1:0 dla KorniszonkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Grażyna Bąkiewicz
1:0 dla Korniszonka


Strona redakcyjna

Grażyna Bąkiewicz

1:0 dla Korniszonka

© by Grażyna Bąkiewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Katarzyna Kołodziej

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie II

ISBN 978-83-7672-657-1

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl


1

Nazywam się Ogórski, Jacek Ogórski, i dlatego chłopaki mówią na mnie Korniszonek. Wołali: „Ogórek, ogórek, kiełbasa i sznurek!” i nie wyobrażacie sobie, ile walk musiałem stoczyć, by wybić im to z głowy. Tata przekonywał, że przezwisko to nic takiego, bo w szkole każdy jakieś ma. Zgoda, ale dlaczego „ogórek”?

– Ogórek, chodź pograć w piłkę! – darli się, idąc na boisko.

Bardzo lubię grać w piłkę, ale honor nie pozwalał mi wyjść. Obraziłem się i ukryłem pod biurkiem. Pewnie siedziałbym tam do dziś, gdyby sprawy nie załatwił mój starszy brat Wojtek. Wyjrzał przez okno i powiedział chłopakom, że tu nie ma żadnego ogórka.

– Ale pod biurkiem siedzi mały, kwaśny ogóreczek, czyli korniszonek.

Korniszonek? No, no. Niby też ogórek, a brzmi o wiele piękniej. Spodobało mi się. Chłopakom też.

– Korniszonek, chodź pograć w piłkę! – zawołali i od razu pobiegłem.

Teraz siedzę przy oknie i czekam na tych chłopaków. To moi przyjaciele. Żyć beze mnie nie mogą. Ledwo zrzucą plecaki i zjedzą obiad, a już pędzą na boisko i nigdy o mnie nie zapominają. Gdy przebiegają koło mojego domu, wrzeszczą z całych sił:

– Korniszonek, Korniszonek, weź piłkę i chodź!

Wolałbym, żeby wołali nieco ciszej, bo jak mama ich słyszy, zaraz zaczyna zadawać kłopotliwe pytania: „A co zadane?”, „A czy odrobiłeś lekcje?” i takie tam. Dzisiaj na wszelki wypadek wyciągnąłem z tornistra zeszyt, by sprawdzić, jak bardzo czarna jest kropka, którą dostałem z dodawania i odejmowania. Niestety, była bardzo czarna.

– Mamo, pójdę pokopać piłę z chłopakami – szepnąłem cichuteńko, żeby wypróbować słuch mamy.

Kopanie piłki to jest to, co lubię najbardziej. Mógłbym ją kopać przez całe dnie, aż do ostatniej kropli potu, do takiego zmęczenia, że jedyne czego się pragnie, to położyć się na trawie i patrzeć, jak obłoki płyną po niebie. I niepotrzebna mi do szczęścia żadna szkoła. Osobiście uważam się za człowieka wykształconego. Znam literki i potrafię przesylabizować podpisy pod obrazkami, więc co mi jeszcze zostało do nauczenia? Chyba niewiele. Czeka mnie już tylko odkrywanie rzeczy nowych. Co prawda mama, tata i pani upierają się przy dodawaniu i odejmowaniu, ale wątpię, by taki staroć do czegoś się przydał. Jeśli jeszcze chodzę do szkoły, to tylko dlatego, że jest tam moja pani. To najładniejsza pani na świecie. Ma fiołkowe oczy i ciągle się uśmiecha, nawet wtedy, gdy stawia mi czarne kropki. Powiem wam w sekrecie, że chodzę do szkoły tylko dla niej.

– Korniszonek! Korniszonek! Weź piłkę i chodź na boisko. Kto przyjdzie ostatni, ten jest zgniłym jajem! – rozległ się wrzask.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

2

– A lekcje odrobiłeś? – usłyszałem pytanie, którego się spodziewałem.

W odpowiedzi mruknąłem coś nieokreślonego, co mogło oznaczać zarówno „tak”, jak i „nie”, ale mama nie dała się zbyć. Pojawiła się w drzwiach i zażądała stanowczo:

– Pokaż!

Wiedziałem, że nie ustąpi, póki na własne oczy nie zobaczy rozwiązanych zadań, więc posłusznie wyciągnąłem schowany za kaloryferem zeszyt. Wetknąłem go tam na wszelki wypadek, żeby nie zginął, gdy mnie nie będzie. Z zeszytami nigdy nic nie wiadomo. Mama tylko westchnęła na widok czarnej kropki. Potem cierpliwie przerzucała kartki, ale chociaż dotarła do końca, nie znalazła tego, czego szukała. Towarzyszyłem jej w tych poszukiwaniach i ze zgrozą odkryłem, że w miejscu, gdzie powinny być odrobione lekcje, nie było nic. Oniemiały, gapiłem się na puste krateczki. No coś takiego!

– Tylko nie mów, że lekcje zrobią się same, gdy się wystarczająco długo poczeka – powiedziała.

Właśnie coś takiego miałem na końcu języka, ale skoro mama rozwiała nadzieje, poprzestałem na jęku:

– Oj, mamo, tam chłopaki czekają. Przez ciebie będę zgniłym jajem.

– Trudno, ale ktoś przecież musi odrobić twoje lekcje.

– Może Wojtek? – podpowiedziałem pełen nadziei, że zrozumie moją sytuację i zleci rozwiązanie zadań swojemu starszemu i mądrzejszemu synowi. Wojtek chodzi do poważniejszej szkoły, więc odrabianie takich lekcji to dla niego pestka.

– Szczerze mówiąc, miałam na myśli zupełnie kogoś innego – zawahała się.

– Babcia nie wchodzi w rachubę! – zastrzegłem. – Liczby w jej czasach były pewnie inne, bardziej przestarzałe.

– Jasne, że nie babcia. Anulka też odpada, bo jest za mała.

Co do Anulki, mama była w błędzie. Moja młodsza siostrzyczka ma co prawda tylko pięć lat, ale liczyć umie doskonale i już nieraz odrabiała moje lekcje. Teraz też dawała znaki, że chętnie to zrobi, tyle że ona każe sobie słono płacić. Już prawie wszystkie moje zabawki zmieniły właściciela i do najbliższych świąt byłem niewypłacalny.

– Widzę w tym pokoju tylko jedną osobę, która może sobie z tym poradzić – podpowiedziała mama.


– Ty, mamo? – spytałem z nadzieją.

Pokręciła głową, że jednak nie. Rozejrzałem się uważnie. Po ścianie łaziła mucha. Trudno uznać ją za osobę, ale przyjrzałem się jej jeszcze raz. Mama śledziła mój wzrok, ale nawet jednym mrugnięciem nie dała znać, czy dobrze kombinuję. Miałem nadzieję, że dobrze, bo prócz nas i muchy nikogo innego tu nie było. Ale mucha bzyknęła i odleciała do przedpokoju. Zostaliśmy sami. Spojrzałem na mamę, całkiem zbity z tropu. Bo skoro nie mucha, to kto?

– Ja???

– Brawo.

– No, ale chłopaki czekają.

-To może przyjdą ci pomóc?

Oni? No nie! Przecież Zbynio siedzi drugi rok w pierwszej klasie i z nudów śpi na lekcjach, a Olo na myśl o książkach dostaje wysypki.

– Wątpię, by zechcieli – zaśmiałem się z naiwności mamy. – Skoro są już na boisku, żadna siła ich stamtąd nie ruszy.

– Jeśli tak, to sam musisz sobie poradzić.

– Ale to może potrwać do końca świata! – jęknąłem.

– Trudno. Lekcje mają być odrobione i nie ma o czym gadać. Koniec, kropka.

No i takie mam właśnie życie ze swoją mamą-tyranem.

3

Nie powiem, nachodzi mnie czasami leciutka ochota, żeby się czegoś nauczyć, ale wtedy czekam, aż mi przejdzie. Szkoła to przecież zawracanie głowy. Istnieje z milion ludzi, którzy myślą tak samo jak ja. Znam przynajmniej kilku takich: Zbynio, Olo i... No, Zbynio i Olo! To mało? Z nimi mógłbym spędzić ten czas o wiele przyjemniej.


Postanowiłem posiedzieć chwilkę, póki mama nie zajmie się czymś ciekawszym. Wtedy wymknę się po cichutku. Zeszyty nie będą za mną płakały. Kto by zliczył, ile razy leciałem na boisko, podczas gdy one leżały sobie puściutkie, czyściutkie, bez błędów, kleksów i pozawijanych rogów. Myślę, że beze mnie jest im lepiej.

– Pójdzie ci o wiele szybciej, jak przestaniesz gapić się w sufit – poradziła mama, a potem pokiwała nade mną głową i poszła. Po chwili usłyszałem, jak mówi do babci: – Co za leń z tego Korniszonka.

Babcia ujęła się za mną:

– To dobre dziecko, tyle że nie przykłada się do nauki, nie dba o swoje rzeczy, wszystko gubi i każdemu działa na nerwy. Ale pominąwszy te drobnostki, jest chłopcem na medal.

No, proszę. Czyli nie ma tragedii.

By nie tracić czasu, zrobiłem listę tych, na których pomoc mogłem jeszcze liczyć. Na pierwszym miejscu umieściłem tatę, Wojtka i panią. Tata był w pracy, wobec tego skierowałem swoje kroki do pokoju brata. Gdy zastanę go przy komputerze, to sprawa będzie wygrana. Wojtek odpowiada wtedy na każde pytanie, byle się mnie szybko pozbyć. Pytam: „Pięć dodać cztery?”, a on podaje wynik i każe spadać. Niestety, Wojtek gadał z kimś przez telefon i ledwo mnie zobaczył, wrzasnął:

– Ewakuuj się z mojej przestrzeni życiowej, ale już!

Pozostała tylko moja ukochana pani z fiołkowymi oczami. Wydarłem kartkę z zeszytu i napisałem do niej list: „Jest mi niezwykle przykro, ale mój synek, Korniszonek, nie mógł odrobić lekcji, bo uderzył się w palec i go boli. Z poważaniem, moja mama”. To powinno ją wzruszyć na tyle, by jutro nie sprawdzała mi lekcji.

 

Anulka z zainteresowaniem przyglądała się moim zabiegom. Czekała, aż ją zatrudnię, ale został mi tylko stary miś i piłka. Misia nie chciała, a piłki nie dam, bo bez niej przestałbym być sobą.

– Są jeszcze czarodzieje – podpowiedziała. – Może znajdziesz jakiegoś głupiego, który zrobi to za darmo.

Pomysły Anulki zawsze mnie zaskakują. Dziwne, że sam na to nie wpadłem.

– Mieteeeeeek! – zawołałem cichutko, gdy Anulka już sobie poszła.

– Lecę! – usłyszałem i pół sekundy później na suficie pojawił się cień.

No nie. Tak szybko? Wcześniej wołałem go tysiące razy i ani razu nie przyszedł. A teraz tak nagle? Przecież się nie pali.

4

Z plamy na suficie wyłoniły się ręce, nogi, szyja, głowa i cała reszta.

– Co to jest? – zdziwiłem się, chociaż doskonale wiedziałem co.

– Nie wygłupiaj się, to przecież ja. Sprawdź, czy nikt nie patrzy – usłyszałem nerwowy szept.

Przymknąłem drzwi, żeby nikt nie podglądał, i z ciekawością obserwowałem proces składania się Mietka w całość. To zawsze niespodzianka, co można ułożyć z jednej głowy, dwóch rąk, dwóch nóg i tułowia. Kilka pierwszych zestawów było nie do przyjęcia. Chwilę trwało, nim wszystkie elementy trafiły tam, gdzie powinny i pojawił się Mietek. To mój przyjaciel czarodziej. Nie wiedziałem, czy się cieszyć, czy uciec z wrzaskiem, bo obecność kogoś takiego obraca świat do góry nogami. Po namyśle uznałem jednak, że nie ma co panikować. W końcu jestem już dużym chłopcem i muszę sam sobie radzić z życiowymi komplikacjami.

– Uważaj! – wrzasnąłem, widząc, że ląduje na mojej piłce.

W ostatniej chwili odsunąłem fotel. Mietek wykopyrtnął się na podłogę i rozsypał w drobny mak. Głowa poturlała się pod biurko, gubiąc po drodze zęby i oczy. Kto inny by się przestraszył, ale nie ja. Ja jestem na takie rzeczy uodporniony.


– Zgubiłeś głowę – powiedziałem tylko i ruszyłem mu na pomoc, bo zbieranie rozsypanych zębów, gdy oczy trzyma się w ręku, jest trochę trudne.

– Zapomniałem, jak to się robi – wyjaśnił ze skruchą, gdy już złożyliśmy mniej więcej wszystkie części. Nie znalazła się tylko górna jedynka i wyglądał bez niej trochę nie za bardzo, ale wcale się tym nie przejął.

– Co tak patrzysz? – spytał. – Coś mi się przykleiło do zębów, czy co?

Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że go jeszcze zobaczę. Jakiś czas temu porzucił czarodziejski fach i zatrudnił się jako dozorca u czarodzieja trzeciej kategorii. Uznał, że sprzątanie to pasjonujące zajęcie, któremu poświęci resztę życia. Niezbyt się tym zmartwiłem. Miałem kolegów z większymi ambicjami. Taki na przykład Zbynio gra świetnie w piłkę i Olo nieźle gra w piłkę, a Jurek patrzy, jak gramy w piłkę. A taki Mietek to co niby umie? Prać czarodziejskie majty? Może i tego nie potrafi, bo stał teraz przede mną rozczochrany i brudny, międląc w rękach czapkę z różowym pomponem. To moja własna czapka, w której chodziłem do przedszkola. Nosiłem ją, dokąd nie zorientowałem się, że różowy pompon i żółta kaczuszka to obciach dla chłopaka. Wtedy wcisnąłem ją za kaloryfer, a Mietek ją znalazł, przymierzył i stwierdził, że wygląda dostojnie, jak prawdziwy czarodziej. Pompon i kaczuszka, śmiechu warte! Nic dziwnego, że nie wiedzie mu się zbyt dobrze.


– Po co przylazłeś? – spytałem niezbyt uprzejmie.

– Przecież mnie wołałeś.

– Wcale nie – skłamałem.

– Właśnie że wołałeś! Słyszałem!

– A wcale nie! – zaparłem się i byliśmy na najlepszej drodze, żeby się pokłócić, ale na szczęście przypomniałem sobie to, co pani nam ciągle powtarza. Że mądrzejszy ustępuje głupszemu. Więc ustąpiłem i powiedziałem: – No dobra, niech ci będzie, wołałem. Ale po cichu i tylko po to, by sprawdzić, czy usłyszysz.

– No więc usłyszałem i jestem.

Wątpiłem, by odwiedził mnie tylko dlatego, że go zawołałem, i w dodatku cicho.

5

Rozsiadł się w fotelu obok mojej piłki. Zerkałem co chwila, czy aby nie przyjdzie mu do głowy zniknąć razem z nią. Kiedyś zabrał moje komiksy o Supermanie i dotąd ich nie oddał. Piłki byłoby mi bardziej żal, więc miałem go na oku.

– Wezmę ją – nie wytrzymałem napięcia.

– Dziękuję, teraz mi zdecydowanie wygodniej.

Nie o jego wygodę się martwiłem, tylko o swoją piłkę. Schowałem ją pod biurkiem i wróciłem do lekcji.

– Co robisz? – zainteresował się.

– Jestem bardzo, ale to bardzo zajęty – powiedziałem jak ktoś, kto nie życzy sobie, żeby mu przerywano. – Odrabiam pracę domową.

Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że to zawracanie głowy. Gotów byłem uściskać go jak brata, ale jednocześnie chciałem pokazać, jak bardzo zmądrzałem, gdy go nie było. Zmarszczyłem brwi i dodałem jedenaście do siedmiu. Wyszło mi sto siedemnaście.

– Liczyć to ty ciągle nie umiesz – mruknął lekceważąco.

Czyli źle dodałem.

– Bo jak na mnie patrzysz, robi mi się blokada. Nie patrz, to pójdzie mi lepiej.

– Mogę poczekać na podwórku.

– Nie! – krzyknąłem.

Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś go zobaczył. Jestem chyba jedynym chłopakiem na świecie, który kumpluje się z czarodziejem i trochę mnie to krępuje. Bo to zupełnie tak, jakbym pił mleko z butelki ze smoczkiem albo nosił pampersa. Po prostu wstyd! Jeśli godziłem się na utrzymywanie tej znajomości, to tylko dlatego, że ciekawiło mnie kilka rzeczy.

– Jak się tu dostałeś? – To była jedna z tych rzeczy.

– Zwyczajnie. Podprzestrzenią.

Takie słowa jak „podprzestrzeń” budzą we mnie całe pokłady ciekawości.

– Podprzestrzenią? – Powoli i z upodobaniem wypowiedziałem skomplikowane słowo. – A jak się to robi?

Mietek wzruszył ramionami.

– Zwyczajnie. Wystarczy zagarnąć przestrzeń pod siebie i odbić się mocno. Proste. Każdy głupi to potrafi. – Wzruszył lekceważąco ramionami.

– Ja nie potrafię. Naucz mnie.

Miałem szansę stać się jedynym człowiekiem na świecie, który umie z przestrzeni wnikać w podprzestrzeń i wychodzić na wierzch w jakim chce miejscu. Szuuu! i już będę na boisku, a mama nie zauważy nawet, że się wymknąłem.


– Nie umiesz liczyć, więc nie dasz rady – prychnął.

– Ja nie umiem liczyć? Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, siedem, osiemnaście...

– Zgubiłeś cyferkę „sześć” i parę innych. Zresztą chodzi o pięć razy osiem minus cztery pomnożone przez wielokrotność dwóch.

– Jak tak, to idź sobie. Zgarnij sobie tę swoją przestrzeń i znikaj. Tylko nie zapomnij o swoich zębach. Leżą gdzieś pod biurkiem. Żebyś po nie nie wracał!

6

Myślałem nawet, że się obrazi i pójdzie, ale nie. Rozglądał się z ciekawością po moim pokoju, a od czasu do czasu popatrywał ukradkiem na sufit, jakby się spodziewał, że coś stamtąd spadnie. Moje komórki mózgowe wyczulone na niespodzianki dały mi do zrozumienia, że jest to w najwyższym stopniu podejrzane. I rzeczywiście. Na suficie pojawił się cień czegoś. I choć Mietek robił, co mógł, by zatrzymać to coś na suficie, nie dał rady. Było za ciężkie i spadło z rumorem. Wyglądało jak walizka.

– Fiu, fiu – gwizdnąłem pod nosem.

Jeśli ktoś przychodzi z walizką, to znaczy, że planuje zostać na dłużej. Zaniepokoiło mnie to trochę, bo walizka była źle zamknięta i wszystko się z niej wysypało. Rzuciłem się do pomocy, ale Mietek zasłonił ją sobą.

– Nie dotykaj, nie dotykaj! Nawet nie patrz! – wrzasnął.


Myślałem, że chodzi o brudne skarpetki i majtki w zielone żabki, ale spostrzegłem coś, co leżało pod majtkami. Czarodziejska księga. Jej widok zrobił na mnie piorunujące wrażenie, ale uśmiechnąłem się niewinnie, udając, że nie zauważyłem niczego interesującego. Mietek pozbierał rozsypane rzeczy, zwinął walizkę w kulkę i schował do kieszeni, a kiedy się odwróciłem, cichcem wrzucił ją pod łóżko. Zrobił to ukradkiem, ale nie zdołał mnie przechytrzyć. Wszystko widziałem, ale udałem, że wcale nie. I że żadna niecna myśl nie pojawiła się w mojej głowie. A pojawiła się – i to jaka! Dobrać się do księgi! Nie chodziło mi o wiele, tylko o dwa zaklęcia: jedno na szybkie odrabianie lekcji, drugie na latanie bez rakiety. Byłbym urządzony na całe życie: lekcje robiłbym migiem, a potem hop! w podprzestrzeń i na boisku zjawiłbym się wcześniej od chłopaków. Ale by się dziwili.

– Korniszonku, nie zajmuj się głupstwami, tylko odrabiaj lekcje! – zawołała mama.

Mietek skinął głową, że mama ma absolutną rację.

– Odrabiaj, odrabiaj, ja poczekam. I nie spiesz się, bo mam dużo czasu.

Mozoliłem się więc, a Mietek obserwował moje wysiłki.

– Mógłbym to zrobić za ciebie – zaproponował w pewnej chwili.

Od razu powinienem nabrać podejrzeń. No bo kto z włas- nej woli chciałby robić coś takiego? Ale Mietek miał bardzo koleżeńską minę, dlatego się zgodziłem.

– A umiesz dodawać i odejmować? – upewniłem się na wszelki wypadek.

– Pewnie. Zanim wrócisz, wszystko będzie policzone.

Powinienem być ostrożniejszy, ale nie byłem i połknąłem haczyk. To przecież świetna propozycja i tylko głupi by z niej nie skorzystał.

– No dobra. Tylko uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył. Moja rodzina nie ma pojęcia o istnieniu czarodziejów i mogliby się przestraszyć.

– Nie ma sprawy.

– A jakby ktoś tu przyszedł, zamień się w kurz albo coś takiego.

– Na kurz mam uczulenie. Wolę w coś innego. Może będę wyglądał tak jak ty?

No, naprawdę! Żałowałem, że sam tego nie wymyśliłem. Najlepsze pomysły są całkiem proste, wystarczy tylko na nie wpaść.

– Dobra, ale jak odrobisz, to już sobie idź – powiedziałem prosto z mostu, bo widok samego siebie stojącego tuż koło mnie byłby trochę niesamowity.

– Jasne – zgodził się bez szemrania.

To mnie uspokoiło, chociaż nie powinno. Ale koledzy czekali i nie mogłem sprawić im zawodu. Odsunąłem od siebie podejrzliwość. W końcu człowiek musi mieć coś z życia, a w szkole tylko zadają i zadają, jakby nie wiedzieli, że chłopcy lubią całkiem coś innego, na przykład kopać piłkę i strzelać bramki.

7

Wyszedłem na dwór przez okno. Mieszkam na parterze, więc to żadna sztuka, zawsze tak robię, gdy nie chcę, żeby mama widziała.

– Widzę cię! – usłyszałem, ale to na szczęście był głos Anulki.

– Ciii – przyłożyłem palec do ust.

– Jak mi dasz dwa czerwone klocki lego, to nie zawołam głośno, że wychodzisz oknem.

Małe siostry są prawdziwym utrapieniem swoich braci. Klocki lego były kapitałem odłożonym na czarną godzinę.

– Dobrze. Dam ci, jak wrócę, ale teraz mi nie przeszkadzaj, bo idę pokopać piłę.


Moja mała siostrzyczka pokręciła głową.

– Ty to powinieneś chodzić do szkoły piłkarskiej i mieć do odrabiania wbijanie goli.

No właśnie! Anulka rozumiała mnie lepiej niż inni. W takiej szkole miałbym same szóstki. Biegnąc na boisko, wyobraziłem sobie, jak pani zadaje pracę domową: „Macie wbić dzisiaj osiem goli”. Dla swojej pani gotów byłem wbić ich nawet sto. W połowie drogi przemknął mi pod nogami czarny kot pani Jagodziny, ale wcale się tym nie przejąłem, bo kot nie kojarzy mi się z nieszczęściem. Gorzej, gdyby to pani J. przebiegła mi drogę! Wtedy byłaby to zapowiedź pecha. Ale kot to kot. Nawet nie splunąłem przez lewe ramię, tylko pognałem dalej.

– Zgniłe jajo! Zgniłe jajo! – przywitali mnie moi kumple, Olo ze Zbyniem.

Przyjąłem to po męsku i od razu zaczęliśmy grać. To był bardzo przyjemny mecz. Zagrywki, dośrodkowania, rzuty rożne, faule na polu karnym, interwencje, mijanki i inne czary, jakie dzieją się na boisku. No i oczywiście wrzaski, gwizdy i jęki rozpaczy.

 

– Cicho tam! – krzyczała od czasu do czasu pani Jagodzina zza swojego płotu. Jej mina mówiła, że nie lubi dzieci, a szczególnie takich, które grają pod jej oknem. – Zabiorę wam tę piłkę, jak nie przestaniecie wrzeszczeć – groziła.

– Gol!!! – wrzeszczeliśmy.

Jeden gol, drugi, piąty, siódmy, odrabiałem wymyśloną pracę domową. Zbynio nie chciał być gorszy. Zdaje się, że on też wyobrażał sobie, że chodzi do piłkarskiej szkoły i ma zadane wbicie ośmiu goli. Walczyliśmy jak lwy, aż piasek zgrzytał nam w zębach. Każdy z nas chciał, żeby to jemu pani postawiła najlepszą ocenę z wbijania goli. Miałem już siedem, wbiłem kolejny i krzyknąłem:

– Dziewięć!

– Nie dziewięć, tylko osiem, ty ośle! – krzyknął Olo.

Już ja mu pokażę, ile jest siedem i jeden. Przejąłem piłkę i lewą stopą podrzuciłem ją delikatnie, a potem trach! – z całej siły kopnąłem w stronę bramki. Byłem w tym naprawdę dobry. Po prostu mistrzostwo świata. Szóstka z goli murowana.

– To mój gol! – wrzasnąłem w chwili, gdy piłka poleciała. – Jedenasty!

– Dobra, niech ci będzie – zgodził się Zbynio w chwili, gdy wpadała do ogrodu pani Jagodziny.

Zachłysnąłem się sukcesem i minęła chwila, nim wróciłem do rzeczywistości. Poraziła mnie cisza. Nawet drzewa i ptaki zamilkły, jakby przestraszyły się tego, co za chwilę nastąpi. Podobno Zbynio i Olo mają mało komórek mózgowych, ale te, które mieli, chyba podpowiedziały im, żeby wiać, bo już ich nie było. Zostałem tylko ja.

Rozejrzałem się ostrożnie. Przez kurz nie było nic widać, ale gdy opadł, zobaczyłem coś przerażającego. W drzwiach stała pani Jagodzina z moją piłką. Miała wyłupiaste oczy i dwie brodawki na nosie. Gdyby nie była naszą sąsiadką, pomyślałbym, że to czarownica. Pod wpływem złości pęczniała, jakby napełniała się jakimś gazem. Wyglądało na to, że lada moment pęknie i zmiecie z powierzchni ziemi wszystko w promieniu kilometra. No i stało się. Wybuchła.

– Ile razy mam powtarzać, że to teren prywatny!!! – Wrzask sprawił, że ziemia zadrżała.

– Ale moja piłka... – jęknąłem cichutko.

– Ale to mój ogród!!!


Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie ma o co się sprzeczać. Zgodnie z zasadą ustaloną przez panią J., piłka, która znajdzie się w jej ogródku, już na zawsze tam zostaje.

– Skonfiskowana!!! – Ziemia zadygotała.

Nie było na co czekać. Zrobiłem to samo, co chłopaki, czyli w tył zwrot.

– Jeden zero dla mnie! – usłyszałem za sobą triumfalny okrzyk pani Jagodziny.

W ten oto sposób moja piłka dostała się do niewoli.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?