Duch Zagłady

Tekst
Z serii: Manitou #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kolorado

Słysząc krzyki małego braciszka, Wanda przerwała łuskanie grochu i wyszła na werandę. Podnosił się wiatr; szklane drzwi zatrzasnęły się za nią z takim hukiem, że aż podskoczyła. Joey siedział na huśtawce i bujając się z całych sił, krzyczał:

– Patrz, patrz, patrz! Patrz na niebo!

Wanda wspięła się na poręcz werandy i popatrzyła na chmury. Były tak nisko, że prawie opierały się o dach domu, jak ciężka, ogromna kołdra. Między chmurami widać było złowieszczy wir, podobny do tego, jaki powstaje w czasie cyklonu. Pogoda jak z Czarnoksiężnika Oza. Niesamowity był kolor chmur. Ciemnocynobrowe, prawie krwiste. Wanda w życiu jeszcze nie widziała takich chmur, nawet po zachodzie słońca.

Dokoła szumiały srebrzyste trawy. W powietrzu unosił się nastrój wyczekiwania. Drzwi kurnika kołysały się i trzaskały, a po podwórku tańczyły diabełki kurzu. Stadko kuropatw wystawiło skrzydła na wiatr, w kierunku południowego zachodu.

– Joey! – zawołała Wanda. – Lepiej chodź do domu!

– Przecież to tylko niebo! – protestował Joey.

– Masz wejść do domu. Mama kazała mi cię pilnować, koniec dyskusji.

– Przecież nic się nie dzieje. To tylko niebo!

– Może przyjść trąba powietrzna i co wtedy? Wessałoby cię w powietrze. Pamiętasz owcę pana Begleya? Znaleziono ją po sześciu dniach z przetrąconym karkiem w okręgu Bent.

Joey bujał się uparcie: w przód i w tył, w przód i w tył. Trawy kołysały się jak morze i wirujący pył zaprószył oczy Wandy.

– Joey McIntosh, w tej chwili wejdź do domu!

Joey nie przestawał się kołysać, od czasu do czasu spoglądając na siostrę.

Wanda zbiegła po schodkach werandy i przeszła przez podwórze. Ta drobna, niepozorna dziewczynka o chudych nogach miała około piętnastu lat. Ubrana była w dżinsy i biało-czarną koszulę w kratę. Mama powierzyła jej opiece brata i dom, a ona chciała dobrze wywiązać się z tego zadania, więc na nic nie zdadzą się wszelkie protesty.

Znów spojrzała na chmury. Nigdy w życiu nie widziała, żeby chmury tak wirowały i kłębiły się. I były tak bardzo nisko! Wprost nie mogła uwierzyć, że to prawdziwe chmury.

Właśnie zbliżyła się do Joeya, kiedy górne okno obsunęło się i pękło z hukiem.

– Chodź, Joey, nadchodzi cyklon. Najlepiej będzie, jak pójdziemy do piwnicy.

Joey, jasnowłosy, z szelmowskim spojrzeniem, w brudnej niebieskiej koszulce i jeszcze brudniejszych szortach, kurczowo trzymał się siedzenia.

– To nie jest cyklon. Nie czujesz tego?

– Co mam czuć? – spytała Wanda.

– To na pewno nie jest cyklon! – powtarzał triumfalnie Joey, podczas gdy chmury kłębiły się nad jego głową.

– Joey! – warknęła Wanda. – Masz wejść do domu!

W tej chwili zauważyła, że warzywnik, tak troskliwie pielęgnowany przez matkę, cały pokrył się piaskiem. Piasek leżał na liściach sałaty, na pomidorach, nawet na fasoli. Wanda uklękła pomiędzy rzędami cebuli, starając się rękami usunąć piasek. Wszystko na próżno. Im szybciej odgarniała, tym silniejszy wiał wiatr i tym szybciej strumyczki piasku sypały się między zagony.

Joey, pochylony na huśtawce, przez chwilę nie zwracał uwagi na siostrę. Śpiewał na cały głos:

To nie jest cyklon, na pewno nie! Tra-la, la, la!

To stary zbójnik zbliża się. Tra-la, la, la!

Wreszcie przestał śpiewać i bujać się. Zeskoczył i podszedł do siostry, przyglądając się, jak odkopuje rośliny.

– Zdążysz je oczyścić i znowu jest pełno piasku – zauważył.

Spojrzała na niego.

– Mógłbyś mi pomóc.

– Jeżeli nadejdzie cyklon, to nic nie pomoże. Wszystko zdmuchnie.

Wanda jednak nie przerywała usuwania piasku. Miała nadzieję, że matka po powrocie doceni jej wysiłki.

Znowu trzasnęły szklane drzwi i Wanda poderwała się. I tym razem to był wiatr.

Po zachodniej stronie horyzontu, w okolicach Kim, w samym sercu Parku Narodowego Komanczów, i trochę dalej, gdzie wznoszą się góry Sangre de Cristo – mroczne, tajemnicze i wyniosłe – trzy, cztery tysiące metrów nad poziomem morza, niebo rozdzierały błyskawice. Nie były to zwyczajne błyskawice. Były piękne i wyglądały jak rozwiane włosy. Leciały przez prerię jak płonące bierwiona, trzask-huk-trzask, lub jak palące się organdynowe halki na ciele chórzystki samobójczyni. Te błyskawice były żywym ogniem. Był to Armagedon – nadszedł już dziś, zamiast jutro.

Wanda schwyciła Joeya za rękę.

– Chodź, Joey. Musimy zejść do piwnicy.

– Co będzie z mamą? – dopytywał się Joey, szurając obcasami.

– Bóg da, że mamie nic nie będzie. Na pewno schroniła się w Springfield.

Wzięła Joeya za rękę i mimo jego protestów pociągnęła go w stronę domu. Wiatr wył i świszczał. Usłyszała, jak na górze pękła kolejna szyba. Dzwoniła uprząż, chociaż od dawna nie mieli konia.

– Mam nadzieję, że mama nie powie, że te okna to nasza sprawka! – rzekł Joey.

– Na pewno nie. Przecież wie, jaki dzisiaj silny wiatr.

Z trudem dotarli do domu. Drzwi z hukiem zatrzasnęły się za nimi. Od razu zeszli do piwnicy, ale ku zmartwieniu Wandy drzwi były zamknięte i nigdzie nie było klucza. Kilka razy poruszyła klamką, lecz to nic nie pomogło. Joey raz i drugi kopnął w drzwi z takim samym skutkiem. Gdzie może być klucz? Pobiegła do holu sprawdzić, czy nie ma go na stole. Tam też go nie było, cały stół był zawalony wizytówkami i rachunkami. Wspięła się na palce i przesunęła ręką po listwie nad drzwiami. Nigdzie nie było klucza.

– Co my teraz zrobimy? – spytał Joey. Już nie był taki pewny siebie. Dom trzeszczał, trząsł się i drżał w posadach. Gdyby nie przekonanie, że zbliża się cyklon, nie wiedzieliby, co o tym myśleć.

Wanda zobaczyła przez okno, jak na podwórzu podskakuje wyrwany z ziemi płot. Po nim przyszła kolej na kurnik. Zewsząd leciały pióra, kurczaki oraz kawałki papy.

– Co my teraz zrobimy? – powtórzył przerażony Joey. – A jak cyklon nas wessie? To co wtedy?

– Skąd mam wiedzieć? – odpowiedziała Wanda wystraszona i poirytowana. – Jeszcze nigdy nie byłam wessana przez cyklon.

Wzięła Joeya za rękę i tak stali oboje samotnie pośrodku salonu, w krwawych, wciąż ciemniejących cieniach. Wiatr wył przeraźliwie. Z dachu sypały się dachówki. Okna przesycone były purpurowym światłem, ciemnym i lepkim, jak krew ściekająca po szybach.

– Wanda, co się dzieje? – zapytał Joey głosikiem cichym i pełnym napięcia. – Wszystko robi się czerwone.

– To tylko kurz – uspokajała go Wanda. – Burze mają swoje kolory. Są burze brązowe i szare, i zielone, i czarne. Wszystko zależy, skąd nadchodzą, jaki piasek niosą. Uczyliśmy się tego na lekcjach przyrody.

– Jest czerwony – wyszeptał Joey zdumiony. Jego oczy też świeciły czerwonym blaskiem jak oczy wampira u Stephena Kinga. Jeszcze nigdy nie widziałem czerwonej burzy.

Duży zegar ścienny w holu wybijał godzinę dwunastą, zanim jednak skończył bić, cały dom przechylił się. Zabrzmiało jeszcze jedno uderzenie zegara – płaskie i niewyraźne – po czym zegar upadł bokiem na podłogę. Obrazy poleciały w dół, z okien pospadały karnisze. Duży telewizor Zenith obrócił się wokół swojej osi i uderzył w kominek z czerwonej cegły.

– Ja chcę do mamy! – zduszonym głosem wołał Joey. – Wanda, ja chcę do mamy!

– Nie bój się. Mama na pewno się gdzieś schowała. Wróci, jak tylko minie burza.

Wanda nie była pewna, czy może wierzyć, że mama jest bezpieczna. Widziała już burze elektromagnetyczne i huragany, a nawet parę trąb powietrznych, ale czegoś podobnego nie widziała nigdy w życiu. Miała uczucie, jakby cały świat przechylił się na bok – jakby stała na dywanie, który ktoś wyciągnął jej spod nóg.

– Spójrz! – krzyknął Joey, ściskając ją za rękę. – Furgonetka pana MacHenry’ego!

Jak w złym śnie zobaczyli stare niebieskie chevy pana MacHenry’ego, sunące przez podwórze. W środku nie było kierowcy, wóz przemieszczał się bokiem, a jego koła żłobiły głębokie bruzdy w piasku. Za samochodem powoli podążały taczki, łopaty, żelastwo, narzędzia rolnicze i zardzewiały silnik na chodzie. Nawet wściekle wyjący wiatr nie zagłuszał dźwięku silnika. Przeciągły brzęk, stuk, walenie i kołatanie dziwnie kojarzyły się Wandzie z ceremoniałem pogrzebowym. Wszystko to napawało ją przerażeniem, jakiego nie zaznała jeszcze nigdy w życiu – powoli wzmagający się chłód przenikał każdy nerw jej ciała.

Gdy tak stoję w moim oknie

W ten pochmurny, zimny dzień,

Słyszę koła karawanu

Uwożące matkę w cień.

Dlaczego właśnie teraz przypomniała sobie tę pieśń? Dlaczego te wszystkie dźwięki, brzęczenia, spadania przywodzą jej na myśl pogrzeb? Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, czarne torebki, czarne welony i smutne, kredowobiałe twarze przesuwające się w półmroku.

Właśnie wtedy coś uderzyło w róg ich domu. Coś ogromnego i ciężkiego, co rozłupało werandę i złamało futrynę drzwi kuchennych. Słychać było, jak w całym domu przewracają się meble. Na górze wielka mahoniowa komoda matki upadła na podłogę. Pękały okna, rozbijała się porcelana, rzędy książek miękko spadały na podłogę. Wanda i Joey stracili równowagę i runęli na dywan. Krzesła, stoły i porcelana przesunęły się przez pokój i utworzyły pod ścianą jeden wielki stos.

– Wanda! – krzyknął Joey, wstając i starając się utrzymać równowagę jak tancerz na linie. – Dom się wali! Dom się wali!

Wandzie udało się stanąć na czworakach, po czym z trudem i niepewnie wstała.

– Uciekajmy! – krzyknęła do Joeya. – Spróbuj dostać się do drzwi!

Powoli posuwali się do wyjścia. Wanda nie mogła uwierzyć, że chodzenie może być tak trudne. Chociaż podłoga była zupełnie równa, miała wrażenie, że jest stroma i przechylona o czterdzieści pięć stopni. Meble z całego domu przesuwały się w kierunku zachodniej ściany. Drzwi salonu były zablokowane kuchennymi krzesłami i stołkami, wysuniętymi z kredensu szufladami. Z góry dobiegał łoskot przewracających się łóżek.

 

Joey chciał odsunąć krzesło od drzwi, ilekroć jednak próbował odstawić je na bok, zaraz wracało na poprzednie miejsce.

– Musimy po nich przejść! Szybko! – krzyczała Wanda.

Udało im się niezdarnie wdrapać na krzesła i zejść na drugą stronę, do holu. Przez otwarte drzwi wejściowe zobaczyli podwórze, a dalej szosę. Z tego miejsca powinni również widzieć dom MacHenry’ego – lecz domu nie było.

Trzymając się ścian, dotarli do drzwi. Siła burzy potęgowała się z każdą sekundą. Gdy dobrnęli do drzwi wyjściowych i przywarli do ich framugi, zdawało im się, że zwisają z dachu, zaczepieni o jego brzeg palcami. Mimo że podłoga była równa jak zawsze, Wanda była przekonana, że jeżeli puści się futryny, to spadnie.

Wyglądając uważnie przez drzwi, ze zmrużonymi oczami z powodu wiatru i tumanów piasku, zrozumieli, dlaczego zdawało się im, że dom pana MacHenry’ego zniknął. Dom jego został wyrwany z fundamentów, przesunął się przez podwórze i zderzył z ich domem. Wyglądało to jak gigantyczny wypadek drogowy: piec wbity w kredens, połamane okna i zawalone dachy.

Czuli, jak cały dom trzęsie się w posadach. Cała jego konstrukcja, łączenia i czopy ledwo się trzymały, pozbawione gwoździ, które jakaś niewidzialna siła wyciągała z nich jak zęby mądrości z dziąseł.

– Wanda, my chyba nie umrzemy? – pytał Joey. Wszelkie objawy histerii zniknęły z jego głosu. Jego słowa brzmiały czysto i wyraźnie jak krystaliczna woda.

Wanda, trzymając się kurczowo futryny, nie wiedziała, co odpowiedzieć. To nie była burza. To było prawdziwe piekło na ziemi.

Hałas był olbrzymi i przytłaczający, niepodobny do tych, które dzieci dotąd słyszały. Prócz brzmiącego pogrzebowo dzwonienia i brzęczenia, zawodzenia i świstu wiatru słychać było głęboki, nierówny hałas rozwalania. Ten dźwięk wydawały toczące się samochody i ciężarówki. Wolniej niż przy prawdziwym wypadku wszystko to – dach, zderzak, bagażnik, koła – trzęsło się na rozklekotanym zawieszeniu, jakby wzburzony tłum unosił je i rzucał na stos. Tylko że nie było wzburzonego tłumu. Nie było niczego prócz wiatru, piasku i krwawych kłębiących się chmur na niebie. Samochody i ciężarówki toczyły się bez niczyjego udziału.

W ślad za nimi posuwała się roztańczona i łoskocząca fala wszelkiego rodzaju śmieci i odpadków. Wanda zobaczyła na wpół zmiażdżoną budkę telefoniczną, wygięty automat do coca-coli i rozwalone puszki. Stoisko z gazetami wydawało klaszczące dźwięki, jak publiczność w teatrze. Były tam też lodówki i lady wystawowe, półki i gazety, mrożonki i buty, okulary przeciwsłoneczne, połamane motocykle i pojemniki z jedzeniem dla psów.

Wreszcie zobaczyła ludzi. Ciemnoniebieski ford kombi sunął złowieszczo, opony piszczały jak fałszujący chór wielkanocny, okna samochodu zaś miały szyby ciemne od krwi. Kilka minut później pokazała się pani Hemming, właścicielka wielkiego magazynu wielobranżowego. Jechała na plecach wzdłuż szosy, martwa lub prawie martwa, otwartymi oczami wpatrując się w niebo. Kasztanowa peruka była pozlepiana krwią, a duży, białawy guz z kawałków mózgu wyglądał na niej jak wpięty we włosy kalafior. Różowa kwiecista suknia była cała w strzępach, tak że widać było nasiąknięty krwią gorset i pokaleczone, spuchnięte udo.

Wkrótce po niej Wanda zobaczyła wysokiego, chudego mężczyznę w drelichowym kombinezonie. Szorował po szosie twarzą do ziemi. Wyglądał jak połamana lalka. Tylko wyrwane ze stawów ręce i nogi mogły uzasadniać podobną pozycję. Wanda rozpoznała w nim jednego z robotników pani Hardesty z terenu Parku Narodowego. Zostawała za nim na drodze szeroka, błyszcząca smuga krwi, którą szybko przykryły gazety, papierki od gumy do żucia i skrzynki po kurczakach ze smażalni.

Pomiędzy śmieciami Wanda wypatrzyła dzieci – na pewno już nie żyły. Zobaczyła też połamane wózki dziecięce i martwe psy. Rozpoznała Leroya Williamsa, woźnego ze szkoły podstawowej w Pritchard. Leżał na boku, twarz miał jaskrawoczerwoną jak maska na Halloween.

Nagle Joey zaczął krzyczeć. Był to przeraźliwy, wysoki pisk skrajnego przerażenia.

– Joey! – Wanda złapała go za rękę. – Joey, wszystko będzie dobrze, uspokój się!

– Ale tam jest mama! Patrz, to mama!

– Już ci mówiłam, że mama jest w Springfield.

– Nieprawda, nieprawda! To mama!

Szeroko otwartymi oczami Wanda spojrzała na Joeya.

– Patrz! – powiedział. Lecz ona nie mogła już patrzeć. Ten wiatr i hałas, i krew, i ten obezwładniający chaos… to było ponad jej siły.

Nie mogła znieść myśli, że może straciła matkę.

– To nie jest mama – szepnęła. – Mama jest w Springfield.

Wtem piękna, włochata błyskawica wystrzeliła z chmur; trzasnęła jak rozdzierany celofan, jak płonące włosy.

Wyładowanie było tak silne, że Wanda poczuła, jak bluzka przywiera jej do ciała, a koniuszki palców zaczynają iskrzyć. Błyskawica trzasnęła jeszcze raz, śmiecie zawirowały i wózki na zakupy podskoczyły i spadły. Zabłąkane stronice gazet nagle się zapaliły.

W ciemności, która nastała po błyskawicy, Wanda spojrzała w stronę szosy. Na rzece odpadków, papierów i pogniecionych warzyw unosiła się jej matka. Blada, martwa – jak Ofelia.

Piękne jasne włosy rozrzucone wokół głowy. Oczy miała szeroko otwarte, a w zaciśniętych kurczowo dłoniach trzymała pęczki papierowych i plastikowych toreb. Co może wziąć człowiek, który odchodzi? Kiedy się idzie do nieba, nawet najskromniejsze plastikowe torebki będą niepotrzebnym ziemskim luksusem.

Z rozpaczą i uczuciem osamotnienia Wanda patrzyła na przesuwającą się matkę. Co teraz zrobi? Będzie musiała wychować Joeya; sama troszczyć się o siebie. Kto da im jeść? Co będzie ze szkołą? Kto będzie ich ubierał? Kto zapłaci za czynsz? Nie mogła znieść tych myśli. Nie mogła w to uwierzyć.

– Mamo! Mamo! – zawołała. – To ja, Wanda!

Lecz nieznana siła odciągnęła matkę w dal. Jedna ręka zwisała bezwładnie, jeden policzek zmasakrowany był przez asfalt. Dżinsy podarte na kolanach, a żółta kraciasta koszula poplamiona brązową zeschniętą krwią.

Ona nie mogła umrzeć. Nie mogła. Przecież to moja matka.

Wanda krzyknęła do Joeya:

– Czekaj tu! Trzymaj się mocno!

– Dokąd idziesz?! – wrzeszczał Joey. – Nie możesz mnie zostawić! Nie możesz mnie zostawić!

– Czekaj tam na mnie! – nalegała Wanda.

Oderwała się od drzwi i niepewnie przeszła przez werandę. Dopiero wówczas zdała sobie sprawę, że wszystko z Pritchard przemieszczało się na zachód. Udało się jej złapać balustrady, lecz z trudem mogła stanąć prosto. Ze wszystkich stron niebo wypluwało błyskawice. Wiatr rozwiewał śmieci i gazety. Odwróciła się do Joeya i krzyknęła:

– Nie ruszaj się! Idę ratować mamę!

– Nie możesz! – wrzeszczał Joey. – Nie możesz jej uratować!

– Nie ruszaj się stamtąd! – rozkazała Wanda.

Wyprostowała się jak tylko mogła. Ciało jej matki powoli, lecz nieustannie oddalało się. Gdyby ta nieznana siła mogła pociągnąć również ją, wówczas mogłaby złapać mamę i znaleźć jakieś miejsce zaczepienia; jakiś dom lub szopę, a nawet zwyczajny płot. Byle dotrwać do końca burzy.

– Mamo! – krzyczała. – Mamo! To ja, Wanda. Idę ci na ratunek!

W powodzi śmieci ciało matki wznosiło się i opadało. Na chwilę Wanda straciła matkę z oczu. Kolejna błyskawica oświetliła żółtą kratę jej zakrwawionej koszuli. Matka była już daleko, przy sklepie spożywczym u zbiegu Main i Komanczów.

– Nie zostawiaj mnie samego! – wrzeszczał Joey.

– Muszę, Joey! Ktoś musi to zrobić!

– Nie zostawiaj mnie samego! Nie zostawiaj!

– Joey!

– Nieee!

W tej chwili dał się słyszeć ostry dźwięk i gwoździe wyrwane z balustrady werandy pomknęły na zachód. Balustrada oderwała się i Wanda poleciała głową w dół na zakurzone podwórze. Przekoziołkowała raz, potem drugi, myśląc: to nie jest takie straszne. Nie mogła jednak się zatrzymać. Uderzyła w słupek ogrodzenia i przewróciła się w piasek i dachówki, znowu się przewróciła, uderzając w palik do przywiązywania koni; pchnięta wiatrem, zderzyła się z pudłami, szpulami kabla i puszkami farby.

Trzymając się palika, stanęła na nogi. Wzięła głęboki oddech i ruszyła w kierunku matki.

Zrobiła parę niepewnych kroków i już nie mogła się zatrzymać. Mimo że teren był równy, musiała biec. Jakby znosiło ją ze stromej góry, coraz szybciej i szybciej, aż nogi jej wpadły w taki wir, że przestało działać przyciąganie ziemskie. Potknęła się i upadła zaledwie jakieś piętnaście metrów od matki. Była cała wytarzana w śmieciach, puszkach, papierach i potłuczonych butelkach. Skaleczone kolana piekły ją jak ogień. Prawie tonęła w śmieciach. Obok niej, zręcznie jak akrobata, skoczył kot. Chociaż jego żółte oczy były otwarte – nogi miał sztywne; był martwy. Krzyknęła bezradnie, pokaleczonymi rękami czepiając się asfaltu, walczyła, by nie dać się zepchnąć głębiej.

– Mamo! – wołała. – Mamo!

Stanęła na czworakach, lecz zaraz upadła. Znów wstała. Spróbowała jeszcze i znów padła. Wokół niej trzaskały błyskawice. Puszki i papiery razem z piaskiem tańczyły swoje piruety. Chciała krzyknąć, lecz z jej ust wydobyły się elektryczne iskry.

Prawie dotarła do matki, lecz znowu upadła.

– Mamo! – Odpadki obsypały ją jak wzbierająca fala. Wózek z supermarketu uderzył ją w bok głowy. – Mamo, to ja! Proszę, to ja, mamo!

W końcu ta dziwna siła rzuciła ją w ramiona matki. Lecz w jej rękach nie było życia; były bezwładne i sflaczałe.

Pośród zamieci lekkich jednorazowych kubeczków i wyrwanych kartek z magazynu „Time” Wanda stwierdziła bez żadnej wątpliwości, że matka nie żyje. Uśmiechała się, lecz była martwa; wszystko, co z niej zostało, to było ciało odziane w żółtą kraciastą koszulę; uśmiechnięta, ślepa i szczęśliwie nieświadoma przerażenia Wandy. To już nie była matka, to była imitacja człowieka stworzona z martwego ciała; straszliwie zeszpecona; straszliwie obojętna. Znowu krzyknęła i zaczęła bić matkę po ręce, lecz ona zniknęła pod kolejną fontanną śmieci, po czym ukazała się ponownie jakieś cztery metry dalej, wciąż uśmiechnięta jak szczęśliwa kobieta w oceanie zapomnienia, uwolniona od wszelkiej odpowiedzialności.

– Mamo! Mamo! – krzyknęła jeszcze Wanda, lecz już wiedziała, że matka opuściła ją na zawsze.

Ta uśmiechnięta kobieta w żółtej kraciastej koszuli była nędzną kopią jej matki. Prawdziwa mama była w niebie lub w jakimś innym miejscu, gdzie Wanda nigdy nie będzie mogła jej spotkać. Była pozostawiona sama sobie.

Podniosła się i znowu upadła. Wokół niej domy poruszały się jak statki wlokące kotwice. Kominy przechylały się, balkony bujały. Przewróciła się nawet stacja benzynowa Exxon, a jej dach, jak czarna trójkątna płetwa orki, sunął na zachód. Spojrzała w górę i zobaczyła, że na zachód od Pritchard niebo jest czarne jak noc, czarne jak grzech i że nawet chmury zmierzają w tamtym kierunku.

Z piekielnym zgrzytem mijał ją dom w kolorze musztardowym. Rozpoznała dom Allisonów, który stał prawie kilometr dalej na wschód. Z trudem wstała i zaczęła biec. Co chwila padała i wstawała. Wreszcie udało się jej wdrapać na ganek. Czuła pod stopami, jak dom się porusza i obraca, lecz przynajmniej ciało jej nie wlokło się po szosie.

Trzymając się kurczowo werandy, okrążyła dom Allisonów. Dwupiętrowy, szalowany drewnem, był to dom typowy dla miasta Pritchard. Niektórzy mieszkańcy, wyprowadzając się stąd, rozbierali domy i zabierali je ze sobą na wielkich platformach. Prawie wszystkie okna na dole były powybijane, a drzwi wypadły z zawiasów. W drodze do holu zawadziła ręką o złamany zawias. Wyssała krew i chustką przewiązała ranę. Przytulając się do ściany wołała:

– Halo! Czy jest ktoś w domu? Halo!

Odpowiedziała jej cisza. Tylko wiatr gwizdał i rozlegało się echo trzaskających drzwi. Tapety w holu były żółtobrązowe, jak francuska i amerykańska musztarda razem zmieszane. Większość obrazów spadła ze ścian i wszystkie meble przesunęły się do salonu, tak że hol wydawał się dziwnie pusty – jak na dom w Pritchard, którego mieszkańcy mieli zwyczaj przeładowywania mieszkań meblami. W Pritchard meble były symbolem zamożności i pod tym względem nic się nie zmieniło od roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego piątego, kiedy powstało to miasto. Duży kolorowy telewizor, liczne stoliki do kawy, kanapy i serwantki pełne kryształów i porcelany – wszystko to znamionowało solidność, pozycję i sukces.

 

Wanda stanęła na potłuczonej szybie obrazu.

– Halo! – zawołała znowu. – Jest tu ktoś?

Już miała ruszyć w stronę kuchni, kiedy z góry dobiegło ją słabe, niewyraźne wołanie. Zamarła i z trudem przełknęła ślinę. Za chwilę wołanie powtórzyło się.

– Aaaaauaachchchch… – Od tego dźwięku wiało lodowatym chłodem. Nie była w stanie rozstrzygnąć, czy to głos ludzki czy zwierzęcy.

– Jest tam ktoś? – powtórzyła głosem piskliwym i pełnym napięcia. – Halo? Czy jest tam ktoś na górze?

Znów usłyszała wołanie, tym razem wyraźnie słychać było:

– Pomocy!

Zawahała się przez chwilę, wsłuchując się w wiatr i dźwięki zderzających się samochodów, po czym zaczęła się wspinać na górę. Musiała mocno trzymać się balustrady, by nie dać się oderwać i unieść. Było to raczej wdzieranie się po bardzo stromej drabinie niż wchodzenie po schodach. Posuwając się w górę, jęczała z żalu i ze strachu. Rozpaczliwie pragnęła znaleźć kogoś żyjącego, kto mógłby jej pomóc lub przynajmniej poradzić.

– Aaauaaaachchchch – usłyszała krzyk niższy, ale bardziej przerażający.

Otworzyła drzwi sypialni. Ogromne łóżko z baldachimem na czterech kolumienkach przesunęło się na jedną stronę pokoju wraz z nocnym stolikiem, toaletką i kupą ubrań. Wspierając się o ścianę, stał tam również manekin, sztywny, brudny i bez głowy. Wisiała na nim niedokończona letnia sukienka w jaskrawe maki. Ta sukienka nigdy nie zostanie dokończona.

– Aaaaaaaaachchchch – znów zajęczał głos.

– Tutaj jestem, już idę! Gdzie jesteś? – zawołała Wanda.

– …zieeence – odpowiedział głos.

– Gdzie?

– Łaaazieeeenkaaa. Jestem w łaaazieeeenceee.

Roztrzęsiona, zszokowana Wanda z trudem torowała sobie drogę w stronę ostatnich drzwi, jedynych, które były zamknięte. Na podeście panował straszny bałagan, połamane obrazy, gięte krzesło, półokrągły stolik i roztrzaskana szklana lampa. Jeden z obrazów, niewątpliwie namalowany przez amatora, przedstawiał osadę Pritchard z czasów pionierskich, kiedy w miasteczku były tylko poczta, skład kolonialny i kilka bezładnie rozrzuconych farm.

– O Boże, proszę cię, pomóż mi – błagał głos dochodzący zza ściany.

Wanda przekręciła gałkę i otworzyła drzwi. Natychmiast całe rumowisko zebrane pod drzwiami wdarło się do łazienki i zatrzymało na wannie.

Okno od łazienki wpadło do środka i wiatr podarł kwieciste zasłony. Niebo było tak krwiste i ciemne, że pomimo braku szyby w oknie Wanda nie mogła się zorientować, co się dzieje. Udało jej się tylko odróżnić dużą białą wannę, sedes z korkową deską przewrócony na bok i stos tłuczonego szkła. Na pierwszy rzut oka łazienka wyglądała na pustą.

– Gdzie jesteś? – spytała niepewnie. – Słyszę cię, ale nie widzę.

– W wannie – zadudnił głos. – Proszę, pomóż mi.

Na wpół ślizgając się, na wpół pełznąc, Wanda niezdarnie dotarła do ściany wysokiej, staromodnej wanny. Była lodowato zimna i kiedy Wanda w nią uderzyła, wydała głuchy, dudniący odgłos.

– O Boże, pomóż mi, proszę – powtarzał głos.

Wanda wdrapała się na brzeg i zobaczyła, że cała wanna zalana jest krwią. Wewnątrz leżała naga dziewczyna około szesnastu lub siedemnastu lat. Jej skóra była tak biała, że wyglądała jak mydło koloru kości słoniowej; jedna ręka zaciśnięta na uchwycie, druga mocno przyciśnięta do kafelków. Wanda nie była w stanie rozpoznać koloru jej włosów, tak były przesiąknięte krwią. Strugi świeżej i zakrzepłej krwi pokrywały jej piersi i ramiona. Krwawe odciski palców poznaczyły glazurę jak testy Rorschacha – koszmary w barwnych kolorach.

– Maggie, czy to ty? Maggie? – spytała Wanda.

Z trudem udało się jej rozpoznać w tej zbroczonej krwią rusałce młodszą córkę Allisonów, która często ją pilnowała, kiedy Wanda była mała. Ostatni raz widziała Maggie Allison, jak siedziała bokiem na siodełku motocykla Ricka Merricka, roześmiana, z głową odrzuconą do tyłu, a wiatr rozwiewał jej miękkie jasne włosy.

– Maggie, co się stało? Cała jesteś we krwi – odezwała się Wanda.

Maggie podniosła głowę i Wanda zobaczyła, że jest umazana, jakby miała uczestniczyć w obrządku inicjacji rytualnej. Oczy jej świeciły w ciemności, zakrwawiona woda oblepiła boki wanny i wydawała bulgoczące dźwięki.

– Okno… pękło okno. Szkło wpadło do wanny. Próbowałam wyjść, ale pokaleczyłam sobie nogi i przecięłam kostkę. Nie mogę się ruszyć i nie potrafię zatamować krwawienia, tu jest tyle krwi. Och, Wando, boję się, że umrę, że wykrwawię się na śmierć.

– Czy jest tutaj twoja mama? – spytała Wanda. Co tu robić? Jeżeli nawet uda jej się wyciągnąć Maggie z wanny, to w jaki sposób zatamuje krwawienie?

– Wołam i wołam, ale nikt nie przychodzi – narzekała Maggie. – Kiedy zaczęła się burza, mama była na podwórzu… Od tamtej pory nie słyszałam jej.

– To nie jest burza – sprostowała Wanda. – To jest coś zupełnie innego.

– Pomóż mi wydostać się stąd – prosiła Maggie.

Wanda zastanowiła się przez chwilę, po czym pociągnęła za łańcuszek. Odpowiedzią był krótki pusty dźwięk.

– Czy ona się nie opróżnia? – spytała Wanda.

Maggie zakaszlała i z ust jej wydobyły się krwawe bańki.

– Łańcuszek jest urwany… wyciągaliśmy korek ręką. Ale nie rób tego. Tu jest pełno szkła. Pokaleczysz sobie palce.

– Może ciebie uda mi się wyciągnąć – zaproponowała Wanda.

– Spróbuj, tylko nie ciągnij mnie. W moim boku tkwi kawał szkła.

Z rozpaczą rozejrzała się po łazience. Przez cały czas Maggie ani na chwilę nie puściła z ręki uchwytu, oddech miała słaby i nierówny, zakrzepła krew na włosach tworzyła ohydną i straszną perukę. Cały dom dygotał jak w febrze; usłyszały nad głową lawinę gontów spadających z dachu. Belka stropowa zajęczała, dachówki dzwoniły jak kastaniety, z podłogi wychodziły gwoździe. Dom się obrócił, a krwistoczerwone światło wpadające przez okno omiotło łazienkę.

– Wiem, co zrobię – odezwała się Wanda. – Wyłożę wannę ręcznikami i podsunę je pod ciebie. W ten sposób będę mogła wyciągnąć cię, nie narażając na dalsze skaleczenia.

Maggie milczała i kaszlała bez przerwy.

Wanda ruszyła przed siebie, zmagając się z brakiem siły ciążenia, który uniósł jej matkę i groził uniesieniem wszystkiego – ludzi, samochodów, domów, a nawet samego nieba. Rękami torowała sobie drogę do bieliźniarki, otworzyła zamek i od razu dostała w głowę drzwiczkami szafki, skąd wysypała się na nią lawina ręczników kąpielowych.

Kaszląc, z najwyższym wysiłkiem przemieszczała się tyłem w stronę wanny, ciągnąc za sobą ręczniki, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Cała zawartość bieliźniarki sama, kłębiąc się, sunęła po podłodze i zatrzymała się przed wanną.

– Wanda, tak mi zimno – szeptała Maggie. – Ratuj mnie. Tak mi strasznie zimno.

Wanda wzięła ręcznik i zanurzyła go głęboko w czerwoną wodę. W pierwszej chwili spęczniał od powietrza, po czym zatonął. Usłyszała skrzypienie szkła na dnie wanny.

– Ostrożnie, ostrożnie! – krzyknęła Maggie.

Przy próbie przeciągnięcia ręcznika głębiej po dnie wanny Wanda poczuła ostry ból. Wyszarpnęła rękę z wody i zobaczyła jasnoczerwone strumyczki, które na kształt piórek płynęły z jej nadgarstka.

Rozwinęła drugi ręcznik i mocno przycisnęła go do ręki. Rana była czysta, ale nierówna i dość głęboka. Przykładała ręczniki do rany, krew płynęła coraz obficiej.

Maggie zapiszczała. Wanda zawiązała rękę chusteczką do nosa i zębami zaciągnęła węzeł. Potem zaczęła wkładać do wanny ręczniki jeden po drugim.

– Maggie, czy mnie słyszysz? – dopytywała się.

Maggie pokiwała głową.

– Strasznie mi zimno – wyszeptała.

Leżała w wodzie tak głęboko, że mówiła, bulgocząc.

– Maggie, przykryłam szkło wokół ciebie ręcznikami. Musisz teraz przewrócić się na ręczniki, a ja spróbuję cię wyciągnąć.

Dom wydał z siebie prawie ludzki jęk. Część sufitu w łazience odpadła, obsypując dziewczynki grubą warstwą tynku. Usłyszały pękanie szyb okiennych i głuchy huk, jakby zapadał się dach werandy. Krwistoczerwone światło na przemian zmniejszało się i przybierało na sile, lecz wiatr nie ustawał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?