Zwierciadło piekieł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pani Harper wskazała naprzód.

– Tu stoją, za bojlerem.

Martin zaczepił rękawem o stare chomąto zawieszone na haku przy schodach. Wyplątanie się zajęło mu krótką chwilę, zanim jednak uwolnił się, pani Harper zniknęła już w mroku.

– Pani Harper?

Nikt nie odpowiedział. Martin po omacku przesunął się nieco naprzód. Bojler zrobiony był z ciężkiego lanego żelaza – jeden z tych staroświeckich typów – i wydawało się, że widać na nim szyderczo uśmiechniętą twarz o oczach z miki.

– Pani Harper?

Ostrożnie obszedł bojler i zobaczył ją. Strach zjeżył mu jednak włosy na karku, pani Harper bowiem unosiła się trzy stopy nad ziemią, przerażająco nachylona. Jej białe wytapirowane włosy lśniły niczym ogromny kokon jakiejś gigantycznej ćmy.

– Aaa! – krzyknął; w tym samym jednak momencie kobieta odwróciła głowę i pojął, że spogląda na jej odbicie, a prawdziwa pani Harper całkiem normalnie stoi za jego plecami.

– Przepraszam – powiedziała bez specjalnego współczucia. – Czyżbym pana wystraszyła?

– Nie, ja… – Martin gestem wskazał na zwisające z sufitu lustro.

– No cóż – pani Harper uśmiechnęła się i zatarła ręce. – To było lustro Boofulsa. Właśnie to lustro, które widziało jego śmierć.

– Bardzo ładne. – Martin zaczął zastanawiać się, czy rzeczywiście przyjazd tu i oglądanie starych mebli Boofulsa było dobrym pomysłem. Może jednak nuda związana z przepisywaniem scenariusza „Drużyny A” miała w sobie coś pozytywnego. Pewne wspomnienia lepiej zostawić w spokoju.

– Fotele i kanapa są tu, z tyłu – pani Harper pociągnęła za róg pokrowca, odsłaniając mroczny zarys eleganckiej stylowej sofy i dwóch fotelików od kompletu. Meble były złocone, empirowe, o seledynowych satynowych obiciach, przybrudzonych i poplamionych wilgocią – efekt długich lat spędzonych w piwnicy pani Harper. Martin przyjrzał się im w ciemności.

– Czy ma pani może jakieś dodatkowe światło? – zapytał.

– Cóż, jest tu gdzieś latarka… – wycedziła pani Harper. Z tonu jej głosu jasno wynikało, że bynajmniej nie ma ochoty iść jej szukać.

– Nie trzeba – odparł Martin. – Widzę je dostatecznie dobrze. A tam, czy to barek? – wskazał na duży rokokowy mebel z rżniętymi kryształowymi szybkami, częściowo ukryty pod pokrowcem.

– Zgadza się, i nadal jeszcze ma wszystkie oryginalne karafki, z plakietkami z czystego srebra. Gin, whisky, brandy. Nie żeby Boofuls kiedykolwiek pił, nie w jego wieku.

Wydało jej się to bardzo zabawne i parsknęła piskliwym, urywanym śmiechem.

Martin podszedł do mebli z mieszaniną obawy i fascynacji. Pogładził dłonią oparcie kanapy i pomyślał: „Boofuls naprawdę tu siedział”. Przeżycie było znacznie bardziej niepokojące, niźli się tego spodziewał. Wycinki prasowe i zdjęcia to tylko płaskie i dwuwymiarowe odbicia realnego świata. Sam Boofuls nigdy nie miał ich w ręku. Tu jednak były jego meble. Jego własne fotele. Lustro, które z pewnością wisiało nad jego kominkiem. Prawdziwe, dotykalne przedmioty. Do Martina przemawiały one z równą siłą, co koszule Hitlera, rubinowe pantofelki Judy Garland czy różowe kapelusiki Jackie Kennedy. Stanowiły dowód, że legenda była kiedyś rzeczywistością, że Boofuls naprawdę istniał.

Przez dłuższy czas stał w milczeniu z rękami na biodrach, wdychając powietrze o zapachu stęchłych trocin.

– Mówiła pani, że nikt nie był zainteresowany ich nabyciem – odezwał się w końcu.

– Nie powiedziałam, że nikt nie chciał ich kupić – sprostowała pani Harper. – Po prostu nikt nie wydawał się zainteresowany wzięciem ich w komis. Przypuszczam, że chodziło o niewielki zysk.

Martin przytaknął i rozejrzał się wokół. Dwa fotele – na nich zależało mu chyba najbardziej – i lustro. Wyglądałoby rewelacyjnie na ścianie w pokoju stołowym, w miejsce wszystkich tych wycinków, fotografii i listów – i dawałoby o wiele lepszy efekt emocjonalny. Zamiast mówić: „A, tak, to moja kolekcja reklamowych zdjęć Boofulsa”, mógłby oznajmiać: „A, to – to właśnie jest lustro, które wisiało w salonie u Boofulsa, kiedy został zamordowany”.

Szok! Zgroza! Zawiść!

– Eee, ile chciałaby pani za całość? – zapytał od niechcenia. – Fotele, lustro, kanapę, barek, taborety. Gdybym tak zdecydował się uwolnić panią od nich?

– Cóż, nie miałabym nic przeciw temu – odrzekła pani Harper, głaszcząc oparcie złoconej sofy. Mlasnęła językiem o sztuczne zęby. Jej rzęsy zatrzepotały niczym oszołomione ćmy.

– Ile? – powtórzył Martin, myśląc o 578 dolarach spoczywających na jego koncie w Security Pacific. Z pewnością nie będzie chciała więcej niż pięć stów za tych kilka zużytych kawałków umeblowania z lat trzydziestych. Może nawet dopłaci mu za wywózkę.

Pani Harper zastanawiała się przez chwilę z ręką przyciśniętą do czoła.

– No nie wiem – powiedziała. – Słyszałam już tyle różnych ocen ich wartości. Niektóre bardzo wysokie, inne bardzo niskie. Ale pan jest prawdziwym fanem Boofulsa, autentycznym wielbicielem. I wie pan, byłoby doprawdy świństwem podać panu zawyżoną cenę – szczególnie, że stara się pan, aby pamięć o nim nie zaginęła.

Martin wzruszył ramionami i szurnął nogą.

– To naprawdę uprzejmie z pani strony. Nie chciałbym jednak narażać pani na straty.

– O to niech się pan nie martwi. Dla mnie osobiście najważniejsze jest, aby rzeczy Boofulsa znalazły kochający dom.

Martin uniósł wzrok ku zwierciadłu. Teraz, gdy jego oczy przystosowały się do ciemności, mógł dostrzec szczegóły złoconej ramy. Było to dość spore lustro – długie na sześć stóp, a wysokie prawie na pięć – które z pewnością wisiało niegdyś nad kominkiem. Po bokach wyrzeźbiono bujne sploty winorośli, szczyt wieńczyła szyderczo uśmiechnięta złocona twarz, przypominająca Bachusa albo Pana. Samo szkło było w jednym rogu odbarwione i poplamione, pozostała powierzchnia odbijała jednak twarz Martina z taką czystością, że tworzyło to niemal złudę rzeczywistości, jakby miast odbicia spoglądał na drugiego samego siebie. Nic dziwnego, że tak zaskoczyła go unosząca się w powietrzu pani Harper.

Sięgnął ręką i dotknął lustra, czując pod palcami chłód szklanej tafli, przez prawie dwadzieścia lat nietkniętej promieniami słońca. Jak czuje się lustro, nie mając nic, co mogłoby odbijać – nikogo, kto by się do niego uśmiechał, układał włosy, żadnego pokoju, któremu mogłoby się przyglądać, przelotnie malowanych obrazów toczącego się obok życia. „Lustra są samotne”, napisał kiedyś Tennyson.

– Siedem tysięcy – powiedziała pani Harper. – Co pan na to?

– Przepraszam? – spytał całkowicie zaskoczony Martin.

– Siedem tysięcy za wszystko – powtórzyła. – To najniżej, jak mogę zejść.

Martin potarł kark. Nie ma mowy. Nawet jego samochód nie był tyle wart.

– Przykro mi – odparł. – To więcej, niż mogę sobie pozwolić. Obawiam się, że nie jestem Aaronem Spellingiem.

– Naprawdę taniej już nie mogę. I tak byłyby warte znacznie więcej, nawet gdyby nie należały do Boofulsa.

– Cóż, trudno zatem – rzekł Martin z rezygnacją. – W każdym razie dziękuję, że pozwoliła mi pani rzucić na nie okiem. Przynajmniej mam teraz jakieś pojęcie o tym, jak urządzony był pokój Boofulsa. Może mi to bardzo pomóc przy moim scenariuszu.

– A na ile pana stać? – spytała pani Harper.

Martin uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Nic w okolicach siedmiu tysięcy. Nawet nie tysiąc. Pięć setek, to wszystko.

Pani Harper rozejrzała się.

– Myślę, że za pięćset dolarów mogłabym sprzedać panu taborety.

– Byłaby pani skłonna sprzedać poszczególne rzeczy oddzielnie?

– No, nie miałam takiego zamiaru. Ale skoro jest pan aż takim wielbicielem…

– Czy sądzi pani, że mógłbym kupić za tę sumę lustro? Najbardziej zależałoby mi na nim.

Pani Harper wydęła usta.

– Wcale nie jestem co do tego przekonana. To lustro to coś naprawdę specjalnego. Oryginalny francuski okaz – tak mi powiedział ojciec Arnolda.

– Jest bardzo piękne – zgodził się Martin. – Doskonale mogę je sobie wyobrazić, jak wisi u mnie w mieszkaniu.

– Może siedemset pięćdziesiąt? – zasugerowała pani Harper. – Da pan radę?

Martin odetchnął głęboko.

– Mogę zapłacić pani pięćset teraz i resztę w przyszłym miesiącu.

Nie zostawiało mu to zbyt wiele na życie, lecz jeśli skończy dziś wieczór tę przeróbkę „Drużyny A” i może poprosi Morrisa o parę dodatkowych fuch – cokolwiek, nawet „Czyste szaleństwo” czy „Srebrne łyżeczki”…

Pani Harper długą chwilę stała w milczeniu, po czym powiedziała:

– Dobrze. Pięćset teraz i dwieście pięćdziesiąt do końca przyszłego miesiąca. Tylko niech pan na pewno zapłaci. Nie chcę żadnych kłopotów. Niech pan pamięta, że też mam adwokatów.

Martin znalazł starą skrzynkę po owocach i przeciągnął ją przez całą piwnicę, aby stając na niej dosięgnąć lustra. Świętej pamięci Arnold Harper powiesił je na dwóch wielkich mosiężnych hakach, mocno wkręconych w belki podłogowe znajdującego się na górze saloniku. Martin delikatnie opuścił lustro, uważając, aby nie stuknąć złoconą ramą o podłogę. Było przeraźliwie ciężkie i zanim ostrożnie ułożył je na ziemi, spocił się cały. Pani Harper obserwowała go z dobrotliwym uśmiechem, nie przejawiając żadnej chęci pomocy.

– Co za cudowna rzecz, prawda? – zagadnęła, przeglądając się w nim i strosząc napuszoną fryzurę. – Teraz już się nie robi takich luster.

Martin stwierdził, że nie jest dość silny na to, by podnieść lustro i wnieść po schodach, opatulił zatem jeden z boków pokrowcem i przeciągnął je po podłodze. Następnie, zdyszany, krok po kroku wwindował je po drewnianych schodach aż do holu. Prawie pięć minut zajęło mu wmanewrowanie go przez piwniczne drzwi do kuchni. Pani Harper stała w połowie schodów i patrzyła, nadal nie oferując pomocy. Martin niemal żałował, że kupił ten przeklęty przedmiot. Ręce drżały mu z wysiłku, na jednym policzku rozmazał sobie brud. Brakło mu oddechu.

 

– Jeśli pan chce, może pan podprowadzić wóz tu pod dom – zaproponowała pani Harper. Był to jej jedyny wkład. Martin skinął głową, nadal opierając się o jedną z kuchennych szafek.

– Przyjmie pani czek? – zapytał.

– Oczywiście. Tak długo, jak ma pan pokrycie. To w końcu pieniądze, prawda? Tak mawiał Arnold.

Po kolejnych dziesięciu minutach Martin zdołał przewlec lustro przez drzwi kuchenne i wpakować je na tylne siedzenie mustanga. Pani Harper zgodziła się, aby pożyczył pokrowiec do osłony lustra, pod warunkiem wszakże, że natychmiast go odwiezie.

– Obiecuję – przyrzekł jej. – Oddam go jak najszybciej.

Gdy powoli zjeżdżał Hillside w dół, pani Harper stała na schodach i machała mu czekiem. Spoglądając na nią we wstecznym lusterku, pomyślał, że jak na kogoś, kto właśnie sprzedał kosztowny antyk po okazyjnie niskiej cenie, wyglądała na nieco zbyt zadowoloną. Prawdopodobnie zażądała dwa razy więcej, niż to lustro było warte w rzeczywistości.

Mimo wszystko był teraz właścicielem autentycznego lustra, które ozdabiało kiedyś kominek Boofulsa. Może przyniesie mu szczęście. Nucąc „Kwiaty Tuscaloosy”, wolno wiózł swój kosztowny zakup na Franklin Avenue.

Pan Capelli wrócił już do domu i pomógł Martinowi wnieść lustro na górę. Był człowiekiem niewysokim i krągłym, o łysej głowie i okularach, które wyglądały, jakby je zrobiono z dwóch szklanych korków.

– Nie powinienem nosić nawet koszyka z zakupami – mamrotał do siebie. – Mój lekarz mnie zabije.

– Panie Capelli, nie ma pan pojęcia, jak bardzo jestem panu wdzięczny – powiedział Martin. – To lustro należało niegdyś do Boofulsa. Naprawdę. Wisiało nad kominkiem w jego saloniku w Bel Air.

Pan Capelli, krzywiąc usta, przyjrzał się uważnie niesionemu przedmiotowi.

– To było własnością Boofulsa? Właśnie to lustro?

– Dokładnie to. W dodatku kiedy jego babka zabijała go, to właśnie lustro prawdopodobnie odbijało całą tę scenę.

Pan Capelli wzdrygnął się.

– Niedobrze. Nie powinieneś trzymać u siebie czegoś takiego.

– To przecież tylko lustro, panie Capelli.

– Teraz tak mówisz. Ale wiesz, co u nas, na Sycylii, zawsze robiła moja babka? Kiedy tylko ktoś umarł, szła do jego domu i tłukła wszystkie lustra. To dlatego, że ilekroć spogląda się w lustro, zabiera ono malutką, maciupeńką część duszy. Zatem aby czyjaś dusza mogła po śmierci w całości powędrować do nieba, należy koniecznie zbić wszystkie lustra należące do tej osoby, uwalniając w ten sposób to, co ukradły jej, kiedy jeszcze żyła.

Martin wsunął ręce w kieszenie dżinsów i uśmiechnął się.

– Jak się nazywa ta słynna włoska wędlina? – zapytał.

– Mortadela – odparł pan Capelli.

– Nie, nie, ta druga. Taka duża, gładka.

– Mielonka.

– Właśnie! Takie mielenie językiem.

– Hej! Nie mów do mnie w ten sposób! – warknął pan Capelli. – A może chcesz jeszcze raz wnosić to sam na górę?

– Już dobrze, przepraszam. – Martin położył dłoń na ramieniu gospodarza. – Naprawdę świetnie będzie wyglądało. Mieszkanie wyda się dwa razy większe.

– Hmm – odparował tamten. – Może powinienem podwoić ci czynsz.

Dokładnie w tym momencie wnuczek pana Capellego, Emilio, wybiegł z mieszkania gospodarzy, żeby sprawdzić, co to za hałas na schodach. Chłopiec miał pięć lat, proste czarne włosy, oliwkową cerę i wielkie oczy, jakby żywcem wzięte z sentymentalnego obrazka przedstawiającego smutne szczenię. Gdy tylko stwierdził, że niosą lustro, zaczął stroić do niego miny.

– Dużo lepiej – skomentował Martin, kiedy Emilio zrobił zeza i palcem rozpłaszczył nos.

– Hej, mówisz do mojego wnuka – zaprotestował pan Capelli. – To przystojny chłopak.

– Tylko dlatego, że nie wrodził się we własnego dziadka – zripostował Martin, szczerząc zęby.

– Potrójny czynsz!

– Uważaj, Emilio – ostrzegł Martin – to lustro jest naprawdę ciężkie. Nie chcesz chyba, żeby cię zgniotło.

– A właśnie, że chcę! – odparł zuchwale Emilio.

– To się da zrobić – wymamrotał Martin.

Gdy pan Capelli poszedł do siebie, Martin delikatnie zdjął wszystkie Boofulsowskie zdjęcia i wycinki, po czym hałaśliwie podciągnął lustro do ściany przy biurku. Po bokach odkrył cztery metalowe wkręty, po dwa z każdej strony, służące niegdyś do dokładnego zamocowania lustra na ścianie nad kominkiem. Martin pogrzebał w szufladzie, aż wreszcie znalazł cztery dwucalowe śruby i z pół tuzina gwoździ. Jane zabrała jego elektryczną wiertarkę, ale ściana była dość miękka, toteż udało mu się wydłubać w gipsie cztery dziury za pomocą śrubokrętu.

Prawie godzinę zajęło mu umocowanie lustra. Kiedy wreszcie zawisło na swoim miejscu, cofnął się i spojrzał na nie z podziwem, ani przez chwilę nie żałując tego, iż wydał na nie całe swoje oszczędności, nawet jeśli pani Harper oszwabiła go na dwieście czy trzysta dolarów. Warto było. Ze swą złoconą ramą i lśniącą powierzchnią dodawało mieszkaniu jakby nowego wymiaru, przestrzeni i światła.

Nalał sobie kieliszek wina i usiadł za biurkiem. Oto zdolny młody scenarzysta, zakładający kartkę papieru do maszyny. Zdolny młody scenarzysta, który nadaje właśnie kształt następnej serii „Drużyny A”.

Pracował przez całe popołudnie. Słońce powoli zniżało się na niebie, cal po calu wyślizgując się z pokoju, oświetlając sąsiedni budynek. W końcu promienie dotykały już tylko czubków najwyższych palm na ulicy.

B. A.: Przysięgam, że jeżeli ten świr nie przestanie, rozerwę go na strzępy.

Hannibal: Daj spokój, B.A., rozmawiamy tu o współpracy. Ramię przy ramieniu.

Było dobrze po siódmej, gdy Martin wyłączył maszynę i wyprostował się na krześle. Wiedział, że będzie musiał przerobić scenę, w której Hannibal przebiera się za mnicha, poza tym jednak właściwie skończył. Szczególnie zadowolony był z fragmentu, gdzie Murdock zaczyna żonglować kulami bilardowymi, a B.A. niechętnie przyłącza się do niego. Nabazgrał w notatniku: „Czy Mister T. potrafi żonglować? Jeśli nie, to czy da się go nauczyć? Czy istnieją dobrzy czarni żonglerzy? Muszą być jacyś! A co, jeśli nie? Czy jakiś biały żongler będzie mógł przyczernić ręce i stanąć za jego plecami?”

Nalał sobie kolejny kieliszek. Może jego szczęście miało się jednak odwrócić. Może coś z powodzenia Boofulsa wypromieniuje z jego lustra i pobłogosławi robotę Martina. Uniósł kieliszek i patrząc na swoje odbicie, powiedział na głos:

– Na zdrowie!

I właśnie wtedy ujrzał w lustrze biało-niebieską dziecinną piłkę, która wpadła przez otwarte drzwi, potoczyła się po podłodze i zamarła na środku pokoju.

Spojrzał na nią, wstrząśnięty, czując ten sam dreszcz, jak wcześniej, gdy zobaczył panią Harper unoszącą się w powietrzu.

– Emilio? – zawołał. – Czy to ty?

Nie było odpowiedzi. Martin odwrócił się i ponownie zawołał:

– Emilio!

Wstał z krzesła z zamiarem podniesienia piłki, ale jeszcze w trakcie tej czynności zorientował się, że już jej tam nie ma.

Marszcząc brwi, podszedł do drzwi i uchylił je szerzej. Korytarz był pusty, drzwi frontowe zamknięte na klucz.

– Emilio, co ty u diabła wyprawiasz?

Zajrzał do sypialni. Nikogo. Pootwierał nawet szafy. Nic, tylko brudne koszule i szorty, oczekujące prania, oraz rakieta tenisowa, która domagała się zmiany naciągu. Sprawdził w łazience, potem w kuchni. Nie licząc jego samego, mieszkanie było puste.

– Halucynacje – rzekł do siebie. – Chyba zaczynam się sypać.

Wrócił do pokoju stołowego i podniósł swój kieliszek. I zastygł, ustami prawie dotykając szkła. W lustrze biało-niebieska piłka wciąż tam była, na środku podłogi, w tym samym miejscu, co poprzednio.

Martin przyglądał się jej przez chwilę, po czym szybko obejrzał się na prawdziwy pokój. Ani śladu piłki. Ale przecież była tam, w odbiciu, doskonale widoczna i całkiem normalna.

Ostrożnie ruszył naprzód. Obserwując swe odbicie w lustrze schylił się i spróbował podnieść piłkę, lecz w prawdziwym pokoju nic tam nie było, w lustrzanym zaś jego ręka po prostu przeszła przez nią, jakby była całkowicie niematerialna.

Trzy lub cztery razy starał się uchwycić piłkę i machał ręką dokładnie w miejscu, gdzie powinna się znajdować. Dalej nic. Najdziwniejsze jednak było to, że gdy uważnie obserwował odbicie swej ręki, wydało mu się, jakby to nie piłka była złudą, a jego własne palce – jakby piłka była prawdziwa, a jego lustrzane odbicie jedynie zjawą.

Podszedł tuż do zwierciadła i dotknął jego powierzchni. Nie było w niej nic niezwykłego. Po prostu chłodne szkło. A jednak piłka ciągle tam leżała, niezależnie od tego, czy było to złudzenie, gra światła czy cokolwiek innego. Wpatrzony w nią usiadł na krześle. Dalej nie chciała zniknąć.

Po półgodzinie wstał i udał się do łazienki wziąć prysznic. Kiedy wrócił, piłka nadal tam była. Nie spuszczając z niej wzroku, skończył wino. Oznaczało to porannego kaca, teraz jednak nie miał zamiaru się tym przejmować.

– Czym ty u diabła jesteś? – zapytał piłkę.

Przycisnął policzek do lustra po lewej stronie, starając się zajrzeć w odbity korytarz, sprawdzić, czy może nie różni się od oryginału. „Dom po Drugiej Stronie Lustra” – pomyślał. Wraz z tą myślą powróciły do niego wszystkie dziecięce strachy. Czy gdyby można było przejść przez lustro, korytarz byłby taki sam? Czy był tam zupełnie inny świat, nie po prostu odwrócony, ale niepokojąco odmienny?

Na półce z książkami stał zaczytany egzemplarz „O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra”, który dostał od Jane w czasach ich pierwszych spotkań. Wyjął go teraz i otworzywszy, niemal natychmiast odnalazł na wpół zapomniane słowa.

Alicja spoglądała w zwierciadło nad kominkiem w salonie i zastanawiała się nad tym, jak wygląda pokój, który widać po drugiej stronie.

Jest zupełnie taki sam jak nasz salon, tylko że wszystkie rzeczy stoją po przeciwnej stronie. Mogę go obejrzeć w całości, kiedy wejdę na krzesło… nie widzę tylko tego kącika, tuż za kominkiem. Och! Och, jak bardzo chciałabym zobaczyć ten kącik! Tak bardzo chciałabym wiedzieć, czy mają oni tam zimą ogień na kominku: nie można tego stwierdzić, wiesz, chyba że nasz kominek zacznie dymić, a wtedy dym zaczyna kłębić się i w tamtym pokoju… ale to może być przecież tylko na niby, żeby wyglądało, że oni też tam mają ogień. No cóż, książki podobne są tam do naszych książek, tyle tylko, że słowa biegną w złym kierunku; wiem o tym, bo przyłożyłam jedną z naszych książek do lustra, a wtedy oni w tamtym pokoju też to zrobili z jedną ze swoich. Ale, och, Kiciu! Oto jest korytarz. Jeśli otworzysz drzwi naszego salonu, zobaczysz malusieńki skrawek korytarza w Domu po Drugiej Stronie Lustra: i jak głęboko wzrok sięga, jest on bardzo podobny do naszego korytarza, tylko, wiesz, tam dalej może być zupełnie inny[1].

Martin zamknął książkę. Piłka ciągle tam była. Przez długi czas stał tak, wpatrując się w nią, po czym zgasił lampę na biurku i pokój pogrążył się w całkowitym mroku. Odczekał chwilę i znów zapalił światło. Piłka w lustrze nadal tkwiła w miejscu.

– Cholera – powiedział i po raz pierwszy w życiu poczuł, że przytrafia mu się coś, nad czym nie ma żadnej kontroli.

Gdyby mu naprawdę zależało, mógłby sprawić, aby Jane do niego wróciła – a przynajmniej tak sądził. Gdyby pisał wszystkie idiotyczne scenariusze, jakie starał się mu wcisnąć Morris, mogłoby lepiej mu się powodzić. Ale zawsze był w stanie sam o takich sprawach decydować. Ta piłka to zupełnie co innego. Przedmiot, który istniał jedynie jako odbicie w lustrze, a nie w rzeczywistości?

– Cholera – powtórzył. Zgasił światło i ciężkim krokiem skierował się do sypialni. Zrzucił czerwony flanelowy szlafrok i nagi wgramolił się na kozetkę. Już miał zgasić boczną lampkę, kiedy naszła go pewna myśl. Poczłapał z powrotem do pokoju stołowego i zamknął drzwi. Jeżeli coś było nie w porządku z tym lustrem, nie chciał, by coś z niego wylazło i rzuciło się na niego w środku nocy.

To irracjonalne, zgoda; był jednak zmęczony i trochę pijany, i dawno już minęła północ.

Naciągnął kołdrę aż pod brodę, choć i tak było mu za gorąco, i spróbował zasnąć.

Zbudził go dźwięk brzmiący jak śmiech dziecka. Uniósł głowę nad poduszką i pomyślał: „Przeklęty Emilio! Czemu te dzieciaki zawsze muszą zrywać się o bladym świcie?”. Wtedy jednak ponownie usłyszał ten śmiech. Zdecydowanie nie dochodził on z dołu. Wydawało się, że dobiega z jego własnego pokoju stołowego.

 

Usiadł na łóżku, wstrzymując oddech, nasłuchując. Znowu. Głos śmiejącego się chłopca. Słychać też jednak było dziwne echo, jakby dziecko śmiało się w dużej pustej sali. Martin spojrzał na zegarek wbudowany w radio. Do świtu jeszcze daleko: była 3.17 nad ranem.

Zapalił światło, mrugając gwałtownie oczami nieprzywykłymi do jaskrawego światła. Znalazł swój szlafrok i wcisnął go na siebie na lewą stronę, tak że zamiast przewiązać, musiał cały czas podtrzymywać go ręką. Nadstawiając uszu, podszedł do drzwi pokoju stołowego.

Nasłuchiwał prawie przez minutę, po czym spytał sam siebie: „Czego się boisz, frajerze? To twoje własne mieszkanie, twój własny pokój, a jedyne, co słyszysz, to dziecko”.

Oblizał wargi i otworzył drzwi do pokoju. Natychmiast sięgnął do wyłącznika i zapalił główne światło, kierując jednocześnie wzrok na lustro.

Nie było tam nikogo, żadnego roześmianego chłopca. Tylko on sam, wymięty i blady, w szlafroku na lewą stronę. Tylko biurko i maszyna, półka z książkami i zdjęcia Boofulsa.

Wolno podszedł do lustra. Dostrzegał zaledwie jedną zmianę, choć nawet przed sobą nie mógłby tego udowodnić. Biało-niebieska piłka zniknęła.

Spojrzał na lustrzane drzwi, do połowy otwarte, i kawałeczek korytarza za nimi. I jak głęboko wzrok sięga, jest on bardzo podobny do naszego korytarza, tylko, wiesz, tam dalej może być zupełnie inny.

„Jak inny?” – pomyślał Martin, czując suchość w ustach. Jak inny? Bo jeśli do odbitego pokoju wpadła w podskokach piłka, to musiał też być ktoś, kto ją rzucił; a jeśli zniknęła, to znaczy, że podczas jego snu ktoś musiał wejść do pokoju i ją zabrać.

– O Boże – przełknął ślinę. – Boże, spraw, żeby to nie był Boofuls.

[1] Ten i następne cytaty z „O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra” w przekładzie Macieja Słomczyńskiego.