Śpiączka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O książce

Ka­li­for­nia, re­jon Gór Ka­ska­do­wych. Młoda ko­chająca się para – Mi­cha­el i Ta­sha – pada ofiarą psy­cho­pa­ty, który ta­ra­nu­je ich sa­mochód, z pre­me­dy­tacją spy­chając go na prze­ciw­legły pas au­to­stra­dy. Ko­bie­ta gi­nie na miej­scu. Mi­cha­el od­zy­sku­je przy­tom­ność w pry­wat­nej kli­ni­ce po­ura­zo­wej u podnóża góry Sha­sta. Jego obrażenia są poważne – do­znał uszko­dze­nia kręgosłupa, przez dwa mie­siące po­zo­sta­wał w śpiączce. Nie pamięta wy­pad­ku, nie wie, kim jest. Z do­ku­mentów wy­ni­ka, że na­zy­wa się Gre­go­ry Mer­rick. Ro­dzi­na (mat­ka i sio­stra) zo­stała o wszyst­kim po­in­for­mo­wa­na, na bieżąco in­te­re­su­je się prze­bie­giem le­cze­nia. Te­ra­pia ma po­trwać kil­ka mie­sięcy: Mi­cha­el przez krótki okres pozo­stanie w kli­ni­ce, a następnie za­miesz­ka w domu Iso­bel, jed­nej z miesz­ka­nek po­bli­skiej osa­dy Tri­ni­ty. Mężczy­zna stop­nio­wo od­zy­sku­je spraw­ność fi­zyczną. Z kli­ni­ki prze­pro­wa­dza się do pięknej Iso­bel, która – jak się oka­zu­je – jest ob­da­rzo­na nie­po­ha­mo­wa­nym ape­ty­tem sek­su­al­nym. Przy­jem­ność upra­wia­nia z nią sek­su psu­je jed­nak lo­do­wa­ty chłód, jaki prze­ni­ka wte­dy całe jego ciało. W miarę upływu cza­su Mi­cha­elowi wra­ca pamięć: na­bie­ra pew­ności, że wca­le nie na­zy­wa się Gre­go­ry. Za­czy­na za­da­wać co­raz więcej pytań; nie­ste­ty od­po­wie­dzi ni­cze­go nie wyjaśniają. Wy­da­je się, że wszy­scy wokół kłamią – zarówno le­ka­rze, jak miesz­kańcy Tri­ni­ty. W osa­dzie niewątpli­wie dzie­je się coś dziw­ne­go. Miesz­kańcy wy­dają się isto­ta­mi nie z tego świa­ta: chodzą, nie zo­stawiając śladów na śnie­gu, nocą zaś usta­wiają się w mil­cze­niu pod oknem jego sy­pial­ni. Mi­cha­el próbuje uciec z Tri­ni­ty. Dro­ga, którą opusz­cza osadę, pro­wa­dzi go z po­wro­tem do punk­tu wyjścia. Pozo­staje mu tyl­ko jed­no – pozo­stać w wio­sce i roz­wiązać prze­rażającą za­gadkę…



Wydanie elektroniczne

GRA­HAM MA­STER­TON

Po­pu­lar­ny pi­sarz an­giel­ski. Uro­dził się w 1946 w Edyn­bur­gu. Po ukończe­niu stu­diów pra­co­wał jako re­dak­tor w mie­sięczni­kach, m.in. May­fa­ir i an­giel­skim od­dzia­le Pen­tho­use’a. Au­tor licz­nych hor­rorów, ro­mansów, po­wieści oby­cza­jo­wych, thril­lerów, po­rad­ników sek­su­olo­gicz­nych. Zdo­byw­ca Ed­gar Al­lan Poe Award, Prix Ju­lia Ver­lan­ger i no­mi­na­cji do Bram Sto­ker Award. De­biu­to­wał w 1976 hor­rorem Ma­ni­tou (ze­kra­ni­zo­wa­nym z To­nym Cur­ti­sem w roli głównej). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki obej­mu­je po­nad 80 książek – po­wieści i zbiorów opo­wia­dań – o całko­wi­tym nakładzie prze­kra­czającym 20 mi­lionów eg­zem­pla­rzy, z cze­go po­nad dwa mi­liony ku­pi­li pol­scy czy­tel­ni­cy. Wielką po­pu­lar­ność pi­sa­rza w Pol­sce, którą często od­wie­dza, ugrun­to­wał cykl po­rad­ników sek­su­olo­gicz­nych, w tym wie­lo­krot­nie wzna­wia­nych tytułów Ma­gia sek­su i Potęga sek­su. W ostat­nim cza­sie uka­zały się w na­szym kra­ju Czer­wo­ny Ho­tel, Ogród zła, Pa­ni­ka i Śpiączka. Wkrótce pol­skie pre­mie­ry ko­lej­nych po­wieści Ma­ster­to­na – Dy­na­stia, Im­pe­rium, Su­sza, Scar­let Wi­dow i Red Li­ght.

www.gra­ham­ma­ster­ton.co.uk

Tego au­to­ra

Sagi hi­sto­rycz­ne

WŁADCY PRZE­STWO­RZY

IM­PE­RIUM

DY­NA­STIA

Rook

ROOK KŁY I PA­ZU­RY

STRACH

DE­MON ZIM­NA

SY­RE­NA

CIEM­NIA

ZŁODZIEJ DUSZ

OGRÓD ZŁA

Ma­ni­tou

MA­NI­TOU

ZE­MSTA MA­NI­TOU

DUCH ZAGŁADY

KREW MA­NI­TOU

AR­MA­GE­DON

Wo­jow­ni­cy Nocy

ŚMIER­TEL­NE SNY

POWRÓT WO­JOW­NIKÓW NOCY

DZIE­WIĄTY KOSZ­MAR

Ka­tie Ma­gu­ire

UPADŁE ANIOŁY

CZER­WO­NE ŚWIATŁO

Inne tytuły

STUD­NIE PIE­KIEŁ

ANIOŁ JES­SI­KI

STRAŻNICY PIEKŁA

DE­MO­NY NOR­MAN­DII

ŚWIĘTY TER­ROR

SZA­RY DIA­BEŁ

ZWIER­CIADŁO PIE­KIEŁ

ZJA­WA

BEZ­SEN­NI

CZAR­NY ANIOŁ

STRACH MA WIE­LE TWA­RZY

SFINKS

WY­ZNAW­CY PŁOMIE­NIA

WEN­DI­GO

OKRU­CHY STRA­CHU

CIAŁO I KREW

DRA­PIEŻCY

WAL­HAL­LA

PIĄTA CZA­ROW­NI­CA

MU­ZY­KA Z ZAŚWIATÓW

BŁYSKA­WI­CA

DUCH OGNIA

ZAKLĘCI

SU­SZA

ŚPIĄCZKA

SZKARŁATNA WDO­WA

Tytuł ory­gi­nału:

COM­MU­NI­TY

Co­py­ri­ght © Gra­ham Ma­ster­ton 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Małgo­rza­ta Ry­bar­czyk 2014

Re­dak­cja: Be­ata Słama

Ilu­stra­cja na okładce: cy­bra­in/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-020-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  O książce

  O autorze

  Tego autora

  Rozdział 1

  Rozdział 2

  Rozdział 3

  Rozdział 4

 Rozdział 5

 Rozdział 6

 Rozdział 7

 Rozdział 8

 Rozdział 9

 Rozdział 10

 Rozdział 11

 Rozdział 12

 Rozdział 13

 Rozdział 14

 Rozdział 15

 Rozdział 16

 Rozdział 17

 Rozdział 18

 Rozdział 19

 Rozdział 20

 Rozdział 21

 Rozdział 22

 Rozdział 23

 Rozdział 24

 Rozdział 25

 Rozdział 26

 Rozdział 27

 Rozdział 28

 Epilog

 Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Roz­dział 1

Pick-up po raz pierw­szy po­ja­wił się we wstecz­nym lu­ster­ku Mi­cha­ela dwa­dzieścia ki­lo­metrów na północ od Weed. Utrzy­my­wał od­ległość nie­całego ki­lo­metra. Za da­le­ko, by Mi­cha­el mógł usta­lić markę sa­mo­cho­du, ale wy­star­czająco bli­sko, by długie światła ośle­piały go, od­bi­jając się w lu­ster­ku.

– Pa­lant – burknął Mi­cha­el, ale tyl­ko do sie­bie, bo Ta­sha spała. Prze­sta­wił lu­ster­ko na po­zycję an­ty­od­bla­skową, ale światła i tak raziły go w oczy.

Około piętna­stu ki­lo­metrów przed Weed zaczął padać śnieg: lek­kie, wi­rujące w po­wie­trzu płatki, które spa­dały na przed­nią szybę i skośnie ucie­kały z au­to­stra­dy. Nie­bo było nie­bie­sko­sza­re. Kie­dy do­je­cha­li do ko­lej­ne­go zakrętu, so­sno­wy las nie­co się prze­rze­dził i uka­zała się góra Sha­sta z ośnieżony­mi szczy­ta­mi, za­la­ny­mi po­ma­rańczową poświatą za­chodzącego słońca.

– Hej! – Mi­cha­el szturchnął Tashę. – Góra Sha­sta.

Dziew­czy­na otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na nie­go.

– Co po­wie­działeś?

– Góra Sha­sta. O, tam!

– O Boże! To nie­wia­ry­god­ne. Zupełnie nie­re­al­ne!

– Piąty, naj­wyższy szczyt Gór Ka­ska­do­wych – po­wie­dział Mi­cha­el.

 

– Mądra­la!

– Ma czte­ry tysiące trzy­sta dwa­dzieścia dwa me­try wy­so­kości i około ośmiu­set pięćdzie­sięciu ki­lo­metrów sześcien­nych objętości.

Ta­sha ude­rzyła go w ramię.

– Czy za­wsze mu­sisz wszyst­ko za­mie­niać w licz­by? Po­patrz, to ta­kie na­stro­jo­we.

– O, prze­pra­szam, mogę też po­wie­dzieć ci coś na­stro­jo­we­go. Mo­do­ko­wie wierzą, że duch nie­bios Skell zstąpił na zie­mię i za­miesz­kał na górze Sha­sta. Rasa przy­byszów z ko­smo­su zwa­nych Le­mu­ria­na­mi ma rze­ko­mo w środ­ku góry swój dom, w pląta­ni­nie pod­ziem­nych tu­ne­li. A wy­znaw­cy New Age są prze­ko­na­ni, że to jed­no w centrów ener­gii psy­chicz­nej w Ame­ry­ce.

– Dla mnie jest piękna, taka po­god­na.

Góra co chwilę zni­kała za drze­wa­mi, a za każdym ra­zem, gdy zno­wu się po­ja­wiała, po­ma­rańczo­wa poświa­ta była co­raz bled­sza, aż do chwi­li, kie­dy słońce zaszło i widać było tyl­ko wyższe zbo­cza, zim­ne i białe w za­pa­dających ciem­nościach. Jak ktoś kie­dyś na­pi­sał: góra Sha­sta była tak sa­mot­na jak Bóg i biała jak zi­mo­wy księżyc.

Mi­cha­el nie miał za­mia­ru je­chać po zmro­ku przez okręg Si­skiy­ou, szczególnie kie­dy padał śnieg albo wiał sil­ny wiatr, ale tuż za Yre­ka złapa­li gumę i mie­li go­dzinę opóźnie­nia. Pokój w zajeździe Com­fort w Weed zamówili na osiem­nastą, a była już dzie­więtna­sta piętnaście.

Ta­sha się prze­ciągnęła.

– Mogłeś mnie wcześniej obu­dzić. Te­raz nie będę mogła w nocy spać – zaczęła ma­ru­dzić.

– A kto mówi o spa­niu?

Walnęła go w ramię.

– Kogo chcesz na­brać? Prze­cież cię znam. Dzie­siąta trzy­dzieści, za­my­kasz oczy i na­wet Mor­moński Chór Ta­ber­na­ku­lum cię nie obu­dzi.

Mi­cha­el po­now­nie spoj­rzał w lu­ster­ko. Pick-up wciąż był za nimi, cały czas z włączo­ny­mi długi­mi światłami. Gdy­by tak nie zależało mu na cza­sie, pew­nie by zwol­nił i po­zwo­lił się minąć.

Nie za­mie­rzał sprze­czać się z Tashą, bo wie­dział, że ma rację. Wy­star­czyło, że przyłożył głowę do po­dusz­ki, i od razu za­sy­piał. Miał jed­nak pra­wo, bo co­dzien­nie po­ko­ny­wał pra­wie pięćset ki­lo­metrów. Prze­je­chał całą nad­morską au­to­stradę sto je­den aż do Ren­ton koło Se­at­tle, aby od­wie­dzić siostrę Ta­shy, Rody, i jej nud­ne­go męża Da­vi­da. Te­raz wra­ca­li do domu do San Fran­ci­sco, ale już szybszą między­sta­nową piątką. Ta podróż miała być czymś, co żar­to­bli­wie na­zy­wa­li fal­star­tem mie­siąca mio­do­we­go. Dwa ty­go­dnie temu po­sta­no­wi­li, że za­miesz­kają ra­zem, ale ślub pla­no­wa­li do­pie­ro w kwiet­niu.

– Je­stem głodna – po­wie­działa Ta­sha. – Nie wiem dla­cze­go, bo prze­cież ten che­ese­bur­ger w Black Bear Di­ner był ogrom­ny.

– Nie mam pojęcia, gdzie ty to wszyst­ko mieścisz. Je­steś taka chu­da, a pochłaniasz ta­kie ilości, jak­byś była w ciąży.

– Mam fan­ta­stycz­nie szybką prze­mianę ma­te­rii. Wszyst­ko, co jem, za­mie­nia się w czystą ener­gię.

Co miał po­wie­dzieć! Ta­sha była nie­zmor­do­wa­na. Pro­wa­dziła sklep z ręko­dziełem ar­ty­stycz­nym przy Mis­sion Stre­et. Sprze­da­wała świecz­ki za­pa­cho­we, ręcznie ma­lo­wa­ne kart­ki i ubran­ka dla dzie­ci. Była drobną, ładną ko­bietą o słowiańskiej uro­dzie, miała pro­ste blond włosy, nie­bie­sko­sza­re oczy i mały za­dar­ty nos. Mi­cha­el za­ko­chał się w niej już pierw­sze­go wie­czo­ru, kie­dy ją po­znał, choć nie mo­gli bar­dziej się różnić.

Mi­cha­el lubił spędzać czas w ci­szy na roz­myśla­niach. Ta­sha bie­gała, cho­dziła na zumbę i robiła przed­mio­ty, które sprze­da­wała w skle­pie. I śpie­wała. Cały czas śpie­wała. Zwy­kle smut­ne, tęskne pio­sen­ki, ta­kie jak I Can’t Make You Love Me.

W lu­ster­ku zno­wu odbiły się ha­lo­ge­no­we światła i Mi­cha­el pod­niósł rękę, by osłonić oczy.

– Ten kre­tyn już od kil­ku ki­lo­metrów je­dzie za mną z włączo­ny­mi długi­mi.

Ta­sha odwróciła się na sie­dze­niu.

– Może nie zda­je so­bie z tego spra­wy? Dla­cze­go go nie prze­puścisz?

– Bo mu­siałbym zwol­nić, a i tak je­steśmy spóźnie­ni.

– I co z tego? Prze­cież nikt na nas nie cze­ka. Patrz, i tak nas do­ga­nia.

Mi­cha­el zerknął w lu­ster­ko, mrużąc oczy.

– Masz rację. Niech mnie mi­nie.

Pick-up zbliżał się do nich z ogromną prędkością. Te­raz był już sie­dem metrów za nimi i całe wnętrze pon­tia­ca tor­ren­ta Mi­cha­ela wypełniło ja­sne, ośle­piające światło.

Mi­cha­el zje­chał na prawą stronę au­to­stra­dy, żeby pick-up miał dużo miej­sca na wy­mi­nięcie. Nadal sie­dział im na ogo­nie. Był tak bli­sko, że pra­wie ich do­ty­kał.

– Co on robi? – zde­ner­wo­wał się Mi­cha­el. – Ten fa­cet to jakiś sza­le­niec!

Wcisnął pedał gazu i zaczęli się od­da­lać, ale już po kil­ku se­kun­dach pick-up był tuż za nimi. Mi­cha­el gwałtow­nie skręcił w lewo, po­tem w pra­wo i zno­wu w lewo, opo­ny pon­tia­ca głośno za­pisz­czały. Pick-up wciąż sunął za nimi jak ata­kujący pies.

– O Boże! – krzyknęła Ta­sha. – On chce nas zabić!

Mi­cha­el prze­sunął nogę na ha­mu­lec i w tym mo­men­cie pick-up w nich ude­rzył. Roz­legł się pu­sty, głęboki huk. Na ułamek se­kun­dy Mi­cha­el stra­cił pa­no­wa­nie nad kie­row­nicą i pon­tia­kiem rzu­ciło kil­ka razy.

– Mi­cha­el! – krzyknęła Ta­sha, jedną ręką chwy­tając za klamkę, a drugą opie­rając o drzwicz­ki schow­ka.

Pick-up zno­wu w nich ude­rzył, tym ra­zem moc­niej. Pon­tia­kiem zaczęło rzu­cać na wszyst­kie stro­ny, choć Mi­cha­el roz­pacz­li­wie próbował utrzy­mać kie­row­nicę. Te­raz wi­dział tyl­ko zmie­niające po­zycję światła i pa­dający śnieg.

Pra­wie stanął na ha­mul­cu, ale pick-up sta­ra­no­wał ich od stro­ny pasażera i ze­pchnął na trawę od­dzie­lającą pasy jezd­ni, z której wy­sta­wały ka­mie­nie.

Po ogłuszającym huku nastąpiła se­ria szarp­nięć, skrzyp­nięć i pisków. Mi­cha­elem i Tashą rzu­cało z jed­nej stro­ny na drugą. Po­tem pon­tiac prze­ko­ziołkował raz, i jesz­cze raz. W su­mie trzy razy. Dach się wygiął, drzwi wgniotły do środ­ka, a szy­by popękały.

Mi­cha­el wi­dział, że nogi i ręce Ta­shy nie­mal fru­wają w po­wie­trzu. Po­czuł się, jak­by na­gle zna­lazł się w ogrom­nej pral­ce, która wi­ro­wała i nig­dy nie miała się za­trzy­mać. Zde­rzy­li się ra­mio­na­mi. Stuknęli głowa­mi. Po­tem głowa Ta­shy ude­rzyła o su­fit.

Pon­tiac prze­ko­ziołkował na północną stronę au­to­stra­dy, gdzie przy­chy­lił się na jedną stronę, a po­tem przekręcił i za­trzy­mał na da­chu.

Było ciem­no. Mi­cha­el wi­siał zapięty w pa­sie. Wi­dział tyl­ko lewy bok Ta­shy. Jej chu­de ramię w bla­do­nie­bie­skim ręka­wie było przy­trzaśnięte opar­ciem. Próbował się unieść i zna­leźć zapięcie pasa. Kie­dy to robił, zo­ba­czył tył głowy Ta­shy. Po blond włosach spływała krew i wy­da­wało mu się, że wi­dzi wy­stający trójkątny kawałek kości.

– Ta­sha? – ode­zwał się ochrypłym głosem. Pas uci­skał mu gardło i le­d­wie mógł od­dy­chać. – Ta­sha, słyszysz mnie?

Nie od­po­wie­działa. Mi­cha­el zno­wu się uniósł i tym ra­zem lewą ręką udało mu się zna­leźć zapięcie pasa. Na­cisnął przy­cisk, ale był za­blo­ko­wa­ny.

– Ta­sha? –powtórzył. – Ta­sha, po­wiedz, że wszyst­ko w porządku. Proszę.

Bar­dzo po­wo­li znisz­czo­ne i znie­kształcone wnętrze pon­tia­ca zaczęło wypełniać się światłem.

Mi­cha­el próbował spoj­rzeć przez okno, ale wi­dok zasłaniała zwi­sająca część wi­ny­lo­wej pod­su­fit­ki. Chy­ba ten pick-up nie wra­ca? Czy już nie wyrządził wy­star­czająco dużo szkód?

Zno­wu ude­rzył w zapięcie pasa, ale to ani drgnęło. Pew­nie się wygięło albo nie chce się otwo­rzyć, po­nie­waż Mi­cha­el wisi na pa­sie całym swo­im ciężarem.

Światło robiło się co­raz jaśniej­sze. Te­raz wi­dział wyraźnie, że Ta­sha ma zmiażdżoną czaszkę. Wi­siała bez ru­chu i wszyst­ko wska­zy­wało na to, że nie żyje. Ale prze­cież lu­dzie z poważnymi ura­za­mi czasz­ki przeżywają. Może żyje? O Boże, spraw, żeby żyła! Mogę opie­ko­wać się nią przez całe życie, tyl­ko proszę, pozwól jej żyć.

Mi­cha­elo­wi udało się nie­co unieść. Te­raz jego lewe ramię było opar­te o drzwi. Spróbował prze­chy­lić się na bok, aby zmniej­szyć na­cisk na zapięcie pasów. Za trze­cim ra­zem pasy puściły, a on spadł na ręce i ko­la­na na dach sa­mo­cho­du.

Na­tych­miast zajął się Tashą.

– Ta­sha, ko­cha­nie, słyszysz mnie? Ta­sha, to ja, Mi­cha­el. Proszę, ock­nij się!

Ostrożnie wyciągnął jej chudą rękę spo­między oparć fo­te­li i pod­ciągnął rękaw swe­tra, by spraw­dzić puls. Nie mógł ni­cze­go wy­czuć, ale wytłuma­czył so­bie, że nie jest ra­tow­ni­kiem me­dycz­nym i może nie spraw­dza tam, gdzie trze­ba. Ta­sha wciąż była ciepła.

Obie­ma rękami sięgnął do zapięcia jej pasa, aby ją uwol­nić. Nie chciał, żeby spadła na dach z taką siłą jak on, żeby ude­rzyła się w głowę i od­niosła ko­lej­ne obrażenia. Mogła prze­cież mieć uszko­dzo­ny kręgosłup.

– Spo­koj­nie, ko­cha­nie, zro­bi­my to po­wo­li.

Na­gle światło stało się tak in­ten­syw­ne, że wszyst­ko stra­ciło ko­lor, a wnętrze pon­tia­ca wyglądało jak prześwie­tlo­na fo­to­gra­fia. Za­nim Mi­cha­el zdążył odpiąć pas Ta­shy, roz­legł się obezwład­niająco głośny ryk klak­so­nu i donośny war­kot sil­ni­ka die­sla. Klak­son za­brzmiał jesz­cze kil­ka razy, a po­tem Mi­cha­el usłyszał pisk śli­zgających się po as­fal­cie za­blo­ko­wa­nych kół.

Wy­da­wało się, że to śli­zga­nie nie ma końca, sta­wało się co­raz głośniej­sze, aż zaczęło przy­po­mi­nać pi­skli­wy i prze­ni­kli­wy śmiech. Po­tem Mi­cha­el po­czuł sil­ne ude­rze­nie, które rzu­ciło leżącego na da­chu pon­tia­ca na śro­dek au­to­stra­dy i obróciło nim kil­ka razy.

Sa­mochód za­trzy­mał się na skra­ju dro­gi, zgnie­cio­ny jak źle spa­ko­wa­na pacz­ka.

Kie­row­ca ogrom­nej czer­wo­nej ciężarówki Ken­worth prze­wożącej trak­to­ry za­par­ko­wał na skra­ju au­to­stra­dy i zga­sił sil­nik. Te­raz słychać było tyl­ko wiatr, który zwie­wał śnieg spod kół ciężarówki. Kie­row­ca wziął do ręki CB-ra­dio.

– Bear Ba­iter, tu Bear Ba­iter, słyszysz mnie? Tra­fiłem na niezły pasz­tet, dzie­sięć ki­lo­metrów na północ od Weed, na piątce. Musi przy­je­chać ka­ret­ka, i to szyb­ko. Za­wia­dom też po­licję!

Zakończył roz­mowę, wy­siadł z szo­fer­ki i po­biegł przez pas tra­wy do roz­bi­te­go sa­mo­cho­du. Nie zdążył po­ko­nać na­wet połowy dro­gi, kie­dy usłyszał sy­renę ka­ret­ki po­go­to­wia i w pa­dającym śnie­gu do­strzegł mi­gające czer­wo­ne i białe światła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?