KorniszonekTekst

Z serii: Korniszonek #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Przez całe lata żyłem w nieświadomości, że nazywam się Ogórski. Jacek, owszem! Jacuś, Jacunio, Niunio, Niuniuś, Dziubdziuś, Lalunia Mamuni i inne takie imiona, które trudno nawet spamiętać. Ale Ogórski? Nigdy w życiu nikt tak do mnie nie mówił. Tak się nazywa mój tata, ale ja???

– Czy jest pan Ogórski? – Gdy słyszałem takie pytanie, zawsze wiedziałem, o kogo chodzi. Oczywiście o mojego tatę. Panie Ogórski to, panie Ogórski tamto… Tak mówili wszyscy i dziwiłem się nawet, że mama traktowała tatę z taką poufałością i mówiła do niego Jarek, jakby był jakimś zwykłym człowiekiem. Miałem nawet mamie to za złe, dopóki nie poznałem przyczyny owego spoufalenia. Okazało się bowiem, że i mama nosi ów zaszczytny tytuł – pani Ogórska!

Przez pewien czas zwracałem się do obojga po nazwisku.


– Pani Ogórska, chce mi się jeść!

– Panie Ogórski, chodźmy na spacer!

Wszystkich niezmiernie to śmieszyło. Nie rozumiem dlaczego?

Mama Ogórska, tata Ogórski, nawet mój starszy brat Wojtek był Ogórski, ale niech tam, ma już przecież wąsy. Ale ja?

Dowiedziałem się o tym dopiero w szkole.



Gdy byłem mały, to znaczy o dwa centymetry mniejszy niż teraz, i wszyscy zachwycali się moją urodą i mądrością, wierzyłem, że uda mi się uniknąć chodzenia tam i z powrotem do szkoły. Wystarczy, że znają tam Wojtka, mojego starszego brata. Po co zawracać głowę nauczycielom drugi raz, skoro ja i tak wolę grać w piłkę i oglądać filmy o czarodziejach. Z Wojtka wszyscy są dumni, bo zdał egzaminy do poważniejszej szkoły, która nazywa się technikum, czy coś takiego. Uczy się tam różnych tajnych wzorów i innych fajnych rzeczy i na pewno zostanie mądrym człowiekiem, może nawet kosmonautą. Mówiłem o tym chłopakom i bardzo mi zazdrościli, że po znajomości dostanę się kiedyś na rakietę.

Tata jest z Wojtka bardzo dumny. Nie ma dnia, żeby nie poklepał go po ramieniu i nie powiedział:

– Liczę na ciebie, synu!

Pewnie też myśli o darmowym miejscu w rakiecie.

Do mnie nigdy tak nie mówi, bo pewnie z góry wie, że nie ma na co liczyć. Ale czy wszyscy muszą być zaraz kosmonautami? Mnie bardziej podoba się gapienie w niebo, gdy akurat jest przerwa w meczu i leżymy z chłopakami na trawie. W takich chwilach potrafię frunąć pod same chmury i dolecieć aż do końca kosmosu. Całkiem bez rakiety.


Tłumaczyłem rodzicom, jak problem szkoły wygląda z mojego punktu widzenia, i liczyłem, że zrozumieją. Niestety. Tylko Anulka mnie poparła i powiedziała, że chętnie pójdzie zamiast mnie, bo dwa lata czekania na szkołę, to dla niej zbyt długo.

– A miejsce osła jest przecież na łące – dodała.

Trochę bym się nawet obraził o tego osła, gdyby nie to, że moja młodsza siostra to jedyna osoba, która mnie naprawdę rozumie. Stałem za nią i pełen nadziei czekałem na wyrok rodziców. Kiwałem jeszcze głową, że Anulka ma zupełną rację – łąka i ja to nierozłączna para. A dziewczynie chętnie ustąpię miejsca.

Próżne nadzieje. Okazało się, że do szkoły muszą iść wszystkie dzieci, na które przychodzi kolej, nawet tacy mądrzy i ładni faceci jak ja. Gdy płakałem, mama powiedziała, że to rozkaz prezydenta i tylko do niego mogę słać protesty. A że prezydent przyjmuje tylko protesty pisemne, więc najpierw muszę nauczyć się pisać. I tak po raz pierwszy spotkałem się z problemem nie do rozwiązania.

Zrozumiałem, że moje łzy są daremne i wyrok losu muszę przyjąć po męsku.



Któregoś ranka mama powiedziała, że to jest właśnie ten dzień i zaprowadziła mnie do szkoły. Zostawiła na boisku z chłopakami, bo sama musiała biec na jakiś ważny dyżur. Znałem tych chłopaków z placu zabaw, więc wcale się nie zmartwiłem, że sobie poszła. Przynajmniej nie będzie marudzić, że brudzę to ładne ubranko, w które mnie wystroiła, jakbym był dziewczyną.

Nie zdążyliśmy się jednak pobawić, bo przyszła pani, całkiem ładna, i zaczęła odczytywać z kartki różne takie dziwne słowa, które według mnie nic nie znaczyły, ale chłopaki na dźwięk niektórych podnosili ręce i ustawiali się w szeregu. Kilka razy wołała: „Ogórski! Ogórski!”, ale taty tu przecież nie było. Chciałem wyjaśnić, że jest teraz w pracy, ale w takim hałasie i tak by pewnie nic nie usłyszała, więc zrezygnowałem. W końcu zabrała chłopaków i poszła. Mnie chyba nie chciała, bo gdyby tak było, zawołałaby: „Jacuniu, Dziubdziusiu, chodź z nami, słoneczko!”.

Zostałem przed szkołą sam jak palec. Nawet mnie to ucieszyło, bo i tak już straciłem zbyt wiele cennego czasu. Chyłkiem wymknąłem się poza ogrodzenie i tyle mnie widzieli. Miałem zaplanowanych kilka spotkań w piaskownicy, więc w szkole i tak nie byłoby ze mnie pożytku.


Niestety, niczego nie załatwiłem, bo piaskownica była pusta. Posiedziałem, poczekałem, postawiłem parę babek z piasku, pogapiłem się w niebo, żeby obliczyć, jak długo trzeba by tam lecieć, żeby dolecieć, i wyszło mi z obliczeń, że to niezbyt daleko, tylko trzeba się dobrze odbić. I byłem już bliski wynalezienia wzoru na latanie bez rakiety, gdy nagle pojawiła się ciemna chmura i zasłoniła mi widoczność. Uniosłem głowę, żeby zobaczyć, czy to taka, z której spadnie deszcz, i wtedy z góry zleciał but. Brudny trampek. Dostałem nim między oczy, aż się zachwiałem. Gdy odzyskałem równowagę, rozejrzałem się, ale wokół było pusto.

– Jak cię złapię, to pożałujesz! – krzyknąłem nie wiadomo do kogo.

Chmura uciekła, jakby to ona była winna.


Trampek podniosłem i zabrałem ze sobą. Już ja znajdę tego, co w jednym chodzi. Wtedy zobaczy!

Wróciłem do domu. Babcia nawet się trochę zdziwiła, że tak krótko byłem w szkole, ale robiły z Anulką pierogi i nie miały dla mnie czasu. But wrzuciłem pod biurko, zabrałem piłkę i poleciałem na dwór. I dzień minąłby dobrze, gdyby nie nadmierna ciekawość mamy. Koniecznie chciała wiedzieć, jak szkoła wygląda od środka. I wtedy się wydało, że nie zdążyłem tego sprawdzić.


Na drugi dzień mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do samego środka. Minęliśmy tyle drzwi, że straciłem orientację. Nigdy nie zdołam się stąd sam wydostać! Na końcu korytarza czekała pani z fiołkowymi oczami i mama oddała mnie jej. Oddała swojego Niuniusia! Już po drodze przygotowałem łzy, żeby zalać się nimi w odpowiedniej chwili, ale przez uchylone drzwi zobaczyłem, że w ławkach siedzi pełno chłopaków. No, skoro i oni tu są, to i ja jakoś wytrzymam. Łzy przełknąłem. Zostaną na później. Wykorzystam je wieczorem, by wypłakać jakąś czekoladę jako rekompensatę za doznane przykrości.

Minęło wiele, wiele czasu, nim wyjaśniliśmy sobie z tą ładną panią sprawę mojego nazwiska.

– Nazywasz się Ogórski? – spytała głupio, choć wyglądała tak ładnie.

Zaprzeczyłem zdecydowanie.

– Dziubdziuś! – wyjaśniłem.

Przejrzała listę i pokręciła głową.

– Niunio! – spróbowałem inaczej.

Też nie?

– Lalunia Mamuni! – uznałem, że nie ma co owijać w bawełnę i trzeba wyjawić imię najbardziej ulubione. Może wreszcie to jej się spodoba.

Niestety. Uparła się przy Ogórskim. Ja trwałem przy Niuniu. Wreszcie machnąłem ręką. Zgodziłem się tylko dlatego, że miała takie ładne oczy. Nadal nie byłem przekonany, ale niech tam. Skoro tak bardzo chce, ustąpię. Tym bardziej, że zadzwonił dzwonek i miałem ciekawsze rzeczy do roboty niż dyskutowanie z kobietą na tematy, o których nie ma pojęcia. Pierwszy raz mnie widzi, to skąd może wiedzieć, jak się nazywam.


Chłopaki orzekły, że jestem osioł i zaczęli na mnie wołać: „Ogórek, ogórek, kiełbasa i sznurek!”. Musiałem im wybić z głowy głupoty i to zajęcie wypełniło mi pierwszy dzień nauki. Następne zresztą też, bo wszystkim spodobała się wyliczanka o kiełbasie i ogórku. Nawet na placu zabaw tak na mnie wołali. Już nie byłem Jackiem tylko Ogórkiem. Wcale mi się to nie podobało. Obraziłem się na wszystkich, przyszedłem do domu i wlazłem pod biurko. Nie zamierzałem stamtąd wyjść do końca świata. Trampek, który tu wczoraj wrzuciłem, zmienił kolor. A właściwie odzyskał go, bo był czyściutki, jak prosto ze sklepu. Pewnie babcia go znalazła i wyprała.

 

A chłopaki nadal darły się pod oknami:


– Ogórek, chodź na dwór! Ogórek, weź piłkę! Ogórek! Ogórek!

Na całą ulicę tak się wydzierali, żeby nawet psy wiedziały, jak za mną szczekać. Wreszcie Wojtek nie wytrzymał i wyjrzał przez okno. Miałem nadzieję, że da im do wiwatu albo przynajmniej obleje wodą, wrzaskunów jednych. Nadstawiłem ucha i oto co usłyszałem:

– Tu nie ma żadnego Ogórka! Jest tylko Korniszonek – mały, kwaśny ogóreczek! Chodźcie i wyciągnijcie go spod biurka, bo zostanie tu do końca świata, albo i dłużej!

Korniszonek. No, no! Chłopakom bardzo się spodobało, a mnie jeszcze bardziej. Korniszonek to w końcu też ogórek, a brzmi o wiele lepiej. I w ten sposób zostałem Korniszonkiem.

Tylko mojej pani w szkole, ze względu na jej fiołkowe oczy, pozwalam nazywać się Ogórskim, ale tylko raz dziennie, podczas sprawdzania listy obecności. Ogórski, coś takiego! W dalszym ciągu mam wrażenie, że to słowo jest ważniejsze od innych i nie należy go nadużywać.



Każdego ranka przed wyjściem babcia przekonuje mnie, że w szkole dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, tylko muszę na nie cierpliwie poczekać. Zaciskam więc zęby i czekam. Słucham jednym uchem i spoglądam na panią kątem oka. Resztę uwagi skupiam na oknie, bo niby gdzie mają dziać się ciekawe rzeczy, jeśli nie za oknem? Nasza pani jest ładna, ale nieżyciowa. Nie pozwala biegać, krzyczeć i bić się. Każe siedzieć w ławkach i słuchać tego, co ma do powiedzenia. Zna bardzo dużo słów. Połowy z nich nie rozumiem. Muszę przyznać, że jest w tym lepsza od mojej mamy.

Z rosnącym zniecierpliwieniem czekam, aż otworzą się drzwi i wpadnie zdenerwowany pan dyrektor, by oznajmić, że w szkole jest pożar albo złodzieje. Albo jedno i drugie, co najbardziej by mi odpowiadało. Będzie szukał ochotników, którzy pomogą mu fachowo opanować sytuację. Byłem gotów na wszystko. Chciałem pierwszy rzucić się na pomoc, żeby moja pani zobaczyła, jaki jestem dzielny. Niestety. Ta szkoła okazała się jakaś dziwna, zupełnie nieciekawa. Jeszcze się łudzę, że może z okazji rozpoczęcia roku szkolnego złodzieje dali nam spokój, a potem będzie już lepiej.

Aby zapełnić czymś pusty czas, rysuję na ławce kreski i zaznaczam na nich odległość do końca kosmosu i z powrotem. To trudne, bo pani cały czas gada i przeszkadza mi w obliczeniach. Ciągle muszę zaczynać od nowa.


Już wiem, że najważniejszą rzeczą w moim tornistrze jest dzienniczek. Codziennie po pierwszej przerwie pani mówi:

– Korniszonku, daj dzienniczek!

Dorośli nadają przedmiotom nazwy wprowadzające w błąd. Byłem święcie przekonany, że jeśli dzienniczek, to z pewnością służy do opisywania, jak pięknie minął dziecku szkolny dzień. A że wokół mnie dzieje się zawsze najwięcej, nic dziwnego, że pani poświęca wiele czasu na opisanie wszystkiego.

– Bądź, synku, aktywny! – powiedziała przecież mama. – Pokaż, że jesteś mądrym chłopcem!

Zgodnie z poleceniem staram się być najaktywniejszy ze wszystkich chłopaków. Zająłem się ustalaniem terminarza rozgrywek ligowych na korytarzu. Biorąc pod uwagę, że po tygodniu włączyły się do gry chłopaki z drugich, a potem i trzecich klas, mam pełne ręce roboty i jestem najbardziej zapracowanym facetem w szkole. Ponadto cały czas rozglądam się za bandytami, którzy niewątpliwie kiedyś się tu pojawią. I co nawet w szkole jest nie do uniknięcia – wyrównuję podwórkowe porachunki. To ostatnie zajęcie daje mi wiele satysfakcji, bo na terenie szkoły ograniczona jest możliwość ucieczki moich przeciwników. Dopadłem wszystkich. I Janika, który w zeszłym roku przedziurawił mi piłkę. I Robercika, który trzy lata temu zepchnął mnie z huśtawki. Nie mówiąc już o Danielu, z którym znamy się od pieluch i bijemy za każdym razem, gdy tylko się spotkamy. Nieważne o co. To takie nasze wspólne hobby.

Pani ma co opisywać!



Tata każe mi brać przykład z Wojtka.

Łatwo powiedzieć. Pewnie, że chciałbym wziąć z niego przykład i mieć już wąsy. Gdybym je miał, też dawałbym sobie ze wszystkim radę. Ale mnie, niestety, nie chcą rosnąć i na razie muszę zasłaniać się bratem. Jego wzrost, waga i wąsy to istotne argumenty podczas kłótni z chłopakami.

– Dotknij mnie, to powiem mojemu bratu! – wołam, jak widzę, że nie mam szans. Działa! Przekonałem się o tym już wiele razy. Najgorszym zawadiakom opadają ręce. A najlepsze jest to, że nikt nie nazwie mnie maminsynkiem i skarżypytą. Szczerze mówiąc, na Wojtka nie mam co liczyć podczas walk na placu zabaw. Sam musiałbym go chyba bronić. Wojtek przynosi same piątki i szóstki, a w dzienniczku nie ma ani jednej uwagi. Tłumaczyłem tacie, że chodzę do bardziej wymagającej szkoły, gdzie nie stawiają tak łatwo piątek. Za to uwagi wpisują z byle powodu. Tata tylko wzdycha i kręci głową. Ilość westchnień wskazuje na to, że rozumie moją sytuację i nie ma złudzeń.

Chciałbym, żeby i do mnie mówił: „Liczę na ciebie, synu!”, ale jak dotąd te słowa nie mogą mu się przecisnąć przez gardło. Nic dziwnego! Wystarczy, że popatrzy na moje zeszyty i już wie, że nikt mi nie pozwoli kierować rakietą. Jeszcze bym ją zepsuł, a on musiałby płacić.



Siedzę w niewygodnej ławce i jednym okiem wpatruję się w okno, drugim w drzwi, a pani pewnie myśli, że mam zeza. Maluje na tablicy haczyki i każe nam marnować czas na wrysowywanie ich do zeszytu. Mało tego, że pokrzywione, to jeszcze koniecznie muszą się znaleźć w odpowiedniej linijce, bo inaczej nie znaczą tego, co niby znaczą. Już nie mogę się doczekać tego pożaru i złodziei. Mam nadzieję, że babcia miała rację. Płakać mi się chce, ale czekam. Czy znacie kogoś równie cierpliwego?

Całe szczęście, że w tej szkole pełno jest chłopaków, którzy tak jak ja czekają na coś, co się dopiero zdarzy. Tylko jeden Mamlas przychodzi do szkoły, żeby się uczyć tych zawijasków. Dla niego ciekawe rzeczy to wyrazy z „ó”, uwierzycie? Dla pozostałych chłopaków najciekawsze są przerwy. Jak dzwoni dzwonek, to zaraz lecimy się bić. I tak, prawdę mówiąc, tylko to jest fajne w szkole. A potem wszyscy oszukują, żeby pani nie zorientowała się, czyja była wina. Im który lepiej kłamie, tym ma mniej uwag w dzienniczku i większe poważanie wśród chłopaków. Szkoda, że pani coraz rzadziej daje się nabrać. Cokolwiek się dzieje, zaraz patrzy na mnie. I na ogół ma rację. To chyba jakaś kobieca intuicja.

Ogólnie jestem zadowolony ze szkoły. Umiem już bić się na pięści i kłamać bez mrugnięcia okiem. Szkoda tylko, że trzeba tracić tyle czasu na pisanie literek i słuchanie wierszyków o dziewczynach, które w piątek robią pranie. Cóż to obchodzi takiego faceta jak ja? Oczywista strata czasu. Ile pięknych bójek można by stoczyć, gdyby nie pani, która zupełnie nie rozumie, co naprawdę interesuje chłopaków!

Mijają dni, a ja wciąż nie mogę pojąć, po co komu szkoła, skoro wygodniejszy do nauki wszystkich pięknych rzeczy jest plac zabaw?


Pani zamiast stopni stawia nam kolorowe kropki. To chyba jakiś tajny szyfr, którym daje do zrozumienia niektórym rodzicom, że z ich dziećmi będą same kłopoty. Jakby rodzice sami tego nie wiedzieli!

W moim zeszycie są same czarne kropki. Mnie się podobają, bo są niebrudzące, ale mama kręci nosem i każe przepisywać literki. A one zamiast trzymać się linijek, fruwają, skaczą, spadają – zupełnie jak ja. Ja tam lubię swoje krzywe literki i żałuję, że muszę je ciągle prostować i ustawiać jak żołnierzy w wojsku.

U nas w klasie tylko Mamlas ma same czerwone kropki. Jego literki są zawsze tam, gdzie być powinny. Nazbierał tyle czerwonych kropek, że pani postawiła mu prawdziwą piątkę. Chodził potem z zeszytem i przechwalał się, jaki jest mądry. Innym chłopakom było żal i całą przerwę mieli zmarnowaną. Nie mogłem spokojnie na to patrzeć, bo jestem wrażliwy na ludzką niedolę. Zabrałem Mamlasowi zeszyt i dorysowałem mu jeszcze kilka piątek. Niech ma, Mamlas jeden! Chłopakom zaraz zrobiło się lżej na duszach, że taka piątka to nic wielkiego. Można ich sobie namalować, ile się chce. A Mamlas zamiast się cieszyć, że ma ich więcej, zaczął ryczeć i poleciał na skargę. Pani napisała mi coś w dzienniczku i kazała dać tacie do podpisu, jakby tatę obchodziły zmartwienia Mamlasa.



Tata podpisał, ale nagadał się tyle, że przegapiłem całą dobranockę. A dzisiaj było o tych kaczkach, co wyrywają sobie piórka i rozjeżdżają się na placki. Byłem ciekaw, co znów zrobią złego. Skupiłem się i nadsłuchiwałem głosów z telewizora w sąsiednim pokoju. Musiało być niezłe, bo moja mała siostrzyczka jęczała z przerażenia i śmiała się na przemian.

– Dołóż jej! Tak, teraz nadepnij! Tu jeszcze zostało piórko! Ojej, zwiała! Jaka szkoda! – słyszałem i żałowałem, że tego nie widzę.

Niezbyt uważnie słuchałem monologu taty. Było mi przykro, że nie poznałem takiej pouczającej bajeczki. Od kaczek nauczyłem się dotąd wielu fajnych chwytów, a jutro na podwórku okaże się, że znowu czegoś nie potrafię. Widząc moją zmartwioną minę, tata zdecydował się zakończyć przemowę. I teraz nastąpiło najważniejsze. Położył mi rękę na ramieniu i powiedział:

– Liczę na ciebie, synku!

O kurczę! Rozjaśniłem się cały w środku ze szczęścia. Nawet chyba trochę urosłem, tyle było we mnie radości. Nareszcie się doczekałem. Liczę na ciebie! Liczę na ciebie! To najpiękniejsze słowa, jakie w życiu słyszałem. Będę musiał znowu namalować coś w zeszycie Mamlasa, żeby pani napisała list do taty!


– Co nowego w szkole? – pyta codziennie mama, a ja za każdym razem odpowiadam, że wszystko po staremu: uwaga i czarna kropka.

Mama nie traci jeszcze nadziei. Daje mi dużo marchewki i soków owocowych, bo od nich podobno przybywa człowiekowi rozumu. Chyba ma rację, bo nieraz czuję, jak mi coś między uszami rośnie. Wojtek mówi, że to tylko kolejna warstwa brudu, ale wolę wierzyć, że to rozum.

Tata wzdycha i wieczorami wspomina, że w pierwszej klasie miał same piątki. Też coś! U nas tylko Mamlas ma piątki. Chce mi dać do zrozumienia, że był takim Mamlasem, czy co?

Mamlas wie więcej nawet od telewizora. Pani musi go wyłączać, żeby inni mogli dojść do głosu. Przez długi czas zastanawiałem się, gdzie on tę całą wiedzę mieści. Zrozumiałem dopiero, jak tata pokazał mi obrazek w encyklopedii. Była tam głowa przecięta równiutko na pół wzdłuż nosa. Brrr, prawdziwa makabra! Przełupali komuś głowę tylko po to, żebym mógł zobaczyć, co jest w środku! No i gdybym na własne oczy nie widział, nigdy bym nie uwierzył. Okazało się, że jest tam całe mrowie komórek i to właśnie w nich mieszczą się te wszystkie wiadomości. Jeśli ktoś jakieś ma, oczywiście.


– W twoich mieszczą się same głupoty i nic więcej! – oznajmił tata.

 

Uznałem, że to i tak nieźle, bo u niektórych chłopaków komórki są całkiem puste albo ich w ogóle nie ma, jak u Zbynia z naszej klasy. Pusty łeb, mówią o nim, kiedy Zbynio nie słyszy. Gdy obejrzałem tę ilustrację, zrozumiałem, co mają na myśli. Ja sądzę, że przynajmniej jedną ma pełną, bo dobrze gra w piłkę i zawsze trafia do właściwej bramki.

Jak powiedziałem chłopakom o tych komórkach, zaczęli sobie liczyć, który ile ma. Zbynio uznał, że jedna mu wystarczy, byle była duża. Moi rodzice też pewnie by woleli, żebym miał jedną, bo byłoby ze mną mniej kłopotów. Ale niestety, w mojej głowie jest ich chyba ze sto, jeśli to oczywiście prawda, że każda komórka jest od innej głupoty. W jednej ukryty jest wzór na latanie bez rakiety, ale nie wiem jeszcze w której.

Mamlas śmiał się i mówił, że każdy ma w głowie miliardy komórek, ale nie wierzę, bo on zawsze się wymądrza. Przecież od takiej ilości głowa by pękła. Nawet jego!


Zadałem sobie masę trudu, by sprawdzić, czy Mamlas miał rację. Potrafię liczyć tylko do trzynastu, więc ciągle zaczynałem od nowa. Żeby się nie pomylić, odkreślałem mazakiem te już policzone. A i tak się pomyliłem! Spróbowałem jeszcze raz, i jeszcze raz, aż z obrazka została czarna plama. Ciekawe, co powie tata, jak to odkryje? Może nie odkryje?

Odkrył, niestety!

Dorośli są dziwni. I po co tak się denerwować z powodu głupiego obrazka? Dla świętego spokoju obiecałem, że namaluję lepszy. Nawet dziesięć lepszych. A jeśli tacie zależy, to całą encyklopedię mogę zapełnić przepołowionymi głowami.

Tata nie docenił mojej dobrej woli i zabronił zbliżać się do tej ważnej księgi, póki nie zmądrzeję. Po ilości trudnych słów, których użył, domyśliłem się, że encyklopedia jest niezwykle cennym źródłem wiedzy. Jak więc mam niby mądrzeć, skoro nie wolno mi do niej zaglądać? Ach, ci dorośli. Dobrze przynajmniej, że zdążyłem sprawdzić, co jest z tymi komórkami. Miałem rację, że Mamlas się wymądrza. Miliarda tam z pewnością nie było.


Podkusiło mnie, żeby zwierzyć się Wojtkowi z wątpliwości, ile też komórek może się zmieścić w mojej głowie.

Wojtek jak to Wojtek, załatwił sprawę komputerowo.

– Od tego jestem starszym bratem, żeby ci pomóc. Przeprowadzę testy, które ustalą twój poziom inteligencji! – oznajmił, a ja się ucieszyłem, że nareszcie będę wiedział, jak to ze mną jest.

Wrzucił dane i na podstawie badań ustalił, że w mojej głowie miejsca starczy na 155 komórek, ale jest ich dopiero 40 i kilka zarodków, które mogą się rozwinąć albo nie. Trochę się zmartwiłem, ale brat pocieszył mnie, że zna wiele ćwiczeń na przyrost mózgu i pomoże jak brat bratu. Na początek miałem pozmywać naczynia. Wojtek wyznał, że to czynność mózgotwórcza i przy każdym zmywaniu rosną dwie komórki. Co prawda, była jego kolej na zmywanie, ale uznał, że on ma już dość komórek i może mi te dwie odstąpić. Byłem mu bardzo wdzięczny i wyprosiłem jeszcze jutrzejsze zmywanie.

– Przy zamiataniu balkonu też rosną? – spytałem z nadzieją, bo bardzo mi zależało, żeby jak najszybciej dotrzeć do 155.

– Z balkonem nie jestem pewien – podrapał się po głowie mój uczony brat. – Ale jeśli pozamiatasz mój pokój, to na pewno urosną ci trzy!

Taki był wspaniałomyślny! I ja, osioł maślany, posprzątałem jego pokój za marne trzy komórki. Dopiero później zorientowałem się, że powinienem był zażądać przynajmniej siedmiu. Miał okropny bałagan! A mnie wciąż brakowało kilku do kompletu.


Miałem jeszcze ochotę coś posprzątać, ale Wojtek ostrzegł, że w ciągu jednego dnia nie może przyrastać zbyt wiele komórek, bo to niebezpieczne. Powinienem poczekać do jutra, to znów znajdzie dla mnie mózgotwórcze zajęcie. Nie chciało mi się czekać do jutra. Poszedłem do babci i poprosiłem o jakąś pracę.

– Muszę mieć w głowie 155 komórek, żeby być mądrym człowiekiem! – tłumaczyłem. Babcia spojrzała na mnie jak na głupka i wzniosła oczy do sufitu.

– Boże, daj rozum temu chłopakowi!

Poczekałem chwilę, ale chyba i w niebie było krucho z rozumem, bo nie poczułem w mózgu żadnego ruchu. Mamlas pewnie dostał wszystkie zapasy i dla mnie nic już nie zostało.

– Idź lepiej na podwórko i pograj w piłkę z tymi miłymi chłopcami albo weź się za literki! – westchnęła babcia.

Mając taki wybór, wybrałem oczywiście podwórko. Chłopaki już od godziny darły się pod oknami: „Korniszonek! Korniszonek!”. To oznaczało, że potrzebny im kapitan drużyny i jestem tam niezbędny. Literki poczekają.

Tym chłopakom, o których babcia mówi, że są mili, też lęgną się w głowach same głupoty. Pewnie nasze komórki są jeszcze niedojrzałe jak te śliwki, których się dzisiaj najadłem. Musimy je często wynosić na słońce, żeby szybciej dojrzewały!



Po powrocie z podwórka poleciałem do Wojtka, żeby jeszcze raz przeliczył.

Brat położył mi rękę na czole, skupił się i orzekł, że teraz kurczą się nawet te, które miałem. I żebym nie potrząsał głową, bo wypadną wszystkie.

Usiadłem więc sztywno i przyglądałem się, co robi mój mądry brat. Miał masę kabli i podłączał do komputera specjalny hełm. Tata przywiózł mu go w zeszłym tygodniu samolotem. Ja nie chciałem takiego – mam swój strażacki i wcale go nie noszę, bo pije w uszy. Hełm Wojtka służy do wytwarzania jakiejś rzeczywistości wirtualnej. Nie wiem, co to jest, ale obaj z tatą zbzikowali ostatnio na jej punkcie. Podobno można wejść do komputera i łazić po różnych labiryntach i muzeach. Mnie labirynty i muzea nie interesują. Wolę zwykłe boisko z bandą chłopaków.

Trzymając sztywno głowę, podawałem Wojtkowi kolorowe druciki, śrubokręt albo coś jeszcze.

Nie mogłem się tylko schylić po śrubkę, która wpadła pod biurko.

– Co ci jest? – zdziwił się i musiałem mu przypomnieć o swoich cennych, bo nielicznych komórkach:

– Nie chcę, żeby mi wszystkie wypadły!

Wzniósł oczy do nieba. To chyba jakaś rodzinna cecha, bo wszyscy tak dziwnie się przy mnie zachowują. Zajrzał mi do uszu i powiedział, żebym się nie martwił, bo mam zaklejone brudem, więc żadna nie ma prawa wylecieć.

– Uff! – odetchnąłem z ulgą. – Jak to dobrze mieć mądrego brata!


Wyciągnąłem mu tę śrubkę. Leżała pod trampkiem, tym co spadł z nieba. Teraz był niebieski w żółte kaczuszki. Nawet ładniej wyglądał niż wtedy, gdy dostałem nim między oczy. Przyjrzałem mu się dobrze, żeby zapamiętać kaczuszkowy wzorek na wypadek, gdybym spotkał kogoś w takim samym. Mimo że pilnie przyglądam się chłopakom w szkole i na ulicy, nie trafiłem jeszcze na tego, który chodzi w drugim od tej samej pary. Wszystko przez to, że trampek się ciągle zmienia.


Mój pierwszy dzienniczek po tygodniu był wypełniony po brzegi, co specjalnie mnie nie zdziwiło. Już w sklepie wydawało mi się, że jest za cienki. Pani stwierdziła, że pobiłem rekord szkoły. Byłem bardzo dumny.

Mama mniej. Powiedziała, że muszę się poprawić, bo inaczej będzie ze mną krucho. Jak mama tak mówi, wiem, że nie mam innego wyjścia, tylko muszę się postarać, żeby było lepiej. Drugi dzienniczek wystarczył tylko na trzy dni. Teraz chyba mama będzie zadowolona. Czy znajdzie drugie dziecko w całym mieście, którego szkolne dni są tak wypełnione?

Niestety, nie była zadowolona.

Odbyła ze mną długą rozmowę, podczas której użyła ponad tysiąca słów, w tym kilka niezrozumiałych, jak „dyscyplina” i „subordynacja”. Poważna sprawa. Jeśli mama wypowiada się tajemniczo, to znaczy, że jest na mnie zła. Okazało się, że nastąpiło zwykłe nieporozumienie. Po prostu mieliśmy całkowicie odmienne wyobrażenie o szkolnej aktywności. Wyobrażenie mamy mniej mi się podobało, ale wolałem nie dyskutować. Obiecałem poprawę.

Od tej pory nazwa dzienniczka przestała odpowiadać prawdzie. Powinna zostać zmieniona na tygodniczek, bo pani tylko raz w tygodniu opisuje moje wyczyny. Biedna pani musi używać wielu skrótów i przemilczeń, żeby oszczędzać nerwy mojej mamy. I trzeci dzienniczek, oczywiście!


Parę dni temu tata poleciał do jakiegoś dalekiego kraju załatwiać ważne interesy. Musiały być okropnie ważne, bo wsiadł do największego samolotu, jaki stał na lotnisku. A wczoraj z niecierpliwością czekaliśmy na jego powrót. Powinien być o osiemnastej, więc mama zaczęła się denerwować już godzinę wcześniej. Chodziła z kąta w kąt i patrząc na zegarek, informowała nas, że samolot jest już nad Triestem, że już nad Budapesztem, że nad Krakowem… I tak dobrze, że nie pamiętała nazw wszystkich wsi między Rzymem a Łodzią.

Babcia włączyła telewizor i oglądała wiadomości na kilkunastu kanałach – po polsku, po angielsku, po niemiecku, jak leci. Interesowały ją tylko katastrofy i po każdej wzdychała z ulgą, że to nie ta. Ja też się denerwowałem, bo w katastrofie mogły się pognieść prezenty, które wiezie dla mnie tata. Śledziłem z babcią informacje i chodziłem krok w krok za mamą, i obu pomagałem wzdychać.

Wreszcie tata się zjawił. Punktualnie. Tak jak wcześniej zapowiedział.

– Pół świata przeleciałem i nie widziałem żadnej katastrofy! – uspokoił nas, ale nie uwierzyliśmy. Przecież na świecie nic innego się nie dzieje oprócz wojen i wypadków. Wszyscy oglądamy telewizję i wiemy, jak jest.

W końcu nadeszła oczekiwana chwila i tata zaczął rozdawać prezenty. Ja dostałem wielkie pudło i byłem bardzo zadowolony, bo Wojtek dostał tycie, tycie.

No – pomyślałem sobie – widać, kogo tata bardziej kocha.



Ze swojego pudła wydobyłem cudo, prawdziwy wóz strażacki. Wył, migał światłami i miał zbiorniki, które można było napełniać wodą i polewać całe mieszkanie. I drabinkę, która po rozłożeniu sięgała stołu. Było tam jeszcze mnóstwo innych urządzeń, ale nie zdążyłem ich obejrzeć, bo niechcący zerknąłem na prezent Wojtka. Gdybym zerknął później, mógłbym przynajmniej dokładnie obejrzeć swoje auto. Ale podkusiło mnie, żeby zobaczyć, co dostał mój brat.

Dostał długopis. Czarny ze złotym kółeczkiem. Phi! Ale mi prezent! Już miałem lecieć napełniać zbiorniki, gdy usłyszałem:

– To długopis najlepszej firmy świata. Będzie ci przynosił same piątki.

A więc to tak! Wojtkowi wszystko przychodzi łatwo, bo ma specjalny długopis. W jednej chwili opadły mi zasłony z oczu i świat od razu stał się zrozumiały. Ja tyram takim zwykłym kupionym w kiosku i to dlatego nic mi się nie udaje.


Kiedy byłem mały, zastanawiałem się, po co tata ciągle lata samolotami do dalekich krajów? Czy źle mu siedzieć w domu przed telewizorem i oglądać filmy wideo jak tata Zbynia? Teraz zrozumiałem, że załatwia tam interesy ze znajomymi wynalazcami i przywozi różne rzeczy przydatne Wojtkowi i Anulce. Ja dostaję najwyżej jakieś śmieci, jak to auto strażackie.

O krosta swędząca! Od dawna podejrzewałem, że jestem tym gorszym synem, a teraz mam niezbity dowód. Pewnie! Można mieć tylko jednego ukochanego synka i przywozić mu cudowne długopisy, które przynoszą piątki. Dzięki temu zostanie kosmonautą.

Dla drugiego syna wystarczy kariera strażaka. Po to właśnie dostałem wóz strażacki, żebym się przyzwyczajał. I tak dobrze, że nie dostałem miotły.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?