Wirus

Tekst
Z serii: WIRUS #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Jerry kupił sobie w automacie kubek czarnej kawy i dopiero potem poszedł do pokoju przesłuchań. Młody człowiek, który wczoraj ugrzązł w kontenerze, siedział za stołem, z czołem opartym o blat. Naprzeciwko niego zajmował miejsce posterunkowy Derek Willis. Czytał raport ze zdarzenia, poruszając przy tym ustami. W kącie siedział umundurowany policjant. Ręce miał założone na piersiach i od czasu do czasu ziewał.

Derek Willis był okazale zbudowanym mężczyzną po czterdziestce, z lekką nadwagą. Miał siwiejące włosy ostrzyżone na jeża i grubo ciosaną głowę, która wyglądała jak niedokończona rzeźba z granitu. Ubrany był w opięty garnitur, ciasny kołnierzyk koszuli wrzynał mu się w szyję. Jerry pracował z Derekiem przy trzech albo czterech sprawach i chociaż nie uważał go za nadmiernie bystrego faceta, nie mógł mu odmówić skrupulatności, czasem nawet przesadnej.

Kiedy Jerry przysunął sobie krzesło, Derek rzucił na stół raport i powiedział:

– Cześć, Pardoe. O ile mi wiadomo, znasz już tego młodego człowieka.

– Rozmawiałem z nim – przyznał Jerry. – Jednak po raz pierwszy spotykam się z nim twarzą w twarz.

Młodzieniec podniósł wzrok. Miał śmiertelnie bladą, lisią twarz i sterczące włosy. W uchu nosił srebrny kolczyk i aż po szyję pokryty był tatuażami. Przypominał Jerry’emu trochę Sida Viciousa; otaczała go taka sama aura buntowniczej wrażliwości.

– Widzę, że w końcu cię wyciągnęli – stwierdził Jerry. – Gdyby to ode mnie zależało, trzymałbym cię w tym kontenerze przez tydzień albo i dłużej i karmiłbym wyłącznie czipsami z solą i octem oraz kanapkami z peklowaną wołowiną.

– To nie jest zabawne – odparł młody człowiek.

– Bo nie miało być zabawne. Zabawne jest tylko to, że utknąłeś w tym kontenerze. To było właściwie przekomiczne.

– Synu, zechciałbyś potwierdzić do akt swoje nazwisko? – zapytał Derek, chociaż wszystkie dane personalne chłopaka miał już spisane.

– Billy. Nazywam się Billy Jenkins.

– Adres?

– Dewar House numer osiem, Tooting Grove.

– Ile masz lat, Billy?

– W czerwcu skończyłem siedemnaście.

Jerry popijał kawę, wpatrując się uważnie w chłopaka. Po chwili rzucił pytanie:

– Naprawdę nie zdawałeś sobie sprawy, że możesz utknąć w tym pudle? Przecież była na nim tabliczka z ostrzeżeniem, żeby nie wchodzić do środka.

Billy wzruszył ramionami. Zaczął się drapać po wierzchu lewej dłoni, a potem po chudym ramieniu.

– O co chodzi, Billy? – zapytał Derek. – Masz pchły czy co?

– Przyjąłbym coś, człowieku. Zbiera mi się na mdłości.

– Co takiego byś przyjął?

– Cokolwiek.

– A co zazwyczaj bierzesz? Metamfetaminę? Kokainę? A może starą dobrą herę?

Billy popatrzył na Jerry’ego błagalnie i odpowiedział:

– Głównie ser. Ale zadowolę się czymkolwiek. Jeśli czegoś nie przyjmę, to się zrzygam, człowieku, naprawdę.

Ser oznaczał w miejscowym slangu mieszaninę heroiny i tabletek na kaszel. Ostatnio Jerry wielokrotnie miał z nim do czynienia, głównie w szkołach. Był to bardzo uzależniający narkotyk; zażywanie go wywoływało silne wymioty i świąd.

– Okej – powiedział Derek. – Załatwię ci trochę towaru, jeśli naprawdę go potrzebujesz.

– Błagam. Jeden strzał i przestanę się drapać.

– Ale najpierw musisz odpowiedzieć na kilka pytań. Na początek powiedz, czy kradłeś z tego kontenera na własną rękę, czy ktoś kazał ci to zrobić.

Billy potrząsnął głową. Ciekło mu z nosa i strugę smarków miał aż na brodzie. Derek sięgnął po pudełko z chusteczkami, które zawsze stało w pokoju przesłuchań.

– Masz, wytrzyj nos. I odpowiadaj na moje pytania. Ktoś ci kazał to zrobić, prawda?

– Nie, ale potrzebowałem forsy.

– Na co?

– Żeby spłacić długi, człowieku. Tkwię w gównie po uszy, wierz mi.

– Ile masz do zapłacenia?

– Trzysta funciaków.

– Za ser? Tak?

– Przede wszystkim. Ale potrzebowałem też forsy na jedzenie, bilety autobusowe i inne rzeczy.

– Od kogo pożyczyłeś kasę? Od jednej osoby czy od kilku?

– Jakieś pięćdziesiąt funtów jestem winien mojej dziewczynie. Resztę komuś innemu.

– Komuś innemu? – zapytał Jerry. – Czyli komu?

Billy znowu potrząsnął głową, a potem kiwał nią, jakby nie mógł przestać.

– Nie mogę ci powiedzieć, człowieku. Nie mogę! Jeżeli powiem, facet mnie, kurwa, zabije za donosicielstwo. Albo utnie mi język. Już to robił innym ludziom, wiem o tym.

– Nieważne – powiedział Jerry. – Chyba wiem, o kim mówisz. Chodzi o Jakobusa Liepę, prawda? Liepa Mazgaj, tak go nazywają, bo kiedy chce wyrządzić człowiekowi jakąś krzywdę, na przykład przybić jaja do krzesła, zawsze najpierw udaje, że płacze.

– Ja niczego nie powiedziałem.

– Ale chodzi o niego, prawda? Jakoś nie przychodzi mi do głowy nikt inny, kto mógłby przyjmować przechodzone ciuchy w rozliczeniu długów narkotykowych. Tylko Mazgaj ma organizację, która potrafi zamieniać ubrania z drugiej ręki na gotówkę.

– Daj mi coś, człowieku. Umieram.

– Zobaczę, co się da zrobić. Ale mówimy o Liepie, prawda? To on wysłał cię po te ubrania?

– To nie on. Po prostu przechodziłem tamtędy i zobaczyłem, jak jakaś kobieta wrzuca do kontenera buty, swetry i różne inne rzeczy, więc postanowiłem je sobie zabrać. Robiłem to już mnóstwo razy i nigdy nie miałem żadnych kłopotów… Nigdy.

– Ale przecież musiałeś wiedzieć, że ostatnio wszystkie kontenery zostały przerobione – powiedział Derek. – Jeśli do któregoś z nich wejdziesz, nie masz już drogi odwrotu. Przynajmniej jeśli nie masz klucza.

– Nie przeczytałeś ostrzeżenia na kontenerze? – rzucił Jerry. – Chyba umiesz czytać, co?

– Kurwa, oczywiście, że umiem czytać. W szkole byłem drugi w klasie z angielskiego. Tyle że oprócz mnie w klasie byli sami marni Pakistańczycy.

– Tylko nie opowiadaj nam teraz o różnicach etnicznych, dobrze? – ostrzegł młodzieńca Derek.

Billy zaczął obgryzać paznokieć. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. Widać było, że chce powiedzieć coś jeszcze. Jerry czekał w milczeniu.

Wreszcie Billy rzucił:

– To może zabrzmieć, jakbym był wariatem albo coś.

– Mów – rozkazał mu Derek. – A ja później ocenię, czy postradałeś zmysły.

– To brzmi jak porąbane, ale przysięgam, że to prawda i nie byłem wtedy na żadnych prochach.

– Zamieniam się w słuch.

– Byłem pewien, że nic się złego nie stanie, jeżeli wejdę do tego kontenera… wszedłem do środka, bo słyszałem, że tam ktoś jest.

– Usłyszałeś kogoś, kto niby wlazł tam przed tobą?

Billy pokiwał głową.

– I to nie był jeden człowiek. Ktoś tam rozmawiał, ale nie rozumiałem o czym. Właściwie na zmianę słyszałem śpiewy i rozmowy. Śpiewała chyba kobieta.

– Pomyślałeś więc, że skoro ktoś już tam wlazł, nie powinno być problemów z wyjściem?

Billy znowu skinął głową.

– I nie pomyślałeś, że to ser śpiewał w twoim łbie albo jakieś inne gówno, którym się odurzyłeś?

– Słyszałem te głosy, mówię szczerze. Słyszałem je tak wyraźnie jak pana teraz. Ale ten śpiew… to nie było takie sobie zwykłe śpiewanie, tylko zawodzenie…

– Ale kiedy wlazłeś do kontenera, okazało się, że w środku nikogo nie ma?

– No właśnie. Byłem sam.

– To skąd właściwie te głosy?

– Nie mam zielonego pojęcia. Ale przysięgam na Biblię, że je słyszałem, i to wcale nie w głowie. Dobiegały z wnętrza tego pudła.

– Jasne. – Jerry westchnął. – Wydawało ci się, że słyszysz zawodzenie dobiegające z kontenera przeznaczonego na używane ubrania dla ubogich. Ale zanim to usłyszałeś, i tak miałeś zamiar ukraść ubrania i buty, żeby je zabrać do Jakobusa Liepy i spłacić część długów narkotykowych, mam rację?

– Chyba nie powie pan nic Jakobusowi, co? On mnie, kurwa, zabije. Nawet jeśli mnie pan wsadzi do więzienia, Jakobus komuś zapłaci i zginę marnie za kratkami.

– Będę musiał porozmawiać z inspektorem Callowem – powiedział Derek. – To on zadecyduje, czy cię wypuścić za kaucją.

– Ale nawet jeśli cię zwolnimy, to tylko pod pewnymi warunkami – dodał Jerry. – Będziemy oczekiwali, że zdobędziesz dla nas dodatkowe informacje o Mazgaju i jego biznesie.

– Człowieku, ja muszę coś wziąć – jęknął Billy.

Jego bladą twarz pokryły krople potu i lśniła teraz, jakby ktoś ją polakierował. Chłopak trząsł się, drapał palcami po stole, przebierał nogami, a z nosa znowu mu ciekło.

– Obawiam się, że na ten temat też będę musiał rozmawiać z inspektorem Callowem – stwierdził Derek. Następnie zwrócił się do policjanta w mundurze: – To na razie tyle, dzięki. Zaprowadź go z powrotem do celi, dobrze? I daj mu koc. No i uważajcie na niego na dołku.

12

Jerry zapinał właśnie kurtkę, kiedy do pokoju detektywów weszła Dżamila.

– Wychodzisz?

Jerry miał ochotę powiedzieć jej, że jest bardzo spostrzegawczym detektywem, ale zaraz przypomniał sobie, że dziewczyna ma wyższy stopień od niego i mogłaby źle zareagować na sarkastyczne słowa podwładnego.

– Chcę zamienić parę słów z facetem, który przyniósł płaszcz Samiry do sklepu z używaną odzieżą. Spróbuję się dowiedzieć, czy jego zmarła żona dostrzegała w nim coś niezwykłego.

– Pojadę z tobą. I tak nie mam teraz nic lepszego do roboty.

– Doskonale. Masz jakieś wiadomości z Lambeth Road?

Dżamila pokręciła głową.

– Wiesz, jak długo to zwykle trwa. Nie spodziewam się żadnych wyników przez najbliższe kilka tygodni.

 

Pojechali na Furzehill Drive. Dom numer piętnaście stał na rogu ulicy, a jego okna wychodziły na Furzedown Recreation Ground, porośnięty trawą plac w kształcie rombu, gdzie ustawiono kilka huśtawek i karuzelę. Niebo było zachmurzone i znów zaczęło siąpić. Jedyną osobą na placu był starszy mężczyzna w anoraku, który wyprowadził na spacer swojego labradora.

Jerry zadzwonił do drzwi. Odczekali pół minuty i gdy nikt nie odpowiadał, zadzwonił jeszcze raz. Tym razem ktoś odsunął firankę w jednym z okien i za szybą pojawił się siwy mężczyzna w musztardowym rozpinanym swetrze. Patrzył na gości przy drzwiach, mrużąc oczy i marszcząc czoło. Jerry wyciągnął z kieszeni legitymację i starannie układając usta, bezgłośnie wypowiedział słowo „policja”.

Po chwili mężczyzna otworzył drzwi. Był po sześćdziesiątce, miał nastroszone siwe brwi i usta wykrzywione w dziwnym grymasie. Ubrany był w luźne szare spodnie, a na nogach miał – jak zauważył Jerry – kapcie nie do pary. Jeden był brązowy, szmaciany, a drugi z czarnej skóry.

– Słucham? – odezwał się, stojąc w progu i przytrzymując przed sobą drzwi, jakby nie miał zamiaru otworzyć ich ani odrobinę szerzej.

– Pan Stebbings? Jestem detektyw Jerry Pardoe, a to jest detektyw sierżant Dżamila Patel. Mógłby pan poświęcić nam kilka minut?

– A o co chodzi?

– Chodzi o pańską żonę, panie Stebbings.

– Moją żonę? Jej już nie ma. Chyba nie zamierzacie jej o nic oskarżyć, co? Zdarzało jej się tłuc talerze, ale to chyba nie jest niezgodne z prawem?

Jerry nie zrozumiał, czy to miał być żart, mężczyzna jednak ani na moment się nie uśmiechnął, więc zignorował jego słowa.

– W gruncie rzeczy chodzi nam o jej płaszcz. Krótki szary płaszcz, który zaniósł pan do Little Helpers.

– No i co z nim?

Jerry popatrzył na niebo i wyciągnął rękę.

– Może porozmawialibyśmy w mieszkaniu? Zmokniemy, jeżeli będziemy stali na progu.

Pan Stebbings otworzył drzwi szerzej i cofnął się, żeby wpuścić policjantów. W mieszkaniu było chłodno i ciemno, śmierdziało dymem z papierosów i zepsutym kocim jedzeniem. W holu wisiał oprawiony w ramy sztych przedstawiający śmierć Nelsona.

– Proszę za mną – powiedział pan Stebbings i poprowadził gości do salonu.

Na jednym z foteli spał gruby pręgowany kot. Gospodarz zepchnął go na podłogę i kot z nadąsaną miną usiadł pod podłużną ławą ze szklanym blatem. Na ławie stał talerz z resztkami lunchu – pomarańczowy sos i wyplute chrząstki na jego obrzeżach świadczyły, że pan Stebbings posilił się dzisiaj kiełbaskami z pieczoną fasolą.

Jerry niechętnie usiadł w fotelu, na którym przed chwilą spał kot, a Dżamila zajęła miejsce na skraju kanapy. Pan Stebbings usiadł na jej drugim końcu z kolanami tak blisko kolan Jerry’ego, że niemal się dotykali.

– To o co chodzi z tym płaszczem?

Jerry dostrzegł, że palce mężczyzny są żółte od nikotyny.

– Wie pan, gdzie żona go kupiła?

– Nie mam pojęcia. Ale to nie był nowy płaszcz. Ona często chodziła do sklepów z używanymi rzeczami. Rozumie pan, Oxfam, Cancer Research i tym podobne. Nie lubiła wydawać pieniędzy i to był jej problem. A właściwie jeden z naszych wspólnych problemów.

– A inne problemy?

– Och, ta kobieca zmienność nastrojów, sam pan rozumie. W jednej chwili tuliła się do mnie, a w następnej w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać.

– Czy gdy kupiła ten płaszcz, zmieniło się w jakiś sposób jej zachowanie?

Pan Stebbings popatrzył na Jerry’ego, jakby ten go obraził.

– Nie! – wykrztusił. – Co panu przyszło do głowy?

– Interesuje mnie, czy płaszcz wywarł na nią jakiś wpływ.

– Przecież to był tylko cholerny płaszcz. Poza tym, że prawie nie zdejmowała tego cholerstwa, nie miał na nią żadnego wpływu, bo niby dlaczego?

– Powiedział pan, że prawie go nie zdejmowała. Czy to znaczy, że chodziła w płaszczu również po domu?

– Tak… cóż, ogrzewanie jest obecnie bardzo drogie. Nasz ostatni rachunek za gaz opiewał na ponad sto funtów.

– Przepraszam, że poruszam ten temat, panie Stebbings, ale czy mógłby pan nam powiedzieć, co było przyczyną śmierci żony?

– Utopiła się. W wannie. Tego wieczoru nie było mnie w domu, grałem w darta. Zawsze jej powtarzałem, żeby nie brała kąpieli, kiedy jest sama w domu, ponieważ zdarzało jej się mdleć. Wróciłem mniej więcej o wpół do jedenastej wieczorem i znalazłem ją w wannie, leżała pod wodą. Wyciągnąłem ją i próbowałem ratować, zastosowałem sztuczne oddychanie, ale woda w wannie była już całkiem zimna, musiała więc w niej spędzić kilka godzin.

– Przykro mi – powiedział Jerry. – To pewnie był dla pana wielki szok.

– Cóż, byliśmy zgodnym małżeństwem przez trzydzieści cztery lata. Chociaż ostatnie lata były dla naszego małżeństwa trudne, nie będę udawał, że było inaczej. Ale owszem, przeżyłem wstrząs.

– Gdy ją pan znalazł, dostrzegł pan coś niezwykłego na jej skórze?

Pan Stebbings znów posłał Jerry’emu złe spojrzenie.

– Coś niezwykłego? Co ma pan na myśli?

– Może zauważył pan na jej ciele jakieś włókna?

– Włókna? O czym pan właściwie mówi?

– Chodzi mi o to, czy z jej skóry nie wyrastały cieniutkie włoski.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nadal pana nie rozumiem.

– W takim razie to wszystko. Nie mam więcej pytań. Nie będziemy już pana dłużej niepokoić.

Policjanci wstali. Pan Stebbings popatrzył na Jerry’ego i powiedział:

– Uczciwie mówiąc, nie rozumiem, w jakim celu do mnie przyszliście.

– Musimy dokładnie sprawdzić jedną z wersji w śledztwie, które prowadzimy, to wszystko.

– Co to za wersja? Co może mieć wspólnego moja zmarła żona z waszym śledztwem? Pytacie o cholerny płaszcz. Nosiła go tak często, że na sam widok tego cholerstwa dostawałem białej gorączki. Nic więcej nie jestem w stanie o nim powiedzieć.

– Nie mogę zdradzić panu, dlaczego interesujemy się płaszczem pańskiej zmarłej żony, panie Stebbings. Ale dziękuję, że poświęcił nam pan czas i odpowiedział na pytania.

Mężczyzna również wstał. Jerry wyczuł w jego oddechu zapach tytoniu.

– Nie to nie. Ale nie będę udawał, że mnie pan nie zaintrygował, bobym skłamał.

Gdy wyszli z domu Stebbingsa, padał już rzęsisty deszcz i pobiegli do samochodu. Kiedy znaleźli się w środku i Jerry włączył silnik, Dżamila powiedziała cicho, ale zdecydowanie:

– On kłamał.

– Co?

Popatrzyła na Jerry’ego, a on po raz pierwszy pomyślał, że jest śliczna, z tymi dużymi, brązowymi oczami i pełnymi wargami o ładnym wykroju.

– Kłamał, kiedy mówił o tym, że znalazł ją w wannie. Powiedział prawdę, że był poza domem i grał w darta, ale to wyjście na darta miało mu posłużyć tylko do uzyskania alibi. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że on sam ją utopił przed wyjściem albo po powrocie. Prawdopodobnie przed.

– Skąd wiesz?

– Powiedzmy, że mam pewien talent.

– Talent?

– To jeden z powodów, dla których zostałam policjantką. Zawsze wiem, czy ktoś mówi prawdę, czy kłamie.

– Niby skąd? Ludziom wydłużają się nosy?

– Ja nie żartuję, Jerry. Właściwie nie powinnam ci o tym mówić, ale jeśli twoje podejrzenia związane z płaszczem są uzasadnione, musisz wiedzieć, że pan Stebbings jest kłamcą. Rozmowa o płaszczu z niewiadomego powodu go zdenerwowała, ale doskonale wiedział, o co chodzi, kiedy go pytałeś o włókna.

– Skąd ta pewność?

– Jeżeli ci powiem, nie uwierzysz. Wiem, że ten facet kłamał, i to ci musi wystarczyć. Zgadzam się z tobą, że powinniśmy się dowiedzieć, co się stało z płaszczem, najlepiej go znaleźć i zbadać.

– Może jednak spróbujesz mi to wyjaśnić?

– Niby co?

– Skąd wiesz, że on kłamał. Może ci uwierzę?

– Nie uwierzysz.

– Spróbuj. Jestem nadzwyczaj łatwowierny. Wierzę, że na Księżycu znajduje się posąg Elvisa.

– Nie uwierzysz mi, ponieważ nie jesteś przesądny jak my, Pakistańczycy. My wierzymy w rzeczy nadprzyrodzone. Wielu z nas wierzy w wiedźmy i dżinny, i złe duchy, które nazywamy bhoot. Nawet nasz były prezydent Zardari codziennie składał ofiarę z czarnego kozła, aby odegnać od siebie demony. – Rozsunęła kołnierz jasnoszarego swetra i wyciągnęła spod niego mały, czarny woreczek na łańcuszku. – Noszę go na szyi przez całe życie. Nazywa się ta’wiz i zawiera słowa z Koranu. Chroni mnie przed złem.

– To jeszcze nie wyjaśnia, dlaczego pan Stebbings poczęstował nas kłamstwami.

– Zanim się urodziłam, mój ojciec przyczynił się do uratowania życia kobiety, którą oskarżono o to, że jest czarownicą. Ktoś z jego wioski uznał, że wywołała pożar, w którym spłonęło kilka domów. Dlatego ludzie postanowili odrąbać jej palce, wydłubać oczy, a potem oblać ją benzyną i podpalić. Ale mój ojciec, który był policjantem, dowiedział się o tym i uratował kobietę, zanim ktoś zdążył zrobić jej krzywdę. Później, kiedy już przyszłam na świat, odwiedziła nas w domu, wiem to od ojca, i przyznała, że naprawdę jest czarownicą, ale rzuca tylko dobre zaklęcia. Jednym z nich obdarzyła mnie, kiedy leżałam w kołysce. Powiedziała, że dzięki niemu będę wiedziała, kiedy ludzie próbują mnie okłamywać, a to sprawi, że będę bezpieczna. W ten sposób podziękowała mojemu ojcu za to, że uratował jej życie.

– Ciekawa historia – przyznał Jerry. – Ale nadal mi nie powiedziałaś, po czym poznajesz, że ludzie cię oszukują.

– Gdy kłamią, ich oczy robią się zupełnie czarne. Czarne i lśniące jak onyks. Oznacza to, że ich słowa są puste. Czasami czernieją również ich wargi. Kiedy widzę czarne wargi, wiem, że słowa, które słyszę, nie tylko odbiegają od prawdy, ale trują.

– I oczy pana Stebbingsa zrobiły się czarne?

– Tak – odparła Dżamila. – Kiedy tylko powiedział, że jego żona zmarła w czasie kąpieli, zrobiły się zupełnie czarne i błyszczące. Tak samo kiedy odpowiadał na pytania o włókna.

– A jego wargi? Też były czarne?

– Nie. Dlatego uważam, że chciał nas jedynie okłamać, natomiast nie miał wobec nas złych zamiarów.

Jerry patrzył, jak krople deszczu toczą się po przedniej szybie samochodu.

– Nie wiem, co powiedzieć, pani sierżant. Wierzę ci, chociaż nie wiem dlaczego. Jego oczy zrobiły się czarne? Naprawdę?

– Taką władzę dała mi czarownica. To szósty zmysł.

– Uważasz więc, że Stebbings kłamał również wtedy, kiedy mówił o włóknach.

– Z całą pewnością. I właśnie dlatego myślę, że powinniśmy znaleźć ten płaszcz, chociażby po to, żeby wykluczyć możliwość, że miał coś wspólnego z zabójstwami Samiry Wazir i pani Stebbings, jeżeli oczywiście zostały zamordowane.

Jerry przez dłuższą chwilę nad czymś się zastanawiał. Wreszcie się odezwał:

– Wiesz co? Muszę się napić.

13

Sophie poczuła odór, kiedy tylko otworzyła drzwi.

Wiedziała, że zwłoki ludzkie zaczynają się szybko rozkładać, ale nie zdawała sobie sprawy, że ten zapach jest tak obrzydliwy. Smród gnijącego mięsa unosił się w całym domu. Sophie zrobiło się niedobrze. Pobiegła do kuchni i gwałtownie zwymiotowała do zlewu.

Natychmiast wróciła do drzwi i zamknęła je. Nie mogła pozwolić, żeby sąsiedzi coś poczuli. Bezustannie narzekali na Sophie, że zbyt głośno puszcza muzykę albo nie segreguje śmieci. Zanim zdążyłaby się zorientować, zapukałby do drzwi jakiś zaalarmowany przez nich urzędnik.

Rzuciła torbę na sofę w salonie, poszła do małej toalety na parterze, wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i spryskała ją odświeżaczem powietrza. Przycisnęła chusteczkę do twarzy i dopiero wtedy weszła na górę.

Mike wyglądał gorzej, niż sobie wyobrażała. Miał błyszczącą, szarą twarz, a z jego oczu wystawały noże. Jego wzdęte wnętrzności miały teraz obrzydliwy zielonkawy kolor.

Sophie otworzyła okno, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Deszcz ciągle padał i usłyszała, jak krople wody kapią z pękniętej rynny. Po chwili odwróciła się i znowu popatrzyła na Mike’a. Chociaż widok jego wypatroszonego ciała budził w niej odrazę, nadal była przekonana, że właśnie na to zasłużył: okrutną i niegodną śmierć. Teraz musiała jednak znaleźć sposób, żeby pozbyć się ciała i wysprzątać łóżko.

Zeszła na parter, do kuchni, i wyciągnęła z szuflady żółte lateksowe rękawice. Wróciła na górę, otworzyła bieliźniarkę i znalazła w niej najstarszą powłokę na kołdrę.

Rozłożyła ją na podłodze w sypialni. Gdy obracała Mike’a, znowu ją zemdliło. By dojść do siebie, musiała na moment napiąć mięśnie brzucha i wziąć kilka głębokich oddechów. Kiedy wreszcie poczuła się lepiej, zrzuciła zwłoki z łóżka na dywan. Wylądowały z głuchym odgłosem na boku, a wnętrzności zsunęły się do jej stóp niczym żmije.

 

Minęło dobre dwadzieścia minut, zanim włożyła sztywne, zimne nogi Mike’a, a potem resztę jego bezwładnego ciała do powłoki. Zdołała wyciągnąć nóż z lewego oka, jednak ten, który utkwił w prawym, zakleszczył się tak mocno, że musiała go w nim zostawić. Wreszcie, przy akompaniamencie głośnego trzasku, mocno przygięła jego głowę w stronę klatki piersiowej i zdołała zapiąć powłokę na wszystkie guziki.

– No i proszę, Mike – powiedziała z triumfem. – Żaden przedsiębiorca pogrzebowy nie znalazłby dla ciebie lepszego całunu.

Little Helpers mieli własną furgonetkę służącą do przewożenia mebli i innych większych darowizn. Używał jej głównie wolontariusz, Jeff, jednak Sophie zdarzało się ją prowadzić, zazwyczaj kiedy Jeff był chory. Zamierzała pożyczyć furgonetkę na najbliższy weekend i wywieźć Mike’a do lasu Ashdown w Sussex. Znała tam wąską leśną drogę o nazwie Kidd’s Hill. Postanowiła zawieźć ciało w to odludne miejsce. Była pewna, że jeśli dopisze jej szczęście, nikt nie zwróci uwagi, jak będzie go zakopywać, i nikt go nigdy nie znajdzie.

Zerwała z łóżka pościel i materac, zakrwawioną poduszkę rzuciła obok zwłok. Z ulgą stwierdziła, że plamy na materacu są prawie niewidoczne. Powinny się sprać, jeśli użyje wybielacza. Potem wystarczy położyć materac na łóżku odwrotną stroną.

Tego wieczoru nie miała już nic do roboty. Okno w sypialni zostawiła otwarte, ale zamknęła drzwi. Najbliższą noc musiała spędzić w salonie na sofie, jednak była to niewielka cena za pozbycie się Mike’a.

W zlewie kuchennym umyła rękawice, zdjęła je, po czym wyszorowała ręce. Nie czuła głodu, tym bardziej że w domu wciąż unosił się obrzydliwy smród, który przez cały czas czuła w ustach. W lodówce miała pół butelki pinot grigio i postanowiła przynajmniej się napić. Przelała wino do dużej szklanki i poszła do salonu.

Wygrałam, pomyślała. Wygrałam i już nigdy nie pozwolę żadnemu mężczyźnie, żeby traktował mnie tak jak Mike. Co on sobie myślał, że kim ja niby jestem? Nie zdawał sobie sprawy, że pewnego dnia będę miała dosyć jego złośliwości i arogancji, dość jego pogardy i jego cholernego chrapania?

Włączyła telewizor. Miała do wyboru teleturniej z udziałem celebrytów, film przyrodniczy o pawianach i lokalne wiadomości z Londynu; zdecydowała się na program przyrodniczy i wyłączyła fonię. Upiła łyk wina i postanowiła zdjąć kurtkę.

I wtedy zorientowała się, że nie może tego zrobić.

Zaczęła szarpać za klapy, spróbowała ciągnąć rękawy, ale kurtka jakby się do niej przykleiła. Pociągnęła mocniej i w pewnej chwili poczuła ból, taki sam jak podczas depilacji nóg woskiem. Mimo to szarpnęła jeszcze mocniej – teraz ból stał się nie do wytrzymania. Do oczu napłynęły jej łzy. Jęknęła głośno.

Dlaczego nie mogę tego zdjąć? Może ktoś wysmarował kurtkę jakimś klejem, który się stopił, bo w sklepie było dzisiaj bardzo ciepło?

Z całej siły zacisnęła lewą dłoń na kołnierzu i spróbowała zerwać kurtkę z prawego ramienia. Materiał oderwał się od skóry z cichym trzaskiem, poczuła się jednak, jakby ktoś przejechał jej po ramieniu papierem ściernym. Krzyknęła i zaczęła ciężko oddychać, ale złapała kołnierz lewą ręką i przygotowała się na kolejny atak bólu.

Dlaczego to robisz, Sophie? Dlaczego nie zostawisz tej kurtki w spokoju? Przecież doskonale do ciebie pasuje. Jest jakby twoją drugą skórą. Naprawdę sądzisz, że zdołałabyś się zemścić na Mike’u, gdybyś nie miała jej na sobie? Ta kurtka to ja, Sophie, a nie ty. Jak myślisz, skąd wzięłaś tyle sił? Naprawdę uważasz, że zdołałaś samodzielnie go oślepić i wypruć z niego wnętrzności?

Sophie odwróciła się i popatrzyła na swoje odbicie w lustrze nad kominkiem. Co to za myśli? Czyj głos przemawia w mojej głowie? Czuję się, jakbym rozmawiała sama ze sobą, ale przecież tak nie jest. Ktoś wniknął w moje ciało. O mój Boże! Ktoś wdarł się do mojego ciała!

Powoli podeszła do lustra i jeszcze uważniej przyjrzała się sobie. Przez cały czas zaciskała dłonie na kołnierzu. Twarz w lustrze do pewnego stopnia przypominała Sophie, w taki sposób, jak jedna siostra jest podobna do drugiej, ale nie należała do niej. Ta twarz miała ostrzejsze kości policzkowe, bardziej wydatną żuchwę i znacznie wyższe czoło.

Widzisz? Oto prawdziwa ty. To dlatego nie możesz zdjąć kurtki, przynajmniej na razie.

Sophie cofnęła się i niemal upadła, kiedy zahaczyła stopą o dywanik przed kominkiem. Nagle zrobiło jej się zimno. Jeszcze nigdy w życiu nie była tak przerażona. Doświadczyła kiedyś gróźb internetowych – jakaś okropna baba przeklinała ją i straszyła, że rozszarpie jej twarz. Ale nigdy nie zdarzyło jej się nic takiego jak teraz – groźby wypowiadała ona sama albo ktoś, kto wyglądał jak ona, ale nią nie był.

Wydała z siebie chrapliwy wrzask, ale była tak przerażona, że w ogóle go nie usłyszała. Równocześnie zerwała kurtkę z grzbietu, wyrwała ręce z rękawów i rzuciła nią przez cały pokój. Poczuła przenikliwy ból barków, z jej przedramion sączyła się krew. Poczuła też wilgoć na plecach – bawełniana bluzka z krótkimi rękawami była przesiąknięta krwią.

Na sztywnych nogach podeszła do sofy i sięgnęła po torebkę. Przez chwilę szukała w niej iPhone’a, by wezwać pomoc. Zanim jednak znalazła telefon, zobaczyła, że kurtka zaczyna się poruszać. Lekko zgięta, zdawała się pełznąć w jej stronę, puste rękawy z szelestem omiatały podłogę.

Sophie w panice upuściła iPhone’a i wybiegła z salonu. W holu zerknęła w lustro: cała była we krwi. Nie miała czasu, żeby coś na to poradzić. Zobaczyła, że kurtka dotarła do drzwi salonu, że porusza się tak, jakby ktoś niewidzialny posuwał się na czworaka.

Bez namysłu otworzyła drzwi i wybiegła na zewnątrz, niemal przewracając się na betonowych schodach. Mimo że była przerażona i nie myślała trzeźwo, ostatkiem sił zatrzasnęła za sobą drzwi. Uczyniła to w chwili, w której kurtka sięgnęła rękawami do wycieraczki przed progiem.

Chwiejnym krokiem dotarła do bramy prowadzącej na ulicę, ale dalej nie mogła już iść – zrobiło jej się czarno przed oczami i dziewczyna upadła na chodnik.

Leżała tak kilka minut, aż w końcu zatrzymała się przy niej jakaś taksówka. Kierowca wysiadł z samochodu i pochylił się nad Sophie. Jak przez mgłę słyszała pracujący silnik diesla.

– Co się stało, kochanie? Ktoś na ciebie napadł?

Otworzyła oczy. Widziała tylko trotuar i buty kierowcy. Deszcz wciąż padał, a Sophie czuła przenikliwe zimno.

– Niech mnie pan ratuje.

Usłyszała, jak taksówkarz rozmawia przez telefon. Potem poczuła, że przykrywa ją swoją kurtką.

– Kto ci to zrobił, kochanie? Mieszkasz tutaj? Czy on wciąż tam jest?

– Niech pan tam nie wchodzi – wyszeptała Sophie.

– Co? Nie rozumiem.

– Niech pan tam nie wchodzi. Za nic w świecie niech pan tam nie wchodzi.

Jerry skręcił z Tooting Bec Road w Prentis Road. Już prawie wchodził do swojego wynajmowanego mieszkania, kiedy zabrzęczał jego iPhone.

– Jerry? Tu Saunders.

– Tylko niech mi pan nie mówi, że ktoś znalazł płaszcz.

– Nie, nic z tych rzeczy. Chociaż nie, może to jednak ma z tym coś wspólnego. Mieliśmy telefon ze Świętego Jerzego. Na oddział ratunkowy przywieziono tam młodą kobietę z obrażeniami skóry. Twierdzi, że jej rany spowodowała jakaś kurtka.

– Co?!

– Sierżant Bristow posłał dwóch posterunkowych, żeby z nią porozmawiali, ale oni twierdzą, że nie rozumieją ani słowa z tego, co ona mówi. Dziewczyna jest poważnie poraniona, a lekarz, który ją badał, powiedział, że jakieś włókna wrosły jej w skórę. Według niego obrażenia powstały w chwili, kiedy dziewczyna próbowała je oderwać. Dlatego dzwonię właśnie do ciebie.

Jerry ciężko westchnął. Był wykończony po długim dniu i jeszcze nic dzisiaj nie jadł, jeśli nie liczyć niedokończonej kanapki. Po wizycie u pana Stebbingsa chciał pójść z Dżamilą do pubu na małe piwo i potrawkę wieprzową, ale Dżamila nie piła alkoholu ani nie jadała wieprzowiny.

– Gdzie teraz jesteś? – zapytał Saunders. – Pojedziesz do szpitala i dowiesz się, o co chodzi z tą kobietą?

– Tak jest, sir, jasne. Oddzwonię do pana, kiedy się czegoś dowiem.