Zwierciadło piekieł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No, w tej chwili, eee, załatwia coś dla mnie. W sklepie.

– Wysłałeś małego chłopca samego do sklepu? Do Ralpha?

– Nie, nie, tylko do Hughesa, za rogiem.

– Mimo wszystko – powiedziała z dezaprobatą pani Capelli. – Highland Avenue to niebezpieczna ulica.

– Och, nic mu się nie stanie. Chodzi do szkoły w Nowym Jorku i codziennie sam przechodzi przez Pięćdziesiątą Siódmą Ulicę. Jak dotąd jeszcze nikt go nie przejechał.

Pani Capelli zmarszczyła czoło.

– Wydawało mi się, że powiedziałeś, iż mieszka w Indianapolis.

– Jasne, że w Indianapolis! Ale to było parę lat temu. Obecnie mieszka w Nowym Jorku.

Powoli pani Capelli odwróciła się do wyjścia, w dalszym ciągu bezustannie mierząc wzrokiem całe mieszkanie, jakby spodziewała się, iż „Petey” w każdej chwili wyskoczy zza krzesła. Martin wiedział, że ze swego fotela w saloniku na dole stale obserwuje podjazd, a ponieważ nie widziała, żeby Petey wychodził, z pewnością podejrzewała, że Martin ukrywa go u siebie. Może miał odrę, ten cały Petey, i Martin nie chciał, żeby się o tym dowiedziała, bo Emilio mógłby się zarazić.

– Zrób mi tę przyjemność – powiedziała w końcu, już stojąc w drzwiach. – Przyprowadź go do mnie z wizytą, kiedy wróci. Dam mu czekoladowego ciasta.

– Oczywiście, pani Capelli – zapewnił ją Martin, otwierając przed nią drzwi. Wolniutko zeszła po schodach, przystając po każdym kroku, wsparta na poręczy. Kiedy dotarła do swego mieszkania, Martin pomachał do niej i zawołał: – Niech się pani nie boi, przyprowadzę go na pewno. Nakarmi pani kanarka. Jeżeli istnieje coś, co lubi jeszcze bardziej niż spaghetti, to jest to ciasto czekoladowe.

Pani Capelli przystanęła, skinęła potakująco głową i zniknęła wewnątrz mieszkania, pozostawiając lekko uchylone drzwi.

Martin wrócił do siebie i z założonymi rękami stanął przed Emiliem.

– Wierzysz mi – powiedział Emilio. – Wierzysz, że chłopiec naprawdę istnieje.

– Wcale tego nie mówiłem.

– Ale powiedziałeś „Petey”.

– Emilio, tu nie ma żadnego chłopca. Powiedziałem tak tylko po to, żeby nie przysparzać ci kłopotów. Jak myślisz, co zrobiłaby twoja babcia, gdybym całkowicie temu zaprzeczył? Pomyślałaby sobie, że jesteś jakimś młodocianym wariatem. Zamknęliby cię w zakładzie albo jeszcze gorzej.

Emilio wyglądał na oszołomionego.

– Ale tu jest chłopiec – nalegał. – Chodź i zobacz.

– Dobra – ustąpił Martin. – Chodźmy mu się przyjrzeć, jeżeli nie można uścisnąć mu ręki.

Emilio pobiegł do pokoju i stanął tuż przed lustrem, z niecierpliwością chcąc dowieść tego, że ma rację. Martin podążył za nim nieco wolniej, porównując szczegóły odbicia z prawdziwym pomieszczeniem. Dwie rzeczywistości, jedna obok drugiej – lecz która prawdziwa?

Przyjrzał się wszystkiemu dokładnie, nie znalazł jednak żadnych widocznych różnic. Scenariusz „Boofulsa!” leżał na biurku w takiej samej pozycji w obu pokojach. Jeden but stał nieco przekrzywiony pod krzesłem. Żaluzje migotały w słońcu.

Emilio przycisnął dłonie do szkła.

– Hej! – zawołał głośno. – Jesteś tam? Chodź, pobawimy się! Przywitaj się z Martinem!

Martin, wbrew sobie, odkrył, że skupił całą uwagę na lustrzanych drzwiach. Nie poruszały się, nawet nie drgnęły i nie pojawił się żaden chłopiec.

– Hej, ty! – zażądał Emilio. – Chodź się pobawić!

Patrzyli i czekali. Nic się nie zdarzyło. Ani śladu biało-niebieskiej piłki, śmiechu czy chłopca. Martin zaczynał na serio sądzić, że wszystko to było po prostu złudzeniem.

– Może nie ma już ochoty na zabawę – zasugerował.

– Ależ ma! – zaprotestował Emilio. – Powiedział, że zawsze chce się bawić. Kłopot w tym, że każą mu pracować, nawet kiedy jest zmęczony, i zawsze zmuszają go do noszenia ubrań, które mu się nie podobają, i musi śpiewać, gdy nie ma na to ochoty, i tańczyć też.

– Czy mówił, jak się nazywa?

Emilio nie odpowiedział.

– Posłuchaj, Emilio, to ważne. Czy powiedział, jak ma na imię? Nie kazał na siebie wołać Boofuls, prawda? Może Walter? Albo Walt?

Emilio potrząsnął głową.

– No to co robił? Grał w piłkę? Tańczył? Śpiewał?

Emilio spojrzał na Martina, nadal zachowując milczenie.

– Słuchaj – powiedział Martin, odwracając się plecami do lustra – może akurat w tej chwili on nie chce się bawić. Może, bo ja wiem, kąpie się teraz albo co. W końcu nawet chłopcy, którzy mieszkają w lustrze, muszą się od czasu do czasu wykąpać, prawda? Może wrócisz tu jutro i wtedy znowu spróbujemy.

Emilio obiema rękami uderzył w lustro.

– Hej, ty! – zawołał. Jego głos wznosił się coraz wyżej. Dźwięczała w nim panika. – Wychodź! Pobawimy się!

Martin przykucnął obok niego.

– Naprawdę wydaje mi się, że on nie chce teraz wyjść. Przyjdź tu jutro rano i wtedy znów go zawołamy.

Nagle Emilio zaczął na niego krzyczeć. Przypominało to piskliwe poszczekiwania małego pieska.

– Ty wcale nie chcesz, żebym go zobaczył, prawda? Nie chcesz, żebym się z nim bawił! Myślisz, że on należy do ciebie! To nie twoje lustro! Nie twoje! To jego lustro! On w nim mieszka! A ty nie możesz mu mówić, co ma robić!

Martin nigdy przedtem nie słyszał, by Emilio krzyczał w taki sposób, i lekko to nim wstrząsnęło. Ujął go za ramię i powiedział:

– Posłuchaj… być może wymyśliłeś całą tę historię, żeby mi zaimponować. A może i nie. Jakkolwiek by było, jestem po twojej stronie. Jeżeli w tym lustrze naprawdę jest jakiś chłopiec, to chciałbym go zobaczyć.

– I pomóc mu wyjść? – dopytywał się Emilio.

Martin skrzywił się.

– No, nie wiem. Może w ogóle nie istnieje sposób, żeby go stamtąd wydostać.

– Jest taki sposób – poinformował go Emilio zdecydowanym głosem.

– A skąd wiesz?

– On mi powiedział. Jest sposób.

– No dobrze, pod warunkiem, że nie trzeba będzie stłuc lustra. Właśnie zapłaciłem za nie siedemset pięćdziesiąt dolarów.

– Nie stłuczemy go – zapewnił go Emilio niepokojąco dorosłym tonem.

Martin oparł się o brzoskwiniowego koloru ścianę klatki schodowej i odprowadził wzrokiem to pewne siebie dziecko o czekoladowych oczach, rozczochranych włosach i koszulce poplamionej keczupem. Nie wiedział, czy ma czuć rozbawienie, czy przestrach.

Ostatecznie cała ta sprawa to najprawdopodobniej dowcip stulecia. Albo może Emilio po prostu wymyślił to wszystko. W końcu całe mieszkanie było pełne zdjęć Boofulsa. Zatem jeśli naprawdę miałby udawać, że bawi się tu z wymyślonym chłopcem, to cóż bardziej naturalnego niż nadanie mu rysów z fotografii?

Zamknął drzwi i wrócił do sypialni. Sentymentalne oczy małego Boofulsa spoglądały na niego z plakatu do „Gwiżdżącego chłopca”. Wyciągnął rękę i koniuszkami palców dotknął złotych loków, bladej twarzyczki w kształcie serca.

– Wcale się ciebie nie boję, mój mały – powiedział głośno. – Wcale a wcale.

Lecz wychodząc z pokoju, zanim zabrał się do „Drużyny A”, raz jeszcze rzucił szybkie spojrzenie na plakat.

Obudził się nagle o trzeciej nad ranem z szeroko otwartymi oczami. W uszach dźwięczał mu alarm. Przez moment zawahał się, po czym usiadł na materacu, aby móc lepiej słyszeć. Był prawie pewien, że słyszał czyjś płacz, jakby dziecka.

Szum palm na zewnątrz i poświstywania wiatru w szparze okna sypialni zagłuszały nieco ten dźwięk. Ale to na pewno było dziecko, chłopiec, który łkał i zachłystywał się łzami, jakby zaraz miało mu pęknąć serce.

Drżąc z lęku i nocnego chłodu, Martin pomacał ręką naokoło i przyciągnął do siebie swój czerwony flanelowy szlafrok. Owinął się nim, ciasno przewiązując pasek, po czym wygrzebał się z pościeli, na palcach przeszedł przez sypialnię i otworzył drzwi.

Szlochanie trwało nadal, wysokie i rozpaczliwe, odbijając się dziwnym echem od ścian mieszkania. Nie miał jednak cienia wątpliwości, skąd dochodziło. Drzwi pokoju stołowego były na wpół otwarte, jaskrawe światło księżyca wyraźnie odcinało się na drewnianej podłodze. Stamtąd właśnie dobiegał płacz.

„Prawdziwy chłopiec – pomyślał Martin. – O Jezu, to prawdziwy chłopiec”.

Ale teraz, kimkolwiek – czymkolwiek – by ten chłopiec był, musi stawić mu czoło. „Dalej, Martin, to w końcu tylko dzieciak, no nie? A jeśli okaże się, że to Boofuls, wtedy masz do czynienia nie tylko z dzieckiem, ale też i z duchem. No przecież nie powiesz mi, że przeraża cię perspektywa stanięcia twarzą w twarz ze zjawą dziecka?”

Wyciągnął rękę tak sztywno, jak gdyby przytwierdzona była do sztucznego ramienia, i pchnięciem otworzył drzwi na oścież. Zawiasy wydały z siebie niski jęk. Płacz trwał dalej, jeżące włos na głowie och-och-och-och, które wzbudziło w Martinie jednocześnie pragnienie wejścia tam i ucieczki. Wejścia, aby uwolnić dziecko od tego, co sprawiało mu taki przeraźliwy ból. Ucieczki w obawie, że może to być coś tak niewytłumaczalnego i przerażającego, iż zastygnie w bezruchu i nie będzie mógł nic zrobić.

Niedługo po odejściu żony Martina zaczęły nawiedzać sny o tym, że stoi przyrośnięty do ziemi, nie mogąc się poruszyć, podczas gdy wokół naśmiewają się z niego inni, małpy o nastroszonej sierści odbiegają z całym jego dobytkiem, a szyderczo uśmiechnięci błaźni na jego oczach brutalnie gwałcą Jane.

Najgorszy był strach przed tym, że po wejściu do pokoju stołowego odkryje, iż może jedynie stać jak sparaliżowany, bezradny, niezdolny do jakiegokolwiek działania.

Wziął głęboki oddech, po nim następny, a adrenalina w jego żyłach runęła naprzód niczym nocny ruch na autostradzie międzystanowej. Postąpił trzy zdecydowane kroki w głąb pokoju, natychmiast pochylił się i obrócił twarzą w stronę zwierciadła, w niezdarnej parodii piłkarskiego manewru, którego zawsze starał się nauczyć go jego trener ze szkoły średniej: „Niżej, Williams, nachyl się, na miłość boską, jesteś zawodnikiem, a nie pieprzoną panienką z pomponami”, i nie zdołał się powstrzymać przed głośnym krzyknięciem „Ach!”, ponieważ stanął twarzą w twarz ze swym własnym przerażonym wizerunkiem – białe policzki, wytrzeszczone oczy, sterczące na wszystkie strony włosy i jaskrawoczerwony szlafrok, owinięty dookoła sylwetki niczym zakrwawione bandaże.

 

Przez moment przystanął, aż uspokoił się przyspieszony oddech, a tętno stopniowo zwolniło. Powoli przestał dyszeć.

– Kurwa – szepnął, gdyż własne odbicie nadal wzbudzało w nim obawę. Ostrożnie postawił dwa lub trzy kroki w kierunku lustra, po czym zawahał się i zaczął nasłuchiwać. Łkania nie ustawały, choć stały się cichsze i bardziej żałosne, niekończące się och-och-och, jeszcze bardziej rozdzierające niż poprzednie głośne szlochy i krzyki.

Wyciągnął rękę i dotknął lustra. Szkło było zimne, czyste i nieprzeniknione. Nie było mowy o tym, by rozwiało się w srebrzystą mgłę, niczym zwierciadło Alicji w „Po Drugiej Stronie Lustra”. Przycisnął do niego czoło. Zaledwie w odległości cala spojrzały na niego bez wyrazu własne szare oczy. „Boże – pomyślał – co mam zrobić?” Chłopiec płakał dalej.

Martin przesunął się do samej lewej krawędzi lustra, próbując zajrzeć w głąb korytarza. Udało mu się dostrzec dwie lub trzy stopy, ale to wszystko. Wrócił do drzwi pokoju i wepchnął pod nie zwinięty numer „Variety”, podtrzymując je w pozycji szeroko otwartej. Kiedy jednak wrócił do lustra, przekonał się, że niewiele to pomogło.

A jednak brzmiało to tak, jakby w jego jadalni płakało dziecko. Nie w tej prawdziwej, ale w jej lustrzanym odbiciu.

Zadrżał. Pokój wydawał się nienaturalnie zimny. A wysoki, wyczerpany, żałosny głosik tego zrozpaczonego dziecka sam w sobie wystarczył, aby wywołać dreszcze. Pomyślał: „Co, do diabła, mam zrobić? Jak powstrzymać ten płacz?”

Przypomniał sobie opowieść pana Capellego o jego babce, jak tłukła wszystkie lustra w domu, w którym ktoś umarł, bowiem za każdym razem, kiedy się w nie spogląda, zabierają one maleńki skrawek duszy. Może gdyby zbił to lustro, uwolniłby ducha prawdziwego chłopca, i nie musiałby on już cierpieć. Z drugiej strony jednak, przypuśćmy, że stanowi ono jego jedyny kontakt z realnym światem i ludźmi, którzy mogliby mu pomóc? Przypuśćmy, że wzywa w ten sposób ratunku? Lecz przed czym albo przed kim? I jeśli życie w lustrze stanowiło taką udrękę, to czemu nie płakał przez te wszystkie lata, kiedy wisiało ono w piwnicy pani Harper?

A może płakał, tylko pani Harper zdecydowała się go zignorować?

Płacz nie ustawał: och-och-och.

Martin uderzył dłonią w lustro.

– Posłuchaj! – krzyknął. – Czy mnie słyszysz? Ktokolwiek tam jest – słyszysz mnie?

Odczekał chwilę, nie nadeszła jednak żadna odpowiedź. Kiedy tak stał przykuty do zwierciadła, czuł niezwykłą mieszaninę wściekłości i bezsiły, a ponieważ oddychał zbyt głęboko, miał też wrażenie, jakby leciał, niczym mucha obijająca się o szybę. Przez moment nie wiedział, gdzie jest góra, a gdzie dół. W ciągu tego ułamka sekundy pojął, co to znaczy: żyć bez grawitacji, bez zrozumienia tego, czym jest szkło. Mucha może obijać się o okno aż do śmierci i nigdy nie pojmie, że świat na zewnątrz da się łatwo osiągnąć, omijając przeszkodę.

– Czy mnie słyszysz? – zawołał. – Jestem tutaj! Tuż obok! Mogę ci pomóc!

I nagle pomyślał: „Co ja u diabła robię? Jeżeli chłopiec jest w mojej sypialni, to wystarczy zdjąć lustro ze ściany, przeciągnąć je tam i wtedy będę mógł go zobaczyć na własne oczy”.

Podszedł do biurka, otworzył parę szuflad i wreszcie odnalazł swój śrubokręt. Rozgorączkowany, zaczął niezdarnie wyciągać śruby utrzymujące lustro na ścianie, po czym najdelikatniej, jak to tylko było w tej sytuacji możliwe, opuścił je na podłogę. W trakcie tej czynności złośliwie uśmiechnięta rzeźba Pana czy też Bachusa znalazła się tuż przed nim: pozłacane oczy antycznego symbolu rozwiązłości spojrzały na wizerunek współczesnego przerażenia.

Martin zdjął marynarkę z oparcia krzesła, zwinął ją w rulon i wsunął pod dół ramy, aby nie uległa uszkodzeniu podczas przeciągania po podłodze. Następnie dowlókł lustro do otwartych drzwi, co chwila przystając, by otrzeć przedramieniem pot z czoła i złapać oddech.

„Jezu, po co ja to właściwie robię?” – zapytał sam siebie. Przez cały czas jednak słychać było płacz dziecka – oto, dlaczego.

W końcu dotarł do drzwi prowadzących na korytarz, nachylił się nad nim i zajrzał. Prawdziwy korytarz był pusty – tak samo jego odbicie. Wszystko było identyczne. Identyczne drzwi, wykładzina, identyczna tapeta, wyraźnie widoczna w świetle padającym na cały korytarz z sypialni Martina.

Lecz to światło istniało tylko w lustrze! Kiedy Martin zerknął w głąb prawdziwego korytarza, stwierdził, że jego sypialnia pogrążona jest w ciemności, tak jak ją zostawił. Na poszukiwania chłopca wyszedł, nie zapalając bocznej lampki. A niezależnie od tego, światło wydobywające się z lustrzanej sypialni było jasne i ostre, przypominające szpitalne czy urzędowe lampy, podczas gdy prawdziwą lampkę osłaniał pomarańczowy abażur.

Nagle szlochanie chłopca przemieniło się w świszczący, śmiertelnie wystraszony oddech. Martin oparł wielkie zwierciadło o brzeg biurka i niezgrabnie pobiegł do sypialni.

Zanim jednak zdołał dotrzeć do drzwi, światło w sypialni zgasło, a oddech dziecka zamarł. Przez ponad minutę Martin stał nieruchomo w wejściu, natężając wzrok i słuch. Zjawisko jednak zniknęło. W mieszkaniu panowała cisza, lustro nie odbijało niczego poza drzwiami stołowego pokoju, kawałkiem ściany i plakatem „Słonecznej serenady” z roku 1937.

– Jesteś… gwiżdżącym chłopcem… – wyszeptało najwątlejsze echo; i mógł to być po prostu klakson przejeżdżającej daleko w dolinie ciężarówki albo też poświst wczesnoporannego wiatru w szparze pod drzwiami.

Martin rozejrzał się po sypialni, choć z góry wiedział, że niczego nie znajdzie. Dusza lustra ulotniła się stopniowo wraz z nadejściem przedświtu. Wrócił do pokoju i zapatrzył się na nie, złocone, barokowe i pełne swoich własnych tajemnic.

Przypuszczał, że mógłby je odwieźć do pani Harper, z pewnością jednak ta uparłaby się, że umowa to umowa, i odmówiłaby zwrotu pieniędzy. Mógłby spróbować sprzedać je Ramone’owi Perezowi z Reel Thing, lecz wątpił, by dostał za nie więcej niż parę setek. Albo też można by wywieźć je na miejskie wysypisko śmieci, walnąć na kupę tlących się odpadków i zapomnieć o tym, że kiedykolwiek je widział.

Ale gdy ostrożnie położył na szkle rękę, powoli poczuł, że lustro wraz ze wszystkimi swoimi sekretami stanowi brzemię, którego przyjęcie jest jego przeznaczeniem. Nie było to jakieś wielkie, historyczne fatum, podobne do tych, które sterowały losami Juliusza Cezara, Aleksandra Wielkiego czy George’a Waszyngtona, lecz kapryśny, codzienny przypadek, przejście-przez-drzwi-A-zamiast-przez-drzwi-B, kształtujący życie nas wszystkich. Lustro wisiało w piwnicy pani Harper, czekając na niego od czasów jego dzieciństwa. Chodził do szkoły, grał w piłkę, dorósł, zaczął pisać scenariusze telewizyjne, dyskutował z Morrisem Nathanem, a przez cały ten czas lustro czekało; czekało na tę rozmowę telefoniczną, na ostatnie kilka kroków po spękanej betonowej ścieżce pani Harper.

Sapiąc z wysiłku, z powrotem przeciągnął lustro pod ścianę, gdzie przedtem wisiało, dźwignął je na walizkę od maszyny, podobnie jak za pierwszym razem, i przykręcił na miejsce. Następnie wrzucił śrubokręt do szuflady i poszedł do kuchni. Tam otworzył lodówkę, wyjął z niej karton soku pomarańczowego i wypił od razu połowę. Od zimnego płynu aż zabolało go podniebienie i stał tak na środku kuchni przez dłuższą chwilę, z ręką przyciśniętą do ust i łzawiącymi oczami.

– Prawdziwy z ciebie męczennik – powiedział do siebie. – Wiesz o tym?

Wrócił do sypialni, poluzował pasek od szlafroka i wygładził pościel. Nad jego głową Boofuls uśmiechał się niebiańsko, niczym aniołek, ze swoimi złocistymi loczkami, szeroko rozwartymi oczyma i bladą twarzyczką.

– No, może troszeczkę mnie przestraszyłeś – przyznał Martin. Nagle zmarszczył brwi i uważniej przyjrzał się plakatowi.

Stanął na materacu i, podnosząc rękę, koniuszkami palców delikatnie dotknął papieru. Pod oczami Boofulsa był on lekko wypaczony, jakby niegdyś zamókł i sam wysechł.

Martin bardzo długo wpatrywał się w plakat.

– Może nawet bardziej niż trochę.

Parę godzin później Martin pojechał do Morrisa, zabierając ze sobą przerobiony odcinek „Drużyny A”. Panował przeraźliwy upał. Idąc dróżką pośród obsypanych czerwonymi kwiatami krzewów, czuł zmęczenie i narastającą irytację. Alison leżała na swym materacu, leniwie krążąc po basenie, a jej nos lśnił bielą kremu niczym mały reflektorek. Z ustawionego na trampolinie magnetofonu dobiegała muzyka z „Kotów”.

Znalazł Morrisa w solarium, wyłożonym białymi, sprowadzanymi z Meksyku kafelkami, rozpartego na wielkiej białej otomanie, otoczonej białymi telefonami i stosami kolorowych scenariuszy. Przyodziany w biały ręcznik Morris podjadał drobne zielone winogrona.

– Dzień dobry – powiedział Martin, rzucając przeróbkę na ziemię obok agenta.

– Właśnie marzyłem o tym, żeby się z tobą spotkać – odparł Morris. – Weź sobie krzesło. Chcesz trochę wody mineralnej? A może winogronko?

Martin z hałasem przyciągnął do niego pokryte białą farbą krzesło z lanego żelaza, płosząc białoczubą kakadu w zwisającej z sufitu klatce. Morris przywiózł ją kiedyś z Tangeru. Papuga zaskrzeczała, a agent obdarzył go jednym ze swoich długich staromodnych spojrzeń, cały czas pakując do ust winogrona, jakby ładował naboje do magazynka trzydziestkiósemki.

– Słuchaj, Martin – rzekł w końcu i zawahał się, podczas gdy papuga wydała z siebie jeszcze jedno skrzeknięcie. – Ta historia z Boofulsem może ci nieźle zaszkodzić, jeśli nie będziesz ostrożny. Wczoraj wieczorem byłem na kolacji w hotelu w Bel Air. June Lassiter podeszła do mnie i zrobiła mi niezłą awanturę z powodu tego gówna, które próbowałeś jej sprzedać. Powiedziała, że nie lubi bezpośrednio układać się z autorami, a już zwłaszcza jeżeli w grę wchodzi coś takiego. Mówiłem ci, to niewypał. Wszystkich tylko wprawisz w zakłopotanie. Ze mną już ci się to udało. Co miałem odpowiedzieć, że umywam od tego ręce? W każdym razie przeprosiłem ją w twoim imieniu.

– W żadnym wypadku nie miałeś prawa nic takiego robić! – warknął Martin.

– Cóż, ktoś musiał – odparował Morris, przekręcając się na otomanie. – Przyjacielu, zawlecz ten pomysł do jeszcze jednego większego studia, a na twoich oczach zwodzony most szansy uniesie się, zostawiając cię niby jakiegoś szlemiela na brzegu. I powiem ci jeszcze coś: nie mam zamiaru być tym nebach, który przerzuci ci linę przez tę fosę.

Martin wstał, głośno szurając krzesłem, co wywołało u czubatej kakadu szał wrzasku i trzepotania.

– Oglądasz za dużo starych filmów z Burtem Lancasterem. Kto ci powiedział, że złapałbym się tej liny, nawet gdybyś ją rzucił?

– Uspokój się, dobrze? – powiedział mu Morris, po czym odwrócił się do papugi i wrzasnął: – Przestań skrzeczeć, ty durne ptaszysko!

– Morris, to może brzmi śmiesznie, ale wydaje mi się, że go znalazłem.

– Kogo? O czym ty mówisz? Zamknij się, ptaku! Wiesz, jak Alison nazwała to stworzenie? Dreyfuss. Według niej jest podobne do Richarda Dreyfussa.

– Boofulsa – odrzekł Martin niepewnym głosem.

– Cooo? – Morris skrzywił się. – Martin, czy możesz wyrażać się jaśniej? Mam tu do przejrzenia sześćdziesiąt scenariuszy, sześćdziesiąt. Popatrz na to: „Scarlett O’Hara – dzieciństwo i młodość”. Czy ci ludzie poszaleli? A i ty sam zaczynasz wariować na punkcie tego Boofulsa. Wszystko, co od ciebie słyszę, to Boofuls, Boofuls, Boofuls. Gdyby nie to, że już nie żyje, sam życzyłbym mu śmierci.

– Właśnie o to chodzi – przerwał mu Martin. – Nie jestem tego pewien. Nie do końca.

Morris uniósł kolejne grono i zjadł je bardzo powoli.

– Nie wydaje ci się, żeby Boofuls do końca nie żył?

Martin skinął głową.

Agent dźwignął się do pozycji siedzącej.

– Martin, gdybym wiedział, że cię na to stać, wysłałbym cię do doktora Eisenbauma. Czy to ten upał? A może daję ci za dużo przeróbek „Drużyny A”, co?

Martin głęboko zaczerpnął powietrza.

– Kupiłem lustro, które kiedyś należało do wyposażenia domu Boofulsa. Co więcej, najprawdopodobniej wisiało nad kominkiem tego dnia, gdy zabiła go babka.

– Mów dalej. – W głosie Morrisa dźwięczała głęboka niechęć. Cokolwiek Martin miał do powiedzenia, Morris absolutnie nie przypuszczał, by miało mu się to podobać.

 

– No… jest u mnie dopiero parę dni. Kupiłem je w środę, tuż po wizycie u ciebie. Pewna kobieta z Hillside Avenue przechowywała je w piwnicy…

– I?

– To bardzo trudno wyjaśnić, ale wydaje mi się, że on w nim jest.

– W czym? – zmarszczył brwi Morris.

– W lustrze – wyjaśnił Martin. – Myślę, że w jakiś sposób Boofuls jakby… cóż, ciężko to opisać… jakby uwiązł, utknął wewnątrz lustra. Może nie on sam, tylko jego duch, czy też część ducha. Chryste, Morris, wczoraj w nocy on płakał, płakał przez prawie pół godziny! Słyszałem go!

Przez długą chwilę Morris zastanawiał się nad tym, z ręką zawieszoną nieruchomo tuż przy rozchylonych wargach.

– Boofuls jest uwięziony wewnątrz twojego lustra?

– Wiedziałem! Myślisz, że zwariowałem! Ale to prawda, Morris. Nie mam pojęcia, jak się to stało, i cholernie się boję, ale on tam jest!

– Widziałeś go?

– Nie, ale słyszałem, jak płacze.

– Skąd wiesz, że to Boofuls, jeżeli go nie widziałeś? Może to jakieś dziecko w mieszkaniu obok?

– W mieszkaniu obok nie ma żadnych dzieci, a poza tym widziałem wszystkie filmy Boofulsa, absolutnie wszystkie, i to wiele razy. Jeżeli ja bym nie poznał głosu Boofulsa, to nikt nie byłby w stanie tego zrobić!

Morris wcisnął winogrono do ust, zmiażdżył je między błyszczącymi złotymi zębami i dziwnie zniewieściałym gestem lekceważąco machnął drobną, pulchną dłonią.

– Martin, za bardzo się tym wszystkim przejmujesz, i tyle. Cała ta sprawa wpływa na twój umysł! To się zdarza, sam widziałem podobne przypadki. Pewien autor, niejaki Jack Posnik, chciał zrobić epicki film wojenny o wojnie na Filipinach – to jeszcze jeden z tych pechowych tematów. Skończyło się na tym, że przywdział mundur i kazał nazywać się porucznikiem Rooseveltem.

– Morris – nalegał Martin – kiedy wróciłem do pokoju, mój plakat był wilgotny. Plakat Boofulsa był poplamiony łzami. Przysięgam!

Morris przyjrzał mu się zwężonymi oczami.

– Czy jesteś katolikiem? – zapytał niezwykle ostrym tonem. – Słyszałem coś o płaczących madonnach i tego typu sprawach…

– Morris, na miłość boską, posłuchaj! Pomyśl, co to za historia! Jaki by z tego można zrobić film!

W tym momencie do pomieszczenia weszła Alison, człapiąc mokrymi bosymi stopami. Dziś miała na sobie jaskrawożółte bikini, które prawie w ogóle jej nie zakrywało. Od ostatniego razu jej opalenizna przybrała ciemniejszy odcień, z wyjątkiem białej plamy kremu na nosie.

– Martin! – wykrzyknęła. – Tak myślałam, że to ty!

– Zdaje się, że właśnie wychodziłem.

– Chyba tak – powiedział Morris. – Ale posłuchaj, proszę cię, dla twojego własnego dobra, a i dla mnie też, daj sobie na razie spokój z Boofulsem. Powiem ci, co zrobimy. W przyszłym tygodniu ty i ja polecimy razem do San Diego i spędzimy weekend, leniuchując na mojej łodzi, dobra? Będziemy łowić ryby, pić wino, jeść i wtedy omówimy całą sprawę. Na pewno uda nam się dojść do czegoś, co będzie bardziej do przyjęcia. Czegoś w nieco lepszym guście. No i, wiesz, czegoś, co mógłbyś sprzedać od razu, bez wzbudzania u wszystkich dreszczy.

Martin spojrzał na Alison, ta zaś z miną posiadaczki położyła rękę na ramieniu Morrisa i odpowiedziała zachęcającym uśmiechem. „Miła dziewczyna” – pomyślał, nie aż taka cacke, jak mu się z początku zdawało. Zasługiwała na więcej, niż Morris i jego szowinistyczne gadki o buforach.

– Moja matka uwielbiała Boofulsa – zauważyła pojednawczo.

– Jasne – odparł Martin, po czym zwrócił się do Morrisa: – Miłej lektury. Może i jestem szlemiel, ale ciągle jeszcze potrafię pisać pierwszej klasy dialogi.

Wyszedł na gorące słońce. Ogólnie rzecz biorąc, był to jeden z tych dni, kiedy miał ochotę kupić dużą butelkę chardonnay, usiąść w pokoju i słuchając ZZ Top, upić się samotnie.

W powrotnej drodze poczuł takie gorąco, że zatrzymał się przy kiosku i kupił dwa lody, jeden dla siebie, drugi dla Emilia. Kiedy jednak dotarł do domu, trzymając w rękach goły patyk i cieknące opakowanie, ujrzał jedynie samochodziki leżące w pyle obok schodów i ani śladu dziecka.

– Emilio! – zawołał w kierunku podwórza. Lepki sok pomarańczowy spływał mu już po przegubie.

Mały chłopiec w pasiastej tęczowej koszulce prowadził chodnikiem kudłatego ryżego kundla.

– Hej, mały! – krzyknął Martin. – Masz ochotę na loda? Trochę się stopił, ale cię nie zabije.

Chłopiec wystawił język i odbiegł, tupiąc trampkami, aż na róg Yucca Avenue. Martin wzruszył ramionami. To chyba dobrze, że dzieci nie chcą rozmawiać z obcymi spoconymi autorami scenariuszy z topniejącymi lodami w rękach. Rzucił go do rynsztoka, co kobieta w bawełnianym kapeluszu przechodząca po drugiej stronie ulicy skwitowała takim spojrzeniem, jakby nareszcie odkryła człowieka odpowiedzialnego za zanieczyszczenie środowiska naturalnego w całej południowej Kalifornii.

Martin wrócił do domu i wszedł na schody. Wnętrze pachniało środkami dezynfekującymi i parmezanem, przynajmniej jednak panował tam chłód.

Poranne spotkanie z Morrisem przygnębiło go. Niespecjalnie przejął się tym, że agentowi nie spodobał się pomysł musicalu o Boofulsie: był do tego stopnia profesjonalistą, by wiedzieć, że u jednych samo wspomnienie jakiegoś filmu może wywoływać odruch wymiotny, podczas gdy drudzy rozpływają się nad tym samym dziełem z zachwytu. Głęboko jednak uraził go fakt, że June Lassiter mogła za jego plecami skarżyć się na niego Morrisowi. Poczuł się nagle jak niezręczny amator, jakby jeszcze nie został uznany przez Właściwe Hollywood.

Był już niemal na górnym podeście, gdy usłyszał śmiech Emilia. „Cóż – pomyślał filozoficznie – lody i tak nie przetrwałyby wspinaczki po schodach”. Kiedy minął zakręt, zobaczył, że drzwi jego własnego mieszkania są lekko uchylone, a na podest przed nimi pada trójkątna plama słonecznego światła.

Najciszej, jak tylko mógł, podszedł do drzwi. Ponownie dobiegł go chichot Emilia.

– Nie możesz jej rzucić! Nie możesz! – znów śmiech. Po czym: – Nie dasz rady jej rzucić, nie przejdzie!

Martin delikatnie otworzył drzwi i jak najszybciej przemierzył na palcach korytarz w stronę pokoju stołowego. Emilio wiercił się po całym pomieszczeniu, słychać było skrzypienie jego obuwia na drewnianej podłodze, i zaśmiewał się tak gwałtownie, iż przez moment Martina zdjęła obawa, że dziecko się dusi.

Spróbował zajrzeć przez szparę w drzwiach. Przed oczami mignęły mu wyblakłe czerwone tenisówki Emilia, potem jego zwichrzone czarne włosy. Jednakże otwór był za mały na to, by dostrzec wiszące na przeciwległej ścianie lustro, podejrzewał zaś, że gdyby bardziej uchylił drzwi, wystraszyłby tego kogoś lub coś, z czym bawił się Emilio.

Chłopiec zawołał ze śmiechem:

– Przestań nią rzucać!

I wtedy Martin usłyszał drugi głos – głos, który zupełnie nie przypominał wołania Emilia. Brzmiał on czysto, dziecinnie, z lekkim pogłosem, jakby dochodził z tunelu albo wysokiego pomieszczenia.

– Weź jeszcze jedną piłkę! Jeszcze jedną! – i dziwny, dźwięczący śmiech.

Martin odniósł wrażenie, jakby ktoś uniósł kołnierzyk jego koszuli na karku i stopniowo opróżnił mu na plecy dzbanek lodowatej wody.

Jak to powiedział Morrisowi? Jeżeli ja bym nie poznał głosu Boofulsa, gdybym go usłyszal, to nikt nie byłby w stanie tego zrobić.

– Co? Jeszcze jedną piłkę? – To Emilio.

– Musimy mieć dwie! Jeśli ty rzucisz do mnie, to ja będę mógł rzucić do ciebie!

Chwila wahania, po czym głos Emilia:

– Dobra, to poczekaj chwilę. – I tupot tych skrzypiących tenisówek w stronę wyjścia.

W jednej chwili Martin pchnął drzwi, które odbiły się od ściany i zadrżały w zawiasach. Odsunął Emilia na bok i skoczył na środek pokoju.

Wydało mu się, że dostrzegł jakiś zamazany kształt, mogący być ramieniem albo nogą. Równie dobrze jednak mogło to być tylko złudzenie.