Wirus

Tekst
Z serii: WIRUS #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

14

Jerry musiał spędzić w szpitalnej poczekalni niemal godzinę, podczas gdy opatrywano rany młodej kobiety. Przeczytał wczorajszy „Daily Express” i „Country Life” sprzed roku, a potem wysłał do Dżamili esemesa, informując ją, gdzie jest i co robi. Nie odpowiedziała mu, założył więc, że wyszła do miasta na kolację. Poczuł zazdrość. Chętnie zjadłby indyjskie curry, w szczególności kurczaka tikka masala.

Zastanawiał się właśnie, czy zamówić sobie jedzenie na wynos do szpitala, gdy do poczekalni wszedł lekarz, Hindus, z elegancko przyciętą brodą.

– Detektyw Pardoe?

Usłyszawszy słowo „detektyw”, mężczyzna w średnim wieku siedzący po drugiej stronie poczekalni popatrzył na niego z nienawiścią. Jego twarz była zniszczona, nieogolona, a on sam cuchnął alkoholem na kilometr.

– To ja – odparł Jerry. – Co z tą dziewczyną?

– Może pan sam zobaczyć. Muszę jednak przyznać, że jej obrażenia są doprawdy niezwykłe.

Jerry poszedł za lekarzem na oddział ratunkowy. Za jednym z parawanów przedzielających salę żałośnie płakała jakaś kobieta tuląca do siebie równie zapłakane dziecko. Lekarz poprowadził Jerry’ego w głąb dużego pomieszczenia i odciągnął zasłonę, za którą leżała młoda dziewczyna utrzymująca, że poraniła ją jej kurtka.

Jerry natychmiast ją rozpoznał.

– Cholera jasna – powiedział. – To ty? Mogę ci mówić po imieniu?

Sophie, nienaturalnie blada, leżała na łóżku, jej powieki opadały ciężko, jakby miała za chwilę zasnąć.

– Cześć, Sophie – kontynuował Jerry. – To znowu ja, detektyw Jerry Pardoe. Pamiętasz mnie, prawda?

Sophie powoli skinęła głową. Oddychała z wyraźnym trudem i wyglądała, jakby za wszelką cenę chciała powstrzymać płacz.

Obok łóżka stało plastikowe krzesło. Jerry przysunął je sobie i usiadł.

– Co ci się stało, Sophie? Lekarz powiedział, że masz okropne rany na plecach.

Sophie znowu pokiwała głową, a jej oczy zaszły łzami.

Jerry odczekał chwilę, zanim ponownie się odezwał:

– Powiedziałaś pielęgniarkom, że wszystkiemu winna jest twoja kurtka. Co miałaś na myśli?

– Nie mogłam jej zdjąć – wyszeptała Sophie.

– Nie mogłaś zdjąć?

– Ona jakby przywarła do mojej skóry. Próbowałam ją normalnie ściągnąć, ale nie mogłam. W końcu ją z siebie zdarłam i to strasznie bolało.

– Co to znaczy, że kurtka przywierała do twojej skóry?

Sophie wytarła oczy rąbkiem kołdry.

– Strasznie się bałam. Wszystko wyglądało tak, jakbym to była ja, ale to przecież nie byłam ja. Ta kurtka rozkazywała mi, co mam robić.

– Przepraszam, kochanie, ale chyba cię nie rozumiem.

Sophie zamknęła na chwilę oczy, zbierając siły. Kiedy je otworzyła i zobaczyła, że on siedzi przy łóżku, patrząc na nią ze współczuciem, dała upust swojemu cierpieniu.

– On mnie denerwował, ale nie chciałam zrobić mu krzywdy! Nie chciałam tego! Przysięgam, że tego nie chciałam! To nie byłam ja!

– O kim ty mówisz, Sophie?

– O Mike’u, moim chłopaku. – Zaczęła łkać. – Ostatnio nie układało się między nami zbyt dobrze, ale przecież nie chciałam go tak potraktować! Nigdy bym czegoś takiego nikomu nie zrobiła, niezależnie od tego, jak by ze mną postępował!

– Skrzywdziłaś swojego chłopaka?

– Tak. Ale to nie byłam ja.

– Oczywiście, to nie byłaś ty – powiedział Jerry i chwycił ją za rękę. – Ale co mu właściwie zrobiłaś?

Znów nastąpiła długa cisza i wreszcie Sophie wyszeptała:

– Zabiłam go.

– On nie żyje?

– Tak.

– Jesteś tego pewna?

– Tak.

– W jaki sposób go zabiłaś?

– Wbiłam mu noże w oczy, a potem go wypatroszyłam.

Jerry wyciągnął z kieszeni iPhone’a i notes.

– Sophie, zanotuję twoje słowa i również je nagram. Muszę cię jednak ostrzec, kochanie. Masz prawo w ogóle nic nie mówić. Jednak jeżeli nie odpowiesz na któreś z moich pytań, a później będziesz chciała poruszyć ten sam temat przed sądem, może to negatywnie wpłynąć na twoją sytuację. Wszystko, co odtąd powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Rozumiesz to?

– Tak. Ale to nie byłam ja. Zrobiłam to. Zabiłam go. Ale to kurtka namówiła mnie do wszystkiego.

– Kiedy to się stało?

– Wieczorem. Mike spał i chrapał, a ja wbiłam mu noże w oczy i rozcięłam brzuch.

– Gdzie on teraz jest?

– W naszym domu przy Lavender Avenue numer dziewięćdziesiąt sześć. Leży w sypialni. Chciałam pozbyć się ciała, ale kiedy zdjęłam kurtkę, strasznie się poraniłam, a kurtka mnie zaatakowała.

– Słucham? Zaatakowała cię kurtka? Nie rozumiem.

Sophie ścisnęła dłoń Jerry’ego tak mocno, że jej paznokcie wbiły mu się w skórę. Nagle usiadła prosto na łóżku, chociaż gwałtowny ruch musiał sprawić jej ból. Jej twarz wykrzywił grymas złości i strachu.

– To nie byłam ja! – krzyknęła. – To ta kurtka mnie do tego zmusiła! A kiedy ją zdjęłam… – Ucichła i opadła z powrotem na pościel. – Kiedy ją zdjęłam i strasznie krwawiłam, kurtka mnie zaatakowała. Zaczęła pełznąć za mną, jakby nie chciała, żebym ją zostawiła.

Przy łóżku pojawili się lekarz i dwie pielęgniarki.

– Wszystko w porządku, detektywie? – zapytał lekarz.

Jerry wstał.

– Myślę, że Sophie doznała poważnego wstrząsu psychicznego, panie doktorze. Potrzebuje spokoju i czasu, żeby dojść do siebie.

– Dostała już środki nasenne. Niech pan się nie martwi, ma tutaj dobrą opiekę – zapewnił lekarz.

Sophie popatrzyła na Jerry’ego i znów się odezwała:

– Wierzy mi pan, prawda?

– Tak, Sophie, wierzę ci. Pojadę do twojego domu i sprawdzę, czy wszystko jest w porządku. Masz klucz?

– Nie, zostawiłam go w środku. Niech pan uważa na kurtkę. Może się czaić za drzwiami.

– Będę bardzo ostrożny, obiecuję ci.

– Niech pan tylko nie próbuje jej wkładać. To jest ta sama kurtka, którą miałam na sobie w sklepie, kiedy pan do mnie przyszedł.

– W takim razie na pewno jej nie włożę. Byłaby na mnie zdecydowanie za mała.

– Zabiłam Mike’a – kontynuowała Sophie. – Zabiłam go, ale to nie byłam ja. Musi mi pan uwierzyć.

– Tak, kochanie. Nie myśl już o tym. Wrócę do ciebie później.

Jerry opuścił oddział ratunkowy i skierował się do głównego wyjścia. Lekarz wyszedł z nim.

– Czy ona twierdzi, że kogoś zabiła? – zapytał.

– Owszem, swojego chłopaka. Mówi, że go zadźgała.

– Jest w stanie histerii. Na razie nie wiemy, jak rozległe są obrażenia. Po pobieżnym badaniu mogę stwierdzić, że w jej skórę wrosły jakieś sztuczne włókna i wiele wskazuje na to, że obrażenia powstały przy próbie ich wyrywania. Mnóstwo ich tkwi jeszcze w skórze. Dziewczyna przeszła ekstremalną traumę, niezależnie od tego, co było jej przyczyną.

– Co to za włókna?

– Na pierwszy rzut oka wyglądają jak cienkie włosy, jednak zdecydowanie nie są to ludzkie włosy. Nawet w przypadku kobiet cierpiących na hirsuityzm włosy są grubsze i ciemniejsze. W pierwszej chwili pomyślałem, że mamy do czynienia z zespołem policystycznych jajników, on też powoduje nadmierne owłosienie, ale kiedy zbadaliśmy te rzekome włosy dokładniej, doszliśmy to wniosku, że nie są to twory pochodzenia organicznego. Nie mieliśmy jeszcze czasu na bardziej dokładne analizy, jednak, chociaż może zabrzmi to dziwnie, według mnie mamy tu do czynienia z jakąś nicią, może jedwabną.

– Jedwabną? Rozumiem. Gdyby dał mi pan próbkę, doktorze, przekazałbym ją specjalistom z laboratorium policyjnego.

– Oczywiście.

Zatrzymali się przy drzwiach wyjściowych. Jerry już miał je otworzyć, gdy lekarz odezwał się jeszcze:

– Naprawdę powiedziała panu, że kogoś zabiła? Wierzy pan w to?

– Nie mam pojęcia. Sam pan powiedział, że dziewczyna jest w stanie histerii. Dlatego przyślemy tu dwóch funkcjonariuszy. Będą współpracować z ochroną szpitala, na wypadek gdyby sprawiała jakieś problemy albo chciała się wypisać na własne życzenie. Trzeba zatrzymać ją w szpitalu za wszelką cenę. A ja wrócę tutaj najpóźniej jutro rano, żeby jeszcze raz z nią porozmawiać.

Mina lekarza świadczyła, że ma jakieś wątpliwości, ale w końcu wzruszył ramionami i powiedział:

– Miałem już do czynienia z wieloma bardzo dziwnymi przypadkami, ale coś takiego jeszcze się w mojej karierze nie zdarzyło. Kto i po co miałby wszczepiać jedwabne nitki w skórę kobiety?

Jadąc na komisariat, Jerry przeczytał esemesa od Dżamili: „Potrzebowałeś mnie?”.

Zadzwonił do niej, posługując się zestawem głośnomówiącym, i opowiedział jej o Sophie i o rzekomym zabójstwie.

– Za chwilę pojadę tam z kilkoma mundurowymi, żeby zweryfikować te opowieści. Na wszelki wypadek weźmiemy taran. Podejdę do sprawy poważnie, chociaż możliwe, że dziewczyna była w szoku i wszystko sobie zmyśliła. Może była naćpana. Jedno jest pewne: musimy tam jechać i sprawdzić.

– Zobaczymy się na posterunku. Wracam właśnie ze spotkania w Centrum Pomocy Kobietom Azjatyckim.

– A ja myślałem, że wyszłaś na curry. Zazdrościłem ci, że masz na to czas.

– Naprawdę? Może pewnego dnia zaproszę cię na curry według mojego przepisu. Przyrządzam wyśmienitą kimę.

– Gdybym wiedział, co to takiego, pewnie pociekłaby mi ślinka.

Dżamila czekała na niego w pokoju detektywów. Wyglądała na zmęczoną i rzeczywiście była wykończona. Mimo to oboje zeszli natychmiast na parter do sierżanta Bristowa, żeby przydzielił im umundurowaną grupę wsparcia w celu sprawdzenia budynku mieszkalnego, w którym można spodziewać się PS.

– Co to jest PS? – zapytał Bristow.

– Prawdopodobnie sztywniak – odpowiedział mu Jerry.

 

– W takim razie nie zapomnij inhalatora.

Miał na myśli pojemnik z silnym środkiem o mentolowym zapachu, z którego często korzystają przedsiębiorcy pogrzebowi i patolodzy, którzy w swojej pracy mają do czynienia z rozkładającymi się zwłokami.

Dwójka policjantów patrolowała akurat Lavender Avenue niedaleko mieszkania Sophie i sierżant Bristow uzgodnił z nimi, że za piętnaście minut spotkają się z Jerrym i Dżamilą przed domem numer dziewięćdziesiąt sześć. Na wyposażeniu samochodu patrolowego mieli akurat taran, w razie potrzeby mogli więc bez problemu sforsować drzwi wejściowe.

– O co chodzi z tym Centrum Pomocy Kobietom Azjatyckim? – zapytał Jerry, kiedy jechali na Lavender Avenue.

– Działam w tej organizacji już od ponad roku – odparła Dżamila. – Częściowo jest to grupa towarzyska, częściowo centrum informacyjne, a częściowo miejsce, w którym mogą znaleźć pomoc Azjatki, wobec których ktoś dopuścił się przemocy.

– Brzmi szlachetnie.

– Żebyś wiedział, Jerry. Nasze Centrum uratowało już życie kilku kobietom.

Gdy zajechali na Lavender Avenue, samochód patrolowy stał już przed domem Sophie. Był to mały szeregowiec, otynkowany od frontu tynkiem kamyczkowym. Podobne budynki po raz pierwszy pojawiły się na południowych przedmieściach Londynu w latach trzydziestych XX wieku. Przed sąsiednim domem stali starszy mężczyzna oraz kobieta i z zainteresowaniem obserwowali, co się dzieje. Mężczyzna trzymał nawet w ręce kubek z herbatą i palił papierosa.

– Nie ma tu nic do oglądania, kolego – powiedział Jerry, mijając dom sąsiadów.

– Ci młodzi ludzie ciągle się awanturują i wyzywają od najgorszych – zareagowała kobieta, jakby ten fakt usprawiedliwiał, że stoi teraz z mężem przed domem i wypatruje sensacji.

– Właśnie, tam są bezustanne cholerne awantury – wtrącił jej mąż. – Juz wiele razy dzwoniliśmy ze skargą.

– Z pewnością później będziemy chcieli z państwem o tym porozmawiać – powiedziała do niego Dżamila. – Tymczasem mój kolega ma absolutną rację. Tutaj nie ma nic do oglądania.

W skład patrolu wchodzili przysadzisty czarnoskóry policjant i drobna ruda policjantka. On trzymał w rękach taran i czekał niecierpliwie przed pomalowanymi na żółto drzwiami na sygnał do rozpoczęcia akcji.

Jerry nacisnął dzwonek, a potem zapukał, na wypadek gdyby Sophie fantazjowała, a jej chłopak wciąż przebywał w domu, cały i zdrowy.

– Co pan robi? Podobno tam są tylko zwłoki? – zdziwiła się policjantka.

– Do szpitala Świętego Jerzego przywieziono młodą kobietę z poważnymi obrażeniami – wyjaśnił jej Jerry. – Powiedziała, że zamordowała swojego chłopaka. Twierdzi, że wykłuła mu oczy, a potem rozpruła brzuch. Raczej jej nie wierzę.

– Chciałbym to zobaczyć – powiedział czarnoskóry funkcjonariusz.

Jerry jeszcze raz zadzwonił. Gdy minęło kolejne piętnaście sekund, zdecydował:

– W porządku. Wyważamy drzwi.

Policjant zamierzył się taranem i rozbił drzwi jednym silnym uderzeniem. Tani zamek Yale wypadł z framugi. Już na progu dało się wyczuć w powietrzu zgniły zapach śmierci.

– Cholera – jęknęła Dżamila. – Ta twoja dziewczyna mówiła prawdę. – Pomachała dłonią przed nosem. – Boże… Mam nadzieję, że nie zwymiotuję. Niedawno zjadłam solidnego cheeseburgera.

Jerry włączył latarkę i oświetlił ciemny hol. Tak jak powiedziała Sophie, na podłodze leżała pognieciona granatowa kurtka.

– To jest ta kurtka. – Pokazał Dżamili. – Zrób jej zdjęcie, okej?

– A po co? – zapytała, wyciągnęła jednak iPhone’a i zrobiła to, o co Jerry ją poprosił.

– Później ci wyjaśnię. Ale to jeden z powodów, dla których Smiley chciał, żebyśmy właśnie my się tym zajęli. Pardon, miałem na myśli inspektora Saundersa – dodał i odwrócił się do policjantów z groźną miną, na wypadek gdyby przyszło im do głowy, że oni także mogą mówić o inspektorze „Smiley”.

Jerry wszedł do salonu, a następnie do kuchni. Odór rozkładu był tak silny, że trudno mu było zgadnąć, gdzie się znajduje jego źródło. Zajrzał do małej łazienki na parterze, jednak niczego w niej nie znalazł.

– To chyba dociera z góry – powiedział czarnoskóry policjant.

Jerry ruszył po stromych, wąskich schodach. Sprawdził łazienkę, a następnie uchylił drzwi do sypialni. Było tam chłodno, ponieważ ktoś wcześniej otworzył okno, jednak w pomieszczeniu unosił się smród nie do zniesienia. Oświetlił latarką podłogę i promień światła natrafił na powłokę do pościeli. Jej kształt nie pozostawiał wątpliwości. Powłoka była w wielu miejscach wilgotna, a dywan, na którym leżała, upstrzony był ciemnożółtymi plamami.

Jerry przyłożył lewą rękę do nosa i ust. Pożałował, że nie skorzystał z rady sierżanta i nie wziął z komisariatu środka zabijającego odór. Z kieszeni wyciągnął czarne lateksowe rękawice i starannie założył je na dłonie, naciągając każdy palec osobno. Następnie ostrożnie wszedł do sypialni i przykucnął przy powłoce. Dżamila obserwowała go z progu.

Położywszy latarkę na podłodze, Jerry guzik po guziku rozpiął poszewkę, uniósł górną część i zajrzał do środka. Zobaczył kark Mike’a i jego ramiona, a kiedy uniósł materiał wyżej, dostrzegł także zielonożółte wnętrzności zalegające na jego kolanach. Twarzy nie było widać. Jerry nie chciał dotykać denata, zanim sfotografują go technicy, koniecznie w takiej pozycji, w jakiej został znaleziony. Nie mógł się więc przekonać, czy Sophie mówiła prawdę, że wbiła chłopakowi noże w oczy.

– Na pewno w jednej sprawie nie kłamała – stwierdził, ściągając rękawice. – Rozpruła mu brzuch.

Dżamila zadrżała.

– Zadzwonię po techników. My nie mamy tu nic do roboty.

– A ja zadzwonię do Bristowa, żeby przysłał więcej ludzi – powiedział Jerry. – No i muszę zorganizować nadzór nad Sophie w szpitalu. Lepiej, żeby nam nie zniknęła, zanim ją aresztujemy.

Mundurowi czekali w salonie. Nie musieli zadawać pytań, żeby zrozumieć, że detektywi znaleźli zwłoki.

– Wcale nie musiałaby się bardzo starać, żeby pozbyć się zwłok – zauważył funkcjonariusz. – London Road Cemetery jest praktycznie za rogiem, a w ogrodzie zauważyłem taczki.

Jerry z trudem powstrzymał się od uśmiechu.

– Otoczmy front domu taśmą, dobrze? – zarządził. – Musimy trzymać z daleka tych ciekawskich sąsiadów.

Jeszcze raz rozejrzał się po kuchni i salonie, jednak nie natrafił na nic, co mogłoby wskazywać, że Sophie i jej chłopak pokłócili się na parterze i dopiero potem poszli na górę – nie dostrzegł żadnych porozbijanych talerzy, żadnych porozrzucanych poduszek. Kiedy wyszedł z salonu, zorientował się, że granatowej kurtki nie ma już w holu.

– Hej! – zawołał do policjanta, który rozwijał przed domem biało-niebieską taśmę. – Zabrałeś stąd tę kurtkę?

Funkcjonariusz pokręcił głową.

– Zauważyłem, że jej nie ma, ale pomyślałem, że pan ją zabrał.

Dżamila również wyszła przed dom i rozmawiała z szefem ekipy techników. Jerry podszedł do niej i zapytał:

– Może ty zabrałaś tę kurtkę?

Dżamila dokończyła rozmowę i zmarszczyła czoło.

– Oczywiście, że nie, niczego nie dotykałam.

– Nigdzie jej nie ma. Po prostu zniknęła.

– Dziwne – powiedziała Dżamila. – Dokładnie to samo stało się w domu Wazirów. A przecież odzież nie może znikać tak po prostu, sama z siebie. Może zabrał ją któryś z sąsiadów, kiedy byliśmy na górze?

– Zapytam ich.

Jerry poszedł do sąsiedniego domu. Starsza para wciąż wypatrywała, co się dzieje w budynku obok. Do kobiety i mężczyzny, który znów palił papierosa, dołączył jeszcze jeden sąsiad.

– Przepraszam, czy ktoś z państwa widział tu gdzieś granatową aksamitną kurtkę? – zapytał.

Wszyscy troje popatrzyli na niego ze zdziwieniem.

– Jeszcze przed chwilą leżała u waszych sąsiadów w holu na podłodze, jednak…

– Jednak co, kolego? – zapytał jeden z mężczyzn, wypuszczając w powietrze kłąb dymu.

– Nic, nieważne.

– Granatowa aksamitna kurtka, kolego? Nie, nie widziałem.

15

Jamie nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Pokuśtykał w alejkę pomiędzy biblioteką publiczną a lokalem sieci Subway, żeby wreszcie ulżyć pełnemu pęcherzowi, i przy bocznych drzwiach do biblioteki zobaczył na schodach wymięty szary płaszcz.

Przez większość popołudnia padał deszcz, jednak płaszcz leżał pod ukośnym daszkiem nad schodami i dlatego gdy Jamie go podniósł, stwierdził, że jest tylko odrobinę wilgotny. Po układzie guzików zorientował się, że ma do czynienia z damską garderobą, Jamie był jednak wąski w ramionach i chudy jak szkielet, jeśli nie liczyć lekko wydętego brzucha, płaszcz zatem doskonale na niego pasował.

Temperatura spadła poniżej pięciu stopni, a on miał na sobie jedynie cienki bawełniany sweter, wyblakłą dżinsową kurtkę i spodnie z dziurami na kolanach. Wcześniej chciał się trochę ogrzać w pubie Long Room, ale barman ani myślał go tolerować i kazał mu się wynosić. Jamie już dawno przestał czuć własny smród i prawie się już nie rozpoznawał, patrząc na swoje odbicie w szybach wystaw sklepowych, szczególnie z powodu ogromnej rudej brody.

Kiedyś sam był barmanem, w The Castle. Ale któregoś dnia wprowadził się do niego Damon, a Damon był uzależniony od heroiny. Nie minęło kilka tygodni i namówił Jamiego, żeby też jej spróbował, i po tej pierwszej próbie jego życie zaczęło się błyskawicznie rozpadać. Obecnie jak przez mgłę pamiętał dni, kiedy miał pracę, pieniądze, samochód i śliczną blondwłosą narzeczoną o imieniu Carole.

Zdołał znaleźć miejsce w Thames Reach, ośrodku dla bezdomnych, ale tam wdał się w zatarg z innym narkomanem i po trzech miesiącach został zmuszony do odejścia. Od tego czasu sypiał pod drzwiami sklepów, żebrał i kradł, żeby zgromadzić sto funtów, których codziennie potrzebował na heroinę. Zazwyczaj nie był w stanie zebrać tyle, ile potrzebował, i całymi godzinami przesiadywał w bibliotece, drżąc z zimna, głodu narkotykowego i braku jedzenia.

Ale w tej chwili… Bóg chyba spojrzał na niego z niebios, zobaczył, jak strasznie marznie, i zesłał mu z góry ten gruby szary płaszcz.

Pośpiesznie go włożył, po czym wysikał się na kosze do śmieci, które stały przy drzwiach do biblioteki. Następnie zapiął płaszcz i podniósł kołnierz. Popatrzył na wąski skrawek burego nieba pomiędzy budynkami i powiedział:

– Dziękuję ci, Panie. Zawsze byłem pewien, że jeszcze o mnie nie zapomniałeś.

Wrócił na Mitcham Road. Płaszcz nie tylko go grzał, mógł w nim spokojnie wejść do sklepu Carphone Warehouse i ukradkiem wrzucić do przepastnych kieszeni kilka telefonów komórkowych. Bóg nie tylko ochronił go dzisiaj przed zimnem. Ułatwił mu także zdobycie środków na kupno heroiny.

Później wrócił na ulicę i wlókł się noga za nogą. Po kilku minutach poczuł, że nowy płaszcz kłuje go w plecy. Nie było to bynajmniej przyjemne kłucie – czuł się tak, jakby oblazły go wszy. Znał to uczucie, ponieważ doświadczał go aż nazbyt często, odkąd zaczął mieszkać w hostelach, schroniskach dla bezdomnych i na ulicach.

Mijał właśnie sklep Primarku, wszedł więc do przedsionka i rozpiął płaszcz, chcąc go zdjąć i porządnie wytrzepać. Może właśnie z powodu wszy ktoś go zostawił w alejce? Jeśli tak, mógł go w ciągu piętnastu minut wyprać w pralni samoobsługowej i wysuszyć w suszarce bębnowej. To by wystarczyło, żeby wytępić wszy. Zrobił tak już kiedyś po nocy z dziewczyną, którą zgarnął z Oxford Street. Jego kumpel Marcus ostrzegał go, że to jest „wszawa dziwka”, jednak mu nie uwierzył, a okazało się, że to ostrzeżenie miało znaczenie jak najbardziej dosłowne.

Tymczasem teraz, mimo że bardzo się starał, nie potrafił ściągnąć płaszcza z grzbietu. Nie chodziło o to, że był ciasny – Jamie miał po prostu wrażenie, że przykleił się mu do skóry, razem ze swetrem. Zaczął ciągnąć za mankiety, chcąc najpierw uwolnić ręce, jednak płaszcz ściśle do nich przylegał. Dwie kobiety, które chciały wejść do sklepu, zatrzymały się w progu i przypatrywały mu się z niedowierzaniem, gdy wił się i walczył z okryciem, próbując zrzucić je na ziemię.

– Masz kłopoty, kochaniutki? – zapytała jedna z nich. – Czy trenujesz do Tańca z gwiazdami?

Jamie wyszczerzył zęby i potrząsnął głową. Jeszcze energiczniej zaczął się zmagać z niesforną garderobą, aż w pewnej chwili poczuł, że płaszcz odrywa się od ciała razem z dużym płatem skóry, i poczuł taki ból, że musiał zaniechać dalszych wysiłków. Znieruchomiał w sklepowym przedsionku, ciężko dysząc z bólu i frustracji, a z każdą mijającą sekundą kłucie stawało się coraz bardziej dokuczliwe.

 

Zerknęło na niego kilku przechodniów, ale był tak obleśny i brudny, że nikt nie miał ochoty się do niego zbliżać.

Jamie był pewny, że tym razem nie chodzi o wszy. Owszem, one potrafiły człowiekowi dokuczyć, ale teraz miał do czynienia z czymś gorszym. Płaszcz był prawdopodobnie zakażony świerzbowcem albo nasączony jakimś niebezpiecznym związkiem chemicznym. Szpital Świętego Jerzego znajdował się w odległości dziesięciu minut szybkiego marszu. Jamie uznał, że musi pójść na oddział ratunkowy i poprosić o pomoc lekarzy.

Na razie jednak usiadł, oparty plecami o wystawę sklepową, z nadzieją, że gdy się uspokoi, wszelkie dolegliwości ustąpią. Wydawało mu się, że ból powoli mija. Jednocześnie poczuł zawroty głowy, jakby zaraz miał zemdleć. Rozejrzał się po ulicy – patrzył na mijających go przechodniów, na przejeżdżające samochody i autobusy. Przez chwilę widział wszystko jak na negatywie fotograficznym. Chmury na niebie i ludzkie twarze wydawały się czarne, a ulica, trotuar i wystawy sklepowe białe, chociaż jakby za mgłą.

Wewnątrz też poczuł się inaczej, jakby dotychczasowa zawartość jego ciała uciekła mu przez stopy i został w całości wypełniony przez kogoś zupełnie innego.

Dlaczego jesteś zaskoczony? Ty nie jesteś Jamie. Dlaczego zawsze się za niego uważałeś? Myślałeś, że Jamie to ty, i popatrz, co się z tobą stało. Ale wróciłeś w końcu do własnej osobowości i teraz wszystko będzie lepsze. Nie tylko lepsze, wręcz cudowne.

Zdołał wstać. Oparłszy się o okno wystawowe Primarka, popatrzył na swoje odbicie. To, co zobaczył, zaskoczyło go, ale i zafascynowało. Odniósł wrażenie, że bardziej przypomina kobietę niż mężczyznę, mimo że nadal miał brodę. W rzeczy samej wiedział, że jest kobietą. Jego tęczówki zawsze były zielone, ale teraz zrobiły się ciemne i lśniące, a oczy o wiele większe niż jeszcze przed chwilą. Brwi miał pięknie wyrównane. Sweter zdawał się ciaśniej go opinać, a kiedy Jamie dotknął klatki piersiowej, odkrył, że ma biust jak kobieta. Pomacał go z niedowierzaniem. Mam cycki. Mam cycki? Kim ja jestem? Czym jestem?

Kręciło mu się w głowie i z trudem utrzymywał równowagę. A jednak nie bał się. Czuł się tak, jakby ta metamorfoza była zupełnie naturalna, dziwił się tylko, że nastąpiła tak niespodziewanie, w samym centrum hałaśliwej dzielnicy Tooting, we wtorkowy wieczór, wśród mijających go i gapiących się na niego ludzi.

Powoli ruszył w stronę skrzyżowania z Tooting Broadway, lekko kulejąc na jedną nogę i pociągając drugą. Po drugiej stronie ulicy widział na rogu Carphone Warehouse.

Muszę tam wejść i ukraść kilka telefonów.

Ach… to właśnie zrobiłby Jamie. Ale ty nie musisz. Jesteś kobietą. Już nie musisz kraść. Znasz inne sposoby zarabiania pieniędzy.

Jakie inne sposoby? Przecież ja nie mogę być kobietą. Jestem Jamie. Jestem mężczyzną.

Byłeś mężczyzną, Jamie. Ale już nim nie jesteś.

Mało ważne, kim jestem. Skoro twierdzisz, że jestem kobietą, to jestem kobietą. Potrzebuję hery. Muszę zdobyć działkę, bo w przeciwnym razie dostanę cholernego zawału serca i umrę tutaj, na środku ulicy.

Znasz inne sposoby zarabiania pieniędzy. Rozejrzyj się.

Gdzie? Co?

Jamie odwrócił się, a w głowie zakręciło mu się tak mocno, że niemal upadł. W odległości mniej więcej stu metrów zobaczył sikha z czarną brodą, w okularach i niebieskim turbanie, czekającego na autobus pod wiatą przystanku na Mitcham Road. Miał na sobie krótki beżowy płaszcz przeciwdeszczowy, a w ręce trzymał neseser.

Oto on. Potencjalny klient. Założę się, że brakuje mu tego w domu.

Co mam mu powiedzieć? Nie mogę go nigdzie zabrać, bo przecież nie mam dokąd.

Po prostu zapytaj go, czy nie chciałby pójść z tobą na tyły Primarku, a ty już będziesz wiedziała, jak go uszczęśliwić.

Nie wiem. Boję się. Co będzie, jeśli każe mi spierdalać?

Nie każe. A jeśli nawet, to po prostu odpowiesz mu, że w porządku, że jego strata. Pożałujesz tego, przyjacielu, kiedy wrócisz do domu i zobaczysz swoją wielką, tłustą, brzydką żonę okutaną w sari, tak mu powiesz.

W mózgu Jamiego kotłowały się różne myśli. Nie mógł uwierzyć, że sprzecza się sam ze sobą, że tkwiąca w nim kobieta jest silna i władcza, a jego własne potrzeby fizyczne osiągają dręczący punkt kulminacyjny. Zobaczył przed oczyma oślepiające błyski białego światła, a chodnik pod jego stopami zdawał się kołysać niczym pokład statku płynącego po wzburzonym oceanie.

Podszedł do sikha i stanął przed nim, lekko się chwiejąc. W pierwszej chwili tamten chciał go zignorować, ale Jamie był tak blisko i uśmiechał się tak lubieżnie, że w końcu się odezwał:

– Odejdź.

– Może chciałbyś się zabawić? – zapytał Jamie.

– O jaką zabawę ci chodzi? Idź stąd.

– A może miałbyś ochotę na szybki numerek?

– Co? Odejdź stąd, proszę.

– Możemy to zrobić za sklepem. Za dziesiątaka.

– Proszę, odejdź stąd, człowieku, zostaw mnie w spokoju. Nie rozdaję pieniędzy żebrakom ulicznym.

– Ja wcale nie żebrzę. Oferuję ci usługę. Chcę jedynie dziesiątaka za najlepsze obciąganko, jakie ci się zdarzy w życiu. Zrobimy to błyskawicznie. Nawet nie przegapisz swojego autobusu.

– Po raz ostatni proszę cię, odejdź – powiedział sikh. – Jeśli to ma być jakiś dowcip, wcale nie jest zabawny. Strasznie cuchniesz i nie interesuje mnie żadna twoja oferta.

Jamie pochylił się ku niemu i złapał go za klapy płaszcza przeciwdeszczowego.

– Wyobraź sobie, że jestem bardzo piękna. Powinieneś zobaczyć mnie nagą. Gdybyś zobaczył mnie nagą, na pewno byś mnie zechciał.

Sikh postawił neseser na ziemi i wykręcił Jamiemu ręce w nadgarstkach.

– Zabieraj ode mnie brudne łapy i zostaw mnie w spokoju! – krzyknął.

Jamie puścił jego płaszcz i klepnął go mocno w ramię.

– Ty niewdzięczny draniu! – wrzasnął głosem tak wysokim, że rzeczywiście zabrzmiał jak kobiecy. – Jak wrócisz do domu, popatrz z bliska na swoją wielką, tłustą, wstrętną żonę! Wtedy pożałujesz, że nie poszedłeś ze mną za sklep!

Wokół nich zgromadziła się już mała grupa ludzi, nikt jednak nie zdobył się na odwagę, żeby się wtrącić. Przez chwilę obok przystanku nie przejeżdżał żaden samochód, ale gdy zmieniły się światła na skrzyżowaniu, nagle ruch się wzmógł i znienacka przy krawężniku zahamował policyjny radiowóz. Sikh zszedł na jezdnię i zastukał w szybę.

– Proszę… potrzebuję pomocy – powiedział. – Ten facet mnie zaczepia i składa mi nieprzyzwoite propozycje.

Policjantka siedząca obok kierowcy zerknęła na Jamiego, który kołysał się i spoglądał lubieżnie na sikha, ściskając dłońmi piersi.

– Jasne, proszę pana – powiedziała.

Samochód wjechał na chodnik i kobieta wysiadła. Z drugiej strony pojawił się przysadzisty funkcjonariusz, który siedział za kierownicą.

Policjantka podeszła do Jamiego i powiedziała:

– Ten dżentelmen twierdzi, że mu się pan naprzykrza.

Jamie zrobił kokieteryjną minę. Głowa kobiety urosła w jego oczach do ogromnej wielkości, a potem zmalała do rozmiaru piłeczki tenisowej.

– Wcale się nie naprzykrzam. Oferowałam mu jedynie usługę.

– Jaką usługę?

Jamie wskazał za siebie, w kierunku sklepu.

– Szybkie obciąganko za Primarkiem. Za jednego dziesiątaka. Facet niepotrzebnie się wkurzył. Chodzi o to, chodzi o to, że… Chryste, zbieram na działkę heroiny. Potrzebuję działę, i to szybko.

Teraz zainteresował się nim policjant. Był wyższy od Jamiego i stanąwszy przed nim, zasłonił mu widok. A kiedy się odezwał, Jamiemu się wydawało, że jego dudniący głos dociera do niego z dna studni.

A może właśnie tam się znalazłem? Na dnie studni, jak dziewczynka z Kręgu?

– Proponowałeś mu obciąganko? – zapytał policjant.

– No i co z tego? – zapytał Jamie zuchwale, ale niespodziewanie się zachwiał i nie upadł tylko dlatego, że policjant złapał go za łokieć i mocno przytrzymał.

– Najlepiej będzie, jeśli pójdziesz z nami – stwierdziła policjantka. – Jak się nazywasz?

Jamie zmarszczył czoło.

– Jak się nazywam? – Zastanawiał się długo i intensywnie, jednak myśli w jego głowie przewalały się tak ciężko jak mokry beton w betoniarce, przed oczyma zapalały mu się światła stroboskopowe, a policjantka na zmianę robiła się mniejsza i większa. Przyszło mu do głowy, że kobieta to oddala się, to przybliża. – Nie wiem – mruknął. – Nie pamiętam, jak się nazywam. Nawet nie wiem, kim jestem. To przez ten płaszcz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?