Tańczące martwe dziewczynki

Tekst
Z serii: Katie Maguire #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
38,90  27,62 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Może chodzić o porachunki gangów – odezwał się Mulliken. – Odkąd usłyszeli, że Bobby Quilty wypadł z obiegu, Litwini próbują przejąć jego biznes papierosowy. Najwyraźniej mają dość zbierania spod drzwi worków z używanymi rzeczami, zanim zrobią to pracownicy organizacji charytatywnych.

– Matko Boska. – Katie westchnęła ciężko. – Myślałam, że to będzie spokojny tydzień. Zastanawiałam się nawet, czy nie wziąć kilku dni wolnego i nie odwiedzić siostry w Youghal. Dopiję tylko kawę, rzucę okiem na papiery i zaraz do ciebie dołączę, Tony. Możesz poprosić Kynę, żeby się przygotowała?

Rozdział 6

Katie miała jeszcze jeden powód, by zabrać ze sobą detektyw sierżant Ni Nuallán, poza tym, że chciała obejrzeć miejsce zdarzenia i zapoznać się z okolicą Gurranabraher.

Zatrzymała się na światłach przy Merchants Quay, tuż przed Patrick’s Bridge, i powiedziała:

– Conor przyszedł wczoraj rano na komendę, żeby się ze mną zobaczyć.

– Co miał na swoją obronę? – spytała Kyna. Poprawiała swoje krótkie blond włosy, przeglądając się w lusterku osłony przeciwsłonecznej, ale przerwała to i z trzaskiem zasłoniła lusterko.

– Nic. Nie było czasu. Spieszyłam się do pożaru w Toirneach Damhsa.

– Oddzwonił rano?

Katie pokręciła głową. Światła zmieniły się już na zielone, ale cierpliwie czekała, aż przejdzie staruszka z balkonikiem. Nikt jej nie poganiał, nie trąbił. Wyglądało na to, że kiedy w Cork zapalały się zielone, rytuał nakazywał przed wrzuceniem pierwszego biegu krótką nowennę i ruszenie dopiero na czerwonym.

– Co zrobisz? – spytała Kyna. – Bez niego nie będzie łatwo zamknąć McManusa i reszty tych skurwieli od walk psów.

– Szczerze mówiąc, nie wiem – wyznała Katie. – Dlaczego mi nie powiedział, że jest żonaty? Przynajmniej miałabym rozeznanie, czy iść z nim do łóżka, czy nie.

– A poszłabyś, gdybyś wiedziała? Bo do tego to się sprowadza, prawda?

Katie skręciła w lewo w Camden Quay. Niebo poczerniało i kilka kropli deszczu spadło na przednią szybę. Rzeka lśniła jak ołów.

– Nie wiem. W tym sęk. Lubię go. Nawet zaczęłam sobie mgliście wyobrażać jakąś wspólną przyszłość.

Kyna łagodnym gestem położyła dłoń na ramieniu Katie.

– Co ci mogę powiedzieć poza tym, że wiem, co czujesz? Ale zawsze będziesz mieć mnie.

Dojechały do Knockfree Avenue. Samochód Nialla Gleesona okryto niebieskim namiotem z lekkiego sztucznego materiału. Przy nim parkowały trzy radiowozy, dwie furgonetki laboratorium kryminalistycznego i jeszcze karetka. Niewielki tłumek gapiów chronił się przed deszczem pod wielkim drzewem przed przedszkolem Before 5. Katie dojrzała Dana Keane’a z „Examinera” i Jean Mulligan z „Evening Echo”. Ani wóz transmisyjny RTÉ, ani Fionnuala Sweeney jeszcze się nie pokazali.

Dan Keane przygasił papierosa, wsadził go za ucho i podszedł do Katie, gdy tylko wysiadła z wozu. Jean Mulligan deptała mu po piętach.

– Jak się posuwa śledztwo, pani nadkomisarz? – spytał Keane. – Słyszę plotki, że to robota Tymczasowej IRA.

– Tak? – zbyła go Katie, szybko idąc do namiotu. – A gdzie dokładnie je słyszałeś?

– Wie pani równie dobrze jak ja, że nie mogę ujawniać swoich źródeł.

– Pewnie, pewnie. A ty wiesz równie dobrze jak ja, że nie mogę komentować plotek wyssanych z palca.

– Czy ktoś już przyznał się do podpalenia? – spytała Mulligan.

– Dotąd nie.

– Czy nie uważa pani, że to przekreśla motyw polityczny? Jeśli IRA ma coś przeciwko komuś i daje to odczuć, zwykle trąbi o tym na lewo i prawo, zanim ktoś ją ubiegnie.

– Jak do tej pory nie widziałam ofiary, więc naprawdę nie mam żadnych komentarzy.

– Rozmawiałam z sąsiadkami pani Gleeson – nie ustawała w wysiłkach Mulligan. – Wszystkie potwierdzają, że Niall regularnie składał wizyty pewnej pani przy Nash’s Boreen, kiedy jej mąż był w pracy. Może ten mąż się dowiedział.

– Będziemy rozmawiać ze wszystkimi podejrzanymi – zapewniła ją Katie. Mundurowy trzymał podniesioną zasłonę namiotu, ale zanim Katie weszła do środka, zatrzymała się i spytała: – Te sąsiadki nie wiedzą przypadkiem, jak nazywa się ta pani?

– Nie, nie wiedzą. Ale jej mąż jeździ zielonym golfem. Jak tylko zielony golf odjeżdżał rano z Nash’s Boreen, podjeżdżał samochód Gleesona. Zmiana warty, że tak powiem.

– Dzięki, Jean. To może nam oszczędzić masę czasu.

Weszła do namiotu, a Kyna za nią. W środku było oślepiająco jasno i tłoczno. Czterech techników, używając lamp emitujących ultrafioletowe światło, szukało odcisków palców i tkanek; fotograf robił zdjęcia ze wszystkich możliwych kątów, a dwaj znudzeni ratownicy medyczni czekali, aż tamci skończą, by mogli zabrać ciało na sekcję w kostnicy szpitala uniwersyteckiego.

Katie zajrzała do samochodu i poczuła stęchły smród alkoholu i ekskrementów. Zdziwiło ją, że przechodnie uznali, że Gleeson po prostu śpi. Oprócz zaschniętej krwi barwy melasy, rozpryśniętej na oknie pasażera, nie dało się nie zauważyć dziury w czole, dziwnie pochylonego pod kątem czterdziestu pięciu stopni ciała i twarzy o szarym odcieniu, jak cement. Nadal wpatrywał się otwartymi oczami w dal, jak pewnie za życia, ale już nie mrugał.

Katie odchyliła płachtę namiotu i wyszła na deszcz.

– Co myślisz? – spytał inspektor Mulliken. Otarł kroplę deszczu z nosa i pociągnął nim.

– Tak na gorąco? Ślady krwi wskazują, że siedział za kierownicą, kiedy został zastrzelony, więc nie zabito go w innym miejscu i nie przestawiono samochodu. Wszystko świadczy o tym, że to on prowadził, a skoro o czwartej nie przyjechał do przedszkola po wnuczkę, pewnie zjawił się tu prosto z pubu. Ale zaparkował dokładnie przy krawężniku, jakby z jakiegoś powodu. Żadna z opon nie jest przebita i silnik wciąż działa, prawda?

– Sprawdziliśmy. Tak, odpala jak nówka.

– Poza tym szyba po stronie ofiary jest opuszczona. Wczoraj o tej porze padało, więc raczej nie jeździłby z opuszczoną szybą. Przypuszczam, że zatrzymał się z jakiegoś powodu i opuścił szybę, żeby z kimś porozmawiać, i wtedy tamten go zastrzelił.

– Jest też prawdopodobne, że był to ktoś, kogo znał, albo przynajmniej ktoś, kogo nie miał powodu się obawiać. Inaczej nie parkowałby i nie opuszczałby szyby. Dałby gaz do dechy i zniknąłby jak sen złoty.

– Może nadkomisarz Pearse miał rację. Może zastrzelił go mąż tej kobiety z Nash’s Boreen.

– Porozmawiamy o tym potem. Szczerze mówiąc, modlę się, żeby chodziło o zdradę małżeńską. Mielibyśmy Gleesona z głowy. Jeśli sprawa ma podłoże polityczne, zrobi się niezłe szambo, mogę wam to obiecać.

* * *

Szpital Uniwersytecki Miłosierdzia Bożego był tylko pięć minut drogi dalej, nad rzeką Lee, przy Henry Street, ale zanim Katie tam dotarła, powoli przejechała przed Templegate Tavern. Stało tam kilku mężczyzn. Palili, rozmawiali i od czasu do czasu wskazywali w górę Knockfree Avenue.

– Nietrudno zgadnąć, o czym ci faceci gadają – powiedziała.

– Porządna knajpa, wcale nie wygląda na szemrany pub – zauważyła Kyna. – Kiedy działałam pod przykrywką, musiałam odwiedzać znacznie gorsze lokale. W McDonaldzie w Balbriggan koleś sprzedawał kokę między jednym a drugim cheeseburgerem. Nigdy więcej. Nie wiem, co było gorsze, koka czy cheeseburgery.

Przed wejściem do szpitala czekała na nich detektyw sierżant Scanlan w rdzawym trzyczęściowym garniturze z lnu i masywnych płaskich sandałach. Wyglądała, jakby tej nocy niewiele spała; pod oczami miała sińce, a włosy prosiły się o umycie.

– Potem możesz jechać do domu, Padragain – powiedziała jej Katie, wysiadając z samochodu.

– Dzięki, ale wątpię, żebym dała radę zasnąć. Od północy wypiłam z dwadzieścia kaw.

– Jak dziewczynka? Już wiemy, jak się nazywa?

– Nie powiedziała ani słowa. Na razie pielęgniarki mówią na nią Adeen, „płomyczek”. To bardzo dziwne, ale nikt się nie zgłosił, więc nie mogliśmy jej zidentyfikować. Matthew zrobił jej więcej zdjęć. Opublikują je dziś w „Echu” i pokażą w wieczornych wiadomościach. Ale jak do tej pory nikt nie zadzwonił i jeśli do poniedziałku nie będzie odzewu, pokażą ją w naszym programie w telewizji.

– Może jej jedyni krewni zginęli w pożarze – wtrąciła Kyna.

– No, jest taka możliwość – przyznała Katie. – Jak się ma fizycznie?

– Częściowe zaczadzenie, głębokie zadrapania na dłoniach, ramionach i oparzenie łydki. Lekarz chce ją zatrzymać na obserwacji co najmniej kilka dni, ale jeśli nie ujawni się infekcja płucna, będzie można ją wypisać… pod warunkiem że ktoś się po nią zgłosi. Skontaktowałam się z wydziałem nieletnich opieki społecznej, gdyby trzeba było się nią zająć. Corinne Daley już do niej zajrzała.

Scanlan zaprowadziła Katię i Kynę na koniec korytarza pierwszego piętra, gdzie na plastikowym krzesełku siedziała mundurowa, walcząc ze snem. Dziewczynka nazwana Adeen leżała w małej izolatce z bladozielonymi ścianami i ciemnozieloną wykładziną. Okno wychodziło na Millerd Street na tyłach szpitala, ale żaluzje były spuszczone, a światło włączono.

– Kiedy pielęgniarka próbowała rano podnieść żaluzje, mała bardzo się wystraszyła, jakby bała się kogoś z zewnątrz, więc zostawiliśmy spuszczone.

„Adeen” siedziała na łóżku podparta poduszkami. Wyglądała na młodszą i chudszą niż wtedy, gdy Katie widziała ją podczas akcji ratunkowej na dachu pogorzeliska, pewnie dlatego, że jej ciemne warkocze rozczesano i umyto i ubrano ją w szpitalną koszulę nocną w grochy, dwa rozmiary za dużą.

Miała założoną maskę tlenową, czujnik pracy serca i kroplówkę. Jej lewa gałka oczna nadal była nabiegła krwią, ale prawą – ciemnopiwną i uroczą, niemal jak u postaci z Disnejowskiej kreskówki – wpatrywała się znad maski w Katie.

 

Kiedy Katie, Kyna i Scanlan weszły, pielęgniarka – niska, pulchna, ogniście ruda i piegowata – siedziała przy stoliku i zawzięcie waliła dwoma palcami w laptop.

– Proszę, minutę, dobrze? – powiedziała. – Laboratorium właśnie dosłało najświeższe wyniki osadu dymu w dole płuc małej.

– I? – spytała Katie.

– Jak do tej pory drogi oddechowe wyglądają całkiem czysto. Na szczęście była wysoko, na dachu, na wolnym powietrzu. Gdyby uwięzła w środku, byłoby zupełnie inaczej.

Po drugiej stronie łóżka stało krzesło, więc Katie okrążyła łóżko i usiadła. Łagodnie uściskała rękę dziewczynki.

– Jak się czujesz? – spytała z ciepłym uśmiechem. – Jestem Kathleen, ale wszyscy znajomi zwracają się do mnie Katie. Nauczycielka mówiła na mnie Molly, bo nazywam się Maguire i zawsze byłam bardzo odważna4.

Odwróciła się do pielęgniarki i spytała:

– Czy może choć na chwilę zdjąć maskę?

Pielęgniarka podeszła i zsunęła ją. Chociaż dziewczynka miała siniak na policzku, Katie spostrzegła, że jest całkiem ładna. Blada, owalna twarz, zadarty nosek i leciutko sterczące dolne zęby. Ta wada natychmiast zdradziła Katie, że dziewczynka prawdopodobnie nie pochodzi z zamożnej rodziny, bo inaczej w tym wieku miałaby już skorygowany zgryz. Jej rodzice albo byli prostymi ludźmi, albo ją zaniedbywali.

– Założę się, że nie jesteś nawet w połowie tak odważna w szkole jak ja – ciągnęła Katie. – Więcej, założę się, że jesteś pupilką nauczycieli.

Kiedy przesłuchiwała dzieci, te słowa zawsze powodowały burzliwe protesty, nawet prymusów i bardzo grzecznych uczniów. Ale dziewczynka nadal milczała, okazując tylko… Jak to nazwać? – myślała Katie. Ostrożność, podejrzliwość? Niezależnie od tego, jak to dziecko wpadło w pułapkę na płonącym dachu, nadal musiało być w szoku.

– Powiedziałam ci, jak się nazywam, skarbie, więc może mogłabyś mi zdradzić, jak masz na imię? Wiem, że tu nazywają cię Adeen, ale bardzo by mi pomogło, gdybym poznała twoje prawdziwe imię i nazwisko. Jeżeli nie chcesz, żeby ktoś jeszcze je usłyszał, wystarczy, że szepniesz mi na ucho.

Dziewczynka nadal milczała. Jej mina nie zdradzała, czy słyszała pytanie, a jeśli nawet, to czy je zrozumiała.

– Może ona jest imigrantką – zasugerowała Kyna. – Może mówi tylko po rumuńsku albo w jakimś innym języku.

– Odpytywano ją w dziesięciu językach najczęściej używanych przez imigrantów – wtrąciła Scanlan. – Nie zareagowała.

Katie podniosła rękę dziewczynki. Nosiła zieloną plecioną opaskę z plastikowym zapięciem imitującym złoto.

– Czy to wam coś mówi? – spytała Katie.

Kyna i Scanlan pokręciły głową.

– Zwykle nie pozwalamy tu nosić biżuterii – odezwała się pielęgniarka – ale kiedy próbowałyśmy jej zdjąć tę bransoletkę, tak się miotała, że dałyśmy spokój.

– Więc najwyraźniej jest dla niej ważna – stwierdziła Katie. – Kyna, sfotografuj to, proszę, wrzuć w Google’a i daj zdjęcie do mediów. Nigdy nie wiadomo. To może mieć jakieś wyjątkowe znaczenie w jej kraju pochodzenia.

– Wszystko, co miała na sobie, kupiono w Irlandii – poinformowała ją Scanlan. – Sweter i dżinsy w Penneys, a bluzę w Dunnes.

To utwierdziło Katie w przekonaniu, że rodzina dziewczynki prawdopodobnie pochodzi z klasy niższej. Nie robiła zakupów w Mischief Makers ani Brown Thomas. W Penneys para dżinsów dla dziewczynki w jej wieku kosztowałaby najwyżej osiemnaście euro.

Znów ścisnęła rękę dziewczynki.

– Teraz jadę, skarbie, ale moje biuro jest niedaleko stąd – powiedziała. – Jak zdecydujesz się ze mną pomówić, poproś pielęgniarkę. Zadzwoni do mnie i będę tu w pięć minut. Nieważne, o czym będziesz chciała porozmawiać. O czym tylko zechcesz. Masz tu telewizor, więc możesz oglądać swoje ulubione filmy. Lubisz Krainę lodu? To jeden z moich ulubionych. I Gdzie jest Dory? Widziałaś Gdzie jest Dory?

Czekała, uśmiechając się do dziewczynki, ale ta nadal nie odpowiadała.

– Jeśli pani nie przeszkadza, muszę znów nałożyć maskę – powiedziała pielęgniarka, podchodząc do łóżka.

Katie puściła rękę dziewczynki i wstała. Miała do czynienia z wieloma ofiarami pożarów, wypadków lub napaści – osobami, które przeżyły tak głęboki wstrząs, że nie były w stanie rozmawiać o swoich przeżyciach – ale po raz pierwszy trafiła na kogoś, kto doznał tak ogromnego szoku, że w ogóle nie potrafił się odezwać.

Idąc do windy, zwierzyła się Kynie:

– Znasz mnie. Nie wierzę w przeczucia. Ale mam na sto procent wrażenie, że ta biedna dziewczynka może nam powiedzieć wszystko o tamtym pożarze. Kto go spowodował i dlaczego. Muszę tylko nad nią popracować i sprawdzić, czy da się nakłonić do mówienia.

– Nie licz na to – rzuciła Kyna. – Kiedyś w Dublinie musiałam się zajmować facetem, któremu zabito córkę i wnuka. Na progu jego własnego domu, kiedy otwierał im drzwi, więc widział to na własne oczy.

– O rany.

– No, wyobraź sobie. Zabójca strzelał z broni długolufowej i to facet miał dostać, co tylko pogorszyło sprawę. Po tym odebrało mu mowę. Przez pół roku wpadałam do niego niemal dzień w dzień, jadąc rano na posterunek, ale nie potrafiłam wydusić z niego słowa. W końcu wziął śmiertelną dawkę kodeiny. Oczywiście doskonale wiedzieliśmy, kto strzelał, ale jedyny świadek, który mógł zidentyfikować sprawcę, stracił mowę.

IPhone Katie odegrał Fear a’ Bháta. Dzwonił detektyw sierżant Begley. Sądząc po głosie, też był zmęczony.

– Pani nadkomisarz, przyjechał Danny Coffey i… wybaczy pani moje słowa, ale zionie ogniem z tyłka, taki jest wściekły. Chce wiedzieć, czemu do tej pory nie zwinęliśmy nikogo za spalenie jego studia, nie osądziliśmy i nie wsadziliśmy do końca życia. Mówi, że i tak jest pewien, kto to zrobił.

Katie nabrała głęboko powietrza i wypuściła je.

– Dziękuję, Sean. Jestem u ciebie za pięć minut. Będziesz tak uprzejmy i poprosisz Moirin, żeby przygotowała mi cappuccino? Dzięki.

Rozdział 7

Detektyw sierżant Begley miał rację. Danny Coffey był w okropnym humorze. Siedział w poczekalni przy biurku dyżurnego i kiedy tylko Katie i Kyna weszły na komendę, zerwał się na równe nogi i spytał Begleya:

– To ona?

Katie podeszła do niego, wyciągając rękę.

– Dzień dobry, panie Coffey. Dzięki za przybycie. Jestem nadkomisarz Maguire, a to detektyw sierżant Ni Nuallán. Przykro mi słyszeć, że miał pan kłopoty z pociągami.

Danny Coffey był liczącym sobie jakieś czterdzieści pięć lat mężczyzną o okrągłej twarzy i wyblakłych zielonych oczach; miał mniej niż metr siedemdziesiąt wzrostu. Łysiał i czesał się na pożyczkę, przyklejając włosy do czaszki błyszczącym żelem. Nie miał brwi, co sprawiało, że jego twarz była w niepokojący sposób pozbawiona wyrazu. Był w beżowym garniturze z kamizelką, tak ciasnym, że odnosiło się wrażenie, jakby lada chwila miał popękać w szwach.

– Kłopoty z pociągami? – zapalczywie powtórzył zdartym, piskliwym głosem. – Nie nazwałbym tego kłopotami. To normalna udręka, której nie szczędzą nam irlandzkie koleje. Przysięgam na Boga, że powinni je przechrzcić na „ostatni pociąg do piekła”.

– No, ale ma pan już za sobą tę udrękę – powiedziała Katie. – Może przejdziemy do mojego gabinetu? Co pan powie na herbatę? Albo kawę?

– Nie przyszedłem tu na poczęstunek, pani nadkomisarz. Przyszedłem, bo podpalono moje studio tańca i szesnaścioro moich tancerzy i mój instruktor tańca spłonęli żywcem. Więc chciałbym wiedzieć, dlaczego do tej pory nie zamknęła pani typa, który za to odpowiada.

Katie wzięła Coffeya pod łokieć, żeby pokierować go do windy, ale wyrwał się z irytacją.

– Panie Coffey, nie dokonaliśmy jeszcze aresztowania, bo śledztwo jest w fazie przedwstępnej. Nawet nie wiemy na pewno, czy pożar wywołano celowo.

– Ma mnie pani za durnia? – zaprotestował, wchodząc do windy. – Znaczy się, za wielkiego durnia? Na świętego Judę! Co to było pani zdaniem? Samozapalenie?!

– Będę bardzo wdzięczna za dostarczenie nam nazwisk i telefonów kontaktowych wszystkich pana tancerzy – mitygowała go Katie. – Mamy nadzieję, że zidentyfikujemy ich ostatecznie do końca dnia. Zespół liczy w sumie osiemnaście osób, czy tak?

– Tak. Ale Nicholas zadzwonił do mnie i powiedział, że na próbie pokazało się tylko szesnaście. Połączenie zostało przerwane, zanim mógł mi powiedzieć, kogo brakuje. Ale przecież nie musi pani znać ich nazwisk, zanim wpakuje pani za kratki gościa, który ich zabił. Nie żyje siedemnaścioro niewinnych ludzi i nieważne, kim dokładnie byli.

– Jest, jak powiedziałam, panie Coffey. Nie mamy jeszcze wystarczających dowodów, żeby dokonać aresztowania.

– Jak pani powiem, kto za tym stoi, będzie pani mogła go aresztować?

– Wie pan, kto to zrobił?

Tymczasem doszli do gabinetu Katie. Na biurku czekało cappuccino i trzy segregatory notatek, wiadomości i korespondencja. Czasem odnosiła wrażenie, że awansowano ją na nadkomisarza tylko dlatego, że funkcjonariusze płci męskiej chcieli zrzucić na jej barki całą papierkową robotę i zamienić sławną koleżankę w sekretarkę.

Cała czwórka usiadła na jasnobeżowych kanapach pod oknem. Weszła Moirin i spytała, czy ktoś chce czegoś do picia. Begley wyznał, że po słonym bekonie, który zjadł na śniadanie, marzy o filiżance herbaty. Kyna poprosiła o sok jabłkowy. Coffey pokręcił głową.

– Chyba wyraziłem się jasno – rzucił. – Nie przyszedłem tu na poczęstunek.

– A więc kto pańskim zdaniem za to odpowiada? – spytała Katie.

– To oczywiste. Steven Joyce. Kto inny miałby coś do zyskania?

– Panie Coffey, nie mam najmniejszego pojęcia, o kim pan mówi. Kim jest Steven Joyce?

– Właścicielem i menedżerem zespołu Laethanta na Rince, Dni Tańca. Jakieś dziesięć lat temu byliśmy dobrymi kumplami. Po tym, jak rozstałem się z Michaelem Flatleyem, ja i Steven założyliśmy Toirneach Damhsa. Ale kiedy zaczęliśmy odnosić prawdziwe sukcesy i rosły nam notowania, Steven zażądał siedemdziesięciu pięciu procent zysków. Uznał, że to on jest twórczą siłą firmy, a ja tylko facetem od telefonów, rachunków i prowadzenia autobusu, kiedy trzeba jechać na konkurs.

– Więc rozstaliście się?

– Owszem, z hukiem. Ale na szczęście dla mnie zarejestrowałem nazwę Toirneach Damhsa na siebie, więc Steven nie mógł jej wykorzystać. Ale co ważniejsze, Nicholas, nasz instruktor tańca, jest… hm… był geniuszem czystej wody, jeśli chodzi o choreografię. W każdym razie Nicholas został ze mną i z jego powodu większość tancerzy nie odeszła.

– Ale Steven założył własny zespół, Laethanta na Rince?

– Zgadza się. To prawie wykończyło go finansowo, ale się wygrzebał. Pierwszy raz walczyliśmy przeciwko niemu w konkursie w Killarney, trzy lata temu. Jego tancerze byli dobrzy, muszę przyznać, chociaż w końcu ich pobiliśmy. Poszedłem mu pogratulować z nadzieją, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, rozumie pani?

– Zakładam, że nie wykazał się pojednawczością?

Danny Coffey zamrugał i Katie nie była pewna, czy wie, co to długie słowo znaczy.

– Nie był skłonny do przebaczenia – dodała.

– Do przebaczenia? Powiedział, że ma nadzieję, że jakiś świr wpadnie mi do studia i piłą łańcuchową odetnie wszystkim tancerzom stopy. I że jeszcze odetnie mi klejnoty i zmusi mnie, żebym je zjadł w kanapce.

– Rozumiem. Czy ma to pan jakoś udokumentowane?

– O co pani chodzi? Nie wierzy mi pani?

– Nie twierdzę, że panu nie wierzę, panie Coffey. Pytam tylko, czy ma pan jakiś materiał dowodowy potwierdzający pańskie słowa. Coś na piśmie albo na taśmie, co miałoby wartość w sądzie.

– Nie, nie mam. Ale wypowiedział te słowa na tyłach pubu O’Connora przy High Street w Killarney, jedząc kanapkę z wołowiną.

– Czy ktoś jeszcze słyszał, jak to mówił?

– Na wszystkie świętości, skąd miałbym wiedzieć? Obok nas stała jakaś baba i chrumkała jak stado świń, które utknęło w bramce. Na litość boską, czy nie wystarczy to, że mi groził? Jeśli martwi się pani sądem, stanę przed każdym sędzią, jakiego tylko pani sobie zażyczy, i przysięgnę na Pismo Święte, że to powiedział.

– W porządku. Ale czy przychodzi panu do głowy ktoś jeszcze poza Joyce’em, kto chciałby pańskiej krzywdy? Ktoś z innych zespołów tańca?

– Wszyscy walczymy między sobą, bo jak się wygra konkurs, ma się bilety wysprzedane na wieki naprzód. Można nawet mieć własny show w telewizji, jeżeli na widowni trafi się właściwy producent, a po czymś takim człowieka stać na rezydencję za dwadzieścia milionów euro jak Michaela Flatleya.

 

Danny Coffey urwał i pracował szczękami, jakby jadł i trafił mu się szczególnie twardy kawałek mięsa.

– Nie – wreszcie znów się odezwał. – W tym interesie jest paru drani, żaden z nich nie posunąłby się jednak tak daleko, żeby mordować. Tylko Stevenowi Joyce’owi tak zalazłem za skórę. Założę się o wszystko, co pani chce, że teraz tłucze łbem w ścianę, bo nie byłem w studiu i nie spaliłem się z innymi.

Znów przerwał i mocno zacisnął ręce. Chociaż twarz miał pozbawioną wyrazu, Katie ze zdziwieniem dostrzegła w kącikach jego oczu łzy. Kiedy się odezwał, jego chrapliwy głos przycichł do tego stopnia, że był ledwo słyszalny.

– Tak się składa, że to on zabił Nicholasa – wychrypiał. – Równie dobrze mógł zabić i mnie.

Katie zerknęła na Kynę i zobaczyła, że ona też zauważyła moment wzruszenia Coffeya. W tej sprawie jest więcej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka, pomyślała. Może powodem, dla którego Nicholas O’Grady został z Dannym Coffeyem, kiedy ten zerwał ze Stevenem Joyce’em, była nie tylko zawodowa lojalność?

– Czy Steven Joyce kontaktował się z panem od czasu pożaru? – spytała.

Coffey odchrząknął.

– Czemu miałby się kontaktować, poza tym, żeby się napawać moim nieszczęściem?

– Jak do tej pory nie mamy dowodów, że to on wywołał pożar, nie mówiąc o tym, że pożar w ogóle mógł wybuchnąć przypadkowo. A jeśli Joyce nie był sprawcą, mógł pomyśleć o złożeniu panu kondolencji, chociaż w przeszłości darliście ze sobą koty.

– To był on! Mówię pani. I to nie był przypadek. Z tego, co widziałem w telewizji, budynek zgorzał jak ognisko na Halloween. To nie wina spięcia w tosterze ani zaprószenie ognia z niedopałka.

– Co racja, to racja. Znalezienie ogniska pożaru trochę potrwa, ale laboratorium kryminalistyczne i eksperci straży pożarnej nad tym pracują. A tymczasem, czy mógłby pan pojechać do Szpitala Miłosierdzia i pomóc nam zidentyfikować niektóre ofiary? Udało się nam ustalić nazwiska większości dzięki krewnym, którzy nawiązali z nami kontakt, i dzięki zdjęciom, ale oczywiście niewiele osób miało przy sobie dokument tożsamości, a część ofiar spłonęła w stopniu uniemożliwiającym rozpoznanie.

– Nie mogę powiedzieć, że to dla mnie upojna wizja. Ale jeśli mogę pomóc, to tak, pojadę. Czy Nicholas jest między nimi? Czy jego ciało bardzo ucierpiało?

Katie odwróciła się do sierżanta Begleya, a ten potwierdził:

– Tak, panie Coffey, przykro to mówić, ale jego zwłoki są w bardzo złym stanie. Wygląda na to, że otwierał drzwi na strych, szukając drogi ucieczki przed pierwotnym ogniskiem pożaru, tak to sobie wyobrażam. Ale kiedy uchylił drzwi, wsteczny ciąg płomienia uderzył w niego z całą siłą.

Coffey zacisnął kurczowo powieki i jeszcze mocniej splótł ręce.

– O Jezu – zajęczał.

Katie wyciągnęła rękę, chcąc ją położyć na jego ramieniu, ale w tej samej chwili zadzwoniła komórka. Był to Bill Phinner, zapewne z Lower Shandon Street.

– Hej, Bill, jak idzie ćwiartowanie?

– Będziesz musiała sama się tu pofatygować – powiedział tonem jak zawsze pozbawionym wyrazu. Mógłby mówić o czymś równie ekscytującym jak wyprzedaż płynu do zmiękczania tkanin. – Właśnie dźwignęli dach koparką wyburzeniową dużego zasięgu i uwierzysz? Pod tymi wszystkimi dachówkami i krokwiami odkryli jeszcze dwa ciała, mężczyzny i kobiety.

– O dobry Boże – szepnęła Katie i przeżegnała się. – Jak byli ubrani?

– Normalnie, nie w stroje do tańca. Ciała zwęgliły się nie do poznania, sczerniały, jakby się przeleżały na grillu. Ale ofiara płci męskiej miała przy sobie portfel z prawem jazdy i dało się odczytać dane. Ronan John Barrett urodzony szesnastego stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego.

– A kobieta?

– Nie miała przy sobie dokumentów, ale nosiła bransoletkę z charmsami od Pandory, którą ktoś powinien rozpoznać. Jeśliby to nie wypaliło, zawsze można ją zidentyfikować po uzębieniu i DNA.

– Możesz chwilę zaczekać, Bill? Jest tu u mnie Danny Coffey, właściciel Toirneach Damhsa. – Opuściła komórkę i zapytała Coffeya: – Czy nazwisko Barrett, Ronan John Barrett, coś panu mówi?

Coffey wytrzeszczył oczy.

– Co?! To jeden z naszych tancerzy. Drugi na liście, jak nie pierwszy. Ma trochę przewrócone w głowie na własnym punkcie, ale nikt nie zaprzeczy, że jest niesamowity, zwłaszcza w solówkach sean-nós.

– Przykro mi, panie Coffey, ale na strychu znaleziono ciało mężczyzny i to prawdopodobnie Barrett. Była z nim kobieta, której nie zidentyfikowano. Jak do tej pory wiadomo tylko, że nosiła bransoletkę z charmsami od Pandory.

– Matko Chrystusowa, założę się, że to Saoirse MacAuliffe.

– To też jedna z pańskich tancerek?

– Tak i też jest fantastyczna. Och, Jezu. W przyszłym tygodniu miała wyjść za mąż. Jej narzeczony jest chyba architektem… w każdym razie ma coś wspólnego z budową Capitol Cinema przy Saint Patrick’s Street. Ale zdawało mi się, że ostatnio ona i Ronan ze sobą kręcą… Kojarzy pani, co myślę? Na litość boską, co oni robili na tym strychu? To musiało być tych dwoje, co nie przyszli na próbę.

Coffey zawahał się i popatrzył na obecnych na nich, jakby właśnie sobie coś uświadomił.

– To znaczy, że wszyscy nie żyją na amen – powiedział. – Cały Toirneach Damhsa. Przepadł. Nigdy więcej nie zatańczy.

– Teraz ja i moi koledzy musimy jechać do studia i obejrzeć ofiary – oznajmiła Katie. – Proszę, żeby pozostał pan w Cork przynajmniej do zakończenia wstępnej fazy śledztwa. Czy mamy pana adres i dane kontaktowe?

– Pewnie, że macie. Mieszkam w starym domku mojej świętej pamięci matki przy Ard ná Laoí, tuż za Middle Glanmire Road.

– W takim razie w porządku. Jeśli coś jeszcze wpadnie panu do głowy, proszę zadzwonić bezpośrednio do detektywa sierżanta Begleya, choćby nawet pańskim zdaniem był to zupełny drobiazg, dobrze? Skontaktujemy się z panem, kiedy będziemy mogli zabrać pana do kliniki, i może zdoła pan ustalić nazwiska pańskich tancerzy.

Wstała, a z nią Kyna i Begley. Ale Coffey, wciąż siedząc, zwrócił się do Katie:

– Zdarzyło się kiedyś pani coś takiego, pani nadkomisarz? Że jednego dnia całe życie rozleciało się pani na kawałki?

Zawahała się. Nie mogła się opędzić od myśli o Johnie. Kochała go, chociaż zdarzało mu się przegiąć pałkę. Po tym, jak porwał go Bobby Quilty i okaleczył mu nogi do tego stopnia, że John stracił je do kolan, wyrzuty sumienia doskwierały jej tak bardzo, że czuła głęboki, wręcz fizyczny ból. Przecież nie porwano by go, gdyby nie był jej kochankiem, i Quilty nie wpadłby na pomysł, żeby tak go dręczyć.

Mimo wyrzutów sumienia przestała kochać Johna, a poczucie winy nie mogło zastąpić miłości. John zginął, usiłując ją odzyskać, lecz jej dokuczało bardziej sumienie niż smutek.

Chociaż pytanie Coffeya wzbudziło wspomnienia Katie, to w jeszcze większym stopniu ujawniło emocje pytającego. Kątem oka dostrzegła, że Kyna również zwróciła na to uwagę i że sama, bez jej polecenia prześwietli prywatne życie Coffeya.

– Tak, panie Coffey, niestety przytrafiło mi się coś takiego, i to nie jeden raz. – Westchnęła ciężko. – Wątpliwy bonus służby.

Ale w duchu zadała sobie pytanie: czy on też czuje się winny, a jeśli tak, to czego?