Świat MariiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

  Dedykacja

  1

  2

  3

  4

  5

  6

  7

  8

  9

  10

  11

  12

  13

  14

  15

  16

  17

  18

  19

  20

  21

  22

  23

  24

  25

  26

  27

  28

  29

  30

  31

  32

  33

  34

  35

  36

  37

  38

  39

  40

  41

  42

  43

  44

  45

  46

  47

  48

  49

  50

  51

  52

  53

  54

  55

  56

  57

  58

  59

  60

  62

  63

  64

  65

  66

  67

  68

  69

  70

  71

  72

  73

  74

  75

  76

  77

  78

  79

  80

  81

  82

  83

  84

  85

  86

  87

  88

  89

  90

  91

  92

  93

  94

  95

  96

  97

  98

  99

  Przypisy

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

Tut­to il mon­do den­tro

© Edi­zio­ni San Pa­olo s.r.l., 2011

© Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o., Pel­plin 2013

Re­dak­cja

Ju­sty­na Ma­lu­ga

Pro­jekt okład­ki

Mar­cin Li­piń­ski

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. 58 536 17 57; fax 58 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.pl

Skład:

Dru­kar­nia Wy­daw­nic­twa „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o., Pel­plin

ISBN 978-83-7823-105-9

Skład wersji elektronicznej:

 

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­jej mat­ce

1

To Li­via An­to­niet­ta, kraw­co­wa, po raz pierw­szy po­wie­dzia­ła mu o Ma­rii. Spo­tka­li się pew­ne­go mgli­ste­go i mży­ste­go ran­ka pod krzy­żem, na dro­dze pro­wa­dzą­cej do miej­sca, gdzie gru­pa ko­biet nadal cho­dzi­ła prać, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego ba­lie i wodę z po­to­ku. Za­py­taw­szy go o pra­cę, opo­wie­dzia­ła mu o Ma­rii, opę­ta­nej. Nikt nie wie­dział, co się z nią sta­ło. Ni stąd, ni zo­wąd za­czę­ła się za­cho­wy­wać jak wa­riat­ka, prze­sta­ła jeść, ubie­rać się, mó­wić. Sta­ła się obłą­ka­na, a jej mat­ka ro­bi­ła wszyst­ko, żeby to ukryć. Wzy­wa­li na­wet księ­dza Edo­ar­da, aby od­pra­wił nad nią eg­zor­cy­zmy, aby wy­pę­dził dia­bła, ale no­wen­ny i woda świę­co­na na nie­wie­le się zda­ły. Li­via An­to­niet­ta nie szczę­dzi­ła szcze­gó­łów, to­też Gio­van­ni Bu­sce­mi, słu­cha­jąc jej opo­wia­da­nia, po­czuł w cie­le daw­ny dreszcz. Wró­cił do Cit­ta­no­va kil­ka mie­się­cy temu, ale lu­dzie nadal na­zy­wa­li go ma­giem. Wró­cił ten, któ­ry in­te­re­so­wał się kar­ta­mi, ta­ro­tem, prze­po­wied­nia­mi. Ten, któ­ry wy­je­chał przed kil­ko­ma laty, za­po­mi­na­jąc o swo­jej mat­ce, za­po­mi­na­jąc o zmar­łych. Ni­jak nie dało się wy­tłu­ma­czyć po­wo­dów jego po­stę­po­wa­nia ani za­in­te­re­so­wa­nia me­to­da­mi wró­że­nia. Dla in­nych po­zo­stał Gio­van­nim Bu­sce­mim, wróż­bi­tą zdol­nym czy­tać lu­dziom w oczach, aby po­znać ich ży­cie, a po­tem to wy­ko­rzy­stać do wła­snych ce­lów.

Li­via An­to­niet­ta spoj­rza­ła na nie­go ba­daw­czo, być może chcąc przy oka­zji do­strzec na jego twa­rzy wy­raź­ne ozna­ki sta­rze­nia się.

– Vin­cen­zi­na, jej mat­ka, jest za­ła­ma­na. Nie może zna­leźć spo­ko­ju. Jak przyj­dziesz, przed­sta­wię ci ją – po­wie­dzia­ła.

– Ale ja nic nie je­stem w sta­nie po­ra­dzić.

– To nie le­czysz wa­ria­tów?

– Nie­zu­peł­nie.

Li­via An­to­niet­ta lek­ko się uśmiech­nę­ła. Za­wsze była pięk­na, peł­na ży­cia, atrak­cyj­na. Te­raz zmarszcz­ka prze­ci­na­ła jej pra­wy po­li­czek, za­krę­ca­jąc na wy­so­ko­ści pod­bród­ka, po­ni­żej warg. Zbli­ża­ła się już do pięć­dzie­siąt­ki, ale pier­si mia­ła nadal jędr­ne i kształt­ne. Wło­sy roz­wia­ne, po­fa­lo­wa­ne, jak­by chcia­ła po­ka­zać, że wciąż coś w niej kwit­nie. Nig­dy nie wy­szła za mąż.

– W ta­kim ra­zie, czym się kon­kret­nie zaj­mu­jesz? – za­py­ta­ła.

– Je­stem psy­cho­te­ra­peu­tą – wy­ja­śnił.

– Psy­cho­lo­giem?

– Le­ka­rzem du­szy.

– To jest ja­kaś róż­ni­ca? – spy­ta­ła z cie­ka­wo­ścią.

– Po­wie­dział­bym, że ra­czej tak.

Li­vię An­to­niet­tę jesz­cze bar­dziej to za­in­try­go­wa­ło.

– Czy na­praw­dę moż­na le­czyć du­sze?

– Chciał­bym umieć ci od­po­wie­dzieć. – Gio­van­ni uśmiech­nął się.

– Umów­my się, że któ­re­goś dnia wy­ja­śnisz mi to le­piej na spo­koj­nie – po­wie­dzia­ła.

Za­brzmia­ło to jak obiet­ni­ca albo za­pro­sze­nie. Mia­ła we wło­sach wstąż­kę, taki na­wyk z mło­do­ści. Kie­dy się że­gna­li, w jej oczach prze­mknął ja­kiś błysk. Gio­van­ni po­szedł da­lej uli­cą Gri­mal­die­go i ru­szył w dół aż na plac Świę­te­go Ro­cha. Mimi sie­dział przed do­mem na swo­im krze­seł­ku i wy­pla­tał spraw­ny­mi rę­ka­mi ko­szy­ki, któ­re póź­niej syn Pie­ro sprze­da na tar­gu. Zim­ny wiatr z pół­no­cy za­wie­wał od stro­ny kasz­ta­no­we­go la­sku, nie na­po­ty­ka­jąc na żad­ne prze­szko­dy wzdłuż bi­tej dro­gi, koń­czą­cej się nie­opo­dal ziem­ne­go na­sy­pu. Mimi po­zdro­wił go i za­pro­sił na kawę wzmoc­nio­ną any­żów­ką. Znał go od dziec­ka, ale te­raz trak­to­wał z pew­nym re­spek­tem, jak­by do koń­ca nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. Gio­van­ni przy­siadł się do nie­go. Wy­cho­wał się w tej dziel­ni­cy, a te­raz wi­dział ją opu­sto­sza­łą i po­zba­wio­ną smar­ka­czy krę­cą­cych się do­ko­ła.

Po dru­giej stro­nie uli­cy, na lewo od wy­bru­ko­wa­ne­go pla­cu, znaj­do­wa­ła się bra­ma li­ceum ogól­no­kształ­cą­ce­go. Oko­ło po­łu­dnia plac wy­peł­niał się ucznia­mi. Lu­bił wy­cho­dzić o tej po­rze dnia, wte­dy wra­ca­ło tu ży­cie. Śmie­chy i ra­dość mło­dzie­ży pod­no­si­ły go na du­chu, spra­wia­ły, że czuł się mniej obco. Wy­peł­nia­ły pust­kę tych uli­czek, ska­za­nych na wy­nisz­cze­nie, tak­że w jego pa­mię­ci.

Po co tu wró­cił? Co chciał od­na­leźć? Mat­ki już nie ma, ale jego dom po­zo­stał je­dy­nym miej­scem mo­gą­cym mu za­pew­nić ja­kieś schro­nie­nie, dom ze sta­ry­mi po­ko­ja­mi, któ­re wciąż udzie­la­ły mu go­ści­ny. Po­mógł Mi­mie­mu prze­cią­gnąć sznu­rek gru­bo­ści po­wro­zu mię­dzy splo­ta­mi mięk­kie­go jesz­cze drew­na, po­tem wy­pił kawę i po­że­gnał się z nim. Ude­rzył go gwał­tow­ny po­wiew wia­tru. Ru­szył w dro­gę po­wrot­ną, cho­wa­jąc się cały w kurt­ce. Smak any­żu w ustach to­wa­rzy­szył mu do sa­me­go domu.

2

Lu­dzie za­wsze się go bali, jego ga­da­tli­wo­ści, jego oczu jak u prze­stęp­cy. Uwa­ża­li, że nie za­słu­gu­je na za­ufa­nie, jest kłó­tli­wy i kry­ty­kanc­ki – jak­by był już star­cem. Kie­dy jed­nak sia­dał na pro­gu domu z książ­ka­mi w ręku, zmie­niał się jego wy­gląd, jak­by cała ta wście­kłość, to wzbu­rze­nie na­gle prze­ra­dza­ły się w pra­gnie­nie wie­dzy, chęć po­zna­wa­nia. Gdy miał za­le­d­wie dzie­sięć lat, od­krył bi­blio­te­kę księ­cia Al­ber­ta i gdy tyl­ko mógł, pro­sił swo­ją ku­zyn­kę An­ge­li­nę, by po­szła z nim wy­po­ży­czyć parę ksią­żek bez wie­dzy wła­ści­cie­li, któ­rzy od za­koń­cze­nia woj­ny co­raz mniej cza­su spę­dza­li w Cit­ta­no­va.

Sta­jąc przed pół­ka­mi, któ­ry­mi za­sta­wio­ne były całe ścia­ny, Gio­van­ni pod­no­sił wzrok i wpa­try­wał się w książ­ki usta­wio­ne tak wy­so­ko, że na­wet nie był w sta­nie od­czy­tać ich ty­tu­łów. Wcho­dził wte­dy na dra­bin­kę i po ko­lei brał to­mi­ska do ręki, wer­tu­jąc kart­ki i czy­ta­jąc in­for­ma­cje na skrzy­deł­kach okła­dek, sta­rał się uchwy­cić nie­ja­sny sens nie­któ­rych sfor­mu­ło­wań lub pew­nych ty­tu­łów. Przez dłu­gi czas spał ze słow­ni­kiem po­ło­żo­nym obok wy­pcha­ne­go weł­ną ma­te­ra­ca. Bu­dził się o pia­niu ko­gu­ta w swo­im po­ko­iku na pod­da­szu i gdy tyl­ko pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca zaj­rza­ły przez okno, otwie­rał słow­nik, by wró­cić do lek­tu­ry i na­uki słów. W tam­tym cza­sie w jego ży­ciu nic in­ne­go nie ist­nia­ło. Wsta­wał, mył się, po­ma­gał dziad­ko­wi w wy­ro­bie twa­ro­gu, a po­tem ru­szał do szko­ły, pie­szo, w kil­ka­krot­nie pod­ze­lo­wa­nych bu­tach i z pra­gnie­niem w ser­cu, by po­zna­wać co­raz wię­cej i wię­cej.

Jako pierw­szy z dziel­ni­cy po­szedł na uni­wer­sy­tet. Stu­dio­wał psy­cho­lo­gię i wte­dy za­czął go ogar­niać ja­kiś dziw­ny nie­po­kój, jak­by cho­ro­ba zmy­słów. Prze­niósł się do Szwaj­ca­rii, naj­pierw do Zu­ry­chu, po­tem do Lu­ga­no, aby wresz­cie wy­ko­rzy­stać do­świad­cze­nie psy­cho­ana­li­tycz­ne na­gro­ma­dzo­ne przez lata roz­ma­itych se­an­sów i po­dró­ży. Wła­śnie tego naj­bar­dziej pra­gnął: głę­bo­ko wnik­nąć w umy­sły in­nych lu­dzi, od­szu­kać źró­dło wszel­kich cho­rób psy­chicz­nych, przy­nieść ra­tu­nek swo­im pa­cjen­tom, za­wład­nąć ich do­świad­cze­nia­mi, hi­sto­ria­mi. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wał go ich spo­sób od­czu­wa­nia lub – jed­nym sło­wem – ich cier­pie­nie. Ból ist­nie­nia, ży­cia. Czy on wła­śnie leży u pod­staw wszel­kie­go cier­pie­nia? A może nę­kał go ja­kiś bar­dziej sub­tel­ny i ukry­ty nie­po­kój? Na co może się przy­dać jego wie­dza, sko­ro czas pły­nie bez­li­to­śnie? I czyż to do­pa­da­ją­ce go cza­sa­mi, za­kra­da­ją­ce się do jego wnę­trza po­czu­cie wszech­mo­cy nie było przy­pad­kiem owo­cem pa­ni­ki, któ­ra spra­wia­ła, że gdy tyl­ko się ono po­ja­wia­ło, jego oczy za­cho­dzi­ły biel­mem, czy­niąc go śle­pym?

Póź­niej, któ­rejś nocy, otwo­rzył oczy, krzy­cząc w ciem­no­ści. Nie od razu zro­zu­miał, co się sta­ło. Z tru­dem ła­pał od­dech i miał wra­że­nie, że leży w ka­łu­ży, a jego ple­cy nie­ru­cho­mo przy­le­ga­ją do ja­kie­goś mięk­kie­go pod­ło­ża. Przej­mu­ją­cy ból w pier­si roz­sze­rzał się, za­ty­ka­jąc mu gar­dło. War­gi po­wil­got­nia­ły, chy­ba od śli­ny, a we wnętrz­no­ściach coś za­bur­cza­ło, pró­bu­jąc się wy­do­stać przez usta. Czuł, że zbie­ra mu się na wy­mio­ty. Zo­ba­czył ja­kiś cień, fa­lu­ją­ce wło­sy, a po­tem już nic. Po­ma­cał pier­si i wy­czuł nóż. Był wbi­ty na wy­so­ko­ści most­ka, głę­bo­ko, cios mu­siał być za­da­ny cel­nie i pre­cy­zyj­nie. Prze­su­nął pa­lec na brzeg otwar­tej rany i prze­szył go dreszcz. Ocie­kał wła­sną krwią, ale nie był w sta­nie jej zo­ba­czyć. Uno­sił się jak­by w próż­ni, w wo­dzie, któ­ra mia­ła te­raz kon­sy­sten­cję jego pa­ni­ki. Nie był w sta­nie po­ru­szyć rę­ka­mi. Świa­tło zni­kło, a on nie po­tra­fił w tej chwi­li na­wet po­wie­dzieć, w któ­rej czę­ści łóż­ka leży na wznak. Nie mógł doj­rzeć lam­py po­sta­wio­nej na pod­ło­dze ani od­wró­cić gło­wy, by spró­bo­wać ją od­szu­kać.

Kil­ka go­dzin wcze­śniej po raz enty od­był sto­su­nek płcio­wy, ko­lej­ne przy­kre zjed­no­cze­nie ciał, któ­re nie da­wa­ło mu już żad­nej przy­jem­no­ści. Spró­bo­wał za­wo­łać Mag­dę, swo­ją to­wa­rzysz­kę, ale nie od­po­wie­dzia­ła. Spró­bo­wał jesz­cze raz, usi­łu­jąc prze­bić się przez ci­szę domu, ale jego ostat­nie sło­wa uwię­zły mu w gar­dle, zdu­szo­ne pła­czem. Tkwił tak bez ru­chu, pa­trząc w su­fit prze­sło­nię­ty cie­nia­mi, aż w koń­cu za­mknął oczy pe­wien, że umie­ra.

Prze­bu­dził się w łóż­ku szpi­tal­nym. In­ten­syw­ny za­pach ja­śmi­nów uno­sił się w sali, przy­no­sząc z sobą po­wiew lata. Do jego łóż­ka pod­bie­gła od razu pie­lę­gniar­ka, by go uspo­ko­ić co do sta­nu zdro­wia. Był w śpiącz­ce przez mie­siąc, ale te­raz już moż­na po­wie­dzieć, że się wy­ka­ra­skał. Za­py­tał o Mag­dę, ale jej nie było. Po­li­cja przez wie­le mie­się­cy pró­bo­wa­ła ją na­mie­rzyć, ale wciąż nic o niej nie było wia­do­mo.

3

Grób znaj­do­wał się we wnę­ce na sa­mym dole1, pod tym, w któ­rym spo­czy­wa­ła dziew­czyn­ka zmar­ła w wie­ku za­le­d­wie trzech lat. Nie upa­mięt­nia­ła jej żad­na fo­to­gra­fia. Na zie­mi ktoś uło­żył por­ce­la­no­we lal­ki i kil­ka za­ba­wek, jak­by chciał ozdo­bić po­ko­ik.

Gio­van­ni Bu­sce­mi oparł rękę o ta­bli­cę gro­bu mat­ki i uczy­nił znak krzy­ża. To samo zro­bił przy ta­bli­cy dziew­czyn­ki, po­pra­wił kil­ka la­lek, któ­re się prze­wró­ci­ły, i znów za­czął wpa­try­wać się w sto­ją­cy przed nim mur śmier­ci. Było tam wy­pi­sa­ne tyl­ko imię mat­ki, Con­cet­ty Cu­tru­pi, wy­ry­te dłu­tem w be­to­nie, tak jak­by jej zwło­ki do­pie­ro cze­ka­ły na zło­że­nie we wła­ści­wym miej­scu.

Z ze­wnątrz do­bie­gał szcze­biot pta­ków. Roz­le­gła, nie­upra­wia­na łąka ota­cza­ła wo­tyw­ny oł­ta­rzyk z pu­stą ni­szą i opusz­czo­ną ka­plicz­kę z dziu­ra­wym da­chem. Ra­nek był upal­ny i Gio­van­ni nie­mal zdzi­wił się, że to miej­sce po­tra­fi tchnąć ta­kim spo­ko­jem. Szpa­ler cy­pry­sów wy­zna­czał po­łu­dnio­wą gra­ni­cę, za któ­rą za­czy­nał się roz­le­gły oliw­ko­wy sad, po­prze­ty­ka­ny po­je­dyn­czy­mi drze­wa­mi po­ma­rań­czy i cy­tryn.

Męż­czy­zna wziął pla­sti­ko­wą bu­tel­kę z gni­ją­cą wodą i reszt­ka­mi zbu­twia­łych już kwia­tów i wy­szedł, by wrzu­cić ją do po­jem­ni­ka. Wró­cił, ze­rwał opa­ko­wa­nie z kwia­tów, któ­re za­ku­pił w skle­pi­ku znaj­du­ją­cym się przy cmen­ta­rzu, a na­stęp­nie uło­żył je po­je­dyn­czo na mar­mu­ro­wej pły­cie. Miał zro­bić zdję­cie swo­jej mat­ki, ale po­tem prze­my­ślał spra­wę. Po co to komu? Przy­po­mniał so­bie mat­kę, gdy była mło­da, jej cie­płe pier­si, okrą­gły brzuch, bar­dzo dłu­gie wło­sy, upię­te w kok na gło­wie, i wy­obra­ził ją so­bie da­le­ką, na­le­żą­cą do in­ne­go cza­su, któ­ry nie może już być czę­ścią jego ży­cia. Ale mimo wszyst­ko wró­cił. Ja­kieś roz­pacz­li­we pra­gnie­nie uchwy­ce­nia się na nowo wła­snych ko­rze­ni, wchło­nię­cia za­pa­chu swo­jej zie­mi, może na­wet wła­snej krwi, przede wszyst­kim jed­nak wy­ra­że­nia żalu, po­pro­sze­nia o wy­ba­cze­nie, wy­la­nia przy­najm­niej jed­nej łzy za tę mat­kę, któ­ra go za­wsze chro­ni­ła i nim się opie­ko­wa­ła.

 

Po­ło­żył dłoń na ta­bli­cy po pra­wej stro­nie. Jego od­dech przy­spie­szył na myśl, że tam może być gło­wa mat­ki i że mógł­by oczy­ma wy­obraź­ni ją przy­tu­lić. Po­mo­dlił się za nią, uca­ło­wał tę zim­ną i szorst­ką ścia­nę, i w koń­cu za­szlo­chał.

4

Vin­cen­zi­na Fur­fa­ro na­ło­ży­ła ka­szy do fi­li­żan­ki, wzię­ła kil­ka su­cha­rów i po­ło­ży­ła je na tacy. Od­su­nę­ła wło­sy, za­kła­da­jąc je za uszy, ci­cho wes­tchnę­ła i po­szła w stro­nę po­ko­ju cór­ki. Przed drzwia­mi przy­sta­nę­ła.

– Ma­rio! – za­wo­ła­ła.

Nie uzy­skaw­szy od­po­wie­dzi, otwo­rzy­ła drzwi, któ­re zo­sta­wia­ła za­wsze nie­do­mknię­te.

– Ma­rio! – za­wo­ła­ła po­now­nie, tym ra­zem już bar­dziej sta­now­czym gło­sem.

Sze­lest po­ście­li po­zwo­lił jej się do­my­ślić, że dziew­czy­na nie śpi.

– Ma­rio – po­wtó­rzy­ła, wcho­dząc do ma­łe­go po­ko­ju bez okien. Tyl­ko dłu­ga i wą­ska ko­mo­da do­trzy­my­wa­ła to­wa­rzy­stwa łóż­ku. Ścia­ny były sza­re i wy­bla­kłe.

Vin­cen­zi­na po­sta­wi­ła tacę na ko­mo­dzie, po­de­szła do łóż­ka i od­sło­ni­ła twarz cór­ki. Dziew­czy­na le­ża­ła spo­koj­nie, scho­wa­na pod cięż­ki­mi koł­dra­mi.

– Jak się czu­jesz? – spy­ta­ła mat­ka.

– Do­brze.

– Zjesz tro­chę ka­szy?

– Nie.

– Zjedz, Ma­rio. Do­brze ci zro­bi.

– Nie chcę ka­szy. Bie­rze mnie po niej na wy­mio­ty.

Od trzech dni zwra­ca­ła wodą i żół­cią. Kie­dy wy­mio­to­wa­ła, na­cho­dzi­ły ją gło­sy, a ona nie chcia­ła ich już wię­cej sły­szeć. Nie ro­zu­mia­ła, co mó­wi­ły, wie­dzia­ła tyl­ko, że pra­gnie je od­pę­dzić od sie­bie raz na za­wsze.

– Nie mo­żesz cią­gle po­ścić.

– Daj mi spo­kój, mamo.

Za­kry­ła so­bie twarz aż po oczy. Mia­ła czar­ne i roz­czo­chra­ne wło­sy, a na pra­wym po­licz­ku, koło war­gi, oka­za­ły pie­przyk. Jej oczy były małe i okrą­głe jak orzesz­ki, nos dłu­gi i spi­cza­sty, ale zgrab­ny. War­gi mia­ła wy­raź­nie za­zna­czo­ne, choć de­li­kat­ne, skó­rę prze­źro­czy­stą. Szu­ka­ła ja­kie­goś ciem­niej­sze­go kąta i chcia­ła, żeby mat­ka so­bie po­szła.

– Chcesz mi coś po­wie­dzieć? – spy­ta­ła tym­cza­sem Vin­cen­zi­na.

– Nie.

– Jak się na­praw­dę czu­jesz?

– Do­brze.

– Dla­cze­go ze mną nie roz­ma­wiasz? – za­py­ta­ła przy­gnę­bio­na mat­ka.

– Prze­nieś mnie do in­ne­go po­ko­ju – wy­szep­ta­ła Ma­ria.

– Za­cze­kaj­my jesz­cze parę dni.

– Chcę wi­dzieć świa­tło.

– Jesz­cze kil­ka dni i po­zwo­lę ci wyjść. Prze­nio­sę cię do mo­je­go po­ko­ju, do du­że­go łóż­ka.

– Nie, do two­je­go po­ko­ju nie – oświad­czy­ła dziew­czy­na ci­chym i na­gle ła­mią­cym się gło­sem.

– Cze­mu nie?

– Chcę być w moim po­ko­ju.

– Nie, moja cór­ko. To nie­bez­piecz­ne.

– Chcę czuć po­wie­trze, mamo! – za­wo­ła­ła po­iry­to­wa­na. – Chcę po­wie­trza, ro­zu­miesz? Po­wie­trza! Chcę po­wie­trza! Nie chcę tu być. Po­wie­trza, bra­ku­je mi po­wie­trza. – Od­kry­ła się, jak­by się du­si­ła.

– Nie trzy­maj mnie tu dłu­żej! Po­zwól mi wyjść. Na mi­łość bo­ską, mamo, wy­puść mnie!

Vin­cen­zi­na przy­sia­dła na łóż­ku i wzię­ła ją w ob­ję­cia.

– Przy­tul się, przy­tul – po­wie­dzia­ła, ale cór­ka pró­bo­wa­ła się oswo­bo­dzić z tego czu­łe­go uści­sku. – Nie od­pę­dzaj mnie – bła­ga­ła mat­ka. – Nie od­pę­dzaj mnie. Zo­stań­my tak. Uspo­kój się. – Po­gła­ska­ła ją po wło­sach i kil­ka razy uca­ło­wa­ła. – Przej­dzie ci, wiesz? Nie martw się.

– Kie­dy? – za­py­ta­ła Ma­ria.

– Już nie­dłu­go.

Dziew­czy­na za­nio­sła się pła­czem.

– Nie przy­pro­wa­dzaj tu wię­cej ni­ko­go – rze­kła.

– Po­trze­bu­jesz po­mo­cy.

– Nie przy­pro­wa­dzaj tu wię­cej księ­dza Edo­ar­da.

– Ależ on cię ko­cha. On to robi dla cie­bie. Chce, że­byś się do­brze po­czu­ła.

– Tak, ale mówi mi rze­czy, po któ­rych źle się czu­ję.

– Co?

– Całe to ko­ściel­ne ga­da­nie.

– Prze­cież to Boże bło­go­sła­wień­stwa, Ma­rio. On mo­dli się za cie­bie.

– Tak, ale ob­wi­nia mnie za to, co się dzie­je.

– Nie, źle go ro­zu­miesz. Ksiądz Edo­ar­do chce tyl­ko, abyś się do­brze czu­ła.

– Nie przy­pro­wa­dzaj go tu wię­cej.

– Nie.

– Nie wzy­waj go wię­cej, mamo.

– Nie, ale mu­sisz mi po­wie­dzieć, mu­sisz mnie za­wsze za­wo­łać.

– Moc­no przy­tu­li­ła ją do sie­bie. – Te­raz po­ło­żę się przy to­bie. Je­stem za­wsze z tobą, więc nic ci się już nie sta­nie.

Ma­ria od­wró­ci­ła gło­wę. Wie­dzia­ła, że to nie­moż­li­we, ale praw­dą było tak­że to, iż od kil­ku dni nie sły­sza­ła już gło­sów. Te­raz jed­nak bar­dziej bała się snów, zmar­łych, któ­rzy ją na­wie­dza­li, pu­ka­li, żeby wejść, uka­zy­wa­li się, za­pie­ra­jąc jej dech w pier­siach, ale i nie po­zwa­la­jąc jej się obu­dzić.

– Zjesz ka­szy? – za­py­ta­ła mat­ka.

– Nie.

– Ka­wa­łek chle­ba, przy­najm­niej coś po­żyw­ne­go.

– Nie, mamo.

Vin­cen­zi­na pod­da­ła się, przy­kry­ła cór­kę koł­drą i po­wie­dzia­ła, że wra­ca na dół do kuch­ni. Wzię­ła tacę i wy­szła z po­ko­ju. Zo­sta­wi­ła drzwi otwar­te.