Wirus

Tekst
Z serii: WIRUS #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Grażyny i Tomasza Szponderów

z podziękowaniami i najlepszymi życzeniami

Tooting jest jedną z dzielnic w południowo-zachodniej części Londynu.

Ludzie osiedlili się tam już w VI wieku.

Dzisiaj 5 procent jej mieszkańców to Pakistańczycy, a 3 procent – Polacy.

Jej nazwa wywodzi się ze staroangielskiego czasownika to tout, co oznacza „uważać” lub „strzec się”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Przez cały poranek Samira wpatrywała się w lustro nad toaletką, zanim zebrała się na odwagę, aby spalić swoją twarz.

– Nie jesteś mną – szeptała do siebie. – Kimkolwiek jesteś, nie jesteś mną.

Usłyszała, jak zegar w salonie wybija godzinę dwunastą, i dopiero wtedy wstała z krzesła i podeszła do drzwi. Przekręciła klucz w zamku i nacisnęła klamkę, upewniając się, że drzwi są zamknięte. Następnie wróciła do toaletki, po czym wzięła do ręki przejrzystą szklaną buteleczkę zawierającą kwas siarkowy – niepozorna buteleczka stała dotychczas obok perfum Rasasi Blue Lady, kremu Masarrat Misbah, różnych szminek, różów i kredek do oczu.

Za kosmetykami ustawiona była okrągła fotografia w ramce przedstawiająca Samirę i jej przyszłego męża, Faraza. Pozowali przed meczetem Chana Mahabata w Peszawarze, w Pakistanie. Samira miała uniesioną rękę; osłaniała oczy przed blaskiem słońca. Zdjęcie zostało zrobione zaledwie trzy godziny po jej pierwszym spotkaniu z Farazem, czuła się jednak wtedy szczęśliwa, że wyjdzie za niego za mąż. Chociaż miał brodawkę nad górną wargą, był w miarę przystojny, ładnie się wysławiał, no i był zaledwie cztery lata starszy od Samiry.

Kiedy ojciec i matka przywieźli ją do rodzinnego domu Faraza w Fajsalabadzie, przez jedną straszliwą chwilę bała się, że zamierzają ją wydać za Wasima, jego wiecznie spoconego czterdziestoczteroletniego kuzyna. Wasim siedział spokojnie pod ścianą, palił papierosa, a pomiędzy sztachnięciami wpychał sobie do ust szafranowe barfi.

Jednak nie miało już znaczenia, czy Faraz przypadł jej do gustu czy nie: ślubu i tak nie będzie. Rodzice Samiry zatrzymają dla siebie jej posag. Teraz będą musieli się martwić jedynie o jej brata, Dżamala, a dotychczas było z nim naprawdę sporo kłopotów.

Nie popatrzyła w lustro po raz kolejny. Przeniosła natomiast spojrzenie na buteleczkę z kwasem siarkowym, którą trzymała w ręce. Po chwili wstała, podeszła do okna i spojrzała na podwórze za domem. Miało szerokość zaledwie czterech metrów, znajdowały się na nim wąski klomb i betonowy chodnik prowadzący do szopy na narzędzia należącej do jej ojca. To tutaj spędziła większość dzieciństwa od czasu, kiedy z całą rodziną przyjechała do Anglii.

To tutaj bawiła się lalkami, przebierała w wymyślne kostiumy i udawała, że podaje herbatę w plastikowych filiżankach przyjaciółkom z Iqra Primary School.

Uniosła wzrok ku niebu. Był bezchmurny listopadowy dzień, niebo miało błękitny kolor, a słońce świeciło ostrym blaskiem. Jakiś samolot pasażerski błysnął na niebie niczym srebrna igła; leciał jeszcze wysoko nad południowym Londynem, podchodząc do lądowania na lotnisku Heathrow. Samira bardzo by chciała wrócić do Peszawaru i znów zobaczyć kraj, w którym się urodziła. Ale to już nie będzie możliwe. Zresztą pewnie nikt by jej tam nie rozpoznał.

Usiadła na swoim łóżku, na brązowej jedwabnej narzucie. Na poduszce leżał wyliniały pluszowy baranek, którego ktoś przysłał jej z Pakistanu na czwarte urodziny. Szyję miał przewiązaną różową wstążeczką i wciąż miał przyczepioną zawieszkę Ziqi, producenta maskotki. Od tej zawieszki wzięło się imię, które Samira nadała barankowi. Wyciągnęła rękę, żeby po niego sięgnąć, ale zaraz zmieniła zdanie. Wkrótce nie rozpozna jej nawet Ziqi.

Położyła się na łóżku na plecach. W czasie oczekiwania na ślub, który miał się odbyć w następnym miesiącu, codziennie wkładała pomarańczowy śalwar kamiz z haftowanym kołnierzykiem, a na ramiona narzucała długi pomarańczowy pakistański szal, dupattę. W jej sypialni było ciepło, niemal duszno, Samira włożyła jednak na siebie również dwurzędową kurtkę z szerokimi, trójkątnymi klapami.

Minął już czas zuhr, południowej modlitwy, jednak Samira nie myślała teraz o modlitwie. Wiedziała, że to, co zamierza zrobić, jest całkowicie sprzeczne z wolą Allaha. I chociaż wiedziała też, że Allah jej wszystko wybaczy, nie miała już ani odwagi, ani siły, żeby się do niego modlić. Mimo to wyszeptała:

Subhana rabbial a’laa… – Leżąc, trzykrotnie powtórzyła te słowa. Po chwili dodała: – Proszę cię, Panie… proszę… nie pozwól, abym cierpiała zbyt mocno i zbyt długo.

Uniosła buteleczkę i odkręciła żółtą metalową nakrętkę. Była bardzo spokojna, a ruchy jej dłoni pewne, zdecydowane. Kwas nie miał zapachu, a przecież ostrzegano ją w szkole, żeby go nie wąchała, ponieważ jego opary mogą wypalić tkanki w nosie.

Zgarnęła ręką dupattę i przygryzła materiał, żeby nie krzyczeć z bólu. Następnie, z szeroko otwartymi oczami, powoli wylała sobie kwas na czoło. Natychmiast ujrzała przed oczami szkarłatne, postrzępione płomienie, odniosła wrażenie, że widzi tańczące demony, ale po chwili zapanowała absolutna ciemność. Ból, który ją ogarnął, był tak straszliwy, że wypuściła z ręki buteleczkę.

Jej skóra zaczęła się marszczyć, pojawiły się na niej pęcherze. Chociaż z całej siły wgryzała się zębami w materiał dupatty, wydała z siebie przeraźliwy charkot, jej ciało wygięło się w łuk i trzęsło się gwałtownie w przedśmiertnych drgawkach.

Ból stał się jeszcze bardziej okrutny. Zaczęła rozdrapywać paznokciami twarz w daremnym poszukiwaniu ulgi, ale udało jej się jedynie wyrwać z policzków pasma skóry i mięsa. Poczuła, że nic nie osłania już jej zębów, a po chwili kwas wdarł się gwałtownie w dziąsła. W niewyobrażalnym bólu zaczęła szarpać włosy i wyrywać je pełnymi garściami.

Allah wysłuchał jednak modlitwy Samiry. Po chwili kwas wypalił zakończenia nerwowe pod skórą, więc dziewczyna przestała czuć ból. Opróżniona zaledwie do połowy buteleczka stoczyła się z łóżka na podłogę, Samira po raz ostatni zadrżała, jakby było jej zimno, i znieruchomiała. Jej serce przestało bić. Kwas jednak dalej niszczył jej ciało. Wkrótce ukazały się tchawica i krtań, a potem kręgi szyjne, ale Samira znajdowała się już w innym świecie i niczego nie czuła.

Minęły niemal trzy godziny. Świat za oknem zaczynał szarzeć, gdy ktoś z impetem otworzył drzwi frontowe na parterze. Matka Samiry zawołała głośno:

– Samira! Wróciliśmy! Samira! Gdzie jesteś, Samira?

2

– Wiesz, kim jesteś? – zawołał głośno Jerry. – Jesteś tumanem. Oto kim jesteś.

– Było mi zimno, to wszystko. – W odpowiedzi rozległ się tubalny głos z wnętrza zielonego kontenera przeznaczonego na używaną odzież dla biednych. – Co mam robić? Spać pod pieprzonymi drzwiami?

– Och, zamknij się – odkrzyknął Jerry. – Miałeś zamiar ukraść te rzeczy. Jesteś już piątym facetem, który zakleszczył się w środku, odkąd ktoś postawił tutaj to pudło.

Uderzył w kontener pięścią, żeby dodatkowo wystraszyć młodego człowieka uwięzionego w środku, no i po to, aby wyładować własną frustrację z powodu wezwania go do tak kretyńskiej, bezsensownej interwencji. Od czasu gdy przed trzema miesiącami został przeniesiony do Tooting, zajmował się wyłącznie drobnymi awanturami, handlem narkotykami na ulicach i rasistowskimi bójkami z użyciem noży, rozgrywającymi się pomiędzy gangami złożonymi głównie z uczniów okolicznych szkół.

Nadinspektor Perry z Nowego Scotland Yardu powiedział mu, że wysyła go na przedmieścia, ponieważ doskonale potrafi „wywąchiwać, co się dzieje na ulicach”. Tymczasem Jerry wywąchał tylko, że jego koledzy policjanci biorą łapówki za niewnoszenie oskarżeń przeciwko przestępczej rodzinie Harrisów z Hoxton, i koledzy zaczynali się obawiać, że w końcu ich wyda.

Jeden z funkcjonariuszy przycisnął go do ściany na korytarzu i powiedział:

– Wiesz, na czym polega twój problem, Jerry? Jesteś, kurwa, zbyt etyczny. Dla takich etyków jak ty są tylko dwa miejsca, koleś: ambona i cmentarz. Rozumiesz? Ale nie policja. Nie Scotland Yard.

Teraz więc Jerry dreptał w tę i z powrotem po Fishponds Road, z wysoko uniesionym kołnierzem brązowej skórzanej kurtki i z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie. Dwaj umundurowani posterunkowi stali na rogu przy Selkirk Pub, dla rozgrzewki przestępując z nogi na nogę, wiedział jednak, że postąpi bez sensu, jeżeli do nich podejdzie i zechce wdać się w pogawędkę. Jak wszyscy inni policjanci z komisariatu w Tooting, oni także wiedzieli, dlaczego został przeniesiony akurat tutaj, i na pewno nie mieli ochoty z nim rozmawiać – a jeśli już, to wyłącznie o sprawach służbowych.

Wszyscy trzej czekali na przedstawiciela Charity Collectors, firmy administrującej kontenerami. To on miał uwolnić nieszczęśnika z pułapki. W tych czasach ubrania i buty wrzucane do pojemników, których zawartość rozdawano później ubogim, były tak dobrej jakości, że warto było przeciskać się do nich i kraść, co tylko się dało. Jedyny problem polegał na tym, że pojemniki zaprojektowano w taki sposób, żeby ktoś, kto znajdzie się w środku, nie mógł się samodzielnie wydostać.

 

Jerry popatrzył na zegarek i mruknął pod nosem:

– Kurwa mać.

Za niecałą godzinę miał skończyć pracę i w gruncie rzeczy nie wiedział nawet, po co musiał tutaj przyjść. Inspektor French powiedział mu, żeby przesłuchał faceta, który znalazł się w pułapce, ponieważ wykradanie ubrań z ulicznych kontenerów stało się już prawdziwą plagą i najwyższy czas się dowiedzieć, kto za tym stoi.

Jednak według Jerry’ego ten konkretny facet kradł wyłącznie dla siebie i na pewno nie miał nic wspólnego z żadną grupą przestępczą. Uważał, że za kradzieżami na dużą skalę stoją Litwini, a w szczególności jeden konkretny Litwin.

– Jak długo jeszcze mam czekać? – zawołał facet z kontenera. – Szczać mi się chce, zaraz rozsadzi mi pęcherz!

– Zawiąż sobie węzeł na fiucie! – odkrzyknął Jerry.

– Musisz mnie stąd wydostać, mówię ci! Bo dostanę klaustrofobii!

– To by nawet pasowało do takiego grubasa!

Na dworze zaczynało się ściemniać i jedna po drugiej zapalały się latarnie uliczne.

– Wyciągnij mnie stąd, bo zwariuję!

– Już włażąc tam, udowodniłeś, że jesteś wariatem! Tuman!

– Złożę na ciebie skargę! Jak się nazywasz?

– Posterunkowy Jeremy Thomas Pardoe. Zapisz to sobie. Och, przepraszam… zapomniałem, że nie masz papieru ani ołówka, a w tym pudle jest cholernie ciemno!

– Dopadnę cię!

– Najpierw musisz stamtąd wyleźć. Módl się, żebym nie zmienił zdania, stary. Cholera jasna, jak stąd odejdę, nikt cię nie znajdzie przez wiele dni! A nawet tygodni!

– Skurwysyn!

Jerry znów się oddalił, puszczając mimo uszu narzekania złodzieja. Dotarł niemal do Selkirk Pub, gdy zza rogu wyjechało srebrne volvo v40. Samochód zatrzymał się przy umundurowanych policjantach i Jerry dostrzegł, jak ktoś wychyla się z auta i rozmawia z nimi. Jak na komendę obaj odwrócili się i wskazali na Jerry’ego. Kierowca zatrzymał samochód przy krawężniku po drugiej stronie ulicy i wysiadł.

Jerry spodziewał się, jak zwykle, nieokrzesanego i zawsze nieogolonego faceta z Charity Collectors, zobaczył jednak drobniutką Azjatkę w ciemnoszarym kostiumie, z czarną opaską na włosach. Podeszła do niego z uśmiechem i zapytała:

– Posterunkowy Pardoe?

Sprawiła, że nagle poczuł się bardzo wysoki, niezgrabny i brzydki.

– Tak, to ja. Co mogę dla pani zrobić?

– Na posterunku powiedziano mi, że znajdę pana przy Mitcham Road.

– Naprawdę? Nie jest pani pracownicą Charity Collectors, prawda?

Facet uwięziony w kontenerze zabębnił nagle w metalową ściankę i wrzasnął:

– Ludzie, wydostańcie mnie stąd! Wydostańcie mnie! Kurwa mać, chcę stąd wyjść!

Azjatka zerknęła na kontener i powiedziała:

– Chyba nawet nie musimy go zamykać. Sam się zamknął i to dość dokładnie.

Jerry stwierdził, że lubi tę kobietę. Była nie tylko prześliczna – miała duże, ciemnobrązowe oczy jak z kreskówki i pełne, kształtne usta – ale też zdawało się, że podziela jego poczucie humoru.

– Pani jest… – odezwał się.

– Detektyw sierżant Dżamila Patel. Mówmy sobie po imieniu.

– Z…?

– Z londyńskiej policji, tak jak ty. Pracuję w Scotland Yardzie od czternastu miesięcy.

– Naprawdę? Jak to możliwe, że nigdy cię nie spotkałem?

– Czy to ma być komplement?

– Cóż… po prostu jestem zaskoczony, że nigdy na ciebie nie wpadłem.

– Nie miałeś szansy. Pracowałam w specjalistycznym zespole zajmującym się zbrodniami honorowymi.

– Chodzi o te kobiety, które są kamienowane za cudzołóstwo?

– Właśnie. Wyobraź sobie, że to się wciąż dzieje, nawet tu, w Anglii, i to częściej, niżbyś się spodziewał. W ubiegłym tygodniu doszło do zabójstwa w Edmonton. Ktoś spuścił kobiecie na głowę dwudziestoczterokilogramowy blok betonu, ponieważ miała romans z nauczycielem angielskiego.

– Cholera jasna.

Sierżant Patel wzruszyła ramionami, jakby z podobnymi okropieństwami miała do czynienia na co dzień.

– Oczywiście widziałam też kobiety, które zginęły, bo nie chciały wyjść za mąż za mężczyznę, którego wybrali im rodzice. Albo uciekły z chłopakiem z niższej kasty, ściągając wstyd na rodzinę. W większości takich przypadków trudno jest ustalić sprawców zbrodni. Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie słyszał.

– No tak – powiedział Jerry i odwrócił się. Facet w kontenerze znowu zaczął kopać w ściany. – Po co przyjechałaś na to piękne przedmieście?

– Przede wszystkim po to, żeby zgarnąć stąd ciebie.

– Jestem na służbie. Będę musiał przesłuchać tego debila… to znaczy będę musiał przesłuchać podejrzanego, kiedy tylko wydostanę go z kontenera.

– Zwalniam cię z tego obowiązku.

– Co?

– Inspektor French pozwolił mi cię poinformować, że nie musisz tego robić. Wysłał cię tu tylko po to, żeby w ogóle dać ci jakieś zajęcie. A ja cię potrzebuję, ponieważ mam się zająć prawdopodobnym morderstwem honorowym, a ty już wcześniej z powodzeniem prowadziłeś trzy takie sprawy, dwie w Redbridge i jedną w Waltham Forest.

– Rzeczywiście. Ale skoro masz już swój zespół, do czego ja ci jestem potrzebny?

– Niestety, miałam zespół – powiedziała sierżant Patel i westchnęła. – Ale cóż, padliśmy ofiarą cięć budżetowych. Przynajmniej taką przekazano nam informację. Prawda jest taka, że nie byliśmy zbyt lubiani wśród przywódców społeczności azjatyckiej, którzy w końcu wymogli na komisarzu, żeby nas rozgonił.

– A więc teraz ten zespół to ty i ja?

– Wydostańcie mnie stąd! Wydostańcie mnie! – wrzasnął facet z kontenera. – Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej!

– Nim się nie martw – powiedziała sierżant Patel. – Zajmą się nim ci dwaj mundurowi. Oni go przesłuchają.

– Przykro mi, stary! – zawołał Jerry. – Muszę cię opuścić. Rano przyślę kogoś, kto cię uwolni.

– Nie! Nieee! Nie możesz tego zrobić! Uduszę się tutaj! Umrę z zimna! Proszę… błagam cię!

W tej chwili nadjechała zielona fiesta. W samochodzie paliło się tylko jedno przednie światło. Jerry rozpoznał samochód należący do pracownika Charity Collectors. Pojazd zatrzymał się tuż przy dwójce policjantów i wysiadł z niego niechlujny, siwowłosy facet. Pod beżową wiatrówką miał brązowy sweter marki Fair Isle. Włożył go na lewą stronę i pod jego nieogolonym podbródkiem można było dostrzec dużą metkę.

– Cześć, Ron – powiedział Jerry.

– Cześć.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni wiatrówki wielki pęk kluczy i zaczął je po kolei oglądać.

Facet w kontenerze najwyraźniej nie usłyszał jego przyjazdu, nie usłyszał też brzęku kluczy, bo nagle rozpłakał się jak dziecko.

3

Sophie właśnie zgasiła światła na zapleczu sklepu i włączyła alarm, gdy usłyszała, że ktoś gwałtownie dobija się do drzwi od ulicy.

Zobaczyła za szybą siwowłosą kobietę w długim tweedowym płaszczu. W rękach trzymała dwie wielkie czarne torby. Sophie podeszła do drzwi i zawołała:

– Już zamknięte! Przykro mi!

– No to co mam zrobić z tymi torbami? – zapytała kobieta, przesadnie poruszając wargami, żeby Sophie mogła zrozumieć przez szybę jej słowa. – Przecież nie zabiorę ich z powrotem.

– Niech je pani zostawi pod drzwiami – poradziła jej Sophie.

– Ale tam są całkiem dobre ubrania. Niektóre to prawdziwe perełki z dawnych czasów. Jest też trochę starych bibelotów. Szkoda, żeby ktoś miał je ukraść!

Sophie przez chwilę się wahała, w końcu westchnęła i zawołała:

– No dobrze. Niech pani chwilę poczeka!

Wróciła na zaplecze, żeby wyłączyć alarm, a potem podeszła do drzwi i otworzyła je. Kobieta natychmiast wtaszczyła do środka dwie torby i postawiła je na podłodze przed ladą.

– Dobrze, że się tego pozbędę, dzięki Bogu! – powiedziała.

Teraz, gdy kobieta znalazła się w środku, Sophie dostrzegła, że wcale nie jest taka stara, jak się wydawało przez szybę. Owszem, jej włosy wyglądały na siwe, właściwie białe, ale dlatego, że były bardzo rozjaśnione. Postarzał ją również długi do kostek płaszcz. Wyglądała na najwyżej trzydzieści osiem albo trzydzieści dziewięć lat i była bardzo chuda. Miała jasnoniebieskie oczy i wysokie kości policzkowe.

– To są rzeczy mojego wujka – wyjaśniła. – Zmarł trzy tygodnie temu i właśnie wysprzątałam jego mieszkanie. Nawet pani sobie nie wyobraża, ile miał rzeczy. Przechowywał nawet ubrania cioci, a ona umarła przecież dziewięć lat temu. Niczego nie wyrzucił, nawet jej bielizny!

– Cóż, jeżeli ma pani więcej ubrań – powiedziała Sophie – szczególnie swetry i kurtki są o tej porze roku…

– Nie, to już wszystko. Zostały jeszcze książki, ale w większości polskie i rosyjskie, głównie o medycynie. Wujek był lekarzem jakiejś rzadkiej specjalności.

– Rozumiem. I bardzo pani dziękuję, ale teraz muszę już zamykać. Mój chłopak będzie się o mnie martwił.

Kobieta rozejrzała się po sklepie.

– Widzę, że panuje tu wzorowy porządek. Na pierwszy rzut oka wcale nie widać, że sprzedajecie używane ubrania. Dużo macie klientów?

Sophie się uśmiechnęła.

– Zdziwiłaby się pani. Czasami mamy tu wielki ruch, szczególnie w soboty. Ale dziękuję za uznanie. Staram się, żeby było schludnie i czysto. Zanim zatrudniłam się w Little Helpers, pracowałam w Selfridges, w dziale mody.

Kobieta spojrzała na nią, jakby chciała zapytać: Selfridges? No to dlaczego skończyłaś w sklepie z używaną odzieżą, i to w tak podłej dzielnicy jak Tooting? Zamiast tego powiedziała:

– Cóż, dziękuję, że pozwoliła mi pani zostawić te rzeczy. Wcale mi się nie uśmiechało wracanie z nimi do tego mieszkania… Zresztą nigdy nie lubiłam tam chodzić.

Kobieta wyszła, a kiedy Sophie zamykała za nią drzwi na klucz, zobaczyła, że wsiada do czarnego mercedesa sedana zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Chociaż powiedziała klientce, że chłopak będzie się o nią martwił, na razie nie było nawet śladu Mike’a. Ostatnio niemal zawsze przyjeżdżał po nią spóźniony, a trzy czy cztery razy musiała wracać do domu sama, autobusem numer 77.

Już od wielu miesięcy chodziło jej po głowie, że powinna całkowicie zmienić swoje życie, jednak stała się tak zależna od Mike’a, szczególnie od jego pieniędzy, że nie widziała sposobu na uwolnienie się od niego. Zaczynała żałować, że w ogóle go spotkała. Wszystko, co początkowo wydawało jej się w nim atrakcyjne, teraz jedynie ją irytowało, a już szczególnie to, że przeważnie nie odpowiadał na jej pytania. Najpierw uważała, że jego milczenie jest męskie i nastrojowe. Teraz była przekonana, że Mike po prostu ją ignoruje.

Kiedy przeszła na zaplecze, żeby ponownie włączyć alarm, usłyszała jakieś szuranie. Zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać. Na początku lata na zapleczu zalęgły się szczury. Przeniosły się do sklepu rurami kanalizacyjnymi z tureckiej restauracji, która funkcjonowała w sąsiednim budynku, i próbowały zagnieździć się w workach z najgorszymi ubraniami, których od dawna nikt nie chciał kupić, a które czekały na wywóz. Sophie wyłożyła trutki i zaczęła czynić starania, by władze zajęły się problemem, jednak wkrótce restaurację zamknięto i kłopot wydawał się rozwiązany. Najwidoczniej jednak szczury pozostały.

Po chwili znów to usłyszała: ostre, wyraźne szuranie po podłodze. Ale dźwięk wcale nie docierał z zaplecza. Jego źródłem była jedna z dwóch toreb, które przed chwilą przyniosła kobieta o białych włosach.

Sophie podeszła do nich i zaczęła naciskać jedną z toreb czubkiem buta. Kiedyś w worku, który przyniósł jakiś starszy mężczyzna, znalazła martwą kotkę szylkretową, jednak nigdy nie trafiło się jej nic żywego. Zaczęła dochodzić do wniosku, że szuranie było wytworem jej wyobraźni, gdy dźwięk rozległ się ponownie. Tym razem Sophie nie miała wątpliwości, że jedna z toreb się poruszyła.

Boże, a jeśli w środku jest szczur? No bo co to może być innego? Tak, to na pewno szczur, pomyślała.

Obawiając się, że gryzoń może na nią skoczyć, nie zamierzała otwierać torby. Zastanowiła się, czy nie wynieść jej na zewnątrz i nie zostawić do rana przy pojemniku na śmieci. Gdyby do tego czasu szczur nie uciekł, poprosiłaby wolontariusza, Raymonda, żeby się nim zajął. Raymond pracował kiedyś w ubojni i nieobce mu było zabijanie zwierząt. Potrafił miażdżyć osy kciukiem.

Złapała torbę za uchwyt. Była dość ciężka, ale kobieta powiedziała przecież, że w środku są nie tylko ubrania, lecz także stare bibeloty. Sophie przeniosła ją pośpiesznie pod drzwi na zapleczu, które prowadziły do niewielkiego pomieszczenia biurowego, toalety i małego magazynu, gdzie czyszczono ubrania parą wodną, zanim trafiły do sklepu. Modliła się, żeby szczur siedział spokojnie, dopóki nie wyniesie torby na zewnątrz.

 

Kiedy mijała stertę ubrań przeznaczonych do wyrzucenia, potknęła się i przewróciła, upuszczając torbę, która się otworzyła. Wysypały się z niej płaszcze, suknie, swetry, buty i sztruksowe spodnie, wypadło też pudełko z posrebrzanymi łyżeczkami i zegar z kukułką.

Sophie szybko się cofnęła, wystraszona, że z torby wyskoczy szczur albo jakieś inne zwierzę, ale chociaż odczekała dłuższą chwilę, nic się nie wydarzyło. Trąciła butem szary płaszcz z tweedu, jednak pod nim też nic się nie ruszało, nie rozległ się żaden dźwięk.

Przecież wiem, że nie wyobraziłam sobie tego odgłosu, pomyślała. Może kukułka w zegarze się poruszyła?

Ostrożnie oddzieliła płaszcz od reszty garderoby, potrząsnęła nim i położyła na stole służącym do prasowania. Wciąż nie słyszała niczego niepokojącego, dlatego odważyła się wziąć do ręki sztruksowe spodnie, a potem dwie koszule w paski i ciemnozielony sweter z postrzępionymi dziurami na łokciach. Podniosła również zegar. Łańcuszki wahadełka były poplątane, a drzwiczki, zza których miała wyskakiwać kukułka, szeroko otwarte. Kukułka tkwiła w środku. Miała złamane jedno skrzydło.

Chyba czuję się tak samo jak ona… utknęłam we wnętrzu stojącego zegara i nie jestem w stanie z niego wyskoczyć.

W torbie znajdował się między innymi zrobiony na drutach i mocno pachnący maścią rozgrzewającą kocyk, dwie zniszczone rękawice ogrodowe i przynajmniej tuzin skarpetek nie do pary, ale Sophie znalazła w niej także dwa damskie golfy – zielony i kremowy; oba wyglądały na nienoszone – i aksamitną granatową damską kurtkę z guzikami na patkach.

Wiedziała, że za swetry dostanie dobrą cenę, a kurtkę postanowiła zostawić dla siebie. Pomyślała, że będzie jej doskonale pasować do dżinsów od Mantaraya i sztybletów marki Red Herring. Zdecydowała, że włoży do sklepowej kasy dziesięć funtów za tę kurtkę.

Opróżniła torbę. W środku nie było już niczego wartościowego, poza kilkoma starymi, pożółkłymi książkami Penguina w miękkich oprawach oraz wstrętnie poplamionymi rękawicami kuchennymi. Nie natrafiła na żadnego szczura ani mysz. I w ogóle na nic, co mogłoby wytłumaczyć te dziwne odgłosy.

Zabrała kurtkę do przebieralni i przymierzyła ją przed lustrem. Była trochę ciasna na piersiach – kobieta, która nosiła ją wcześniej, miała mniejszy biust niż Sophie – ale nie musiała jej przecież zapinać pod szyję. Jeśli nie liczyć tego drobnego mankamentu, kurtka leżała na niej doskonale. Stwierdziła, że garderoba w wojskowym stylu pasuje do jej typu urody. Jej matka była w połowie Polką. To po niej Sophie miała okrągłą twarz, kocie oczy i ciemne włosy, które obcinała na starannego geometrycznego boba.

Przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie. Nagle, nie wiadomo dlaczego, poczuła smutek, jakby straciła bliską przyjaciółkę, jakby ktoś najbliższy odszedł od niej lub umarł.

Potrzebuję odpoczynku, pomyślała. Skoro nie potrafię zmienić swojego życia, to mogłabym chociaż wziąć kilka dni wolnego. Mogłabym pojechać do Sidmouth, do mamy i taty. Długie spacery nad morzem zawsze poprawiają mi nastrój.

Przyjrzała się sobie trochę uważniej i ze zdziwieniem zauważyła, że w kącikach jej oczu błyszczą łzy. Skąd się wziął ten nagły smutek? Jednak w tej samej chwili poczuła też urazę i złość.

Dlaczego mi to zrobiłeś? Za co? Myślisz, że ja nie potrafię cię zranić? Jeszcze mnie nie znasz, nawet w połowie!

Ku swemu zaskoczeniu zaczęła głośno łkać i łzy potoczyły się po jej policzkach.

Dlaczego płaczę? Dlaczego jestem taka zmartwiona i wściekła? Dość tego!

Wyszła z przebieralni i zaczęła zdejmować kurtkę. Jednak zaledwie wyciągnęła rękę z rękawa, przyszło jej do głowy, że mogłaby przecież pojechać w niej do domu. No tak, ale bez czyszczenia? Kiedy zdarzało jej się kupić ubranie, które ktoś przyniósł do sklepu, nigdy go nie wkładała, dopóki go starannie nie wyczyściła. W używanych ubraniach gnieździły się całe zastępy bakterii, zdarzały się także wszy i świerzbowce. Niektóre zarazki były odporne nawet na dwukrotne pranie; właśnie dlatego sklepy z używaną odzieżą nigdy nie sprzedawały bielizny.

Jednak z jakiegoś powodu Sophie nie chciała się rozstać z kurtką, która zdawała się wręcz prosić jej lewą rękę, żeby znów wsunęła się do rękawa. Była niczym nieszczęśliwy przyjaciel, który błaga, żeby nie pozostawiać go samego. Sophie pociągnęła nosem i wierzchem dłoni otarła łzy z twarzy. Już miała zdjąć kurtkę, gdy znów ogarnęła ją złość.

Ale z ciebie tchórz! Tylko tchórz mógłby potraktować mnie w taki sposób! Ale nie myśl, że to ci ujdzie na sucho. O nie, nigdy w życiu!

Zdjęła kurtkę tak szybko, że jeden z rękawów wywinął się na lewą stronę. Rzuciła ją na ladę obok kasy i przez chwilę wpatrywała się w nią, jakby się spodziewała, że kurtka na nią skoczy.

Nie potrafiła tego zrozumieć. Dlaczego zwykłe przymierzanie używanej odzieży wyzwalało aż takie emocje? Kontakt z kurtką wywołał w niej uczucie ogromnej straty, ale jednocześnie doprowadził ją niemal do furii.

Podniosła kurtkę i wygładziła rękaw. Jasne, że ona nie miała z tym nic wspólnego. Chodziło pewnie o to, jak w niej wyglądała. Może – choć nie zdawała sobie z tego sprawy – przypomniała sobie kogoś, o kim już dawno zapomniała? Przecież wyobraziła sobie, że na kogoś krzyczy – na kogoś, kto w jakiś sposób ją zawiódł, sprawił, że poczuła się bardzo źle.

Nie myśl, że to ci ujdzie na sucho! – powiedziała temu komuś w myślach. Ale kto to był? I co takiego jej zrobił?

Usłyszała głośne stukanie w szybę. Odwróciła się i zobaczyła Mike’a. Po raz pierwszy od długiego czasu naprawdę ucieszyła się, że go widzi.

– Cześć – powiedział, kiedy otworzyła drzwi.

Jak zwykle nie wyjaśnił powodu spóźnienia, nie przeprosił jej, ale tego wieczoru nie miało to dla Sophie znaczenia. Naprawdę się ucieszyła, że wreszcie się zjawił. Mike miał szerokie ramiona i muskularną sylwetkę, ponieważ niemal każdego dnia ćwiczył na siłowni, a w weekendy trenował kick-boxing. Po tym, co zaszło w przebieralni, czuła się pewniej w obecności kogoś, kto mógłby ją ochronić. Sophie nie podobała się tylko jego fryzura: boki głowy miał ogolone niemal na zero. Uważała, że w tej fryzurze wygląda na więźnia. Miał szeroką twarz, głęboki dołek w podbródku i nos jak mops.

Wyczuła w jego oddechu alkohol. Aha, to dlatego się spóźnił. Zapewne pił w Gorringe Park ze swoimi kumplami z agencji nieruchomości.

– Jeszcze nie jesteś gotowa? – zapytał, gdy dostrzegł, że tylne drzwi są otwarte, a ubrania leżą porozrzucane na podłodze.

– Daj mi chwilkę – odparła Sophie.

Włączyła alarm i zamknęła drzwi, pozostawiając swetry, spodnie i zegar z kukułką na podłodze. Mijając ladę, zawahała się i popatrzyła na kurtkę.

– Co jeszcze? – rzucił Mike. – Och, daj spokój, Soph, pospiesz się… Zostawiłem samochód na zakazie parkowania. Mandat może mnie kosztować sto pięćdziesiąt funciaków!

Sophie wahała się jeszcze przez ułamek sekundy, ale w końcu wzięła kurtkę z lady i przerzuciła ją przez ramię.

– Chyba nie masz zamiaru tego świsnąć, co? – zapytał Mike. – I to tylko dlatego, że nie chciałem ci ostatnio kupić płaszcza z Next? Był cholernie drogi, a poza tym w ogóle do ciebie nie pasował.

– Zapłacę za tę kurtkę. Już ją przymierzyłam i chcę ją mieć.

– W porządku. Twoja sprawa. Jeżeli chcesz nosić używane ubrania jak stare baby, proszę bardzo.

Sophie zamknęła na klucz frontowe drzwi Little Helpers i podążyła za Mikiem do czerwonego subaru. Usiadłszy w fotelu pasażera, położyła kurtkę na kolanach. Kiedy samochód ruszał, Sophie odniosła wrażenie, że kurtka łasi się do niej jak słodki kotek. Pogłaskała ją.

Ona mnie potrzebuje, pomyślała. Nie wiem, dlaczego mam takie wrażenie, ale ona mnie potrzebuje i nie pozwoli, żebym ją zostawiła.