O melba!Tekst

Z serii: Plus minus 16
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Grażyna Bąkiewicz

O melba!

© by Adam Bahdaj

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: Peyman Naderi (unsplash.com)

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie III

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-722-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

We wtorek parę minut po jedenastej zadzwonił telefon. Nasz telefon skrzeczy, nie dzwoni. Trzeci z kolei sygnał przypomina zgrzyt paznokciem po szkle. Obrzydlistwo. Nigdy nie zdążę na czas dobiec i z miejsca jestem nastawiona wrogo do tego kogoś po drugiej stronie. Tyle razy prosiłam mamę, by zmieniła apa­rat, ale twierdzi, że nie pomieszkamy w tej dziurze aż tak długo, by opłacało się robić jakiekolwiek inwestycje. I rzeczywiście. W tych sprawach ma nosa jak mało kto. Przeprowadzamy się!

Mama miota się od rana między pakami, których jest więcej, niż być powinno; telefonem, który nie stoi tam gdzie zwykle; redak­cją, gdzie zostały jakieś dokumenty, i ludźmi, z którymi musi się jeszcze spotkać. Wścieka się, pluje krwią i ciska wymyślnymi przekleństwami, ale założę się, że jest w siódmym niebie. Uwiel­bia, gdy adrenalina wrze jej w żyłach.

Ja zachowuję niebiański spokój. Siedzę w zdemolowanym pokoju, z nogami na ławie, i gapię się na muchę spacerującą po ekranie telewizora. Ławę i fotel wynajęłyśmy razem z mieszka­niem, więc nikt mnie stąd nie ruszy. Najwyżej zabiorą mi telewi­zor, ale bez obawy, nie nastąpi to prędko, bo tę cenną rzecz ładuje się na końcu. Jestem jeszcze w piżamie, a na brzuchu grzeję puszkę piwa wyjętą z lodówki. Otworzę, jak tylko mama zniknie z pola widzenia. Czekam na tę chwilę z utęsknieniem i dziękuję opatrzności, że nie musiałam iść dzisiaj do szkoły. Dzięki kolejnej niespodziewanej przeprowadzce ominął mnie koszmar pisania wypracowania na temat tradycyjnych wartości w mojej rodzinie. Aż ciarki przechodzą mnie na myśl, ile mu­siałabym nazmyślać. Tradycyjne wartości! Śmiechu warte!

– Rusz tyłek i zadzwoń do tych facetów od przewozu! Już powinni tu być! Ja jeszcze muszę skoczyć do redakcji, bo należy mi się forsa za ostatni…

I już jej nie ma. Ruszam tyłek i dzwonię. Tylko ich patrzeć. Na dobrą sprawę tradycją w mojej rodzinie są przeprowadzki. Na ściennej mapie wymalowałam zygzakowatą linię naszego ży­wota, żeby uzmysłowić mamie jej szaleństwo. Nie powiem, do­ceniła mój wysiłek. Zatrzymała się kiedyś przed mapą, poduma­ła, pokręciła głową i orzekła:

– Imponujące! I pouczające! Czy zauważyłaś, że zanied­bałyśmy południową Polskę? Następnym razem wezmę to pod uwagę!

Właśnie nadszedł ten obiecany następny raz. Nie mogę zarzu­cić mamie, że nie dotrzymuje słowa. Kierujemy się na południe. Jutro rozpakujemy graty, a pojutrze pójdę do identycznego liceum na drugim końcu Polski. Już nawet przestałam marzyć o chwili, gdy zakotwiczymy gdzieś na stałe. Jedyna pociecha w tym, że nie muszę oddać wypracowania, którego napisać i tak bym nie potra­fiła. Tradycyjne wartości w mojej rodzinie? No nie wiem!

„Nazmyślaj!” – poradziła mi w zeszłym tygodniu.

Dobre sobie!

Oho! Przyjechała ciężarówka. To pewnie nasi faceci.

– Co mamy robić? – spytali, rozglądając się po zastawionym pakami mieszkaniu.

– Ładować, panowie! – powiedziałam, wzruszając ramio-nami, ale okazało się, że chodziło im o coś innego. Co mają zrobić ze sprawą, którą załatwiła za nich mama i przez którą musimy teraz zmienić klimat.

– Chyba powinniście wziąć sprawy w swoje ręce! – mówię jak te wąsate mądrale z telewizora, a faceci z powagą kiwają głowa­mi, że tak, owszem, mam rację, nic innego już im teraz nie po­zostało. Tylko szkoda, że zbyt późno to zrozumieli. Mieli niezłą spółdzielnię mleczarską, stada krów, odbiorców za granicą, ale zachciało im się kapitalizmu, więc spółdzielnię rozwiązali, ma-ją­tek przekazali syndykowi, utworzyli spółkę, powołali nowego prezesa. Ludzie dostali udziały, których się natychmiast zrzekli i przekazali dobrowolnie na rzecz prezesa. Prości ludzie, naiw­nie myśleli, że tak trzeba. Sądzili nawet, że gość zrobił im łaskę, ale wraz z udziałami dostali jakąś część długów do spłacenia. A oni przecież nie chcieli długów, tylko kapitalizmu, czyli dobrobytu. Prezes w pół roku spółdzielnię rozchrzanił, majątek wyprzedał i udał się na dalszy podbój świata. Ponad setkę ro­dzin wystawił do wiatru, ale majątek był przecież jego i mógł z nim zrobić, co chciał. Sami mu przecież dali!

Mama zrobiła z tego reportaż, a ja pośrednio uczestniczyłam w jej pracy, przenosząc notatki z dyktafonu na dyskietkę. Za­uważyłam, że najbardziej szokująca rzeczywistość, przemielona na pojedyncze słowa, traci ostrość i barwy. Na ekranie pojawia się tylko bajka o perypetiach pozytywnych i negatywnych boha­terów. I zawsze można nacisnąć właściwy klawisz, by wszystko znikło.

– Pani mama to fajna kobita. Żeby została, to my by ją bur­mistrzem zrobili i wszystko byłoby jak należy!

Może tak, może nie, ale co mam im wyłuszczać swoje wąt­pliwości. Ważne, że będą nas miło wspominać. Dla mnie to i tak marna pociecha. Muszę znowu spakować swoje książki i jestem przekonana, że tę najulubieńszą zgubię nie wiadomo gdzie. A mamie bez różnicy. Gdziekolwiek się zjawimy, trafi na jakiś szokujący temat, będzie tyrała jak wół, żeby znaleźć dowody, ar­gumenty, kontrargumenty, a jak już wszystko zbierze, zrobi re­portaż, który wstrząśnie sumieniami połowy Polaków. Druga połowa tak nam wkrótce obrzydzi życie, że będziemy musiały dorysować na mapie kolejny zygzak. Babcia mówi, że mamę diabeł na ogonie nosi i coś w tym musi być, bo nie potrafi ni­gdzie zagrzać miejsca. Ten stan psychiczny ma pewnie jakąś na­zwę i mama właśnie na to cierpi. A ja razem z nią.

– Nie denerwuj mnie! Rusz się, bo nigdy się z tej dziury nie wygrzebiemy! Jadę dać Susikowej adres i wytłumaczyć, co ma ro­bić, a ty pognaj tych dziadów, bo ruszają się jak muchy w smole!

To mama. Wróciła, zakręciła się i znów znikła. I całe szczę­ście, bo ze schowanej za plecami puszki zaczęło mi się wylewać piwo za majtki.

Zazdroszczę jej tej energii. Ma w sobie jakąś radość, która sprawia, że ludzie lgną do niej jak muchy do miodu. Gdy zapy­ta, odpowiadają, gdy poprosi, żyły z siebie wyprują, a zrobią, co chciała. Niektórzy potem żałują, że stracili dystans i wyjawili to, co skrywali nawet przed sobą. Częściej jednak dziękują, że zro­biła coś, na co sami nigdy by się nie odważyli.

– Jak to robisz? – spytałam kiedyś, rozżalona własną nie­udolnością.

– Bo ja wiem? – wzruszyła ramionami. – Lubię ludzi, lubię to, co robię!

Zauważyłam, że w jej ryzykownych działaniach nie ma stra­chu, jakby wszystko zło, jakie miało być jej udziałem, już się przytrafiło. Traktuje świat ze zrozumieniem i jakąś ironiczną pobłażliwością. Ja tak nie potrafię. W przeciwieństwie do niej nie lubię ludzi. Gdy już muszę być wśród nich, wyszukuję prze­świty i przemykam przez nie z zamkniętymi oczami, by jak naj­prędzej znaleźć się w swoim pokoju. Każdy dzień to dla mnie problem i muszę się bardzo starać, by nie dać się wessać w tę czarną dziurę. Wieczorem odczuwam ulgę, że jeszcze ten jeden raz mi się udało. Staram się trzymać z dala od chaosu dziejące­go się wokół. I tak jest dobrze, a jeśli nie całkiem, to przynaj­mniej spokojnie. Noszę w sobie samotność, wydzielam jej woń, wyczuwalną dla innych. Nie wiem, czy to taka naturalna skłon­ność, czy zostałam kiedyś zaszczepiona przeciw żywiołowości i otwartości. Od czasu do czasu dręczy mnie wątpliwość, czy aby na pewno jestem córką swojej mamy. Może gdzieś mnie pod­mienili albo co? Ja nie lubię niczego. Nie lubię swojego strachu, nie lubię swoich myśli, nie lubię siebie. Nie potrafię nawet po­wiedzieć mamie, że nienawidzę tych wiecznych przeprowadzek. Potrzebuję jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym zapuścić korze­nie, zbudować sobie własne ściany i pilnować, by nic nie zakłó­cało mi spokoju, który wypracowa-łam z takim trudem. Jestem bezwolna jak owca i za to też się nie lubię.

Wyjrzałam przez okno, ale faceci zwijali się jak należy. Wca­le nie trzeba ich było poganiać. Za zasłonką znalazłam ukrytego tu kiedyś pall malla. Podkradam je czasem mamie i popalam, żeby zaimponować samej sobie.

Było parę minut po jedenastej, kiedy zadzwonił telefon.

Zgrzyt paznokciem po szkle! Zerwałam się na równe nogi. Puszka sturlała się z kolan na fotel, z fotela na podłogę. Słysza­łam, jak toczy się i rozchlapuje resztki piwa. Cholera! Gdzie ten telefon? Stał gdzieś między pakami i to jego szczęście, bo mia­łam ochotę go rozdeptać. Po kilku sygnałach umilkł. Kręciło mi się w głowie. Najchętniej wlazłabym pod koc i przespała całe to zamieszanie, ale faceci kręcili się po mieszkaniu i musiałam przynajmniej pozorować jakieś działanie.

 

Sprałam plamę z fotela, otworzyłam okna, ale wściekły za-pach browaru i dymu z papierosów wgryzł się w ściany. Tru-dno, w razie czego zwalę na facetów. W ramach moralnej rekom-pensaty zaniosłam im wodę mineralną i poradziłam, żeby zwol-nili trochę tempo. Skorzystali z rady. Usiedli i opowiedzieli co nie­co o sprawie, którą mama tak nagłośniła, że minister przy-jechał, a prezesowi prokuratura dobrała się do galotów. Reportaż pu­ścili dwa razy na antenie ogólnopolskiej. Faceci mieli ochotę pogadać i gdybym wykazała tyle co trzeba zainteresowania, opowiedzieliby mi wszystko jeszcze raz. Nie chciało mi się jed­nak słuchać ich łzawej historii. Gdyby tu była mama, usiadłaby z nimi, zapaliła faję i wysłuchała lamentów. Twierdzi, że każdy człowiek ma potrzebę wygadania się, tylko rzadko trafia na taką okazję. Ludzie generalnie nie lubią słuchać innych. Ona to uwielbia i jeszcze zarabia na tym kupę szmalu.

Ładowacze opróżnili ostatni pokój, a mama wsiąkła. Zagapi­łam się w okno. Widok na park z kawałkiem jeziora mógł za­chwycać, ale niezbyt często patrzyłam, żeby się nie przyzwycza­jać. Teraz cieszę się, że żadna łza nie kręci mi się w oku. To miłe mieszkanie zasługuje na lepszych lokatorów niż my.

Odczepiłam od tapety zdjęcie klasy, z którą wczoraj się poże­gnałam. Nie zapamiętałam nawet połowy imion, bo po co? Nie zauważyłam, żeby mój wyjazd zrobił na nich jakiekolwiek wra­żenie. W przeciwieństwie do mamy przychodzę, odchodzę i ni­gdzie nie zostawiam śladu. Jestem bezbarwna i niewidoczna jak szklana tafla na sklepowej wystawie.

Zaczęli hałasować w kuchni, a mnie ponownie ucieszyła myśl, że nie muszę tracić czasu na zmyślanie tradycyjnych wartości funkcjonujących w mojej rodzinie. Nie wiem, czy profesorce od polskiego spodobałaby się opowieść o babci, która chodzi do ko­ścioła głównie po to, by spowiadać się ze swej młodzieńczej przy­gody z ruskim oficerem, o dziadku wyrabiającym dwieście procent normy przy budowie Nowej Huty, o rozwodzie rodzi-ców, o ciotce Elce, która w wieku dziesięciu lat zapadła na chorobę psychiczną i dotąd leży w szpitalu dla czubków, i jeszcze o wielu ciekawostkach dziejących się w mojej rodzinie. Czy to są tradycyjne warto­ści? Wątpię! Ale to w końcu moja rodzina i moje wartości!

Ktoś powiedział, że to, jacy jesteśmy, jak postrzegamy świat, jakie decyzje podejmujemy, ma swoje źródło nawet nie w dzie­ciństwie, ale na wiele lat przed naszym urodzeniem. To, jakim człowiekiem był dziadek, prababka, stryjeczny wujek, ma pośred­ni wpływ na nas. Przyznam, że poruszyła mnie ta teoria. Z jednej strony to pocieszające, że jest ktoś odpowiedzialny za moje wady, ale z drugiej przeraża myśl, że moi przodkowie mogli być głupca­mi, tchórzami, mordercami. Cóż ja na dobrą sprawę o nich wiem? Tyle co nic. No cóż, jeśli teoria o wpływie przodków na mój charakter jest choćby częściowo prawdziwa, to z dziadkiem komunistą, świrniętą ciotką i ojcem, który odszedł z powodu cho­mika, moje rokowania na przyszłość są raczej marniutkie.

Ciekawe, jaką rodzinę ma facetka od polskiego i ci z telewi­zji, którym od ust nie odklejają się wartości.

Dobrze, że nie muszę pisać tego wypracowania. Wątpię, czy byłabym na tyle odważna, by ryzykować napisanie prawdy. Pew­nie puściłabym w ruch wyobraźnię, która w końcu też ma niezłą tradycję w mojej rodzinie. Wymyśliłabym religijną babkę, dziad­ka, który z góry wiedział, że ciężka praca nie popłaca, dozgonną miłość rodziców i mnie samą – wdzięczną wszystkim pokole­niom za ich mrówczą pracę na polu wartości.

Poczułam się beznadziejnie. Zauważyła to nawet mucha spa­cerująca po ekranie telewizora. Usadziła okrągłą kupę na sa­mym środku i odleciała, pobrzękując lekceważąco.

John Grisham! Przypomniało mi się. To o przodkach powie­dział John Grisham, ten od „Klienta”, „Firmy” i „Raportu Peli­kana”.

Faceci skończyli ładować nasze graty. Telewizor zabrali na końcu. Czekając na mamę, zdążyliśmy obejrzeć teleturniej.

Umieliśmy odpowiedzieć na większość pytań, w przeciwień­stwie do tego, który tkwił za szybą. Gdybyśmy byli na jego miejscu, czerwone audi z bagażnikiem pełnym gum do żucia byłoby nasze. Poczuliśmy się odrobinę okradzeni. Gdzie jest mama?

Zjawiła się kilka minut później.

– Co tu tak cuchnie jak w knajpie? – spytała i na tym samym oddechu kontynuowała: – Był jakiś telefon? Cały dzień nie mo­gę skontaktować się z tym dupkiem! Może tutaj dzwonił?

– Ktoś dzwonił, ale nie zdążyłam odebrać! – powiedziałam zgodnie z prawdą.

Mama jeszcze raz podejrzliwie pociągnęła nosem i poszła szukać aparatu, żeby przesłuchać taśmę z sekretarki. Zerknę­łam krytycznie na pokój. Totalny chaos. Zmarnowałam całe przedpołudnie. Zamiast sprzątać, przesiedziałam z nogami na ławie i głową w chmurach. Zaczęłam pospiesznie przesuwać fo­tele na właściwe miejsca i niespodziewanie znalazłam winowaj­cę. Zgnieciona puszka z resztką piwa utknęła pod fotelem i stąd ten smród. Wyciągnęłam ją i przez chwilę trzymałam w ręku, nie bardzo wiedząc, co z nią teraz począć. Stuk wyłączanej se­kretarki przywrócił mi świadomość. Z miejsca, w którym sta­łam, cisnęłam puszkę przez okno. Trafiłam. Mama stanęła w drzwiach, gdy na dole rozległ się brzęk i wrzask:

– Cholera jasna! Kto rzuca przez okno? Policję wezwę! Co za chamstwo!

Serce stanęło mi w gardle. Mama miała dziwną minę. Wi­działa! Nim zdążyłam wymyślić jakieś usprawiedliwienie, usły­szałam:

– Ela umarła!

W głosie mamy więcej było zdziwienia niż smutku. Ode­tchnęłam z ulgą. Nie widziała! Piwo, papierosy, całodzienne le­nistwo, bałagan w mieszkaniu ujdą mi na sucho. Umarła Elka.

Pojedziemy na pogrzeb, więc jeszcze przez parę dni nie będę musiała iść do szkoły. Ani do starej, ani do nowej. Hura! Omal nie podskoczyłam z radości. Spojrzałam na mamę i opanowa­łam się w porę. Z dołu nadal dobiegały wyzwiska, ale ona nie słyszała niczego. Nagle bezradna i zagubiona, oglądała swoje dłonie, jakby w nich szukała wsparcia. Zawstydziłam się swojej idiotycznej reakcji. Elka to siostra mamy. Bliźniaczka.

Podeszłam i objęłam ją. Przylgnęła do mnie i nagle pojęłam nieszczęście, jakie na nią spadło. Umarła jej siostra.

Krzyk na ulicy ucichł.

2

Nigdy dotąd nie miałam do czynienia ze śmiercią. Wiedzia­łam, że ludzie umierają, ale sądziłam, że dotyczy to tylko ob­cych. Umierali tacy, których nie znałam albo niewiele dla mnie zna-czyli. Nigdy jeszcze nie zmarł ktoś, kto był mi bliski. Ciotka Elka też nie była mi bliska. Od wielu lat leżała, gapiąc się w po­pękany sufit jednej z sal szpitala psychiatrycznego.

– Co z przeprowadzką? – spytałam niepewnie, bo samochód był już załadowany, a kierowca czekał tylko na sygnał do odjazdu.

– Z przeprowadzką? – Mama była zbyt oszołomiona, by pa­miętać o realiach.

– Wszystko gotowe!

– Nie wiem… Nie mam pojęcia… Musimy jechać na pogrzeb! A niech to szlag! Elka zawsze robiła wszystko nie w porę!

Powiedziała to z wyrzutem i nagle w pokoju pojaśniało, a mnie zrobiło się lżej na duszy. Już się bałam, że wpadnie w rozpacz i wszystko zostanie na mojej głowie.

– Ela umarła – powiedziała z zadumą. – Musimy jechać na pogrzeb. Dam im adres, niech sami zawiozą rzeczy!

Faceci zrozumieli powagę sytuacji i za niewielką dopłatą zgodzili się załatwić wszystko samodzielnie.

– Grunt to ludzka pomoc! Pani jest fajna kobita, to wszystko będzie OK! – orzekł szef, chuchając w dodatkowy banknot.

– My pojedziemy jutro! – zdecydowała mama, rozglądając się po rozbebeszonym pokoju.

Słońce wymalowało na gołej podłodze złote pasma. Patrzy­łam na delikatne falowanie cząsteczek światła i odczułam coś w rodzaju zakłopotania na myśl, że przebyło miliony kilome­trów, by zakończyć żywot pod moimi nogami. Przyłapałam się na tym, że bardziej mi żal gasnących plam słońca niż Elki. W dodatku poczułam głód. Od rana nic nie jadłam. Przez długą chwilę trwałam w rozterce, czy w obliczu śmierci wypada w ogó­le mówić o jedzeniu, na przykład o kaszance z cebulką. Niemal czułam jej smak na języku, a kiszki grały marsza. Za oknem cię­żarówka zawarczała i odjechała.

– Jest coś do jedzenia? – usłyszałam za plecami. – Jestem po­twornie głodna. Pooootwornie!

– Co miałaś na myśli, mówiąc, że Elka wszystko robiła nie w porę? – spytałam, gdy późno w nocy padłyśmy ze zmęczenia.

Przez chwilę milczała, zbierając myśli, jakby segregowała, co można mi powiedzieć, a czego nie warto.

– Była taka… porywcza. Jak przyszło jej coś do głowy, musia­ła to zrobić już, natychmiast! Za wcześnie wstawała, za późno kładła się spać, wszędzie się spóźniała, bo chciała robić kilka rzeczy naraz, być jednocześnie w wielu miejscach. Jakby prze­czuwała, że musi się spieszyć…

Mama zająknęła się, ale nie ponaglałam jej. Poczułam to sa­mo, co z tymi plamami światła na podłodze: zakłopotanie.

– Pierwszego września zamiast do szkoły poszła obejrzeć buldożer, który przywieźli do budowy drogi. Musiałam iść sama i jeszcze zmyślać bajkę o skręconej nodze mojej siostry! Zacho­rowała na tydzień przed pierwszą komunią. Nie było dla mnie pary i przed ołtarz szłam sama. Byłam na nią wściekła i łykając opłatek myślałam tylko o tym, że jak wyzdrowieje, to sama ją uduszę! Długo podejrzewałam, że zrobiła mi na złość, bo su­kienki miałyśmy identyczne, a ona nienawidziła, gdy mama ku­powała nam takie same rzeczy!

Śmiałyśmy się i przez chwilę ogarnęła mnie absurdalna pew­ność, że Elka wcale nie umarła, tylko właśnie przebudziła się z długachnego snu i jedziemy na powitalną ucztę. Z opowieści mamy wynika, że musiała być z niej niezła artystka. Szkoda, że usnęła i spędziła życie w zakładzie dla psychicznych.

Po takim dniu sen powinien nadejść szybko, ale tak się nie stało. Było mi duszno i ciasno. Przewracałam się z boku na bok, patrzyłam na firankę, jak wydyma się i opada, poruszana po­dmuchami wiatru. Jak duch – pomyślałam i przeszedł mnie dreszcz. Wsunęłam się głębiej w śpiwór i zacisnęłam powieki. Powietrze przesiąknięte było cierpkim zapachem więdnących pelargonii. Lubiłam się nimi zajmować, ale teraz muszę je zo­stawić na pastwę losu.

Całe popołudnie mama spędziła przy telefonie, odwołu­jąc zaplanowane spotkania, umówione terminy. Zawiadomiła właściciela nowego mieszkania, że meble jadą same, a my zjawimy się później. Rozmawiała z wujem Wilkiem i krótko z babcią. Potem rzuciła się w wir sprzątania. Szorowała podło­gę z taką zawziętością, jakby od czystości desek zależało jej dalsze życie.

– Ruszaj się, ruszaj! – popędzała mnie, gdy zbyt opieszale jej zdaniem myłam okna.

– To nie zawody! – próbowałam stawiać opór. – Przecież mo­że to zrobić dozorczyni.

– Całe życie to jedne wielkie zawody! – oznajmiła, wymiata­jąc dziady z kątów. Na temat ewentualnego wynajęcia sprzą­taczki nie podjęła dyskusji. Wysiłek fizyczny potraktowała jak formę czarów do odpędzania myśli o czekającym ją pogrzebie.

– Ale ja nie jestem typem sportowca! – mamrotałam, jednak na tyle cicho, by mogła udać, że nie dosłyszała. Moja bierność jest chyba jedyną rzeczą, jaka ją wkurza. Stara się jak może, by nie okazywać swego mną rozczarowania, ale ja zdaję sobie spra­wę, że spodziewała się po mnie czegoś więcej niż tylko banalnej poprawności. Ale nic nie mogę na to poradzić, że jestem taka… nijaka.

Ostatecznie mieszkanie wyglądało o niebo lepiej niż w dniu,gdyśmy tu weszły rok temu. Po północy padałam z nóg, ale za zmęczoną twarzą łatwiej mi było skryć radosne myśli, że spędzę kilka dni z Wilkami. Może nawet wybierzemy się w góry, bo ma­mie nie wypada przecież uciekać natychmiast po pogrzebie.

Firanka wydęła się gwałtownie, a ja przestraszyłam się swego entuzjazmu. Przecież jedziemy na pogrzeb, a nie na wycieczkę! – strofowałam się, lecz bezskutecznie. Usiłowałam nie myśleć o wolnych dniach, które trafiły mi się jak ślepej kurze ziarno. Jak dobrze pójdzie, przeciągnę pobyt u babci nawet na tydzień. Życie jest jednak piękne!

Aby skierować myśli na właściwe tory, przez następne minu­ty odmawiałam pacierz i usiłowałam narzucić sobie nastrój smutku. Bezskutecznie.

Elka. Elka. Przywoływałam obraz ciotki, taki, który mógłby mnie wzruszyć, ale nic z tego. To, co przychodziło mi na myśl, było bardziej zabawne niż smutne. Dawniej odwiedzałyśmy ją często w szpitalu i nie powiem, żebym nie lubiła tych wizyt. Wprost przeciwnie, nie mogłam się doczekać, żeby znów tam pójść. Elka była dorosłą kobietą, a równocześnie dzieckiem, dziesięcioletnią dziewczynką. W tym wieku zapadła w śpiączkę i nigdy się już nie obudziła. Dla mnie była śpiącą królewną, ta­jemniczą i fascynującą, jak w bajce. Skoro nie po tej, to może istniała po drugiej stronie życia? Wierzyłam, że któregoś dnia się przebudzi i opowie, jak tam jest. Oglądałam kiedyś film, w którym lekarz podał nowe lekarstwo ludziom znajdującym się w stanie śpiączki i Robert de Niro się obudził. Mama cały czas ryczała, a gdy spytałam, czy nie można by tego leku wypró­bować na Elce, powiedziała, że takie rzeczy zdarzają się tylko w kinie i żebym w te bzdury nie wierzyła. Miała rację, bo Ro­bertowi de Niro też nie pomogło i pod koniec filmu zasnął na resztę życia.

 

Lubiłam Elkę. Można było do niej bezkarnie szczerzyć zęby, wywalać jęzor, robić małpie miny, skakać koło łóżka, podciągać sukienkę pod brodę i pokazywać goły brzuch, a nawet tyłek, a ona patrzyła na wszystko jednakowo pustym wzrokiem. Oczy­wiście robiłam to, gdy mama szła na rozmowę do lekarza, a ja zostawałam z ciotką sama. Przy niej po raz pierwszy odważyłam się wypowiedzieć słowa: „cholera” i „pieprzyć”. Opowiedziałam jej o dzienniczku wrzuconym do rzeki i o tym, że Gruby mnie pocałował i pokazał, co ma w majtkach. Elka słuchała i brała na siebie moje winy. Wychodziłam od niej rozgrzeszona.

– Przestałabyś prowadzać dzieciaka do czubków! – mówił ta­ta, a mnie było przykro, że dla niego Elka nie jest śpiącą królew­ną, tylko czubkiem. Najgorsze było to, że odbierał mi szansę zrzucenia z siebie kolejnej porcji grzechów.

Tata, taki nienagannie uprzejmy i zasadniczy w sprawach wy­chowania, o Elce zawsze wyrażał się grubiańsko. Nie cierpiał nawet rozmów o niej. Uczył mnie, jak kulturalnie zapytać o dro­gę do kibla i uprzejmie żądać papieru do podtarcia się, lecz gdy chodziło o Elkę, zapominał o manierach. „Wariatka, debilka, świr” – to tylko niektóre z jego określeń. Szybko nauczyłam się przy nim nie mówić o ciotce, bo wpadał we wściekłość. Tak jak­by osobiście mu czymś zawiniła, a przecież nie mógł jej znać. Kryłam mamę, a wyprawy do szpitala stały się naszą tajemnicą.

– Czy zawsze taka była? – pytałam niezmiennie, a mama za każdym razem tłumaczyła coś, czego nie mogłam pojąć.

– Była normalną dziewczynką, jak wszystkie inne. Tyle że w pewnym momencie czas się dla niej zatrzymał. A raczej to ona sama go zatrzymała! – mówiła zawsze z nutą pretensji w głosie.

To niepojęte. Ja też zazdrościłam Elce, że potrafiła to zro­bić. Świat musiał być dla niej prostym mechanizmem z guzi­kiem „stop”. Nacisnęła go i czas stanął w miejscu. Tyle że już nigdy nie ruszył, bo skamieniał i przyszpilił ją do tamtej chwili sprzed lat.

– Ale dlaczego to zrobiła? – pytałam milion razy. Mama roz­kładała ręce, ale nigdy nie wierzyłam, że mówi prawdę.

Obudziłam się w środku nocy. Jedno skrzydło okna uderzało o jakiś zaczep, a ja dygotałam z zimna. Pod skórą przebiegały mi dreszcze, od czubka głowy do pięt, jeden po drugim, nie do opanowania. Powiał silniejszy wiatr. Pachniał leśną ściółką i chłodną wilgocią. Metalowy haczyk opadł z trzaskiem i okno otworzyło się na oścież i to dopiero wyrwało mnie ze snu, w któ­rym szłam jakimś korytarzem. Był wąski, ciemny i pełen zła – ­gorącego, oślizłego, o gorzko-słodkim zapachu. Wytrze-szcza­łam oczy i szłam wolno, chociaż napięte do granic możliwości nerwy ponaglały do pośpiechu. Powinnam biec w stronę bla­dego krążka światła w oddali, ale w ciemności ktoś stał i dy­szał. Byłam świadoma, że nadejdzie chwila, gdy gorący oddech poczuję na swojej twarzy. Bałam się, ale wszystko, co mogłam zrobić, to iść jak najciszej, jak najwolniej. Powoli ogarniała mnie panika.

Okno wciąż tłukło o ścianę. Jeszcze trochę, a wyleci szyba. Wyrwałam się wreszcie z odrętwienia i pofrunęłam. Leciałam nad miastem i bluzgałam przekleństwami. Ludzie zadzierali głowy i uśmiechali się. Moja rozpacz na nikim nie robiła wraże­nia. Szli dalej, uśmiechnięci i obojętni. Okiennica trzasnęła jak piorun i dopiero to na dobre wyrwało mnie ze snu. Usiadłam. Wciąż dygotałam, choć wiedziałam, że już nie śpię. Że jestem w swoim pokoju i nikogo prócz mamy tu nie ma. W głowie na­dal klekotały przekleństwa, aż czułam od nich gorycz w ustach. Wypowiedziałam je na głos i wydały mi się dziwaczne. Jeszcze takich nie znałam. Po omacku napisałam je na gazecie, by jutro rozważyć ich znaczenie, a może nawet zapamiętać. Sny bywają przecież pouczające!

Zamknęłam okno i poczłapałam do kuchni, by przepłukać gorycz wodą z kranu. Nie wróciłam już na swój materac. Po­szłam spać do mamy. Mruknęła coś przez sen i machinalnie otuliła mnie kołdrą. Do rana nic mi się nie śniło.

Zbudziła mnie cicha krzątanina. Spod uchylonych powiek patrzyłam na gołe ściany i nie wiedziałam, gdzie jestem. Czu­łam obecność mamy i tylko dlatego nie wpadłam w popłoch.

– Mamo, gdzie jestem?

– W moim łóżku! Masz siedemnaście lat i ciągle włazisz mi do łóżka! A jak będzie u mnie jakiś facet?

Pomyślałam, że jest atrakcyjna i nie byłoby w tym nic dziwne­go, gdyby miała jakiegoś faceta. Powiedziałam to głośno, a ona roześmiała się. Zaraz jednak spochmurniała.

– Pamiętasz, gdzie jedziemy?

Kiwnęłam tylko głową.

– Śniło mi się coś okropnego! – Przymknęłam oczy, usiłując przypomnieć sobie, co to było.

– Ja miałam przyjemne sny. O Eli. Jak byłyśmy małe…

Uśmiechnęła się. Miała podkrążone oczy, a mnie przypo­mniał się niedawno oglądany program o bliźniakach. Podobno przeżywają wszystko tak samo i w tym samym czasie. Przestra­szyłam się myśli, że mama też umrze. Tfu, tfu, tfu, plułam za łóżko, gdy wyszła do kuchni. Po chwili poczułam zapach jajecz­nicy i ulżyło mi. Jeśli ktoś smaży jajka na boczku, to ma mu się chyba na życie.

– Zjemy i ruszamy! Wszystkie ciemne rzeczy pojechały cię­żarówką. Musimy kupić coś odpowiedniego po drodze!

Nie chciało mi się jeszcze wstawać, więc zaczęłam opowia­dać swój sen. Szczególnie to o lataniu i sypaniu przekleństwami. I o ludziach, którzy mieli w nosie mnie, moje przerażenie i mój gniew. Co za znieczulica. Nawet we śnie!

Mama przyniosła patelę i ustawiła pośrodku stołu. Lubiły­śmy tak paskudnie jeść, gdy byłyśmy same. Tata tego nie znosił. Wpadał w furię, gdy nas na czymś takim przyłapał. W ogóle był facetem przekonanym o swej wyjątkowości. Szczerze wierzył w słuszność i niepodważalność swych poglądów. Nie miewał wątpliwości. Żeby odsunąć myśli o nim, wzięłam ze stolika gazetę, na której nabazgroliłam słowa ze snu. „BELZEBUB” i „MELBA”. Nic dziwnego, że ludzie uśmiechali się do mnie uprzejmie.

– Wiesz, co to za słowa? Idiotyzm! – Położyłam gazetę i za­brałam się do swojej połowy jajecznicy.

Mama zerknęła i jej ręka, ta z łyżką, zawisła w połowie dro­gi między patelnią a otwartymi ustami.

– Belzebub? Melba?

Była szczerze zdumiona. Popatrzyła na mnie i po długim na­myśle wzruszyła ramionami.

– Musiałam ci kiedyś o tym opowiadać! – wymamrotała, krę­cąc głową z niedowierzaniem.

– O czym? – zabulgotałam jajecznicą.

– Nie mów z pełnymi ustami! – Spojrzała na mnie z dezapro­batą, ale zanim dotarłyśmy do dna patelni, opowiedziała o melbie i belzebubie. – Lubiłyśmy bawić się słowami. Jak nie miałyśmy na coś odpowiedniego określenia, wymyślałyśmy własne. Kiedyś przestraszyłam się czegoś i nazwałam to belzebubem. Nie wie­działam, co to słowo znaczy, ale samo w sobie było ohydne i brud­ne, jak przekleństwo. Belzebub! – klęłam na cały świat, gdy by­ło mi źle. Belzebub! Tylko dla mnie to słowo miało szczególne znaczenie. Elkę śmieszyło. Nawet nie usiłowałam jej tłumaczyć sensu dźwięków wypluwanych przez zęby. Śmiała się, ale wierzy­ła, że jest parszywe. Ona też miała takie plugawe słowo – mel­ba. Zupełnie nie pojmowałam, co w poczciwej melbie może być obelżywego. Nie próbo-wała mi tego wyjaśniać, jak i nie wysilała się, żeby zrozumieć moje tłumaczenia. Wiedziałam, że mówi prawdę, bo przy wy-mawianiu słowa „melba” unosiła bezwiednie górną wargę, jak wtedy, gdy wąchała coś cuchnącego. Chodziły­śmy sobie ulicami i bluzgałyśmy na wszystko: „Belzebub! Melba! O belzebub! O melba!” Aż obrzydzenie wypełniało nam usta go­ryczą i mu-siałyśmy szukać ulicznego saturatora, by napić się wody sodowej z podwójnym sokiem i przepłukać tę ohydę!

Skończyłyśmy jajecznicę. Mama zamyśliła się, gryząc przy­lepkę. Dwie muchy dosiadły się do kapki jajek na ceracie. Zo­stawiłam je i poszłam szorować patelkę. Posprzątałam kuchnię i wróciłam do mamy. Zastałam ją w tej samej pozycji z nadgry­zioną przylepką. Płakała.