Duch Zagłady

Tekst
Z serii: Manitou #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Phoenix

Dude S.N. leżał w klimatyzowanej przyczepie na pomarańczowym tapczanie i słuchał zespołu Roxy Music z albumu wydanego w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym. Na oczach miał przeciwsłoneczne okulary Reynoldsa. Ubrany był w spłowiałą czarną bawełnianą koszulkę z motywem głowicy silnika Diesla. Na nogach zniszczone, ubrudzone smarem buty i białe koronkowe majtki przyjaciółki.

Wyblakłe dżinsy wisiały na oparciu biurowego krzesła. Było to stare obrotowe krzesło obite brązowym skajem. Siedzenie z gąbki było w połowie wyskubane przez różnych znudzonych osobników, którzy latami z niego korzystali. Dude S.N. był bardzo chudy i mimo iż całe życie spędził w Arizonie, odznaczał się niezwykle białą karnacją. Miał bardzo długie i błyszczące, kręcone włosy koloru mahoniu.

Z tą swoją wąską twarzą wyglądał jak fałszywy święty lub jak trzeźwy Jim Morrison namalowany przez Giotta. Podbródek miał zarośnięty miękką czarną szczeciną. Kiedy śpiewał, jabłko Adama przesuwało mu się pod skórą. Nogi miał równie białe jak twarz – kościste, o wystających kolanach, nigdy niewystawiane na słońce Arizony. Zawsze zakryte nieprzepuszczającymi słońca levisami.

Na parkingu piekło się w trzydziestostopniowym upale trzydzieści siedem samochodów. W większości buicki i oldsmobile, przeważnie dziewięcio- lub dziesięcioletnie, oraz liczne furgonetki. Wielki, ręcznie namalowany szyld informował: PAPAGO JOE. OKAZYJNA SPRZEDAŻ UŻYWANYCH SAMOCHODÓW. Najdroższe – 3300 dolarów. Po obu stronach reklamy umieszczona była głowa bizona z doklejonymi frędzlami ze sztucznego tworzywa imitującego skórę z bizona.

Tego dnia Papago Joe musiał udać się do sądu w Phoenix, gdzie starał się uzyskać prawo do opieki nad szesnastoletnią córką Susan White Feather. W zastępstwie zostawił Dude’a S.N., zakazując mu jednak dokonywania jakichkolwiek transakcji na własną rękę.

Dude S.N. nie martwił się specjalnie. Punkt handlu używanymi oldsmobile’ami, mimo że położony przy ruchliwej autostradzie numer 60, pomiędzy Apache Junction i Florence Junction, skąd roztaczał się widok na prastarą Górę Wierzeń, był mało ruchliwy. Bywało, że i przez trzy tygodnie nikt nie zainteresował się żadnym samochodem. Papago Joe zarabiał pieniądze, robiąc przysługi ludziom, którzy o nie prosili. Byli to głównie Indianie o posępnych, gładkich jak wyprawiona skóra twarzach, w błyszczących cadillacach i lustrzanych okularach przeciwsłonecznych. Dude S.N. nigdy nie zadawał żadnych pytań. Tytoń, alkohol i stale zmniejszająca się warstwa ozonowa stanowiły dostateczne wyzwanie dla zdrowia, przynajmniej on tak uważał, żeby narażać się jeszcze na dodatkowe ryzyko, naprzykrzając się Indianom o posępnych, gładkich jak skóra twarzach, w błyszczących cadillacach.

Dude S.N. nie wiedział, czy starczy mu sił, by dobrnąć do baru Słoneczny Diabeł i wlać w siebie parę zimnych piw. Kiedyś mieli lodówkę w przyczepie, ale Papago Joe podarował ją jakiejś rodzinie w rezerwacie Salt River. Był to jeden z tych spontanicznych odruchów serca, do których Papago Joe miał ogromne skłonności. A przecież czasami mógłby coś zrobić również dla siebie. Były to trudne lata dla wszystkich, a zwłaszcza dla Indian. Czasami paląc papierosy, Papago Joe opowiadał Dude’owi S.N. o latach, które nie były ani łatwe, ani trudne, po prostu były.

– Słońce wschodziło, chmury przesuwały się po niebie, tak samo jak teraz. Potem słońce znowu zachodziło.

– To były chyba niezbyt przyjazne czasy – zauważył Dude S.N. Nigdy nie był pewien, co Papago Joe ma na myśli.

– Masz rację – z powagą odpowiadał Papago Joe i kiwał głową. – To były naprawdę niedobre lata.

Dude S.N. zdążył już prawie sobie wyperswadować, że wcale nie musi napić się piwa, kiedy nagle poczuł, że zadrżała pod nim przyczepa. Jak gdyby ktoś delikatnie trącił ją w bok. Usiadł, nasłuchując i czekając, czy wstrząs się powtórzy. Z zewnątrz doszły go trzaski i szurania, jakby stojące na parkingu samochody uderzały o siebie.

Zerwał się z tapczanu, nasunął przeciwsłoneczne okulary na nos i otworzył drzwi przyczepy. Oślepiający blask słońca i upał panujący na zewnątrz były nie do zniesienia. Akurat było samo południe. Promienie słońca odbijające się w każdej szybie, lusterku bocznym czy wypolerowanym błotniku dźgały go jak sztyletem. Parking miał kolor zakurzonej bieli. Niebo i autostrada miały ten sam kolor.

Dude S.N. zatrzymał się i pociągnął nosem. Do znajomego zapachu rozgrzanych samochodów i gumy dołączył się jeszcze jeden. Zapach palącego się ogniska… gumowego drzewa, węgla drzewnego i dawno zapomnianych ziół. Ten kwaskowy zapach żywo przypominał mu młodość.

Z rękami wspartymi na biodrach rozejrzał się dookoła i zszedł po gorących aluminiowych stopniach przyczepy. Na autostradzie i na parkingu panowała cisza. Wysoko nad głową, unoszony ciepłym prądem powietrza, krążył leniwie sęp. Czerwono-białe chorągiewki wokół parkingu zwisały żałośnie, jakby za chwilę miały się roztopić.

Nasłuchiwał. Usłyszał niegłośne, ale przeszywające zgrzytanie. Dochodziło gdzieś z tyłu parkingu, gdzie przed długą, białą ścianą z napisem Warsztat naprawczy i usługowy stały samochody.

Miał wrażenie, jakby samochody pchały się jeden na drugi, błotnik na błotnik. Widok był przerażający. Zdrapana farba, pogniecione koła, pogięte słupki ogrodzenia, połamany żywopłot. Przesłonił oczy ręką, aby zobaczyć, czy przypadkiem w którejś z zaparkowanych pod ścianą garażu furgonetek nie siedzi kierowca. Wszystkie były puste i w żadnej nie chodził silnik.

Podskoczył parę razy, żeby zobaczyć na dalszą odległość. Jak zdążył stwierdzić, w żadnym z samochodów nikt nie siedział. Na placu był tylko on, samochody i pustynia.

– Kurde – powiedział. – O kurde!

Przestał skakać. Nie był w dobrej kondycji, poza tym miał uczucie, że od tego skakania wyskoczy mu mózg. Z zamkniętymi oczami nasłuchiwał, starając się wyłapać dźwięk kroków, otwieranych drzwi lub gorączkowych szeptów. Papago Joe zawsze mówił mu, że z zamkniętymi oczami dużo lepiej się słyszy.

Znowu powtórzył się ten dźwięk przypominający zgrzyt i w ślad za nim wyraźny, głuchy huk spadających tablic rozdzielczych.

Otworzył oczy. Przy bramie stał mały, ośmioletni chłopczyk, obserwując go z poważną miną. Wyglądał na mieszańca: Apacza z białym. Na głowie miał baseballową czapkę z żółwiem Ninja Michelangelo, a na sobie brudną białą koszulkę z napisem Kto wie, jakie zło czai się w ludzkich sercach?

– Nosisz babskie majtki – powiedział złośliwie chłopiec.

Dude S.N. spojrzał w dół. Parę miesięcy temu spadła z niego ostatnia para kalesonów i od tej pory nosił majtki Cybille. Po prostu nie chciało mu się pójść do marketu i kupić nowe.

– Powiadasz, że noszę damskie majtki? – rzekł zaczepnie. – Co cię to obchodzi? Za to nie noszę czapki z idiotycznym żółwiem Ninja.

– Tylko pedały noszą babskie majtki.

– Co ty możesz wiedzieć o pedałach?

– Wiem, że noszą babskie majtki.

Dude S.N. znał tego chłopca. Widział, jak kopał piłkę na tyłach baru Słoneczny Diabeł. Prawdopodobnie był synkiem tej nowej kelnerki z baru, blondynki z krótko ostrzyżonymi włosami, która jeździ zielonym caprice’em. Dude S.N. nigdy nie był zbyt towarzyski ani nie lubił plotkować, więc chociaż był częstym gościem w barze, nie znał nawet nazwisk ludzi, którzy tam bywali. Zawsze uważał, że ludzie tacy jak on, niemający korzeni, mają prawo do prywatności.

Wszedł do przyczepy i zdjął z krzesła dżinsy. Chłopiec stanął przy schodkach, przyglądając mu się, jak zapinał pasek. Zmrużył jedno oko, ponieważ słońce odbijające się od wypolerowanej blachy oślepiało go.

– Jak się nazywasz? – zapytał chłopiec.

– Dude S.N. – odparł Dude S.N.

– To głupio. Co to za nazwisko?

– Moje. A ty jak się nazywasz?

– Stanley.

– Rodzice mówią na ciebie Stanley?

– Mama tak mnie nazywa, po moim ojcu. Mój ojciec nie żyje.

– Bardzo mi przykro.

– Nie pamiętam go. Mama mówi, że tak musiało się stać.

– Ach tak?

Dude S.N. zdjął okulary i rozejrzał się po terenie. Pomyślał, że trzeba by sprawdzić samochody zaparkowane pod ścianą warsztatu, chociaż na razie było spokojnie. Pomimo odgłosów skrzypienia i zgrzytania samochody wyglądały na nieuszkodzone. Może te dziwne głosy pochodziły ze złomowiska Johnny’ego Manzanery po drugiej stronie autostrady?

Napiłby się piwa. Teraz, kiedy został wyrwany z ulubionej pozycji, jaką było leżenie na pomarańczowym tapczanie, Dude S.N. postanowił pójść na piwo do baru. Powędrował na koniec przyczepy, do kuchenki zawalonej pustymi puszkami po zupie, garnkami z błyskawicznym makaronem i niedojedzonymi szybkimi daniami. Na blacie koło opiekacza stało brudne, usmarowane terrarium. Nieruchoma i wyschnięta, leżała tam jadowita jaszczurka z rzeki Gila.

Dude S.N. podniósł wieko terrarium i wsadził rękę pod kamienie, skąd wyciągnął dwadzieścia dolarów. Jaszczurka oblizała wargi, oczy jej przekręciły się jak migawka kamery, ale poza tym go zignorowała.

– Ta jaszczurka przynosi pecha – odezwał się Stanley.

– Co ty powiesz? Czy ty w ogóle wiesz, co to jest pech?

– Mama twierdzi, że zawsze mamy pecha.

– Naprawdę? To pech zawsze mieć pecha.

– Te jaszczurki więżą w sobie dusze zmarłych i nie pozwalają im odejść.

Dude S.N. wyszedł z przyczepy i zamknął drzwi na klucz. Jeszcze raz rozejrzał się po całym terenie, aby upewnić się, że nikt tam się nie chowa, i zszedł po schodkach.

– Idę na piwo – oznajmił Stanleyowi. – Idziesz?

– Jeżeli postawisz?

Tak mówi dziecko, które za dużo czasu spędza w pobliżu baru, pomyślał Dude S.N.

 

Zaledwie przeszli parę kroków przez popękany od słońca beton, kiedy Dude S.N. znów usłyszał hałas. Tym razem był o wiele głośniejszy i bardziej przerażający, jakby zgniatarka miażdżyła samochód; odpadła tablica rozdzielcza, pękały przekładnie, rozpryskiwały się szyby. Rozglądał się na wszystkie strony, kiedy stojąca koło niego brązowa delta 88 metalic nagle, bez żadnej widocznej przyczyny, zakołysała się na zawieszeniu i gwałtownie przechyliła się na bok. Nic nie wskazywało, żeby ją ktoś ciągnął. Dudnienie i pisk opon zlały się w jeden piekielny, niezborny kwartet. Po chwili przedni zderzak z hukiem uderzył w sąsiednią limuzynę.

Zdumiony Dude S.N. odwrócił się do Stanleya.

– Widzisz, co się dzieje? Spójrz! Kurde mol, to się samo porusza!

Stanley stał, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Oczy miał szeroko otwarte z przerażenia.

Wszystkie wozy na parkingu zaczęły się przechylać i wjeżdżać na siebie. Piski opon stawały się coraz głośniejsze. Dachy samochodów falowały jak grzbiety uciekającego w panice bydła. Dude S.N. podbiegł do brązowej delty 88, próbując otworzyć drzwi; w tej chwili samochód gwałtownie ruszył do przodu, zaczepiając przednim zderzakiem o sąsiednie auto. Jakaś niewidzialna siła odciągnęła go z taką mocą, że Dude S.N. o mało nie stracił zaciśniętych na klamce palców.

Coś go pociągnęło – ale co to mogło być?

Wszystkie zgromadzone samochody, najeżdżając na siebie w jakimś ogromnym, niedającym się zatrzymać wyścigu zniszczenia, zaczęły walić w tylną ścianę warsztatu. Dude S.N. był zupełnie bezradny. Stał i patrzył pełen przerażenia i przybity nieszczęściem. Błotniki waliły o błotniki, drzwi wylatywały z zawiasów, kolumny sterownicze wbijały się w siedzenia i wychodziły przez okna. Siła przyciągająca była ogromna, tak że auta zaczęły przetaczać się przez siebie. Regal za dwa tysiące dolarów, jedna z cenniejszych ich ofert, uniósł się nad bagażnikiem delty 88 i przewalił się przez jej dach.

Od tego hałasu pękały bębenki w uszach. Istna kakofonia odrażających dźwięków – mielenia, skrzypienia, rozdzierania metalu i przeraźliwego pisku – jakby ktoś wodził rysikiem po szkle.

Stanley zasłonił uszy rękami.

– Co to jest?! – krzyknął. – Co się dzieje?!

– Nie mam pojęcia! – wrzasnął Dude S.N. – Nikt nimi nie kieruje. One jadą same.

Dwie limuzyny stanęły dęba jak walczące byki. Przy akompaniamencie ciągłego skrzypienia metalu pięły się w górę, aż wreszcie ustawiły się niemal pionowo. Po chwili jedna przewróciła się na bok i przekoziołkowała w dół, w kłębiący się i drgający stos pojazdów.

– Chryste Panie – wyszeptał Dude S.N. z niedowierzaniem. Co ja powiem Papago Joemu?

– Spójrz! – krzyknął Stanley, wskazując palcem. – Spójrz na ścianę!

– Co takiego? – dopytywał się Dude S.N.

– Patrz na ścianę! – powtarzał Stanley.

– Co ma być z tą ścianą?

– Tam są cienie!

Dude S.N. wpatrzył się w ścianę. Najpierw widział jedynie ciężkie, kanciaste cienie kłębiących się samochodów. Nagle z prawej strony zobaczył coś dziwnego, co nie było częścią samochodu, lecz raczej przypominało ludzką postać, tyle że nie było też postacią człowieka. Z ogromną bezkształtną głową, cień biegł przez ścianę, skacząc i schylając się, tak jak nie biegnie żaden człowiek.

– Tam ktoś, kurde, jest! – krzyknął gniewnie Dude S.N. – Człowieku, tam jest ktoś, kto z rozmysłem rozbija samochody!

Znów spojrzał na cień. Wyglądało na to, że winowajca stara się niepostrzeżenie schować za samochody.

– Zaczekaj tu na mnie, dobrze? – polecił Dude S.N. Stanleyowi. Sam skoczył naprzód, aby zobaczyć, dokąd pomknął cień.

Okrążył prawą stronę placu, chcąc wyprzedzić cień. Gdy tylko zbliżył się do muru, zdał sobie sprawę, że nikt nie jest w stanie przedrzeć się przez to pobojowisko porozbijanych i zmiażdżonych aut. Chryste Panie! W jednej chwili można być uwięzionym i zmiażdżonym – pomyślał.

Dude S.N. ostrożnie wspiął się na tył przewróconej do góry kołami furgonetki. Ledwie zdążył złapać równowagę, gdy furgonetka, jak żywa, ruszyła z miejsca. Zeskoczył i odsunął się. Za nic w świecie nie chciał być w nic wplątany. I bez tego sytuacja była rozpaczliwa. Na razie nie widać było ani cienia, ani ewentualnego człowieka, który mógłby rzucać ten cień.

Usłyszał huk spadającego metalu i coś uderzyło go w stopę. Wrzasnął z bólu. Przeskakując z nogi na nogę, zdołał złapać rozsypujące się klucze i śrubokręty turlające się po betonie w kierunku porozbijanych aut.

Narzędzia, puste butelki, pudełka i stare opony – wszystko to ciągnęło na stos rozbitych samochodów pod ścianą warsztatu.

Najpierw jeden segment łańcucha otaczającego plac zaczął drżeć i grzechotać. Za nim poszły następne, aż wreszcie całe ogrodzenie zaczęło dygotać i dzwonić. Czerwono-białe chorągiewki pofrunęły w stronę parkingu, przyczepiając się do rozbitych aut.

Wreszcie – ku przerażeniu Dude’a S.N. – przyczepa Papago Joego zaczęła trzeszczeć i przechylać się na bok.

– Ona się przewróci! – krzyczał Stanley. – Zaraz się przewróci!

W tym momencie kilka samochodów zatrzymało się na autostradzie. Ze Słonecznego Diabła wybiegli ludzie, wśród nich kelnerka o blond włosach, matka Stanleya. Biegła boso przez parking, wołając trwożnym głosem:

– Stanley! Stanley!

Chwyciła go w ramiona, w chwili gdy zawieszenie przyczepy siadło, a cała góra przewróciła się na bok. Dude S.N. usłyszał trzask tłukącego się szkła i rozrywanie aluminiowego poszycia. Zaraz potem zobaczył, jak książki, porcelana, szkło, garnki i patelnie należące do Papago Joego zaczęły z łoskotem przelatywać z jednego końca przyczepy na drugi. Po chwili nastąpił wybuch. Najprawdopodobniej był to telewizor.

Chwilę później zupełnie nieoczekiwanie zaległa martwa cisza. Nastąpił kres niszczenia. Ciszę tego upalnego południa przerywały tylko pojedyncze dźwięki; to odpadł kolejny dekiel lub wywrócony samochód osiadał na dachu. Ale to było wszystko.

Dude S.N. uważnie obejrzał cały teren. Ogarnęło go uczucie bezsilności. Wyglądało na to, że ostał się tylko szyld: PAPAGO JOE. OKAZYJNA SPRZEDAŻ UŻYWANYCH SAMOCHODÓW. Ocalała też głowa bizona, chociaż frędzle imitujące skórę zostały zerwane.

Matka Stanleya z niezadowoloną miną podeszła do Dude’a S.N. Miała drobną figurę, zadarty nosek i wielkie błękitne oczy. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Musiała być jeszcze podlotkiem, kiedy urodziła Stanleya. Była tylko w obszernej białej bawełnianej koszulce, która wznosiła się na wietrze.

– Dobrze się czujesz? – spytała.

– Oczywiście. Wszystko w porządku.

– Co się stało? W jaki sposób te samochody zostały zniszczone?

– To zrobił cień – wyrwał się Stanley.

– Cień? – powtórzyła matka.

– Kto wie, jakie zło czai się w ludzkich sercach? – mruknął Dude S.N. – To wie tylko cień.

– Co za burdel – rzuciła matka Stanleya. – Spałam, kiedy obudził mnie hałas rozbijanych samochodów.

– No tak. To musiała być jakaś burza magnetyczna czy coś w tym guście. Nie mam pojęcia. Miałem pilnować tych samochodów. A tu, kurde, masz.

– To sprawka cienia – upierał się Stanley.

– Daj spokój, Stanley. Znowu zaczynasz. Cicho bądź – upominała go matka. – Przy okazji – zwróciła się do Dude’a S.N. – poznajmy się. Nazywam się Linda Welles. Pracuję w Słonecznym Diable. Dziękuję za opiekę nad Stanleyem. Ciągle się gdzieś włóczy. Ma to we krwi.

– Dude S.N. – przedstawił się Dude S.N.

– Dude S.N.? Co to znaczy?

– Nic szczególnego. – Dude S.N. wzruszył ramionami. Był zbyt zakłopotany, żeby powiedzieć jej prawdę.

Z baru wyszedł Jack Mackie i ruszył w stronę garażu. Słońce padało na jego siwe, tłuste włosy.

– Boże wszechmogący, S.N., Joe cię oskalpuje. Spójrz na te samochody. Spójrz na tę przeklętą przyczepę. Człowieku, przecież to jego dom. Przewróciłeś jego cholerny dom.

– Nie mam pojęcia, jak to się stało – odparł Dude S.N. Podniósł zgiętą kierownicę. Chwilę trzymał ją w ręce, a potem rzucił na ziemię.

– To zrobił cień – upierał się Stanley.

– Z pewnością – powiedział Jack. – Joe pojechał do Phoenix. Stara się o prawo do opieki nad córką, prawda? To mu nie pomoże. Całe jego życie legło w gruzach, a na dodatek nie ma dokąd zabrać dzieciaka.

– Człowieku, to przecież nie moja wina – tłumaczył się Dude S.N. żałośnie. Z oddali dobiegło go wycie syreny. To pewnie Fordyce, zastępca szeryfa.

Jack Mackie przechadzał się po rumowisku, od czasu do czasu męskim zwyczajem, kopiąc w opony.

– Wiesz, S.N., w życiu nie widziałem czegoś takiego. Co ty tu robiłeś?

– Mogę przysiąc na Biblię, że nawet ich nie dotknąłem – protestował Dude S.N. – Nie dotknąłem żadnego.

Stanley wskazał ręką na ścianę warsztatu.

– To był cień. Widziałem, jak uciekł w tamtą stronę.

W tym momencie z piskiem opon, wyjącą syreną i włączonymi światłami sygnalizacyjnymi nadjechał zastępca szeryfa Fordyce. Wysiadł z samochodu i podszedł do nich. Był to wysoki trzydziestoletni mężczyzna, o czerwonej twarzy i kasztanowych włosach. Na głowie miał duży kapelusz, a na szerokim tyłku spodnie zaprasowane w kant.

Zdjął pomarańczowe okulary przeciwsłoneczne marki Ray-Bans złożył je starannie i wsadził do kieszeni na piersi.

– Ach, to znowu ty, S.N. – powiedział, gniewnie przyglądając się rumowisku. – Jak widzę, te wszystkie samochody są nieźle porozbijane, nawet jak na normy Papago Joego.

– Właśnie mówiłem Jackowi, że nawet ich nie dotknąłem. Żadnego.

– To zrobił cień – zapiszczał Stanley, ale matka natychmiast go uciszyła.

– Kochanie, bądź cicho. Nie przeszkadzaj.

– To chyba była burza magnetyczna albo coś podobnego – podsunął Dude S.N.

– Burza magnetyczna? – powtórzył z przesadnym zainteresowaniem szeryf Fordyce. – A co to jest burza magnetyczna?

– Nie wiem. Widziałem coś podobnego na filmie Superman.

– Doprawdy? No cóż. Widzę, że dużo jeszcze muszę się nauczyć. Ale ty mi to wszystko objaśnisz, prawda?

– Proszę, niech mnie pan wysłucha. Naprawdę nawet nie dotknąłem tych samochodów.

– Masz na to jakichś świadków? Kogoś, kto widział, jak to się stało?

– Stanley, ten mały chłopiec. Był tutaj cały czas.

Szeryf Fordyce przekrzywił kapelusz i spojrzał z góry na Stanleya jak olbrzym na nędzną kruszynę.

– Synu, byłeś tu cały czas? Czy zechcesz mi opowiedzieć, co się tutaj wydarzyło?

– Usłyszałem hałas i zobaczyłem, jak samochody najeżdżają na siebie, więc przybiegłem popatrzeć – oznajmił Stanley. – Potem wyszedł z przyczepy Dude S.N. Miał na sobie babskie majtki.

Szeryf Fordyce obrzucił Dude’a S.N. spojrzeniem, jakie zazwyczaj szeryfowie Arizony rezerwują sobie dla ufoludków.

– O Boże. To były majtki Cybille. Moje szorty są w praniu – wytłumaczył Dude S.N.

– Co było dalej? – zwrócił się szeryf Fordyce do Stanleya.

Stanley oblizał wargi.

– Dude S.N. włożył dżinsy i zaproponował, żebyśmy poszli i obejrzeli samochody, czy któryś czasem nie został uszkodzony. Potem mieliśmy pójść na piwo.

– Chciał ci postawić piwo?

– Ależ proszę pana, ja tylko żartowałem – protestował Dude S.N. – Chciałem z nim porozmawiać jak z dorosłym.

– Co było potem? – zapytał szeryf, manifestując swoją cierpliwość.

– Auta zaczęły najeżdżać na siebie. Dude S.N. nawet ich nie dotknął – powiedział Stanley. – Starał się je powstrzymać, ale nie mógł.

Szeryf Fordyce długo i uważnie przyglądał się rumowisku.

– Więc one same się porozbijały… bez jakiegokolwiek waszego udziału?

Stanley skinął głową.

– Nie wierzę wam – odparł z uśmiechem szeryf, poprawiając na kolanach swoje nieskazitelnie wyprasowane spodnie. – Dlaczego nie chcecie powiedzieć mi prawdy? Urządziliście sobie zawody, który z was zniszczy więcej samochodów? Czy tak?

– Nie, proszę pana. To zrobił cień.

– Co za cień?

– Na ścianie pokazał się cień. On to zrobił.

– Skąd wiesz?

– Wiem i już. – Stanley wzruszył ramionami. – Po prostu wiem.

Szeryf Fordyce wstał i udał się w stronę warsztatu, między porozbijane samochody. W ślad za nim poszli Dude S.N. i Jack Mackie, Linda ze Stanleyem i grupka miejscowych gapiów. Doszedłszy do ściany warsztatu, szeryf zatrzymał się i powiedział:

– Trzeba przyznać, że jest nielichy bałagan.

Wszyscy zgodnie kiwali głowami. Nagle w przewróconej limuzynie otworzyły się drzwi. Wszyscy, nie wyłączając szeryfa Fordyce’a, podskoczyli z wrażenia i spojrzeli po sobie z zakłopotaniem. Za chwilę rozhuśtane drzwi zatrzymały się.

 

– Gdzie był ten cień? – zapytał szeryf Fordyce.

Stanley pokazał palcem.

– Tu, na ścianie. Przebiegł przez ścianę. – Chłopiec zademonstrował niezdarny ruch zgarbionej postaci.

– Jeżeli przez ścianę przebiegał cień mężczyzny, to musiałeś również widzieć mężczyznę, który ten cień rzucał. Musiał być widoczny. Sądząc z położenia słońca, musiał być gdzieś tu, w tym miejscu. Nie mogłeś go nie zauważyć.

– Nie, proszę pana – odpowiedział Stanley grzecznie. – On nie był po tej stronie muru.

– Nie rozumiem.

Stanley okrążył szeryfa Fordyce’a, aż dotarł do rozklekotanych drewnianych drzwi warsztatu. Przyłożył dłoń do szarej, wyblakłej farby i powiedział:

– On był po tamtej stronie.

Minęła dłuższa chwila, zanim słowa Stanleya dotarły do szeryfa. Ten roześmiał się nagle i pokręcił głową.

– Chcesz powiedzieć, że on był tam w środku, że jego cień przeniknął przez cegły, a ty widziałeś go na zewnątrz?

– Tak, proszę pana – z powagą odpowiedział Stanley.

– Daj spokój, Stanley – odezwała się Linda, biorąc chłopca za rękę. – Czasami strasznie zmyślasz! Przepraszam, szeryfie. On ma taką bujną wyobraźnię! Nieraz trudno odróżnić, kiedy mówi prawdę, a kiedy zmyśla.

– Z pewnością nie jest w tym odosobniony – odpowiedział szeryf Fordyce, uważnie wpatrując się w Dude’a S.N. – Powiadasz, burza magnetyczna. I widziałeś to na filmie Superman. Jezus Maria!

Odwrócił się tyłem do drzwi warsztatu, kiedy Stanley, wyrwawszy się matce, złapał go za spodnie.

– To prawda! – krzyczał. – To prawda! Wiem, że to prawda! On był tam w środku! Był w środku!

– Hej, koleś, uważaj na mundur – zwrócił mu uwagę szeryf. Stanley puścił jego nienagannie wyprasowane spodnie, zostawiając na nich ślady czekolady. – Nie wątpię, że myślisz, że jest to prawda. Coś ci się jednak musiało pomylić. Czasami upał rzuca się na mózg i sprzyja głupim myślom. – Splunął na palec, próbując zetrzeć plamy po czekoladzie.

Stanley znów podbiegł do drzwi warsztatu i waląc w nie obiema piąstkami wołał:

To prawda. Wiem, że to prawda. On był tam w środku!

Szeryf Fordyce poszedł za nim i wziął do ręki zardzewiałą kłódkę.

– Czy warsztat jest zawsze zamknięty? – zwrócił się do Dude’a S.N.

– Myślę, że chyba z rok nikt go nie otwierał.

– Masz klucz?

– Klucz ma Papago Joe.

– Czy jest jakieś inne wejście?

– Na końcu jest okno. Co prawda dosyć wysoko, ale myślę, że można się przez nie dostać.

Szeryf Fordyce puścił kłódkę.

– S.N., napiszesz mi oświadczenie. Niech ktoś zawiadomi Papago Joego. Psiakrew, nie mam pojęcia, co się tutaj wydarzyło, ale dowiem się.

Skierował się w stronę swojego samochodu. Przy każdym kroku jego biodra falowały, a kabura podjeżdżała w górę i w dół.

– Wszyscy uważają Papago Joego za półświętego, ale ja dobrze znam ludzi, z którymi robi interesy. Dam się zjeść na surowo, jeśli to nie jest jakaś zemsta lub kara.

– Proszę mi wierzyć – zaklinał się Dude S.N. – Nikogo tutaj nie było. Tylko ja i chłopiec.

Szeryf Fordyce zmarszczył brwi, rzucając mu pełen niedowierzania uśmiech.

– Też bym tak mówił, gdyby mafia Apaczów kazała mi zapomnieć o wszystkim, co się tu dziś wydarzyło. Nie wierzę ci, S.N., i nie mówmy już o tym więcej.

W tej samej chwili usłyszeli rozdzierający zgrzyt, jakby ktoś ostrzem noża jeździł po szybie. Odwrócili się i zobaczyli Stanleya, który stał w odległości około metra przed drzwiami warsztatu. Jego twarz była buraczkowoszara, oczy wywrócone białkami do góry. Stał wyprężony, na lekko ugiętych w kolanach nogach, pięści miał zaciśnięte, a jego ciało trzęsło się i drżało.

– On był w środku! – krzyczał. – Był w środku, widziałem go!

– Na miłość boską! – zawołał szeryf Fordyce.

Linda chwyciła Stanleya i przycisnęła go mocno do siebie, lecz on uwolnił twarz spod jej ramienia i dalej krzyczał:

– On był w środku, wierzcie mi, on był w środku!

Oczy miał wywrócone, a z ust ciekła mu ślina. Po raz pierwszy w życiu S.N. zapragnął wziąć dziecko w ramiona, aby je ukoić.

– Cicho, cicho, wszystko w porządku.

Szeryf Fordyce położył rękę na ramieniu Lindy. Z potarganymi blond włosami, z wyzywającym spojrzeniem w oczach Linda spojrzała na niego. Nie musiała nic mówić. Wszystko było jasne.

– Czy on ma skłonności do histerii? – zapytał szeryf.

– A jak pan myśli? – odparowała Linda. – Stracił ojca, kiedy miał cztery lata. Nauczył się dostosowywać do każdej sytuacji.

Szeryf zakręcił się na pięcie i krzyknął:

– Jack, przynieś mi łyżkę do zdejmowania opon!

Jack Mackie kopnął w bagażnik najbliższego samochodu i wyciągnął narzędzia do zdejmowania opon. Podał je szeryfowi z takim wyrazem twarzy, jakby mówił: „Od razu powinieneś to zrobić, ty pijawko”. Szeryf bez słowa wziął łyżkę i wsunął żelazo w skobel kłódki. Szarpnął silnie trzy razy i kłódka się otworzyła.

– Niech nikt nie myśli, że będę za nią płacił – powiedział Dude S.N. – Czy jeszcze nie dość zostało tu zniszczone?

– Może byś się uspokoił, dobrze? – rzekł szeryf.

– Ty każesz mi się uspokoić! – wściekł się Dude S.N. – Jakim prawem?

Szeryf Fordyce otworzył drzwi na oścież. Wnętrze było ciemne i pachniało jutowymi workami i olejem. Kiedy siedemnaście lat temu Papago Joe przejął ten interes od Starego Johnsona, sprzedawał nowe pontiaki i chevrolety, a w warsztacie robił jedynie przeglądy i naprawy. Lecz z czasem handel nowymi samochodami przeniósł się do Phoenix i Scottsdale, gdzie warsztaty były elegantsze, a usługi tańsze. Poza tym tamci przyciągali klientów, dodając darmo do transakcji na przykład komplet garnków, a dzieciom gumę balonową.

W warsztacie było bardzo ciemno. Słońce ledwo sączyło się przez jedyne, kapiące od brudu, okno, umieszczone wysoko na tylnej ścianie. Po obu stronach pomieszczenia stały półki, ławki i wyciąg do wyjmowania silników. Ciężkie, wysmarowane olejami łańcuchy wyciągu kołysały się na wietrze: czink-czunk, czink-czunk…

Na środku podłogi znajdował się głęboki kanał diagnostyczny, około trzech metrów długi i kilkadziesiąt centymetrów szeroki. Szeryf Fordyce podszedł i ostrożnie zajrzał do środka. Przyglądał się długo, a potem wyciągnął rękę za siebie i krzyknął:

– Latarkę!

– Kto? Ja? – zapytał Dude S.N.

– Daj tę pieprzoną latarkę! – wrzasnął szeryf, nie oglądając się za siebie.

Dude S.N. wyszedł na słońce.

– O co chodzi? – zapytał Jack Mackie.

– Nie mam pojęcia. Chce, żeby mu dać latarkę.

– Szeryfie, czy potrzebuje pan pomocy?! – zawołał Jack Mackie.

– Nie włazić mi tu – warknął szeryf. – Jak będę potrzebował pomocy, to cię poproszę!

Dude S.N. otworzył wóz patrolowy szeryfa i wyjął stamtąd długą służbową latarkę. Samochód pachniał rozgrzanym plastikiem. Z radia ktoś skrzeczał bełkotliwie: Mamy zezwolenie na produkcję tablic rejestracyjnych stanu Utah. Dude S.N. wrócił do warsztatu, a Jack Mackie przepuścił go bez słowa.

Szeryf Fordyce wziął latarkę i zapalił. Strumień światła przeskakiwał z jednej strony na drugą. Nagle Dude S.N. zobaczył obnażone ramiona i nogi, zakrwawiony tułów. Ujrzał młodą kobietę z szeroko otwartymi oczami, którymi wpatrywała się w niego z takim przerażeniem, że z początku pomyślał, że jeszcze żyje. Na głowie miała coś, co przypominało czerwony gumowy czepek do kąpieli. Dopiero kiedy szeryf zatrzymał światło latarki na dłużej, zrozumiał, że to wcale nie jest czerwony gumowy czepek kąpielowy. Kobieta była oskalpowana.

– Chryste Panie – wyszeptał Dude S.N., czując, jak kolana uginają się pod nim. Nie był pewien, czy uda mu się je kiedyś wyprostować.

Szeryf Fordyce oświetlił latarką cały dół. Ściany były błyszczące od krwi. Ludzkich członków oraz wyrwanych kawałków ciała było tak dużo, że trudno było policzyć, ilu ludzi znajduje się w tym dole. Dude S.N. dostrzegł mężczyznę w średnim wieku z czołem wciśniętym w róg kanału. Brakowało mu dolnej szczęki, a jego język leżał na betonie. Widok ten przypominał grubego czerwonego węża, usiłującego zwrócić połkniętą ofiarę.