Zwierciadło piekiełTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się

następujące książki Grahama Mastertona:

Kandydat z piekła

Dom kości

Krzywa Sweetmana

Niewinna krew

Trauma

Geniusz

Niemy strach

Trans śmierci

Dziecko ciemności

Rook

Sekta

Potomek

Sissy Sawyer. Przepowiednia

Aniołowie chaosu

Głód

Polecamy również:

Dziedzictwo Manitou

Graham Masterton i polscy autorzy

(antologia dedykowana G. Mastertonowi)


Tytuł oryginału

MIRROR

Copyright © Graham Masterton 1988

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika 2017

Copyright © for the Polish translation by Paulina Braiter 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Joanna Pawłowska

Magdalena Paluch

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Tłumaczenie wstępu

Piotr Pocztarek

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-808-5

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

A François Truchaud

Merci, mon ami!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


JAK W ZWIERCIADLE

Powierzchnie odbijające światło były zarówno błogosławieństwem, jak i klątwą, odkąd tylko pierwsi ludzie skierowali wzrok na taflę spokojnej wody i zobaczyli ich własne twarze odwzajemniające spojrzenie.

Od najdawniejszych czasów lustra stanowiły centralny punkt ludzkiej kultury – sztuki, archeologii, medycyny, psychologii, filozofii, technologii, optyki i stylu. Pokazują nam, jak wyglądamy i kim jesteśmy, chociaż nieraz nie za bardzo podoba nam się to, co w nich widzimy.

Lustra mogą zniekształcać nasze twarze i pokazywać, jak się śmiejemy, chociaż nie mamy powodów do uśmiechu, albo jak rzucamy gniewne spojrzenia, nawet gdy nie jesteśmy źli. Nietrudno uwierzyć, że są w stanie pokazać nam coś więcej. Może potrafią ukazać przyszłość albo to, co zdarzyło się w przeszłości.

Istnieje wiele opowieści i wierszy o powierzchniach odbijających światło i o tym, jak czasami potrafią nas ochronić albo też zdradzić. Grecki heros Perseusz użył lśniącej tarczy, aby nie musieć patrzeć w oczy Gorgony, której spojrzenie zamieniało ludzi w kamień, dzięki czemu był w stanie odciąć jej głowę.

W słynnym poemacie Alfreda Lorda Tennysona Lady Shalott została uwięziona w wieży przez tajemniczą klątwę, a świat zewnętrzny mogła oglądać tylko za pomocą lustra. Kiedy spojrzała na Sir Lancelota w jego lśniącej zbroi, „zwiercaidło pękło w odłamków stos”, a ona została skazana na zagładę.

W baśni o Królewnie Śnieżce nikczemna macocha miała magiczne lustro, które mówiło jej, kto jest najpiękniejszy w królestwie, zawsze wskazując na Śnieżkę, nigdy na nią samą. Z kolei w Alicji po drugiej stronie lustra młoda dziewczyna wchodzi do lustra zawieszonego nad kominkiem i doświadcza wielu dziwnych przygód w świecie, gdzie wszystko jest na odwrót.

Starożytni Egipcjanie używali luster już 2900 lat przed naszą erą. Zrobione były z polerowanego brązu, ukształtowanego w formę płaskich dysków na cześć boga słońca Ra. Datowany na 2000 lat przed Chrystusem odlew lustra z brązu znaleziono też w Chinach.

Za czasów Seneki Młodszego (4 r. p.n.e. – 64 r. n.e.) niektóre greckie lustra były już wystarczająco duże, by odbić całą sylwetkę człowieka. Ponieważ wytwarzane były z metali szlachetnych, większość z nich była niezwykle droga w utrzymaniu i niewielu mogło sobie pozwolić na ich zakup. Były rzadkością, dlatego też zyskały na tajemniczości.

Japończycy sądzili, że lustra są święte, i używali ich do odpędzania złych duchów a kiedy umieszczali je w Jinja, miejscach kultu religii Shintō, służyły nawet do rozmawiania z Bogami.

Ale jeden wyjątkowo niepokojący pogląd można znaleźć we wszystkich religiach i kulturach: lustra są oknem do innego świata i mogą uwięzić wydarzenia i ludzi, którzy staną przed ich obliczem. Zamknąć ich w swojej lśniącej powierzchni, bez możliwości ucieczki.

Czy to możliwe? Jest tylko jeden sposób, by się przekonać. Spójrzcie w zwierciadło, które jest tytułem tej książki. Jednak czujcie się ostrzeżeni. Kiedy raz wejdziecie do świata lustrzanych odbić, możecie już nigdy nie odnaleźć drogi powrotnej.

Graham Masterton, 2017

ROZDZIAŁ I

Morris Nathan uniósł do oczu złożone niby lorgnon okulary przeciwsłoneczne i z zadowoleniem przyjrzał się swej czwartej żonie, krążącej leniwie po basenie na materacu.

– Martin – odparł – powinieneś oszczędzać energię. Nikt, ale to nikt nie będzie chciał zrealizować filmu o Boofulsie. Jak myślisz, czemu do tej pory ktoś się tym nie zajął?

– Może nikt o tym nie pomyślał? – zasugerował Martin. – Albo i pomyślał, ale uznał to za zbyt oczywiste. Ja jednak uważam, że ten temat to samograj. Złotowłosy chłopczyk ze stanowego sierocińca w Idaho staje się światową gwiazdą. W dodatku w niecałe trzy lata.

– Tak, jasne – zgodził się Morris. – Po czym zostaje porąbany na więcej kawałków, niż liczy sobie przeciętna układanka.

Martin odstawił szklankę.

– No cóż, zgadza się. Ale wszyscy o tym wiedzą, to znaczy stanowi to część podstawowej legendy, toteż nie pokazuję jego śmierci. Żadnych drastycznych szczegółów. Widzimy tylko, jak odjeżdża ze studia tego ostatniego wieczoru. Trochę przypomina to „Butcha Cassidy i Sundance Kida”. Pamiętasz tamto zakończenie.

Morris opuścił okulary i przyjrzał mu się z namysłem.

– Wiesz co, Martin? Przez długi czas oszukiwałem się, że żenię się dla intelektu – wierzysz w to? Konwersacja, dowcip, głębia – tego szukałem w kobiecie. A przynajmniej wmawiałem sobie, że tego właśnie pragnę. Trzy moje pierwsze żony miały ukończone studia. No, pamiętasz Sherri, tę trzecią? Pytam się, kto mógłby ją zapomnieć? Ale potem, pewnego dnia, już po naszym rozwodzie, przeglądałem album z fotografiami i zdałem sobie sprawę z tego, że wszystkie moje żony miały jedną wspólną cechę. I nie był to bynajmniej intelekt.

Odwrócił się i miłośnie spojrzał na dwudziestodziewięcioletnią rudowłosą kobietę w skąpym szydełkowym bikini, zataczającą coraz to nowe kręgi na zmarszczonej bryzą powierzchni basenu.

– Bufory. Oto dlaczego je poślubiłem. I byłem głupcem, wstydząc się przyznać to przed samym sobą. Zupełnie jak faceci, którzy kupują „Playboya”, wmawiając sobie, że interesują ich tylko artykuły – otarł usta wierzchem dłoni. – Zgoda, to infantylne. Ale to mi się właśnie podoba. Bufory.

Martin osłonił oczy ręką i zerknął na kobietę w basenie.

– Czyli tym razem dokonałeś dobrego wyboru?

– No jasne. Bo Alison ma figurę bez rozumu. Jeśli odejmiesz jej IQ od obwodu biustu, otrzymasz liczbę trzycyfrową. I możesz mi wierzyć, że jeśli spotkam jeszcze babkę, która na mnie podziała, to będzie to jedyna interesująca mnie statystyka.

Martin odczekał chwilę przed powrotem do tematu Boofulsa. Nie chciał, aby Morris pomyślał sobie, że nie ciekawi go Alison, znikomość jej inteligencji ani ogrom biustu. Podniósł do ust swą wódkę z sokiem pomarańczowym, wolno sącząc łyk, po czym z powrotem odstawił ją na biały stół z lanego żelaza.

– Mam tu streszczenie, gdybyś chciał rzucić na nie okiem – zaproponował, odchrząkując.

Morris wolno potrząsnął głową.

– Martin, to trucizna. Wszyscy producenci, o których jestem w stanie pomyśleć, znienawidzą ten pomysł. Jest na nim piętno Kaina, cała ohyda spraw Fatty’ego Arbuckle’a, Lupe Veles czy Sharon Tate. Zapomnij o tym. Wszyscy inni już dawno to zrobili.

– Wciąż jednak czasami wieczorem pokazują w telewizji „Gwiżdżącego chłopca” – nalegał Martin. – Niemal każdy, kogo zapytasz, pamięta co najmniej dwie linijki „Heartstrings”, nawet jeśli nie wie, kto pierwszy to śpiewał.

Morris milczał przez długą chwilę. Para kalifornijskich przepiórek z trzepotem wylądowała na dachu przebieralni w stylu elżbietańskim, zaczęła ćwierkać i rozglądać się za pieczonymi fistaszkami. W końcu powiedział:

– Martin, jesteś dobrym scenarzystą. Pewnego dnia zostaniesz bogatym scenarzystą, oczywiście jeżeli dopisze ci szczęście. Ale jeśli będziesz łaził po Hollywood, próbując wepchnąć komuś akurat ten temat, to skończysz jako żaden autor, zero, bo nikt nie zechce się z tobą zadawać. Zrób sobie grzeczność i zapomnij o tym, że Boofuls kiedykolwiek istniał.

– Daj spokój, Morris, to idiotyczne. To jakby upierać się, że nigdy nie było Shirley Temple.

– Niezupełnie. W końcu Shirley Temple nie została zarąbana na śmierć przez swoją babkę, prawda?

Martin zwinął scenariusz w rulon i uderzył nim w dłoń.

– Nie wiem, Morris. To coś, co naprawdę chciałbym zrobić. Jest w nim absolutnie wszystko. Piosenki, taniec, sentymentalna historyjka.

 

Alison przywiosłowała do brzegu i wspięła się na krawędź basenu. Morris obserwował ją wzrokiem dobrotliwego posiadacza, poczerwieniałe od słońca ręce splótł na brzuchu niczym Budda.

– Czyż nie jest świetna? – zapytał w przestrzeń.

Martin skinął ku niej głową.

– Jak leci?

Alison uścisnęła wyciągniętą dłoń, ochlapując wodą jego i scenariusz.

– W porządku, dzięki. Choć wydaje mi się, że chyba zaczyna mi się łuszczyć skóra na nosie. Jak myślisz?

– Powinnaś używać olejku, kwiatuszku – odparł Morris.

Alison była bardzo ładna, tym specjalnym rodzajem pustej urody. Zadarty piegowaty nos. Bladozielone oczy. Szeroki, z dentystycznego punktu widzenia bezbłędny uśmiech. I naprawdę ogromne piersi, każda równie duża, jak jej głowa, ledwo mieszczące się w szydełkowym staniczku bikini. Po krótkich obliczeniach Martin doszedł do wniosku, że jej IQ wynosi 29, plus-minus parę centymetrów.

– Zostaniesz na obiad? – zapytała Alison. – Będzie tylko jogurt i owoce. Wiesz – moja linia i brzuszek Morriego.

Martin pokręcił głową.

– Przyszedłem tylko pokazać Morrisowi mój nowy scenariusz.

Alison zachichotała i nachyliła się, aby pocałować Morrisa w zmarszczone szkarłatne czoło.

– Mam nadzieję, że mu się spodobał. Zrzędził dziś caaaały dzień.

– Niespecjalnie. Tak naprawdę to wzbudził jego żywą niechęć.

– Och, Morry – nadąsała się Alison.

Morris wydał z siebie długie, przeciągłe westchnienie.

– Martin napisał scenariusz o Boofulsie.

Alison skrzywiła się z dziecinnym niesmakiem.

– Boofuls? Nic dziwnego, że Morriemu się nie podobało. Co za okropna historia. To ma być horror?

– Nie – wyjaśnił Martin, starając się zachować cierpliwość. – Musical, oparty na jego życiu. Chciałem opuścić to, co się zdarzyło na końcu.

– Ale jak chcesz to zrobić? – zapytała niewinnie Alison. – No wiesz, jeśli mówisz „Boofuls”, jest to jedyna rzecz, jaką się pamięta. Przecież wszyscy wiedzą, co się z nim stało.

Morris wzruszył ramionami, jakby potwierdzało to ostatecznie jego opinię. Jeśli dziewczyna tak tępa jak Alison uważała, że scenariusz na temat Boofulsa to okropny pomysł, to co tu mówić o Paramouncie? Albo M-G-M, gdzie Boofuls kręcił swój ostatni, niedokończony film w dniu, kiedy został zamordowany?

Martin dopił drinka i wstał.

– Chyba będę leciał. Muszę jeszcze skończyć tę przeróbkę „Drużyny A”.

Morris z powrotem opadł na swój materac, a Alison przysiadła na jego grubym włochatym udzie.

– Słuchaj – powiedział. – Nie mogę ci zabronić, żebyś próbował sprzedać ten pomysł. Moja rada jednak brzmi: zapomnij o całej sprawie. Nic dobrego z tego nie będzie, a może ci bardzo zaszkodzić. Jeśli jednak będziesz próbować, nie mieszaj mnie do tego. Zrozumiałeś?

– Jasne, Morris – odparł Martin świadomie wyważonym tonem. – Rozumiem. Dzięki za poświęcenie mi cennego czasu.

Przeciął świeżo podlany trawnik, idąc w stronę tylnej bramy. Jego wyblakły mustang koloru mosiądzu stał zaparkowany w cieniu eukaliptusa, tuż za furtką. Rzucił scenariusz na przednie siedzenie, wsiadł i uruchomił silnik.

– Morris Nathan, arbiter dobrego smaku – powiedział na głos, hałaśliwie wykręcając w Mullholland Drive. – Boże, chroń nas od agentów i wszystkich ich spraw.

Podczas jazdy do mieszkania na Franklin Avenue słuchał ścieżki dźwiękowej ze „Słonecznej serenady”, ostatniego musicalu Boofulsa, odkręciwszy głośność magnetofonu do oporu. Kiedy zatrzymał się na światłach przy końcu Mullholland, dwie piegowate od słońca nastolatki na rowerach spojrzały na niego ciekawie, po czym zachichotały. Przeciągłe smyczki orkiestry Studia M-G-M i wysoki piskliwy głos Boofulsa śpiewającego „Zmieć pokruszone promyki słońca” nie były raczej muzyką, jakiej można by oczekiwać w samochodzie szczupłego trzydziestoczterolatka w okularach, odzianego w wypłowiałą kraciastą koszulę i wytarte dżinsy.

– Może zatańczymy? – żartobliwie zaproponowała jedna z nich. Obdarzył ją skąpym uśmiechem i potrząsnął głową. Wciąż jeszcze czuł wściekłość na Morrisa za całkowite zmiażdżenie jego projektu. Kiedy pomyślał o niektórych beznadziejnych pomysłach Morrisa, nie mógł nawet w części pojąć, czemu agent uznał Boofulsa za taką potworność. Na miłość boską, zrobiono przecież filmy o Jamesie Deanie, zawale Patricii Neal i raku kości Teda Kennedy’ego. I to ma być dobry smak? Co było takiego odstręczającego w Boofulsie?

Z piskiem wytartych opon zjechał z Bulwaru Zachodzącego Słońca. Zaparkował na ulicy, bowiem właściciel domu, pan Capelli, zawsze wolał na noc wstawić swego dziesięcioletniego lincolna do garażu, w obawie, by ktoś go nie porysował, nie opadł nań pyłek z kwitnących drzew, a przelatujący ptak nie ośmielił się zapaskudzić go częściowo strawionym ziarnem. Za plecami gospodarza Martin nazywał lincolna „mafiamobilem”.

Na górze, w niewielkim mieszkaniu, brudna filiżanka wraz z talerzami po śniadaniu i kolacji wciąż jeszcze leżała nietknięta w kuchennym zlewie, dokładnie tak, jak je zostawił. Był to jeden z tych aspektów samotnego życia, do których ciągle jeszcze nie mógł przywyknąć. Przez otwarte drzwi sypialni widać było zmiętoszoną pościel na łóżku, w którym sypiał teraz sam, i wielki oszklony plakat z „Gwiżdżącego chłopca”, pierwszego musicalu Boofulsa. Przeszedł do gołego, wymalowanego na biało pokoju stołowego. Stała tam jedynie samotna staroświecka sofa obita gobelinem i szare stalowe biurko przy oknie. Jane zabrała całą resztę. Po prostu wmaszerowali wraz z jej nowym przyjacielem i wynieśli wszystkie rzeczy, podczas gdy Martin nie przerywał pisania.

Facet miał nawet czelność postukać w biurko i zapytać Jane:

– To też chcesz?

Nie podnosząc wzroku znad dziesiątej wersji kolejnego odcinka „Drużyny A”, Martin swym akcentem Johna Wayne’a odparł:

– Dotknij go tylko, frajerze, i jesteś trupem!

Odejście Jane przyniosło ze sobą natychmiastową ulgę – koniec regularnego współzawodnictwa w krzyku, koniec napięć i konfliktów charakteryzujących ich małżeństwo. Umożliwiło mu też kontynuowanie pracy przez cały dzień i pół nocy bez żadnych przeszkód. Dzięki temu właśnie zdołał ukończyć scenariusz „Boofulsa!” w cztery dni. Po trzech tygodniach jednak zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, że praca to zdecydowanie nie wszystko. Może Jane i była wymagająca, niezręczna i uparta, przynajmniej jednak miał przy sobie kogoś inteligentnego, z kim dało się pogadać, dzielić przeżycia, kogo mógł się trzymać. Co za sens miało samotne siedzenie przed telewizorem, popijanie wina i śmiech z kolejnej komedii, na który odpowiadało jedynie echo?

Martin położył odrzucony scenariusz na biurko. Stała na nim jedynie IBM-owska elektryczna maszyna do pisania, stos papieru i czarno-białe reklamowe zdjęcie Boofulsa w mosiężnej oprawie. Zdjęcie było podpisane: „Dla Moiry, z pozdrowieniami od Boofulsa”. Martin znalazł tę fotografię w Reel Thing, sklepie z filmowymi pamiątkami na Bulwarze Hollywoodzkim; nie miał pojęcia, kim mogła być Moira.

Ścianę nad biurkiem od sufitu do podłogi pokrywały zdjęcia, plakaty, listy i wycinki, wszystkie związane z Boofulsem. Oto Boofuls tańczący z Jenny Farr w „Słonecznej serenadzie”. Boofuls w ubranku marynarskim. Boofuls w makiecie aeroplanu w „Tańcu w chmurach”. Autentyczny list od prezydenta Roosevelta z podziękowaniem za podniesienie morale ogółu dzięki piosence: „Marsz, marsz, marsz, Ameryko!”. I pożółkła strona tytułowa „Los Angeles Times” z soboty 19 sierpnia 1939: „Boofuls zamordowany. Kochająca babcia ćwiartuje dziecięcą gwiazdę, sama wiesza się”.

Przez długą chwilę Martin stał, wpatrując się w te nagłówki. Nagle z rozdrażnieniem zdarł gazetę ze ściany i zmiął ją w kulę. Jednak gniew minął mu prędko. Ostrożnie rozwinął dziennik i wygładził go dłonią na biurku.

Zawsze zachwycały go hollywoodzkie musicale z lat trzydziestych, nawet gdy był małym chłopcem. Pomysł napisania „Boofulsa!” wykluł się w jego umyśle tego samego dnia, kiedy zajął się scenopisaniem (cudowny, dawno miniony pierwszy tydzień, gdy sprzedał Glenowi A. Larsenowi „Faceta na dnie”). „Boofuls!” przez cztery lata lśnił gdzieś w oddali – złocista wizja, jedyna szansa na sławę i chwałę. „Boofuls!”, musical napisany przez Martina Williamsa. Rzecz jasna nie potrafił napisać muzyki, nie było jednak takiej potrzeby. Boofuls nagrał ponad czterdzieści własnych piosenek, w większości autorstwa Glazera i Hansona. Każda piosenka była błyskotliwa, przebojowa, a większość z nich całkowicie zapomniano, toteż jakiekolwiek studio mogło je kupić bardzo tanio. W opinii Martina „Boofuls!” stanowił gotowy hit, a nikt o tym jeszcze nie pomyślał.

Morris Nathan miał nasrane w głowie. Był po prostu zazdrosny, bo sam nie wpadł na ten pomysł i ponieważ Martin wykazał pierwsze objawy samodzielności twórczej. Morris wolał pokornych autorów. To dlatego ludzie tacy jak Stephen J. Cannell czy Mort Lachman zawsze przychodzili do niego z przeróbkami. Autorzy Morrisa, jeśli się im każe, przerobią scenariusz odcinka i sto razy, nigdy nie protestując. A przynajmniej nie na głos. Tacy galernicy Hollywood.

Chociaż nigdy nie pracowało mu się dobrze po alkoholu, Martin podszedł do parapetu i odkorkował dwulitrową butelkę czerwonego chardonnay, trzymaną na uczczenie entuzjastycznego przyjęcia „Boofulsa!” przez Morrisa Nathana. Nalał sobie pełną szklankę i wypił od razu połowę. Morris Nathan. Co za szuja.

Nachylił się nad przenośnym kaseciakiem Sony, jedynym sprzętem, jaki zostawiła mu Jane, i przewinął do początku „Gwiżdżącego chłopca”. Znowu zabrzmiały przeciągłe smyczki, dobrze znany wstęp i wreszcie głos dawno już nieżyjącego dziecka zaczął śpiewać:

Tyle razy zmykałeś gdzieś

I robiłeś rzeczy nie te

Tyle razy chwytał cię strach

Lecz nie śmiałeś myśleć o łzach

Byłeś – gwiżdżącym chłopcem!

Martin oparł się o okno i wyjrzał na sąsiednie podwórze, składające się w głównej mierze z basenu, otoczonego jaskrawą zielenią sztucznego trawnika. Maria znów tam była na swoim dmuchanym materacu. Jej nos i sutki ochraniały papierowe krążki. Maria pracowała jako kelnerka w koktajlbarze Hyatta na Bulwarze Zachodzącego Słońca. Nazywała się Bocanegra i miała uda jak Carmen Miranda. Martin zaprosił ją kiedyś na randkę, piętnaście sekund przed tym, jak zza rogu domu wyłonił się potężny latynoski kulturysta o twarzy poznaczonej śladami po ospie, który objął ją ramieniem, wyszczerzył zęby do Martina i zapytał:

– Cómo la va, hombre?

Martin wydusił z siebie krótkie Hasta luego i to był początek i koniec pięknego związku.

Sącząc wino, pomyślał o powrocie do przeróbki „Drużyny A”, jednak wczucie się w ostatnie szaleńcze wybryki Murdocka było bardzo trudne, gdy czuł takie przygnębienie z powodu „Boofulsa!”, Wyszeptał do wtóru taśmy:

– „Byłeś… gwiżdżącym chłopcem!”

W tym momencie zadźwięczał telefon. Przez chwilę pozwolił mu dzwonić. Domyślał się, że to najprawdopodobniej Morris, pragnący dowiedzieć się, kiedy będzie gotowy scenariusz. Biorąc pod uwagę to, jak się w tej chwili czuł, odpowiedź brzmiała: w styczniu 2010. Wreszcie jednak Martin odwrócił się od okna i podniósł słuchawkę.

– Halo? Mówi Martin Williams.

– Cześć, Martin! – odpowiedział mu entuzjastyczny głos. – Tak się cieszę, że udało mi się ciebie złapać! Tu Ramone!

– O, cześć, Ramone. – Ramone pracował za ladą w Reel Thing, sprzedając wszystko, od pamiątkowych programów z premiery „Przeminęło z wiatrem” po kolczyki Idy Łupino. To właśnie Ramone, bardziej niż ktokolwiek inny, pomógł mu skompletować unikalną kolekcję pamiątek po Boofulsie.

– Słuchaj, Martin, mam tu coś naprawdę ciekawego. Dziś rano przyszła do sklepu pewna kobieta i powiedziała, że ma na sprzedaż cały komplet mebli.

Martin odchrząknął.

– Pewnie, przydałyby mi się jakieś meble. Myślałem jednak raczej o wycieczce do magazynu meblowego w Burbank. Nie stać mnie na żadne antyki.

– Nie, nie, zupełnie nie łapiesz, o co mi chodzi. Ta kobieta kupiła część umeblowania starego domu Boofulsa. Po śmierci dzieciaka odbyła się licytacja i sprzedano wszystko – zasłony, stoły, noże i widelce. Nawet całe jedzenie z lodówki. Wyobraź sobie, co za świr mógłby chcieć zjeść lody zamordowanego dziecka?

– I co? Ta kobieta kupiła część mebli?

– Może nie osobiście, tylko jej mąż, ojciec czy ktoś taki. W każdym razie ma… – zaczekaj, sprawdzę, zrobiłem sobie spis – ma dwa fotele, barek, kanapę, cztery taborety i lustro.

 

– Masz zamiar to dla niej sprzedać?

– Nie, meble to nie moja broszka. A poza tym – sam wiesz, poza tobą nikt inny nie jest raczej zainteresowany Boofulsem. Poradziłem jej, aby dała ogłoszenie do gazety. Może jakiś zboczeniec się zainteresuje.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Że też jestem zboczeńcem?

– Daj spokój, stary, wiem, że jesteś w porządku. Powinieneś zobaczyć gości, co przychodzą tu pogrzebać w bieliźnie Carole Landis, tego typu sprawy.

– Jasne, chętnie obejrzałbym te meble, ale naprawdę nie mam akurat na zbyciu gotówki.

– To już twoja sprawa – odparł Ramone. – Jeśli jednak jesteś zainteresowany, kobieta nazywa się Harper i mieszka na Hillrise tysiąc trzysta trzydzieści cztery. Nic się nie stanie, jeżeli rzucisz na nie okiem.

– Dobra, chyba masz rację. Dzięki, że o mnie pamiętałeś.

– Nie ma sprawy, stary. Ilekroć słyszę nazwisko Boofuls, natychmiast myślę o tobie.

– Mam nadzieję, że to komplement.

– De nada – odpowiedział Ramone i rozłączył się. Martin skończył wino. Wiedział, co powinien zrobić – zasiąść sumiennie do maszyny, wkręcić w nią kartkę papieru i zabrać się do pisania „Drużyny A”. Choć często nie zgadzał się z Morrisem, i choć w tej chwili był naprawdę urażony jego reakcją na „Boofulsa!”, musiał przyznać, że Morris Nathan jest przedsiębiorczym agentem o niezrównanych kontaktach i umożliwia mu zarabianie pisaniem. Całkiem możliwe, że jeżeli Martin nie skończy do jutra tej przeróbki, Morris nigdy już nie zdoła go sprzedać Stephen J. Cannell Productions.

Ale, do cholery, był tak zniechęcony i tak miał dosyć pisania błyskotliwego, bezsensownego dialogu. Wyprawa na Hillrise Avenue mająca na celu obejrzenie autentycznych mebli Boofulsa mogła być właśnie tym, czego potrzebował do podbudowania ducha. Nawet samo dotknięcie ich to już coś – dotknąć tych właśnie mebli, na których siadywał mały Boofuls. Sprawiłoby to, że wydałby się bardziej realny, a Morris Nathan bardziej ulotny – w tym momencie zaś Martin nie potrafił wymyślić lepszego lekarstwa.

Hillrise Avenue to ulica wznosząca się stromo za Zbiornikiem Hollywoodzkim. W 1952 roku tutejsze domy stanowiły awangardę; obecnie zaczynały pojawiać się na nich oznaki zaniedbania i zniszczenia. Hillrise była jedną z tych okolic, które jakoś nigdy nie stały się modne i teraz z rezygnacją niszczały, stanowiąc szansę ewentualnego zysku dla jakiegoś sprytnego handlarza nieruchomości.

Martin zaparkował swego mustanga z tylnymi kołami dotykającymi krawężnika i wysiadł. Z miejsca, w którym stał, roztaczał się rozległy widok na dalekie Los Angeles, przesłonięte smogiem, z bliźniaczymi nagrobkami Century City wznoszącymi się ponad pokrywę dymu. Wspiął się na strome betonowe schody prowadzące do numeru 1334, płosząc jaszczurkę, która umknęła w trawę.

Dom miał kształt kwadratu, a kolor truskawki. Balkon w hiszpańskim stylu obiegał go naokoło. Otaczający go ogród był suchy i zapuszczony. Chwasty porastały ścieżki, a juki w większości sprawiały wrażenie chorych. Daszek nad frontowym gankiem pokrywała gruba warstwa martwego, wysuszonego bluszczu, nad wszystkim zaś unosiła się woń uszkodzonej kanalizacji.

Nacisnął dzwonek. Dźwięk zabrzmiał ostro, nagląco, lecz dziwnie daleko, niczym kobieta krzycząca na sąsiedniej ulicy. Martin szurnął swymi sportowymi butami Nike i czekał, aby ktoś wreszcie otworzył. „Tyle razy chwytał cię strach – zaśpiewał cichutko. – Byłeś… gwiżdżącym chłopcem!”

Drzwi frontowe otwarły się i na ganek wyszła drobna kobieta około sześćdziesiątki. Miała białą, wytapirowaną fryzurę i bawełnianą sukienkę mini. Jej twarz ozdabiały podwójne sztuczne rzęsy, z których jedna przekrzywiła się dziko w kąciku oka, i blado-pomarańczowa szminka. Wyglądała, jakby nie zmieniała stroju ani makijażu od czasu ukazania się „Sergeanta Peppera”.

Martin był tak zaskoczony, że zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Kobieta wpatrywała się w niego, mrużąc lewe oko, aż wreszcie zapytała:

– Ta-a-ak? Pan coś sprzedaje?

– Ja…

– Nic nie widzę – kobieta rozejrzała się wokół. – Żadnych szczotek, encyklopedii ani Biblii. Chce pan umyć mój samochód, o to chodzi?

– Tak naprawdę, to przyszedłem w sprawie mebli – wyjaśnił Martin. – Pani jest panią Harper, prawda? Zadzwonił do mnie Ramone Perez z Reel Thing. To mój przyjaciel. Wie, że interesuję się Boofulsem.

Pani Harper spojrzała na niego, pociągając nosem i szczypiąc się w policzek.

– Naprawdę? Jeśli rzeczywiście interesuje pana Boofuls, to jest pan chyba jedyną taką osobą w całym Hollywood. Woziłam moje meble do wszystkich domów aukcyjnych i sklepów z filmowymi pamiątkami, jakie tylko mogłam znaleźć. Zawsze ta sama historia.

– Tak? – spytał Martin, pragnąc dowiedzieć się, co to było – ta historia, która zawsze się powtarzała.

– Cóż – skrzywiła się pani Harper. – To makabryczne – oto, co mówili. No wie pan, teraz jest popyt na rzeczy związane z filmem. Trumnę, w której leżał Bela Lugosi, kiedy pierwszy raz grał Draculę. Tę samą śrubę, która przechodziła przez szyję Borisa Karloffa. Ale nikt nawet nie tknie mebli biednego małego Boofulsa.

Martin odczekał chwilę, pani Harper jednak najwidoczniej nie zamierzała z własnej woli powiedzieć nic więcej.

– Zastanawiam się… może mógłbym wejść i obejrzeć?

– Z zamiarem zakupu? – spytała ostro pani Harper, po czym gwałtownie zamrugała lewym okiem i dodała: – Przeklęte rzęsy! To nowy rodzaj. Nie mam pojęcia, co ma je trzymać na miejscu. Chyba butapren. One… podwijają się w górę. Widywałam stonogi, które zachowywały się lepiej, i to żywe stonogi.

Wprowadziła Martina do holu. Unosiła się tam kwaśna woń, samo wnętrze zaś sprawiało przygnębiające wrażenie, choć kiedyś zostało urządzone w najnowszym bajecznym stylu lat sześćdziesiątych. Podłogę pokrywała kudłata biała wykładzina, skołtuniona niby futro podstarzałego yeti. Zasłony były kolorowe, w żółte, pomarańczowe i fioletowe psychodeliczne zygzaki, a naokoło pokoju stały ustawione w prostokąt białe skórzane krzesła o czarnych nogach ze złotymi stopami. Był tam nawet biały stereofoniczny gramofon z automatyczną zmianą płyt, który z niezwykłą siłą skojarzył się Martinowi z Beatlesami, Beach Boysami i licealnymi prywatkami. Przez krótki, przejmujący moment wydało mu się, że znów ma szesnaście lat.

– Jestem wdową – powiedziała pani Harper, jakby poczuła konieczność wyjaśnienia, dlaczego wnętrze jej domu stanowi muzeum najnowszej mody sprzed dwudziestu lat. – Arnold zmarł w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym i to wszystko… po prostu przypomina mi.

Martin skinął głową na znak, że rozumie. Pani Harper dodała:

– Jemu też nie podobały się meble Boofulsa. Naprawdę ich nie cierpiał. Kupił je jego ojciec, tuż przed wojną. Widzi pan, teść urządzał właśnie dom, pojechał na licytację i kupił je – no bo były takie tanie. Dopiero potem ktoś mu powiedział, do kogo przedtem należały. A co więcej – stały właśnie w tym pokoju, w którym biednego małego Boofulsa – no, wie pan – załatwiono. Co za przeokropna rzecz. To nawet straszniejsze niż Charles Manson, bo przecież ona porąbała to kochane maleństwo niczym… nawet nie chcę o tym myśleć. I co gorsza, wszyscy inni też nie chcą.

– Czy moglibyśmy… je obejrzeć? – zapytał Martin.

– Ależ oczywiście. Są w piwnicy. Nie ujrzały światła dziennego od dnia, w którym dostaliśmy je od ojca Arnolda. Arnold wcale ich nie chciał, lecz jego ojciec nalegał. Arnold nigdy nie potrafił się przeciwstawić swojemu ojcu. No, niewiele ludzi to umiało. Straszny był z niego tyran.

Pani Harper poprowadziła go do kuchni. Wspięła się na palce, odsłaniając przy tym tak wiele kościstej nogi, że Martin musiał odwrócić wzrok, i zaczęła macać po górnej półce szafki w poszukiwaniu klucza do piwnicy.

– Wie pan, powinnam to wszystko sprzedać i przeprowadzić się do San Diego. Mieszka tam moja siostra. Ten wielki stary dom to taki kłopot.

Otworzyła piwnicę i zapaliła światło. Martin zawahał się przez chwilę, po czym podążył za nią stromymi drewnianymi schodami. Tu w dole woń nieczystości była jeszcze silniejsza, mieszał się też z nią zapach wyschłego drewna i kotów.

– Ostrożnie teraz – ostrzegła pani Harper. – Dwa ostatnie stopnie są spróchniałe. Mieliśmy tu termity, wie pan. Arnold mawiał, że zjedzą cały dom na naszych oczach.

– I nie tknęły mebli?

– Niech mnie pan nie pyta czemu. – Przez moment światło padło na jej szponiastą dłoń o różowych paznokciach, wspartą o poręcz. – Zjadły za to prawie całą resztę. Nawet trzonek łopaty Arnolda. Nigdy tego nie zapomnę. Cały cholerny trzonek. Ale nie ruszyły mebli. Ani ociupinę. Może i termity mają szacunek dla zmarłych.

– Tak, może mają – przytaknął Martin, zerkając w głąb mrocznej piwnicy.