Zwierciadło piekieł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ II

Henry Polowski, portier w Metro-Goldwyn-Mayer, przysięgał, że kiedy Boofuls odjeżdżał tego wieczoru w sierpniu 1939, przycisnął twarz do tylnego okna swej limuzyny i przez jedną przerażającą sekundę jego głowa wyglądała niczym trupia czaszka: biała jak kość, z czarnymi dziurami oczodołów i wyszczerzonymi gołymi zębami. Henry aż krzyknął.

– Śmiejcie się, ile chcecie, ale to było prawdziwe jasnowidzenie – powiedział reporterom, którzy przez całą noc tłoczyli się wokół hollywoodzkiej komendy policji. – Ja to widziałem, a jeżeli mi nie wierzycie, to już wasz problem, nie mój.

– Czy powiedział pan o tym komukolwiek? – spytała Lydia Haskins z „Los Angeles Times”. – Jeśli naprawdę to pan zobaczył, i wierzył pan, że to autentyczna prekognicja, czemu nie próbował pan kogoś ostrzec?

– A co by pani zrobiła na moim miejscu? – odparował Henry. – Mój współpracownik usłyszał, jak krzyczę, i zapytał, co się stało. Odpowiedziałem, że właśnie minął mnie Boofuls i – nie wiem – jakoś dziwnie wyglądał. Na to mój wspólnik spytał: „Co to znaczy »dziwnie«? Stroił miny?”. Odparłem, że nie, ale byłem pewien, że chłopcu przytrafi się coś niedobrego.

– I to była pańska jedyna próba zawiadomienia kogoś o tym, co, jak się panu zdawało, pan zobaczył? – naciskała Lydia Haskins.

– Proszę pani – odparł Henry – mnie się nie wydawało, że to widziałem. Ja to widziałem.

– A jak się pan teraz czuje? – zawołał Jim Keller, dziennikarz „Hollywood Reporter”. – Czy teraz, kiedy Boofuls nie żyje, czuje się pan w jakiś sposób winien?

– A pan jak by się czuł na moim miejscu? O godzinie piątej dwadzieścia siedem zobaczyłem tego małego chłopca, który wyglądał jak czaszka, a o szóstej trzydzieści tego samego wieczoru już nie żył, porąbany na kawałki. Kochałem to dziecko. Wszyscyśmy je kochali. Jak, do diabła, pan by się czuł?

Jim Keller wzruszył ramionami.

– Chyba diablo źle.

– No właśnie – rzekł Henry. – Dokładnie tak się czuję. Diablo źle.

Martin nacisnął przycisk na pilocie i nagrana na wideo kronika zniknęła z ekranu jego telewizora. Wiele razy oglądał już to nagranie podczas swej pracy nad „Boofulsem!”. Z jakiejś przekornej przyczyny zawsze chciał wierzyć, że Henry Polowski mówił wtedy prawdę – mimo iż dwa tygodnie później portier został zwolniony po tym, jak „Hollywood Reporter” ujawnił, że był on alkoholikiem i dwa razy trafił do szpitala z delirium tremens.

Na biurku Martina leżał wyblakły wycinek prasowy „»Portier, Który Widział Czaszkę« widywał ogromne insekty i Marsjan”. Martin czuł do niego pewną sympatię. Każdy by czuł, gdyby zobaczył w lustrze u siebie w pokoju odbicie biało-niebieskiej piłki, która nie ma odpowiednika w realnym świecie.

Piłka jednak zniknęła, zupełnie jak Boofuls. Nie tylko sam chłopiec, ale także jego sława. Martin pomyślał, że to niezwykłe – tak niewielu ludzi pamiętało histeryczne uwielbienie, okazywane niegdyś małemu złotowłosemu chłopcu nazwiskiem Boofuls. Tłum często zatrzymywał jego limuzynę na środku drogi. Prawie każdej nocy przyłapywano kobiety, próbujące włamać się do jego willi w Bel Air i porwać go. „On mnie potrzebuje! – krzyczały zazwyczaj, kiedy wleczono je przez trawniki. – On potrzebuje matki!”

Oczywiście to prawda, że Boofuls był sierotą. Urodził się jako Walter Lemuel Crossley w Boise, w stanie Idaho, w marcu 1931, jako nieślubny syn Mary Louise Crossley, dziewiętnastoletniej stenotypistki, zatrudnionej w Stanowej Ubezpieczalni Ressequie na Ford Street.

Mary Crossley przez dwa lata samotnie wychowywała dziecko, utrzymując się z zasiłku opieki społecznej, domowego przepisywania na maszynie i okazjonalnych jednorazowych sum od nieznanego ojca Boofulsa.

Jednakże na dzień przed drugimi urodzinami chłopca Mary Crossley, po kłótni z jednym ze swoich przyjaciół (najwyraźniej nie ojcem Boofulsa), przedawkowała aspirynę. Z tego, co Martin zdołał się dowiedzieć, niezbyt prawdopodobne było, aby poważnie myślała o samobójstwie. Parę razy przedtem zdarzało się jej przedawkować. Wszelako tym razem w efekcie pompowania żołądka rozwinęło się u niej zapalenie płuc i zmarła cztery dni później. Przez sześć miesięcy Boofuls znajdował się pod opieką stanową, dalsze trzy miesiące spędził w domu sierot, aż w końcu wysłano go do jego świeżo owdowiałej babki, pani Alicji Crossley, mieszkającej dziewięćdziesiąt mil dalej, w Twin Falls.

W lutym 1935 roku – z powodu, którego Martinowi nigdy nie udało się dociec – pani Alicja Crossley zabrała Boofulsa do Los Angeles. Przez pewien czas mieszkali w pensjonacie Palms w kalifornijskiej Wenecji. Pani Crossley, jak się wydaje, utrzymywała ich oboje, podejmując pracę kelnerki, a potem sprzątaczki. Ale w maju następnego roku – znów z nieznanych przyczyn – babcia zabrała Boofulsa na przesłuchanie pragnących zagrać w nowym musicalu Jacoba Levitza, zatytułowanym „Gwiżdżący chłopiec”. Praktycznie cudem wybrany z ponad sześciuset pełnych nadziei młodocianych kandydatów na gwiazdy do roli Małego Joe chłopczyk nie miał żadnego doświadczenia aktorskiego, nie umiał stepować, jego głos był całkowicie niewyszkolony. Jedyne jego atuty stanowiły złociste loki, twarzyczka w kształcie serca i słodki, rozczulający szczebiot.

Jednakowoż Jacob Levitz zachwycił się swym odkryciem. Nazwał go „chłopięcą Shirley Temple”. Jedynym warunkiem, jaki postawił, było, aby chłopiec zmienił nazwisko. „Walter Lemuel Crossley” brzmiało raczej jak nazwisko trzydziestoletniego agenta ubezpieczeniowego z Boise, a nie pięcioletniej gwiazdy filmowej.

M-G-M ogłosiło w gazetach konkurs „Znajdź imię dla dziecięcej gwiazdy”. Krótką listę nazwisk przesłano Louisowi B. Mayerowi. Pan Mayer przeczytał ją, stwierdził, że wszystkie są do niczego, i na marginesie nabazgrał „B. Awful – B. Okropne”. Ta prawie nieczytelna notka uznana została przez sekretarkę, kompletną analfabetkę, za osobistą sugestię pana Mayera dotyczącą nowego imienia małego Waltera. Pilnie przepisała ją i wysłała do biura reklamowego. Przynajmniej tak to zawsze opowiadał Louis B. Mayer, a sam Boofuls nigdy mu nie zaprzeczył.

Oczywiście „Gwiżdżący chłopiec” został jednym z najbardziej kasowych musicali wszechczasów. Przejmująca piosenka Boofulsa „Heartstrings” sprzedała się tego roku w większym nakładzie niż „All My Eggs in One Basket”; a Spencer Tracy, odbierając w 1937 roku Oscara za rolę w „Kapitanowych zuchach”, zażartował, że wygrał z Boofulsem jedynie dlatego, iż „uznali, że statuetka jest dla niego za ciężka i może ją upuścić”.

Boofuls nigdy nie zdobył Oscara, choć kolejne jego musicale stawały się przebojami: „Taniec w chmurach”, „Pieśń Południa”, „Słoneczna serenada”, „Kwiaty Tuscaloosy”. Podobizny złotowłosego chłopczyka o błyszczących oczach zdobiły okładki wszystkich znaczących magazynów, od „Streetland” do „McCall’s”. Wiosenny numer „Variety” z 1938 roku doniósł, że Boofuls jest sześciokrotnym milionerem. Tuż przed Bożym Narodzeniem tego samego roku przeprowadził się wraz z babcią do wielkiego białego pseudogotyckiego domu na Stone Canyon Drive w Bel Air. Zatrudnili szesnaścioro służby, łącznie z lokajem i kucharzem; dwóch prywatnych nauczycieli; instruktorów tańca i sztuki dramatycznej. Mieli też siedem samochodów, w tym dwie białe limuzyny Lincoln, każde swoją. Posiadłość nazwali Espejo.

W czerwcu 1939 roku Boofuls obsadzony został w głównej roli Billy’ego Brighta w jak dotąd najambitniejszym musicalu Jacoba Levitza – planowanym na dziewięć milionów dolarów przedsięwzięciu zatytułowanym „Błogosławiony rydwan”. Billy Bright miał być dzieckiem z ubogiej dzielnicy, które, próbując przeszkodzić swemu ojcu w napadzie na bank, zostaje przypadkowo zastrzelone – aby stać się (co jest praktycznie nieuniknione) czyniącym dobro aniołkiem.

W piątek osiemnastego sierpnia, trzeciego dnia zdjęć, Boofuls opuścił wytwórnię M-G-M w swej limuzynie o godzinie 17.27, zgodnie z rejestrem prowadzonym przez portiera Henry’ego Polowskiego. Przy wjeździe we wschodnią bramę posiadłości dostrzegła go grupka fanów; chłopiec uśmiechnął się do nich i pomachał ręką.

Główny ogrodnik Boofulsa, Manuel Estovez, widział, jak chłopiec wychodzi na taras na tyłach domu około godziny 18.12. Ubrany był w żółtą koszulkę z krótkim rękawem, białe szorty i białe podkolanówki. Pomachał panu Estovezowi, który odpowiedział mu tym samym.

O 18.21 komisariat policji w Bel Air odebrał telefon z posiadłości Crossleyów. Zniekształcony kobiecy głos powiedział: „On nie żyje. Dorwałam go wreszcie. Jest martwy”. Patrol policyjny przybył na miejsce o 18.35 i dostał się do środka przez balkon wychodzący na basen. Wyglądało na to, że – o dziwo – cała służba domowa otrzymała wolny dzień albo popołudnie.

W salonie na białym dywanie znaleźli to, co zostało z Boofulsa – „porąbanego jak mięso na rosół”, wedle określenia jednego z policjantów. Jego kolega dodał, że nigdy w życiu nie widział tak wiele krwi. Po krótkich poszukiwaniach w całym domu odkryto także panią Crossley, powieszoną na masywnym żelaznym żyrandolu nad schodami, na wpół uduszoną, lecz wciąż jeszcze żywą. Zmarła w dwadzieścia minut później, nie mówiąc ani słowa.

Trzy tygodnie potem koroner oznajmił, iż pani Alicja Crossley zamordowała swego wnuka Waltera Lemuela Crossleya w efekcie chwilowego zaburzenia władz umysłowych, po czym popełniła samobójstwo. Pogrzeb Boofulsa odbył się w atmosferze niezwykłego spokoju na cmentarzu Forest Lawn. Potworność tego, co się z nim stało, zniechęciła do przyjścia wielu ludzi, podobnie jak myśl, że to, co chowają, to w istocie rzeczy nie więcej niż skrzynia szczątków. Na grobie stanął skromny biały nagrobek z kararyjskiego marmuru ze złotą inskrypcją głoszącą po prostu „BOOFULS, 1931–1939”. Można go tam obejrzeć do dzisiaj.

Przez następne lata napisano dziewięć książek na temat morderstwa Boofulsa. Zapewne najlepszą z nich była „Boofuls: prawdziwe fakty” Kennetha Mellona. Martin czytał wszystkie i, delikatnie mówiąc, niektóre z nich były nieco bardziej sensacyjne od innych. Wszystkie jednak zgadzały się co do tego, że niewytłumaczalny zamach pani Crossley na jej sławnego podopiecznego miał swoje źródła we wcześniejszych atakach depresji, jeszcze z lat jej młodości. W 1911 sama straciła synka, a po urodzeniu Mary, matki Boofulsa, lekarz ostrzegł ją, aby już nie zachodziła w ciążę.

 

Trzy książki sugerowały, że pani Crossley chciała się zemścić na Boofulsie za próbę samobójstwa córki i jej śmierć. Ukarać go za to, że żył w glorii sławy i luksusie, podczas gdy jej kochana nieżyjąca córka zmarła w ubóstwie, nie zaznawszy dostatku.

Autor „Hollywoodzkiej rzezi” twierdził, iż Alicja Crossley zabiła dziecko, mszcząc się w ten sposób na jego nieznanym ojcu, nie było jednak żadnych dowodów na poparcie tej teorii, a zresztą nikomu nigdy nie udało się odkryć, kim był ojciec Boofulsa. Niektórzy dziennikarze wskazywali na Howarda Q. Forbesa, wicedyrektora Stanowej Ubezpieczalni Ressequie, jednak Forbes nosił okulary, łysiał i miał kłopoty z sercem, toteż choć jego ojcostwa nie można było wykluczyć, wydawało się ono nad wyraz nieprawdopodobne.

Istniało też niepotwierdzone doniesienie, jakoby pewnej nocy Mary Crossley widziana była na Koonetal Street w Boise w wielkim czarnym cadillacu, ale domniemany świadek przyznał później, że mógł być „przemęczony”.

Martin zebrał także stos artykułów prasowych – nawet kretyńskie „prawdziwe” rekonstrukcje dramatyczne z czasopisma „Niezwykłe Historie Detektywistyczne” i „Sensacje Policyjne”. Drobne ciałko desperacko wyrywało się i szamotało pod jej ciężarem, podczas gdy ona raz po raz uderzała śnieżnobiałe marynarskie ubranko obryzganym krwią tasakiem. Oczywiście Boofuls nie miał na sobie marynarskiego ubranka, a narzędzia zbrodni, o dziwo, nie udało się odnaleźć.

Mimo jednak przerażającej, niesławnej śmierci Boofulsa, Martin zawsze uważał, że chłopiec miał w sobie jakiś niezwykły czar. Wewnętrzny żar, tak silny, że aż prawie nierealny. Jego przyjaciel Gerry, pracujący w archiwum M-G-M, nagrał dla niego na wideo wszystkie filmy Boofulsa. Martin oglądał je wielokrotnie i za każdym razem na widok tego złotowłosego chłopczyka, który tańczył i śpiewał, było mu coraz trudniej uwierzyć, że siedmiolatek mógł być tak błyskotliwy, okazywać taką energię i poczucie humoru, tak absolutnie doskonałe wyczucie nastroju.

Ilekroć przyglądał się ruchom Boofulsa, wsłuchiwał w jego oddech, oglądał choreografię – a szczególnie, gdy patrzył w jego oczy – zdawało mu się, że widzi dorosłego, przebranego w dziecinne ciało.

Był tak blisko, jak wy teraz. Na pewno się nie mylę. Widziałem to wyraźnie niby w dzień. Był blady, biały jak kość, a w miejscu oczu miał tylko puste otwory, ani śladu samych oczu, zupełnie jak u czaszki, i wyszczerzone gołe zęby.

Martin raz po raz oglądał pięćdziesięcioletnią kronikę. Ten sam trzeszczący podkład muzyczny, te same błyski fleszów i ostre poruszenia głowy, jak gdyby Henry Polowski za grzech swej nieuwagi skazany został na nieustanne odgrywanie tej samej sceny.

– I co pan zrobił, panie Polowski?

– A co by pani zrobiła na moim miejscu? Nie uwierzyłaby pani własnym oczom. Śmiejcie się, ile chcecie, ale to było prawdziwe jasnowidzenie. Ja to widziałem, a jeżeli mi nie wierzycie, to już wasz problem, nie mój.

Martin za pomocą pilota wyłączył magnetowid. Już prawie dziesiąta, a za dwadzieścia minut był umówiony z June Lassiter w studiu 20th Century Fox. Znał June na tyle, aby machając do niej w tłumie przy barze Pod Kogutem i Bykiem, mieć pewność, iż odpowie tym samym; nie wiedział jednak, jak zareaguje na projekt wysokobudżetowego musicalu. A zwłaszcza wysokobudżetowego musicalu o Boofulsie.

„Co tam – pomyślał jednak, starannie składając scenariusz i ostrożnie wsuwając go do reklamówki z Reel Thing – nikt jeszcze nie doszedł do niczego w Hollywood samym siedzeniem w domu i pobożnymi życzeniami”.

Przed wyjściem ostatni raz spojrzał w lustro. Nie odbijało nic poza nim samym, pokojem stołowym i porannym słońcem. Zaczynał myśleć, że chyba wyobraził sobie tę piłkę. Może powinien iść pogadać o tym ze swą starą przyjaciółką Marion Gidley. Ona interesowała się autohipnozą, wywołanymi nią halucynacjami i tym podobnymi sprawami.

Zamykając za sobą drzwi mieszkania, natknął się na Emilia, który bawił się na podeście modelem robota z „Transformersów”.

– Co słychać, Emilio? – zapytał.

Emilio uniósł ku górze wielkie czekoladowe oczy.

– Cześć, Martin. Całkiem nieźle.

– Co tu masz?

– To datson 280, samochód sportowy, który zamienia się w złego robota. O, popatrz.

Przy akompaniamencie burzy trzasków, za pomocą skomplikowanych ruchów nadgarstka Emilio przekształcił samochodzik w robota z płaską główką i długimi wąskimi nogami. Martin przykucnął i przyjrzał mu się z bliska.

– Dość drastyczna zmiana, no nie? Żeby tak mój wóz zamieniał się w robota.

– Twój wóz to kupa złomu.

– Kto tak twierdzi?

– Mój dziadek. On mówi, że twój wóz to kupa złomu, i chciałby, żebyś go nie parkował przed samym domem, bo jeszcze ludzie pomyślą, że to jego własność.

– Mam lepszy samochód niż ten, którym on sam jeździ.

– Samochód dziadka zmienia się w robota.

– Ach tak?

– Naprawdę się zmienia. Sam mi to powiedział.

Martin czule przejechał dłonią po włosach chłopca, czego ten nie znosił, i wstał. W połowie schodów zatrzymała go jednak pewna myśl.

– Nie masz może piłki? – spytał ponad poręczą.

– Dostałem od dziadka, baseballową.

– Nie, nie – taką plastykową, do odbijania, biało-niebieską.

Emilio skrzywił nos i potrząsnął głową, jakby posądzenie go o to, iż posiada biało-niebieską plastykową piłkę, było ogromną obrazą.

– W życiu, gringo.

Martin sięgnął przez poręcz, próbując ponownie pogłaskać go po włosach, ale chłopiec odskoczył w tył.

– Nie rób tego! – zaprotestował. – Za kogo mnie masz? Za jakiegoś królika, czy co?

Martin wybuchnął śmiechem i udał się na umówione spotkanie.

June Lassiter była bardzo spokojną, opanowaną i po kalifornijsku przyjacielską świadomą kobietą o mocno kręconych czarnych włosach i bladym, nieskazitelnym, superantyalergicznym makijażu, który wyprodukowano, nie krzywdząc ani jednego zwierzęcia. Miała na sobie lekki biały kostium i przewiązaną wokół szyi apaszkę, ręcznie malowaną na surowym jedwabiu przez Indian Hopi. Zabrała Martina do baru Foxa i kupiła mu ogromną porcję sałatki ze szpinaku oraz karafkę domowego chablis, niemal zbyt zimnego, aby je pić.

– Problem w tym, że starasz się wywołać duchy – powiedziała swym południowym akcentem.

Martin, z ustami pełnymi szpinaku, nie był w stanie zrobić nic poza spojrzeniem na jej szczupły nadgarstek leżący na stole, na jego przybladłą opaleniznę i opasującą przegub luźną złotą bransoletkę. Wciąż żując, skinął głową.

– Boofuls to jedno z tych haseł, które w Hollywood wywołują nagłe zaćmienie mózgu, wiesz, tak jak Charles Manson.

– Już przedtem poruszano trudne hollywoodzkie tematy. Spójrz na „Najdroższą mamuśkę”.

– Tak, jasne – zgodziła się June. – Ale w „Najdroższej mamuśce” Joan Crawford uzyskuje w końcu odkupienie, a wszystkie te okropne rzeczy, które wyprawiała ze swymi dziećmi, zostają zracjonalizowane i wybaczone. Była pijaczką, złośliwą dziwką, lecz jednocześnie gwiazdą, a w Hollywood to usprawiedliwia wszystko. Jak chcesz to zrobić w przypadku Boofulsa? Chłopiec został porąbany na kawałki przez babkę-wariatkę – koniec historii. Żadnego odkupienia, wyjaśnienia, tylko nagły i brutalny koniec – nawet jeśli nie pokazujesz go na ekranie.

Martin otarł usta serwetką.

– Więc jak brzmi wyrok?

– No cóż, nie czytałam twojego scenariusza. Być może jest znakomity. To znaczy, słyszałam opinię Morrisa na twój temat: bardzo pochlebnie wyraża się o twojej pracy. Ale muszę powiedzieć, że Boofuls jest jak pocałunek śmierci. Jedyną osobą, jaką mogę sobie wyobrazić, która mogłaby się tego tknąć, jest Ken Russell, a wiesz, jaką on cieszy się tu reputacją. Enfant terrible, wciąż jeszcze, mimo jego wieku. A nawet gdyby zgodził się to zrobić, ciągle jeszcze pozostawałby problem pieniędzy. I zdobycie ich byłoby piekielnie ciężką robotą.

Martin wyprostował się na krześle.

– Nie wiem. Dla mnie to całkiem naturalne. Muzyka, taniec… I gdyby udało się znaleźć odpowiedniego dzieciaka do roli Boofulsa…

June potrząsnęła głową.

– Moja rada to odłożyć cały projekt na później, a na razie zapomnieć o nim. Kto wie, może pewnego dnia staniesz się dość bogaty i wpływowy, aby sam się tym zająć?

Resztę lunchu zajęły im plotki: kto kręci jaki film i kto z kim kręci. Kiedy już wychodzili, June stanęła w pustym miejscu na parkingu, podpisanym „G. Wilder”, i powiedziała:

– Najpierw dorób się tego, że będzie tu widniało twoje nazwisko. Potem zrób swój musical.

Obdarzył ją uśmiechem, który, miał nadzieję, wyglądał powściągliwie, i ze scenariuszem pod pachą udał się powoli do swego samochodu. Po drodze gwizdał „Heartstrings”:

To melodia… tak piękna

Jak mam się… opamiętać

Każda z nut… twego serca

Pocałunkiem… mi jest

Kiedy jednak jechał Santa Monica Boulevard, a wietrzyk szeleścił kartkami leżącego na sąsiednim siedzeniu scenariusza, poczuł nagłą ochotę, by wyrzucić go z samochodu. Zaczynał wierzyć w to, iż Morris miał rację, że jego dzieło przypomina tym ludziom worek cuchnącego mięsa.

Złoty chłopiec Hollywood lat trzydziestych zmarł więcej niż jednym rodzajem śmierci.

Do domu wrócił tuż przed trzecią. Emilio bawił się w słońcu na schodach przed wejściem. Zjadł już obiad – świadczyły o tym plamy keczupu na koszulce. Schody okazały się prawie nieprzebytą przeszkodą dla śmiercionośnego plastykowego Rambo, a popołudniowe powietrze wypełniał terkot karabinów maszynowych.

– Otwarta wojna? – zapytał Martin. Emilio nawet nie podniósł głowy. Martin usiadł na stopniu i przyglądał mu się przez chwilę. – Wiesz, nie jestem w stanie pojąć, jak „Rambo” mógł zarobić siedemdziesiąt pięć milionów dolarów, z całym tym strzelaniem, zabijaniem i pseudofilozofią, podczas gdy tutaj, o tu – plasnął rulonem w dłoń – mam najlepszy, najpiękniejszy musical wszech czasów, a wszyscy na jego widok krzywią się, jakbym w coś wdepnął.

Emilio nie przerywał swej wojny. Tym razem słychać było ciężki ostrzał artyleryjski, wymagający wiele śliny.

– Powinieneś wpaść kiedyś na górę i obejrzeć któryś z moich filmów z Boofulsem. Wtedy byś uwierzył, ty mały Filistynie.

Emilio osłonił oczy przybrudzoną dłonią i spojrzał na niego.

– Kto to jest Boofuls? Czy to ktoś z komiksu?

– Ktoś z komiksu? Mój Boże, czy ten twój dziadek niczego cię nie uczy? Boofuls był chłopcem, tak jak ty, tylko że potrafił śpiewać i tańczyć, i czynić ludzi szczęśliwymi. Inaczej mówiąc, nie siedział cały dzień w piachu z jakąś groteskową podobizną Sylvestra Stallone, udając, że niszczy Azjatów. Kim jest Boofuls, na miłość boską!

Emilio podniósł zielony plastykowy helikopter i przez chwilę wymachiwał nim w powietrzu.

– Ten chłopak u ciebie w pokoju naprawdę umie tańczyć – zauważył.

– To właśnie Boofuls – odparł Martin. – Chłopiec na plakacie nad moim łóżkiem.

– Nie – zaprzeczył Emilio, kręcąc głową. – Chłopiec w drugim pokoju. Ten prawdziwy.

Martin zmarszczył brwi, wyciągnął rękę i złapał przegub Emilia, zatrzymując helikopter w samym środku ataku.

– Jaki prawdziwy chłopiec? O czym ty mówisz?

Emilio skrzywił usta. Nie odpowiadał.

– Byłeś w moim pokoju? – naciskał Martin. – Dziś, kiedy mnie nie było, poszedłeś do mojego mieszkania?

Emilio nadal dąsał się i odmawiał jakiejkolwiek współpracy.

– Słuchaj, Emilio, jeśli nawet poszedłeś do mnie, nie będę się na ciebie wściekał. W końcu to dom twojego dziadka i możesz chodzić, gdzie chcesz.

Emilio w ponurym milczeniu powoli uwolnił rękę.

Martin spojrzał w górę, na okno swego pokoju stołowego. Jak zwykle było puste, odbijało się w nim jedynie słońce.

– Nie powiesz, co? – zwrócił się do dziecka. – W takim razie lepiej będzie, jak sam pójdę zobaczyć.

Wstał ze schodów i szybko pobiegł na górę, przeskakując po trzy stopnie naraz. W końcu osiągnął podest przed swymi drzwiami. Widniała na nich mała plastykowa tabliczka, głosząca: „M. Williams”. Pod spodem wydrapane było „J. Berrywell”. Nawet kiedy mieszkali razem, Jane z uporem trzymała się swego nazwiska panieńskiego.

 

Zawahał się. Prawdziwy chłopiec. Z jakiegoś irracjonalnego powodu poczuł dreszcz autentycznego strachu. Oczywiście w jego mieszkaniu nie było żadnych chłopców, prawdziwych czy nie. Po prostu Emilio wymyślił sobie towarzysza zabawy. W końcu był właśnie w odpowiednim wieku, a nie znał żadnych rówieśników, przynajmniej w tej okolicy. Mimo wszystko jednak słowa dziecka w niewytłumaczalny sposób zaniepokoiły Martina, jak gdyby jego mieszkanie zostało nawiedzone przez coś, czego nie potrafił zrozumieć.

Otworzył drzwi. Prawie nigdy nie zamykał ich na klucz, bowiem w środku nie było nic wartościowego poza maszyną do pisania, przez całe lata zaś żywił nadzieję, że ktoś mu ją wreszcie ukradnie i za pieniądze z ubezpieczenia będzie mógł kupić sobie nową.

W mieszkaniu panowała cisza. Wczesnopopołudniowe słońce padało na drewnianą podłogę, malując na niej oślepiający czworokąt. Kiedy cicho stąpał korytarzem w kierunku pokoju, z sypialni obserwowała go blada twarz Boofulsa.

Zatrzymał się i zawołał:

– Halo?

Nie było jednak żadnej odpowiedzi.

„A czego się spodziewałeś? – zganił się w myślach. – Całego chóru Disneyowskich duchów, wyłaniającego się nagle z szaf z okrzykiem »A kuku, Martin!«?”

Szeroko rozwarł drzwi pokoju i zajrzał do środka. Odpowiedziało mu spojrzenie własnej twarzy w lustrze. Nikogo innego w pokoju nie było; żadnego chłopca; żadnego śladu chłopca, jak na przykład samotna biało-niebieska piłka.

– Dzieci – wymamrotał, mając na myśli szczególnie Emilia.

Parę chwil zajęło mu rozejrzenie się po pozostałej części mieszkania. Żaden chłopiec nie ukrywał się w szafie pomiędzy ubraniami ani pod łóżkiem. Kiedy jednak poszedł do kuchni, aby znaleźć sobie nową butelkę wina, przez moment był pewien, że usłyszał chichot.

Przystanął, nasłuchując. Nic. Z butelką w dłoni wyszedł na korytarz i ujrzał Emilia, trzymającego ręce w kieszeniach szortów. Martin popatrzył na niego bez słowa.

– Czy mogę się z nim pobawić? – zapytał Emilio.

– Czy możesz pobawić się z kim? – odpowiedział Martin z wyrachowaną dociekliwością.

Emilio wskazał ruchem ramienia w kierunku pokoju stołowego.

– Jasne, że z chłopcem.

– Emilio, mój mały wariacie, tam nie ma żadnego chłopca.

– A właśnie, że jest.

– Tak, tak, a samochód twojego dziadka zmienia się w robota.

– Sam widziałem! Pokazał mi!

– No dobrze – załagodził sprawę Martin. – Dobra, nie trać zimnej krwi. Powiedzmy po prostu, że jestem jednym z tych naprawdę sceptycznych dorosłych, jakich można zobaczyć w telewizji. No wiesz, takich, co to nie chcą pomóc ET i próbują uderzyć Lassie, kiedy ta ciągnie ich do opuszczonej kopalni za nogawkę.

Emilio nie zrozumiał ani słowa z tego, co mówił Martin, on sam jednak poczuł się od razu lepiej, a i chłopiec jakby się uspokoił.

– Jeżeli naprawdę tam jest – powiedział łagodnie Martin – to wystarczy, jeśli mi go przedstawisz. Pozwól, że uścisnę mu dłoń i powiem „Dzień dobry, chłopcze”. Wtedy ci uwierzę.

– Nie możesz uścisnąć mu dłoni – odparował Emilio.

– Wiem, że nie mogę, Emilio, bo on jest wymyślony. – Dość mocno postukał go palcem w czoło. – Istnieje tylko tutaj.

– Nie! – zaprotestował Emilio. – On jest prawdziwy. Ale nie można wziąć go za rękę, bo on jest w lustrze.

Martin wyprostował się. Chłopiec patrzył na niego z poważnym wyrazem usmolonej twarzyczki i szeroko rozwartymi oczami, zaciskając pięści.

– Emilio – powiedział Martin – czy przyszło ci do twego jednobajtowego móżdżku, że prawdziwy chłopiec w lustrze to możesz być ty? Twoje odbicie? A może jesteś tak brudny, że nie poznajesz sam siebie? Myślałeś, że to Paul Robertson?

Emilio znowu zaczął się dąsać.

– On jest prawdziwy! Prawdziwy! Ale on jest tylko w lustrze! Ja jestem w lustrze i on też. Ale tylko ja jestem w pokoju!

Martin pomyślał o biało-niebieskiej piłce i o tym, jak wpadła, podskakując, do lustrzanego pokoju. A także o tym, jak wrócił, aby jeszcze raz na nią spojrzeć, i stwierdził, że zniknęła. I jak głęboko wzrok sięga, jest on bardzo podobny do naszego korytarza, tylko, wiesz, tam dalej może być zupełnie inny.

Poczuł nagle chłód wzdłuż kręgosłupa, wędrujący w dół niczym ślimak na zamarzniętej rynnie.

– Ten chłopiec… czy był do ciebie podobny? – spytał. Emilio przesunął dłonią po twarzy, jakby próbując zmazać własne rysy i pokazać inną twarz: pogodną, bez wyrazu, z oczami jak sierotka Marysia.

– Wyglądał jak… – starał się wyjaśnić, lecz nie wychodziło mu to, nawet z pomocą mimiki i gestykulacji. – Jak… – nagle pobiegł do sypialni i wskazał przypięty do ściany plakat Boofulsa.

– Wyglądał jak to? – dopytywał się Martin, czując coraz większą grozę.

– To jest prawdziwy chłopiec – powtarzał z uporem Emilio. – Prawdziwy!

Martin położył dłonie na ramionach Emilia i spojrzał mu prosto w oczy.

– Emilio, to był prawdziwy chłopiec, ale on nie żyje od prawie pięćdziesięciu lat.

Emilio skrzywił się z niedowierzaniem.

– Nie wiem, co widziałeś w tym lustrze – ciągnął Martin – ale nie był to prawdziwy chłopiec. To tylko twoja wyobraźnia. Rozumiesz, co mam na myśli? Po prostu jakby – no nie wiem, jakby twój umysł płatał ci sztuczki.

– Ja go widziałem – wyszeptał Emilio. – Rozmawiałem z nim.

Martin nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Stanął i otarł ręce o nogawki spodni, tak jak to robią bramkarze.

– Sam nie wiem, stary. Wszystko to brzmi dość dziwacznie.

W tym momencie rozległo się dyskretne stukanie do drzwi i do środka weszła babcia Emilia. W rękach niosła szklane żaroodporne naczynie przykryte kraciastą ściereczką.

Martin zawsze lubił panią Capelli. Była babcią, jaką powinien mieć każdy: pogodną, filozoficznie patrzącą na świat, zawsze krzątającą się po kuchni. Siwe włosy splatała w misterne warkoczyki, a twarz miała równie otwartą i szczerą jak kuchenna stolnica. Ubrana była na czarno; zawsze ubierała się w czerń. Nosiła żałobę po swej zmarłej siostrze. Poprzednio była w żałobie po zmarłym bracie. Kiedy razem z panem Capellim wyruszali na zakupy w swym długim czarnym lincolnie, wyglądali, jakby wybierali się na pogrzeb.

– Przyniosłam ci lasagnę – powiedziała.

Martin przyjął naczynie i skinął w podzięce głową.

– Staram się zachować dietę. Ale dziękuję.

– Cóż, możesz podzielić się z chłopcem. – Pani Capelli rozejrzała się po mieszkaniu, jakby oczekiwała, że zobaczy jeszcze kogoś.

– Chłopcem? – spytał Martin.

– Emilio powiedział mi, że mieszka u ciebie chłopiec. Bawił się z nim cały ranek. Czy to ten twój siostrzeniec, o którym mi opowiadałeś?

Martin wymienił z Emiliem zakłopotane spojrzenie. Jeżeli powiedziałby, że nie ma tu żadnego chłopca, Emilia czekałaby ciężka przeprawa za kłamstwo. Z drugiej strony…

Ale nie. W tej chwili potrzebne mu było zaufanie Emilia. Jeśli w lustrze naprawdę kryło się coś niezwykłego, jakiś rodzaj nadprzyrodzonego zjawiska, to jak dotąd mały Emilio był jedyną osobą, która to widziała. Mógł stanowić z nim jedyny kontakt, niczym medium. To w końcu dziecko, a Boofuls też był dzieckiem. Może w lustrze zachowała się jakaś wibracja i Emilio dostrajał się teraz do niej. Albo coś takiego.

Podniósł ściereczkę kryjącą lasagnę i wciągnął w płuca zapach świeżych pomidorów, tymianku i dopiero co utartego parmezanu.

– Najprawdopodobniej Petey zje to wszystko sam – powiedział z największą nonszalancją, na jaką mógł się zdobyć. – Petey to prawdziwy świr na punkcie włoskiej kuchni.

Dostrzegł, jak oczy Emilia rozszerzają się, jakby czekolada tęczówek rozpłynęła się w większe kałuże. Mrugnął do niego pod osłoną uniesionej ścierki i zorientował się, że mały zrozumiał.

– Jest tu teraz? – spytała pani Capelli rozpromieniona. – Uwielbiam chłopców! Są zawsze tacy zadziorni.