsk.

Aż się wzdrygam na tę wieść. Jeźdźcy czekają na decyzję królowej, a ona nie waha się ani chwili. Wzywa wszystkie rezerwy. Na ich czele ruszy w stronę Halicza.

– Spróbuję ich przekonać, a wy – zwraca się do urzędników, kuchcików, paziów – zostańcie tu i módlcie się o zwycięstwo polskiego oręża.

By uspokoić rozkołatane serce, pracuję nad tkaniną. Nie robię szkiców, wystarczy, że widziałam jakąś twierdzę, zamek, miasto – a potrafię bezbłędnie przenieść je na płótno. Miniaturki przybierają właściwe kształty i proporcje. Bez trudu da się odróżnić poszczególne miejsca po charakterystycznych wieżach, murach, bramach. Tak samo łatwo można rozpoznać postaci. Pracuję bez ustanku, zapełniając tkaninę na postojach i w drodze. Nie przeszkadzają mi wstrząsy wozu. Gdy skupiam się na hafcie, mniej boję się o siebie, o królową, o Michała.

Bitwa o Halicz zostaje wygrana, a Jadwiga rozkazuje miejscowej ludności usypać kurhan.

– Zostanie tu na pamiątkę przejęcia tych ziem przez Polskę.

Znów mam co uwieczniać. Zaczynam nawet obawiać się, że zabraknie mi nici, ale wyprawa powoli dobiega końca. Trwała od stycznia do kwietnia 1387 roku i zakończyła się wielkim sukcesem. Jadwiga usunęła księcia halickiego Ścibora ze Ściborzyc i ogłosiła akt przyłączenia Rusi Halickiej do Korony. Cała prowincja została na stałe wcielona do Polski.

Jest już wiosna, gdy wracamy do Krakowa. Władysław Jagiełło ciągle jeszcze bawi na Litwie, chrzcząc swój naród, gasząc święty pogański ogień, niszcząc świątynie Perkuna, pogańskiego gromowładcy. Tymczasem sława Jadwigi, jej odwagi, piękności, mądrości i dobroci rozchodzi się po całej Europie. Mówi się o niej wszędzie, a wielu pragnie poznać ją osobiście. Na Wawel przybywają coraz to nowi goście z dalekich stron, by poznać dzielną królową.

– Tylu gości – łapie się za głowę ochmistrz.

– Godzi się przyjąć i uczcić każdego, tak każe polska gościnność i zachodnia kultura węgierskiego dworu, z którego się wywodzę – mówi Jadwiga i nakazuje przyjmować wszystkich.

Każdy nowo przybyły zatrzymuje się najpierw przed wystawionym w zamkowym holu pasem tkaniny, na którym przedstawiona jest wyprawa Jadwigi na Ruś Halicką. A autorką tej malowanej nićmi kroniki jestem ja, Leosia, królewska hafciarka z Wawelu.

Czy kronika pisana igłą powstała naprawdę? Wierzę, że tak, tylko nie przetrwała do naszych czasów. Tyle wojen, grabieży, pożarów. Szkoda, bo byłoby fajnie obejrzeć pracę uzdolnionej dziewczynki sprzed setek lat.

A co do Jadwigi, to zostało po niej nie tylko mnóstwo źródeł, ale i legenda o jej mądrości i dobroci. To jedyna kobieta w naszej historii, która była najprawdziwszym królem. Jej ojciec, Ludwik Węgierski, wydał przywilej koszycki zmniejszający znacznie podatki szlacheckie, by córka bez przeszkód mogła po jego śmierci zasiąść na tronie jako prawowity władca. W stosunku do Jadwigi używa się zarówno określenia „król”, jak i „królowa”, bo była też żoną króla – Władysława Jagiełły.

Najczęściej wspomina się o odnowieniu przez nią Akademii Krakowskiej, ale polityką również się zajmowała. Poza odzyskaniem Rusi Halickiej jej zasługą są wielokrotne negocjacje z Krzyżakami, które odwlekały nadciągającą wojnę. W międzyczasie doprowadziła do ugody między skłóconymi kuzynami – Jagiełłą i Witoldem. Współpraca tych dwóch władców pozwoliła im kilkanaście lat później pokonać Krzyżaków.

Można więc powiedzieć, że Jadwiga miała spory udział w tym zwycięstwie. Szkoda, że umarła tak młodo. Miała zaledwie 24 lata.