A u nas w domu Opowieści dzieci fabrykantaTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Grażyna Bąkiewicz
A u nas w domu

Opowieści dzieci fabrykanta

Ilustrowała: Katarzyna Kołodziej


Strona redakcyjna

Grażyna Bąkiewicz

A u nas w domu. Opowieści dzieci fabrykanta

© by Grażyna Bąkiewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie III

ISBN 978-83-7672-583-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Rodzina

Jest rok 1865.

W Łodzi przy Wodnym Rynku stoi zwykły parterowy dom. Mieszka w nim wyjątkowa rodzina: tata – Karol, mama – Anna oraz dzieci – dziewięcioletnia Matylda, siedmioletnia Adela, pięcioletnia Emma i trzyletni Karol. Nazywają się Scheiblerowie.

Tata buduje fabryki z wysokimi kominami. Mama prowadzi dom, planuje zakupy, sumuje wydatki, nadzoruje służbę, mówi, co kto ma robić i sprawdza, czy jest to zrobione należycie starannie. Gdy tata wyjeżdża w interesach do Rosji, Niemiec albo na inny koniec świata, dba też o jego fabrykę. Ale to wszystko drobiazgi w porównaniu z najważniejszym obowiązkiem, jakim jest wychowywanie dzieci. Pani Anna robi, co może, by łagodnie wprowadzić je w skomplikowany świat połowy XIX wieku. Dzieci są jednak niecierpliwe i chcą dowiedzieć się wszystkiego jak najprędzej, dlatego zadręczają mamę tysiącami pytań. Jednak wytrzymałość każdej mamy ma swoje granice i gdy brew nad lewym okiem pani Anny unosi się, lepiej zejść jej z oczu.


– Słyszę, że wraca wasz tata!

Dzieci biegną, bo lubią witać go w drzwiach. Na widok czwórki urwisów pan Scheibler zdejmuje z głowy czarny cylinder i zagląda do środka.

– Ooo! – mówi, jakby kryła się tam jakaś niespodzianka.

– Co masz dla nas, tato? – pytają, a on z uroczystą miną wyciąga skrawki kolorowego materiału i puste szpulki od nici.

– Karolu – śmieje się pani Anna. – Przynosisz im to codziennie.

– A co mi tam! – wzrusza ramionami tata. – W końcu dzieci fabrykanta mogą dostawać prezenty każdego dnia.


Nie wiadomo, jak na taki podarek zareagowałyby inne dzieci, ale mali Scheiblerowie są zachwyceni. Po kolacji z gałganków i szpulek budują własny świat. Dla Anny i Karola Scheiblerów nie ma nic przyjemniejszego, jak patrzeć na te zabawy i słuchać opowieści o wszystkim, co przytrafiło się dzieciom w ciągu dnia. Od większości przygód trzęsą się im ze śmiechu brzuchy, ale są i takie, od których włosy stają dęba. Panu Karolowi na czubku głowy stale sterczą dwie kępki, które w żaden sposób nie dają się przygładzić. Po Łodzi krąży wieść, że ma tam rogi.

Wieczór, połowa stycznia 1865 roku

Rozdział, w którym zajada się pieczone kartofle, a w kuchni pojawia się intrygująca informacja o tym, że Scheibler to diabeł

– Dziś zjecie kolację w kuchni – mówi mama.

Oboje z tatą jadą na bal do Hotelu Polskiego przy ratuszu. To bal dobroczynny, co znaczy, że wszystkie zebrane podczas niego datki zostaną przeznaczone na rzecz ubogich. Zaproszenie przysłał sam prezydent miasta. Na białym papierze ze złotymi zdobieniami napisał: „Spodziewam się, że Państwo nie odmówią swej bytności na zabawie”. Jasne, że nie. Bawić się tam będą najbogatsi łodzianie, więc przy okazji da się załatwić jakiś geszeft [1]. W Łodzi każda okazja ku temu jest dobra.

– Uprasza się najuprzejmiej, ażeby szanowni państwo byli w maskach – sylabizuje Adela.

– Po co te maski? – pyta Matylda.

– Żeby nikt nas nie rozpoznał – odpowiada szeptem tata.

– Czy chodzi o jakieś tajemnice? – pytają z zachwytem dzieci.

– Raczej o to, by nikt nie wiedział, ile kto da na rzecz ubogich – śmieje się pani Anna. – Fabrykanci to straszne skąpiradła i dają tyle, co kot napłakał, a sądząc po złoceniach na zaproszeniu, bal szykuje się okazały i pewnie po odliczeniu kosztów okaże się, że dla biednych zostanie zaledwie na spleśniały chleb.

– A wy dacie dużo? – pyta Matylda.

– Damy tyle, ile trzeba – mówi pan Karol, potrząsając kieszenią surduta, w której brzęczą złote ruble [2].

Mama wydobywa z pudełek maski, które przyjechały z Wenecji. Jedna jest śliczna, srebrzysta, anielska, i ta jest dla mamy. Druga przedstawia oblicze diabła i gdy tata ją nakłada, dzieci aż się cofają, taki jest w niej przerażający.

Chwilę później rodzice sadowią się w wytwornym powozie zaprzęgniętym w białe konie.

– Wio! – stangret strzela z bata.

– Miłej zabawy! – wołają dzieci, a potem owijają się szalikami i biegną po śniegu do kuchni, która znajduje się w osobnym budynku.

Kuchnia to królestwo Genowefy. Nie wolno tu wpadać nagle i bez potrzeby. Przy drzwiach wisi wstążka, którą trzeba pociągnąć, by ostrzec, że się wchodzi. Zarówno kucharki, jak i piekące się ciasta nie lubią być zaskakiwane. Kucharki mogłyby się poparzyć, a ciasta – opaść. Dlatego nawet mama i tata muszą dzwonić, zanim wejdą.

Dzyń, dzyń.

– Wejść! – woła Genowefa.

– Będą kartofle? – pyta Adela.

– Będą, będą, ale musicie trochę poczekać.


Genowefa paraduje w wykrochmalonym fartuchu i czepcu na głowie, co wcale nie oznacza, że jest zwykłą kucharką. Przyjechała z mamą z Ozorkowa, była przy urodzeniu wszystkich dzieci i cieszy się wielkim zaufaniem państwa Scheiblerów. Pomaga mamie doglądać służbę i prowadzić dom. Od rana do wieczora słychać jej rozkazy, nakazy i zakazy. Wszyscy się jej trochę boją, ale trzeba przyznać, że w całej Łodzi nie ma lepszej gospodyni. A o gotowaniu wie wszystko. Potrawy podawane przez nią na przyjęciach to arcydzieła kulinarnego kunsztu.

– Macie tu ciasteczka ze śliwką w środku.

W kuchni snują się aromaty wanilii, goździków, migdałów i wszelkiego rodzaju korzeni. Dzieci rozsiadają się przy wyszorowanym do białości stole. Pogryzają ciasteczka i popijają je ciepłym mlekiem z malowanych kubków, ale tak naprawdę czekają na coś specjalnego, czego nie jada się w salonach – na pieczone kartofle.

Genowefa dorzuca do pieca węgla, potem bierze garnek z gotowanymi ziemniakami, nakrywa go blaszanym pudłem, odwraca do góry dnem i stawia na kuchennej blasze. Kartofle piec się będą tak długo, aż przejdą zapachem dymu i nabiorą złocistego koloru. Przez ten czas można się przyglądać miedzianym rondlom i formom do ciast. Na desce koło pieca służąca prasuje koszule. Wodzi żelazkiem po szwach, wygładza załamania, a gdy żelazko stygnie, wyjmuje z niego duszę [3] i wkłada w żar paleniska. Czekając, aż się zagrzeje, opowiada o złotych rublach, które podobno można znaleźć w mieście.

– Wystarczy tylko dobrze się rozejrzeć.

– Ha, ha, ha – śmieje się Genowefa, puszczając oko do dzieci. – Chciałabym, żeby to była prawda.

– To najprawdziwsza prawda! – Dziewczyna uderza się w piersi. – Kucharka Geyerów znalazła złociutkiego rubelka w jajku. Opowiadał o tym piekarz, którego narzeczona jest pokojówką u Kramerów. Tamta na własne oczy widziała, jak rubel wyleciał z jajka, które kucharka do ciasta wbiła.

Dzieci pokładają się ze śmiechu na myśl o minie kucharki, gdy rubel jak wróbel wyfrunął z jajka.

– Dusza! – wtrąca znienacka Genowefa.

Służąca przerywa opowieść i wyjmuje pogrzebaczem z żaru duszę. Wkłada ją do żelazka i prasuje dalej. Tymczasem miły aromat pieczonych ziemniaków rozchodzi się po kuchni. Jest tak kuszący, że przyciąga resztę służby. Co rusz ktoś dzwoni i wtyka głowę z pytaniem, czy można wejść. Genowefa kiwa zezwalająco i kuchnia powoli się zapełnia. A kartofle pachną już cudnie. Takiemu zapachowi nic nie dorówna. Genowefa zdejmuje garnek z pieca i wącha, marszcząc z zadowoleniem nos.


– Prędzej, prędzej! – niecierpliwią się dzieci.

– Uwaga, bo są bardzo gorące!

– Auć, auć, auć!

Ziemniaki trzeba przerzucać z dłoni na dłoń, żeby się nie oparzyć. Dopiero po chwili można je obrać ze skórki, posypać solą i zajadać. Co za smakołyk! Prawdziwy rarytas! Pycha!

– Po prostu niebo w gębie – mlaska z zadowoleniem ogrodnik.

Stuk, stuk – stuka ktoś we framugę.

To żebrak, który wie, że o tej porze zawsze może liczyć na resztki z obiadu Scheiblerów. Pani Anna nie pozwala odprawiać od drzwi żadnego głodnego, nim nie zostanie nakarmiony. Więc choć dziad cuchnie starą kozą, Genowefa daje mu miskę pełną gorącej zupy i kawał chleba. Dziad siada w progu i posila się z godnością. Najedzony, zaczyna opowiadać nowinki z miasta. Kto zrobił dobry interes, a kto zbankrutował, kto będzie budował nową fabrykę, a kto swoją będzie musiał oddać za długi. Dziad wie wszystko, a dzięki misce zupy żadna nowina nie omija domu Scheiblerów.

 

– Ludzie gadają, że nadciąga coś niezwykłego – zawiesza głos.

– Niby co takiego? – pyta Genowefa.

– Podobno wkrótce zaczną po niebie latać maszyny, a instrumenty grać będą bez udziału ludzi, drogi budować się będzie z żelaza, a powozy same podjadą pod górę, i to bez koni.

– Coś podobnego! – dziwuje się pokojówka, a dzieci nadstawiają uszu, by nie uronić z tej niezwykłej opowieści nawet słówka.

– Takie rzeczy zdarzają się wtedy, gdy w pobliżu zadomowi się diabeł – szepcze złowieszczo dziad, a wszystkim ciarki przebiegają po plecach.

Genowefa schyla się i z malowanej skrzynki wyjmuje bryłkę węgla, by dorzucić do pieca.

– Tfu, tfu, tfu! – Dziad gwałtownie przerywa opowieść i pluje wokół siebie, wpatrując się z przerażeniem w skrzynkę. – Rzućcie to, rzućcie! To czarci kamień!

– Głupiście. To tylko węgiel – wzrusza ramionami Genowefa i wrzuca bryłkę do ognia, aż iskry idą.

Scheiblerowie są pierwszymi mieszkańcami Łodzi, którzy używają węgla. Wszyscy inni nadal palą drewnem, choć okoliczne lasy kurczą się w zastraszającym tempie.


– Węgiel daje więcej ciepła i jest tańszy – mówi Genowefa, ale dziad żegna się raz po raz, a potem nachyla się i szepcze:

– Ludzie gadają, że tym diabłem, który osiadł w mieście, jest pan Scheibler.

– Nie opowiadajcie dyrdymałów, bo dzieci słuchają. – Genowefa robi groźną minę. – Jak się tak boicie węgla, to pewnie kartofelka na nim upieczonego nie zjecie?

Dziad waha się, ale w końcu macha ręką:

– E, kartofelka nie odmówię – mruczy i pospiesznie napycha usta pysznościami.

Dzieci chichoczą, żeby strząsnąć z siebie ciarki, które ciągle jeszcze maszerują im po plecach. Tata diabłem? Niemożliwe!

– Musiał widzieć tatę w diabelskiej masce – szepcze Matylda do sióstr i brata.

Kiwają głowami, że to oczywiste, nie może być inaczej. Ale nastrój na snucie opowieści minął i żebrak już się zbiera. Na odchodne Genowefa daje mu kilka kartofli i jajo ugotowane na twardo.

– A jeśli w jaju był rubel? – martwi się Adela.

– Był, to był, wam nie ubędzie, a on rozpowie po całej Łodzi, że u Scheiblerów nikt nikomu złota nie żałuje – wzrusza ramionami kucharka.

– I tak wszyscy w mieście mówią, że jaśnie pan ruble łopatą w Źródliskach [4] wykopuje – szepcze pokojówka.

Dzieci gapią się na nią z otwartymi buziami, aż Genowefa musi trzepnąć ścierką w stół i zawołać:

– Kto chce ostatniego kartofla?

 [1] Załatwić geszeft – zarobić trochę grosza, jakiś milion lub dwa.

 [2] Ruble – rosyjskie pieniądze, których używano wtedy, czyli w XIX wieku, w Łodzi.

 [3] Dusza – żelazna sztabka wkładana do żelazka, rozgrzana wcześniej do czerwoności w palenisku.

 [4] Źródliska – miejski park w Łodzi, w którego centrum władze miasta pozwoliły Scheiblerowi zbudować dom i fabrykę (1853 rok).

W południe, 4 lutego 1865 roku

Rozdział, w którym pokojówka Helka opowiada niestworzone historie i trzeba potem stąpać na palcach, żeby nie wpaść do podziemnego jeziora

Helka, dziewczyna od ścierania kurzu, chodzi z pokoju do pokoju i wyciera pył osiadający na meblach i boazerii. Czego jak czego, ale kurzu jest w Łodzi dostatek. To sadza i bawełniany pył. Bawełna w Łodzi nie rośnie, fabrykanci sprowadzają ją z Rosji, Ameryki i innych stron świata. Przędzie się z niej nici, a z nici tka materiał. Kurzy się przy tym co niemiara. W Łodzi jest już sto fabryk i ciągle powstają nowe. Największa to fabryka taty. Drobiny bawełny unoszą się w powietrzu, osiadają na murach i wszystkimi szparami wpychają do domów. Trzeba je ciągle wycierać, wycierać i wycierać.

U Scheiblerów jest wiele pokoi i ledwo Helka skończy walkę z kurzem w ostatnim, już musi zaczynać od nowa. Ale nie narzeka, bo lubi tę pracę. Lepiej jej tu niż w fabryce przy krośnie. Ma na włosach biały czepek ze wstążką, a na czarnej sukience biały fartuszek. Podczas pucowania pięknych mebli nuci wesołe piosenki. Dzieci chodzą za Helką krok w krok i śpiewają razem z nią. To ich ulubiona pokojowa.

– Nie mają panienki i panicz nic lepszego do roboty? – pyta dziewczyna.

Dzieci kręcą głowami.

– Nie. Nie mamy.

Taka jest prawda. Dzieci Scheiblerów nie chodzą do szkoły, a jeszcze jest zbyt zimno, by bawić się w ogrodzie. Trzeba sporo pomysłowości, by zapełnić cały dzień. A Helka jak mało kto ma talent do wynajdywania zabaw. Wystarczy, że przez okno wpadnie smuga słońca, a ona od razu znajduje dla niej zastosowanie. Unosi paterę, którą akurat czyści, i chwyta w nią promień, odbija go i na ścianie pojawia się małe, żółte słoneczko.


– Łapcie zajączka!

Słoneczna plamka buszuje po ścianach, zagląda do kominka, trzepoce tam przez chwilę i ulatuje dalej. Dzieci oczywiście wiedzą, na czym polega sztuczka, ale są nią zachwycone i rzucają się w pogoń.

– Mam go! – woła Karol, nakrywając promyk ręką, ale ten przecieka mu przez palce i beztrosko igra po ścianach, odbija się w lustrach i śmiga po suficie. Wreszcie przysiada na nosie nimfy, zdobiącej obramowanie kominka [1]. Nimfa ma minę, jakby chciała z siebie zdmuchnąć słoneczny okruch. Puf!

– To morska kobieta z Oceanów Południowych – mówi Helka, pucując wyrzeźbioną postać. – Ludzka odmiana ryby.

To nie żadna ryba, tylko mitologiczna Meduza. Dzieci wiedzą o tym doskonale, bo mama każdego wieczora opowiada im mity na dobranoc. Nie zamierzają jednak poprawiać dziewczyny, bo to, co wymyśla, jest takie zwariowane. Udają więc, że są śmiertelnie przerażone. To bardzo zabawne.

– Czujecie, jak podłoga się rusza? To dlatego, że pod miastem rozciąga się ogromne jezioro. Od podziemnej toni odgradza nas tylko cienka warstwa ziemi, która powstała z rzęsy wodnej, opadłych liści i księżycowego pyłu. Dawno temu jakiś człowiek zbudował na tym niepewnym podłożu dom. Inni postawili obok swoje, nie zważając na lekkie kołysanie. Woda z głębin ulewa się przez liczne źródła, ale na szczęście źródlane duszki pilnują, by nie wypływała zbyt silną strugą. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie morska kobieta z Oceanów Południowych, która raz na sto lat przybywa, by wypluskać się w podłódzkim jeziorze. To zły czas dla miasta, bo wzburzona woda może zniszczyć cienką skorupę, na której stoją wszystkie domy i fabryki. Wieść niesie, że morska kobieta już zmierza w stronę Łodzi.

– Hi, hi, hi! – Dzieci nie mogą powstrzymać nerwowego chichotu.

Rzeczywiście, ziemia drży pod stopami, ale dotąd sądziły, że to od maszyn pracujących w fabryce taty. Niewykluczone jednak, że Helka wie coś, o czym inni nie mają pojęcia.

– Nie bez przyczyny nasze miasto zostało nazwane Łodzią – szepcze Helka. – Stoi przecież na wodzie. Chlup, chlup, słyszycie?

– Na kanapę! Na krzesła! – woła Matylda.

I chociaż to niezgodne z konwenansami [2], których uczy mama, wskakują, gdzie kto może. Wizja Łodzi kołyszącej się na falach podziemnego jeziora jest tak silna, że dom naprawdę wydaje się unosić w górę i opadać w dół, w górę, w dół, w górę, w dół. Prawdziwa magia!


Nagle wśród tej cudnej zabawy Helka woła:

– Dość figli! Nadciąga huragan!

Podbiegają do okien. To nie żaden huragan, tylko Genowefa wraca z Wodniaka [3]. Porównanie jest jednak tak trafne, że dzieci wybuchają śmiechem. Zeskakują z krzeseł i wtedy haftowana serweta, pociągnięta czyjąś rączką, zsuwa się ze stołu. Wraz z nią leci cenna, kryształowa waza, którą tata przywiózł z Niemiec. Upada na dywan, podskakuje i przez chwilę toczy się leniwie. Dzieci wstrzymują oddech, a waza szczęśliwie zatrzymuje się na skraju dywanu. Uff. Wydaje się, że na tym koniec, ale nagle dzieje się coś nieprawdopodobnego.

– Patrzcie! – woła Adela, wskazując na kominek.

Meduza, morska kobieta, czy kimkolwiek jest wyrzeźbiona postać, nadyma policzki i uśmiechając się złoś liwie, dmucha – puf! Ku bezbrzeżnemu zdumieniu dzieci podłoga przechyla się, a waza zaczyna toczyć się dalej, coraz szybciej i szybciej. W końcu uderza o róg kominka i rozsypuje się na tysiąc kawałeczków.

– Ooo! – Jęk pełen zgrozy wydobywa się z pięciu gardeł.

W tym momencie drzwi otwierają się i wchodzi Genowefa. Jej wzrok od razu pada na rozsypane szkło.

– Kto to zrobił?! – pyta strasznym głosem.

Dzieci stoją oniemiałe. Boją się, że gdy powiedzą prawdę, morska kobieta wpadnie w złość, dmuchnie mocniej i rozniesie dom na kawałki.

– Nie ja! – Karol odsuwa się na znak, że nie ma z tym nic wspólnego.

– I nie ja – mówi Emma.

– Ja też nie – twierdzi Matylda.

– I ja nie – dodaje Adela.

Nie Adela, nie Matylda, nie Emma, nie Karol, więc pozostaje jedna osoba.

– W takim razie to ty! – Genowefa spogląda z naganą na pokojówkę.

Helka spuszcza głowę i wbija wzrok w podłogę. Dzieci nie miałyby nic przeciwko temu, by powiedziała prawdę, ale dziewczyna milczy jak zaklęta. Milczą więc i one, pewne, że wszystko samo się jakoś wyjaśni. Ale nic się nie wyjaśnia.

– Pani zdecyduje, co z tobą zrobić, ale coś mi się widzi, że pójdziesz do fabryki, bo nie nadajesz się na pokoje.

Helka wychodzi ze spuszczoną głową. I choć nadal świeci słońce, już nie jest miło ani przyjemnie. Nie ma złotego pyłu w powietrzu. Bury kurz wypełnia cały dom, jest wszędzie, w sieni, w salonie, w bawialni, w pokoju dziecięcym.

To wszystko przez morską kobietę.

Nie odważą się jednak powiedzieć tego głośno. Na wszelki wypadek trzymają się z dala od kominka, nawet nie spoglądają w jego stronę.

– Idziemy do mamy – decyduje Matylda.

Jest najstarsza z rodzeństwa, ma dziewięć lat, a to wiek, który czyni człowieka odpowiedzialnym za innych. Rusza pierwsza, a rodzeństwo za nią gęsiego. Niby wiedzą, że z tym podziemnym jeziorem i morską kobietą to bujda, ale nigdy nic nie wiadomo. A nuż istnieje naprawdę? Na wszelki wypadek idą na palcach, by nie zrobić dziury w podłodze i nie wpaść w głębinę.

Stają w progu pokoju mamy z wypiekami na twarzach.

– Mamo, to my zrzuciliśmy wazę. Przepraszamy. Jak ktoś ma być wyrzucony, to tylko my. Wyrzuć nas.

Pani Anna nie ma zamiaru nikogo karać za zniszczenie wazy. Taka waza to dla Scheiblerów tyle, co dla innych szklanka. Jest zadowolona, że dzieci potrafią przyznać się do winy.

– Czy Helka zostanie u nas? – pyta Matylda.

– Tak, o ile pozwolicie jej wykonywać obowiązki.

– Oczywiście, mamo.

– Więc idźcie się teraz bawić.

Ale oni nadal ociągają się z wyjściem.

– Chcieliście coś jeszcze?

– Mamo, a skąd się bierze woda w źródłach, że tak ciągle wypływa i wypływa?

– Sądzę, że z jakichś podziemnych zbiorników. Muszą być niemałe, skoro zasilają aż osiemnaście tutejszych rzek [4].

Dzieci w milczeniu schodzą do ogrodu. Helka miała rację z tym podziemnym jeziorem. Ostrożniej niż zwykle stawiają stopy, by nie wpaść z chlupotem w toń. Matylda trzyma za rękę Karola, tak na wszelki wypadek, gdyby mu się noga omsknęła.

Pani Anna patrzy przez okno na nową zabawę swych pociech. Nie biegną jak zwykle z krzykiem, ale drepczą powoli, powolutku. Najpierw czubkami butów badają grunt, jakby sprawdzały, czy jest wystarczająco stabilny, potem delikatnie przenoszą ciężar ciała na drugą nogę i znów sprawdzają podłoże.

Dojście do parku zajmie im mnóstwo czasu.

Pani Anna wzdycha z ulgą, bo rzadko zdarza jej się mieć więcej niż pięć minut niczym niezmąconego spokoju.

 [1] Gdybyście chcieli odnaleźć nimfę dzisiaj, to wam się nie uda, bo zarówno kominki, jak i wnętrza pałacu zostały przebudowane.

 

 [2] Konwenanse – zasady właściwego zachowania, według których z pewnością nie wolno skakać po meblach.

 [3] Wodniak (Wodny Rynek) – jeden z najstarszych łódzkich placów targowych, sąsiadujący z parkiem Źródliska.

 [4] Dzisiaj w Łodzi nie ma żadnej porządnej rzeki, ale sto lat temu było całkiem inaczej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?