Tańczące martwe dziewczynki

Tekst
Z serii: Katie Maguire #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
38,90  27,62 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Dochodziła północ, gdy strażacy i inżynierowie nadzoru budowlanego uznali, że budynek, w którym mieściła się szkoła tańca, jest na tyle bezpieczny, by można było do niego wejść. Ulewny deszcz pomógł schłodzić zgliszcza, ale dach budynku przykryto plastikową folią, by zabezpieczyć ciała i dowody. Dźwięk kropli tłukących o plastik brzmiał upiornie, jak gdyby martwi tancerze nadal tańczyli do Blackthorn Stick.

Katie i jej ludzie zostali na miejscu i czekali w pubie Friary. Siedzieli przy stoliku koło okna, skąd mogli obserwować strażaków, a właściciel postawił przed nimi kanapki z serem i szynką i kubki z herbatą.

Około wpół do pierwszej do pubu wszedł Bill Phinner, szef sekcji technicznej, ubrany w biały szeleszczący kombinezon z kapturem. Wydawał się równie chudy i nieszczęśliwy jak zawsze, ale Katie od dawna wiedziała, że przygnębienie jest maską, którą przywdziewa w sytuacjach awaryjnych.

– No i jak, Bill? – zwróciła się do niego.

– Paskudny widok. W życiu nie widziałem tak potwornego pożaru.

– Domyślasz się, co mogło go spowodować?

– Za wcześnie na jakiekolwiek przypuszczenia. Możliwe, że będziemy potrzebować kilku tygodni, żeby to ustalić. Ale już teraz mogę stwierdzić, że prawie na pewno to nie wypadek. Przyczyną nie była wadliwa instalacja elektryczna. Ogień rozprzestrzenił się zbyt szybko i zbyt gwałtownie, a z tego, co udało nam się ustalić, w budynku nie przechowywano żadnych butli z gazem, kanistrów z benzyną ani puszek z farbą. Przypuszczam, że użyto jakiegoś środka łatwopalnego. Matt Whalen jest tego samego zdania.

Chwilę później do środka wszedł detektyw sierżant Begley pachnący deszczem i gorzkim dymem.

– Dziennikarze chcą, żeby przekazać im najświeższe wieści – zwrócił się do Katie. – Gość z „Examinera” jęczy, że zawalił jutrzejszy termin, a Fionnuala Sweeney pyta, czy jest coś, o czym im nie mówimy.

Katie pokręciła głową.

– Ona wszędzie węszy spisek. Obawiam się jednak, że dziennikarze będą musieli zaczekać. Chcę obejrzeć budynek, zanim wydam w tej sprawie jakiekolwiek oświadczenie.

– Dobrze – zgodził się z nią Bill Phinner. – Obfotografowujemy wszystko, nagrywamy materiał dowodowy i robimy zdjęcia w podczerwieni, ale myślę, że powinniście zobaczyć ofiary na miejscu zdarzenia. Dzięki temu będziecie mieli pojęcie, co tam się wydarzyło i jak ogromny musiał być ten pożar. Powiem Jamiemu, żeby przyniósł wam kombinezony z tyveku. Pewnie nie chcielibyście się pobrudzić.

Kiedy wyszedł z baru, Katie znów poczuła woń deszczu i dymu. Chwilę później detektyw sierżant Begley podał jej podkładkę z przypiętą do niej listą nazwisk.

– To wszyscy tancerze z Toirneach Damhsa. W sumie osiemnaście osób. Do tej pory znaleźliśmy siedemnaście ciał i zakładamy, że jedno z nich to prawdopodobnie nauczyciel tańca, Nicholas O’Grady.

– Kontaktowaliście się z rodzinami?

– Z tymi, których udało nam się namierzyć. Odhaczyliśmy ich nazwiska. Rodziny dwojga są na wakacjach, a pod jednym z adresów nie zastaliśmy nikogo. Pięcioro mieszka w wynajętych pokojach i na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie powiedzieć, kto z nich był na zajęciach, a kto nie. Musimy zaczekać, aż ciała zostaną zidentyfikowane.

– Wiecie już, kim była ta dziewczynka i co tam robiła?

– Zakładamy, że była przyjaciółką albo krewną któregoś z tancerzy, ale żadna z osób, z którymi udało nam się skontaktować, jej nie zna.

– Rano pojadę do niej. Miejmy nadzieję, że przez noc otrząśnie się z szoku i powie mi, jak się nazywa.

Do pubu wszedł młody technik z przewieszonymi przez ramię trzema kombinezonami: dla Katie i detektywów O’Donovana i Markeya. Katie zdjęła kurtkę odblaskową i Begley pomógł jej włożyć kombinezon. Kiedy go zapinała, do pubu wszedł detektyw Dooley, przemoczony i wyczerpany. Miał minę jak jej seter irlandzki Barney, gdy w ulewnym deszczu zabrała go na długi spacer, aż do przystani promowej Passage West.

– Sam nie wiem – rzucił, przeczesując palcami ociekające wodą włosy. – Postałem w tłumie i nadstawiałem ucha, ale nie zauważyłem nikogo, kogo kręciłby widok płomieni, ani nie słyszałem, żeby ktoś coś mówił. Wszyscy wiedzieli, że w środku są ludzie, a ci, co nie zagryzali warg, płakali.

– Dobra, to nie problem – powiedziała Katie. – Będziemy mieli mnóstwo nagrań z monitoringu. Rano możesz zacząć je przeglądać; może ktoś jednak rzuci ci się w oczy. A teraz jedź do domu i zdrzemnij się trochę. Zrobię to samo, tylko najpierw rzucę okiem na ofiary.

– Chryste. Dobrze, że nie muszę tego robić. Po czymś takim zawsze mam koszmary. Jestem tylko ciekawy, kto, na Boga, chciałby podpalać szkołę tańca? Rozumiem: burdel, metę, bar. Nawet kościół. Ale jaką krzywdę mogła wyrządzić komuś grupa tancerzy?

– Może to ci z dołu? – wtrącił detektyw Markey. – Może wkurzało ich to całe tupanie nad głową? Przepraszam – dodał pospiesznie, czując na sobie pełne dezaprobaty spojrzenie Katie. – To nie było śmieszne.

* * *

W miejscu zawalonych schodów strażnicy ustawili drabinę. Katie wchodziła pierwsza. Tuż za nią szedł detektyw O’Donovan, ubezpieczając ją, na wypadek gdyby straciła równowagę. Na butach miała niebieskie osłonki z tyveku z antypoślizgowymi podeszwami, ale szczeble drabiny były mokre i śliskie.

Ściany klatki schodowej poczerniały od dymu jak komin w krematorium. Z górnych pięter nadal ściekały strużki wody, a w panującej dookoła ciszy od czasu do czasu słychać było szczęk rusztowania wznoszonego w celu zabezpieczenia sufitu, odbijający się echem od ścian budynku. Kiedy dotarła na pierwsze piętro, dwaj strażacy wyciągnęli ręce, by pomóc jej zejść z drabiny.

– Dam sobie radę, dzięki – odparła.

– Nie chcemy, żeby pani spadła – powiedział jeden z nich. – Dość ludzi zginęło dziś w tym budynku.

Jeszcze nigdy nie widziała tak poważnych strażaków. Nawet gdy wycinali ofiary wypadków na N7 czy wyciągali topielców z rzeki Lee, zwykle trzymały się ich upiorne żarty. Rozumiała ich; zachowywali się tak, by nie oszaleć. Dziś jednak było inaczej.

Opuściła maskę na twarz i przeszedłszy ostrożnie nad przewróconą balustradą, weszła do studia tańca. Tuż za nią podążyli detektywi O’Donovan i Markey, a także Bill Phinner. Studio było jasno oświetlone sześcioma reflektorami ledowymi, które technicy ustawili na trójnogach, przez co bardziej przypominało plan filmowy niż miejsce zbrodni.

Wypaczony parkiet pokryty był bąblami. Resztki zasłon zwisały smętnie w szarych strzępach, a krzesła zmieniły się w szkielety z kłębkami brązowej stopionej pianki w miejscu siedzisk. Katie spojrzała na sufit; znajdujące się na nim kręgi sadzy przywodziły na myśl czarne burzowe chmury. Dwa żyrandole pękły pod wpływem temperatury, a to, co z nich zostało, przypominało dwa gigantyczne pająki.

Ciało Catriony leżało na plecach tuż obok drzwi. Było zwęglone do tego stopnia, że kości policzkowe przeświecały przez czarną łuszczącą się skórę, podobnie jak kości palców. Ręce i nogi wyglądały jak długie kawałki węgla, a sukienka zmieniła się w popiół.

– Podejrzewamy, że ta dziewczyna spłonęła pierwsza – odezwał się Bill Phinner. – Potwierdzą to wyniki ekspertyzy sądowej, ale prawdopodobnie pożar wybuchł na klatce schodowej i kiedy otworzyła drzwi, uderzył ją ognisty podmuch.

Katie spojrzała na to, co zostało z Catriony, przeżegnała się i szepnęła:

– Kimkolwiek jesteś, spoczywaj w pokoju.

Chwilę później odwróciła się i popatrzyła w drugi koniec pomieszczenia, na szesnaście ciał piętrzących się przy otwartych drzwiach. Wszystkie były zwęglone i tworzyły upiorną plątaninę rąk i nóg, tak że z początku trudno było określić, ile ich jest. Kiedy Katie podeszła bliżej, technicy rozstąpili się, żeby mogła się lepiej przyjrzeć. Ujrzała kępki spalonych włosów i twarze wykrzywione z bólu i przerażenia. Wyglądało to tak, jakby ktoś cisnął do ogniska karnawałowe maski.

Rozpoznała wśród techników Eithne O’Neill, młodą specjalistkę od tworzenia portretów pamięciowych i rekonstrukcji ciężko okaleczonych twarzy. Ubrana w biały kombinezon, robiła zdjęcia tancerzy pod różnym kątem, uważając przy tym, by nie dotykać ciał. W pewnej chwili podniosła wzrok i pozdrowiła Katie skinieniem głowy. Minę miała posępną.

– Oddzielenie ich trochę potrwa – odezwał się Bill Phinner. – Niektóre niemal stopiły się ze sobą. A dopiero wtedy będziemy mogli ułożyć je jak należy i zidentyfikować. Wszystkie dziewczęta mają na sobie sukienki do tańca, a chłopcy koszule i spodnie. Portfele i torebki zostawili w szatni. Będziemy musieli się nieźle natrudzić, żeby to wszystko dopasować.

Do sali wszedł zastępca komendanta straży pożarnej.

– Co za tragedia – powiedział, kręcąc głową. – Nie mieli szans, żeby ujść stąd z życiem. Żadne z nich.

– Wygląda, jakby próbowali uciec tymi drzwiami – zauważyła Katie. – Dokąd one prowadzą? Na poddasze?

– Tak. Nie mogliśmy tam wejść, bo dach się zawalił. Ale wydaje mi się, że otwarcie tych drzwi miało taki sam skutek jak otworzenie drzwi na klatkę schodową. Napływ powietrza spowodował ognisty podmuch. Równie dobrze mogli się oblać benzyną.

– I obaj jesteście zdania, że ktoś celowo podłożył ogień?

Bill Phinner i Matthew Whalen spojrzeli na stertę zwęglonych ciał i zgodnie pokiwali głowami.

– Nie ma wątpliwości – odparł Whalen. – Zbyt często oglądałem podobny scenariusz. Pamiętacie pożar, który wybuchł w październiku w Reedy’s przy Oliver Plunkett Street? Ucierpiała wtedy tylko jedna osoba, facet z mieszkania nad sklepem, ale tam też doszło do podwójnego rozgorzenia. Gość próbował uciec przez strych, ale kiedy otworzył klapę, cały budynek eksplodował niczym bomba.

 

Katie nie mogła nie zauważyć przykurczonej dłoni, która spoczywała na podłodze tuż obok jej stopy w niebieskim ochraniaczu z tyveku. Była to dziewczęca dłoń, czerwona jak ugotowany krab, ze srebrnym pierścionkiem zaręczynowym zmatowiałym od gorąca. Na ten widok Katie znów się przeżegnała. Cokolwiek się tu wydarzyło, ktokolwiek podpalił budynek, czuła, że zawiodła tych biedaków, bo nie dotarły do nich żadne pogłoski o planowanym ataku. W mieście toczyła się ciągła walka między gangami narkotykowymi, alfonsami i przemytnikami ludzi, nie słyszała jednak, by ktokolwiek groził Toirneach Damhsa czy innej irlandzkiej grupie tanecznej.

– Muszę porozmawiać z dziennikarzami – zwróciła się do Billa Phinnera i Matthew Whalena. – Nie powiem im o naszych podejrzeniach, że to celowe działanie. Po pierwsze, wolę mieć stuprocentową pewność, że było to podpalenie, a nie jakiś dziwaczny wypadek, który tylko tak wygląda. Po drugie, jeśli doszło do podpalenia, chcę, by sprawca myślał, że mu się upiekło.

– W takim razie co im pani powie? – spytał Matthew Whalen.

– Nic, czego by już nie wiedzieli. Doszło do potwornego pożaru, w którym zginęła większość, jeśli nie wszyscy członkowie grupy tanecznej Toirneach Damhsa. Technicy policyjni we współpracy z ekspertami ze straży pożarnej badają jego przyczyny.

– Nie sądzę, żeby byli zadowoleni – wtrącił się Bill Phinner.

– Spłonęło tu siedemnaścioro młodych ludzi, Bill – odparła Katie. – W tej chwili interesuje mnie tylko to, żeby dowiedzieć się, kto ich zabił, i ukarać sprawcę. Media… cóż, media mogą zaczekać.

Rozdział 5

Resztę nocy Katie spędziła w hotelu River Lee. Mogła się zdrzemnąć na komendzie, ale tam zawsze panował hałas, słychać było trzask drzwi, dźwięk pospiesznych kroków, dzwonienie telefonów i śpiew pijaków wleczonych z ulicy. Zresztą za każdym razem, gdy spała przy Anglesea Street, budziła się wcześnie i zamiast zjeść porządne śniadanie, siadała przy biurku i wrzucała w siebie kanapkę z serem i pomidorem albo batonik musli.

Chciała pomyśleć w spokoju o tym, kto i dlaczego mógł zrobić coś takiego, i zaplanować śledztwo. Wzięła długi, gorący prysznic, żeby zmyć z siebie zapach dymu, i o trzeciej piętnaście położyła się spać. Leżała w łóżku, słuchając ruchu ulicznego na Western Road i deszczu podzwaniającego o szyby.

Nauczyła się wyłączać umysł i zasypiać głębokim snem, kiedy tylko chciała, lecz tej nocy miała wyrazisty sen – nie o czarnych zwęglonych ciałach w szkole tańca, lecz o Conorze. Było słoneczne popołudnie, a on siedział w ogrodzie na tyłach jej domu odwrócony do niej plecami i tarmosił Barneya za uszy. Miał na sobie brązowy kapelusz z miękkim rondem i białą koszulkę z krótkimi rękawami, odsłaniającymi tatuaże na przedramionach, których nie widziała, gdy byli razem w łóżku. Syrenę o falujących, rudych włosach – zawsze nazywał ją swoją piękną syrenką.

Wciąż powtarzał: „Nie rozumiesz, Katie. Nie masz o niczym pojęcia”.

Budzik obudził ją o szóstej trzydzieści. Chociaż musiała włożyć rdzawy kostium i musztardowy sweter, które miała na sobie poprzedniego dnia, w torebce zawsze nosiła zapasowe rajstopy i stringi. O siódmej wzięła notatnik, zeszła na dół na oszklony taras i zajęła stolik z widokiem na rzekę. Zaczynało się rozwidniać, ale choć przestało padać, poranek był szary, a rzeka – mętna jak zaparowane lustro. Zamówiła kaszankę, jajka sadzone na grzance, lemoniadę truskawkowo-miętową i podwójne espresso. W domu zaczynała zawsze dzień od musli z jogurtem, ale dziś miała przeczucie, że do wieczora może nie mieć czasu nic zjeść.

Czekając na zamówienie, popijała lemoniadę i sporządzała listę. Detektyw Dooley zadał najważniejsze pytanie: „Kto, na Boga, chciałby podpalać szkołę tańca?”. Istniało kilka możliwych odpowiedzi, ale zważywszy na to, że zginęło siedemnaście osób – na skutek czyjegoś celowego działania lub przez przypadek – pomyślała, że niektóre z nich są niezwykle mało prawdopodobne. Wciąż jednak miała w pamięci słowa, które powiedział jej ojciec, doświadczony inspektor Gardy: „Cały świat jest niezwykle mało prawdopodobny, skarbie, a Cork jest najbardziej nieprawdopodobnym miejscem zaraz po Waterford”.

Mimo działalności gangów, a może za ich sprawą, Cork miało najmniejszy wskaźnik przestępczości w całej Irlandii, choć nigdzie indziej nie było tylu zabójstw. Te zdaniem Katie również były zasługą gangów.

Ale czy pożar w szkole tańca mógł mieć związek z którymś z gangów? Może chodziło o spór, do kogo należy nieruchomość? Może sprawca zamierzał po prostu spalić budynek i nie wiedział, że w środku są uwięzieni ludzie?

Albo chował urazę do któregoś z tancerzy. Albo do wszystkich? Może miał na pieńku z ich nauczycielem Nicholasem O’Gradym lub z Dannym Coffeyem, właścicielem i menedżerem grupy? Przed południem Danny Coffey miał wrócić do Cork z Dublina i Katie zamierzała go przesłuchać.

Może zespół miał problemy finansowe i Danny Coffey zaplanował pożar, by dostać pieniądze z ubezpieczenia.

Wiedziała, że Nicholas O’Grady był gejem, bo przed kilkoma miesiącami poślubił swojego partnera podczas wystawnej imprezy w hotelu Ambassador. Może któryś z zazdrosnych byłych kochanków postanowił go ukarać albo jakiś fanatyk religijny chciał wyrazić dezaprobatę dla małżeństw homoseksualnych.

Może ogień podłożył członek którejś z konkurencyjnych grup tanecznych. W przyszłą sobotą w gmachu Opery w Cork miał się odbyć finał regionalnego konkursu tańca, a rywalizacja była zacięta, zwłaszcza między półprofesjonalnymi zespołami. Zwycięstwo oznaczało rozgłos i gwarantowało występy w całej Irlandii i poza nią. Z tego, co Katie wyczytała na temat Toirneach Damhsa, byli jedną z najlepszych grup tanecznych w kraju. Zamierzała wysłać detektyw Scanlan do An Coimisiún Le Rincí Gaelacha, Irlandzkiej Komisji Tańca, by dowiedziała się, czy między zespołami dochodziło do animozji.

Odłożyła długopis, gdy rudowłosa kelnerka postawiła przed nią talerz z kaszanką i drugi z jajkami na grzance. Katie kusiło, żeby zadzwonić do detektywa sierżanta Begleya i zapytać, na jakim etapie jest rozdzielanie zwęglonych zwłok, ale nakazała sobie spokój i zmusiła się do zjedzenia śniadania. Gdyby były jakieś problemy, Begley albo Bill Phinner zadzwoniliby do niej.

Krojąc kaszankę, uświadomiła sobie, jak bardzo przypomina poczerniałe zwłoki pierwszej tancerki, która leżała na plecach przy wejściu do studia. Nabrała odrobinę na czubek widelca i zbeształa się w duchu za swoją wrażliwość. Raz widziała kobietę, którą mąż zaatakował w kuchni nożem do porcjowania mięsa, tak że wnętrzności wylały się z brzucha, ale widok ten nie sprawił, że przestała lubić flaczki.

Po chwili uznała jednak, że nie będzie w stanie przełknąć kaszanki. Odłożyła widelec i odsunęła talerz. Właściwie odechciało jej się jeść, nie miała nawet ochoty na kawałek placka owsianego, który oderwała i posmarowała masłem.

– Coś nie tak, proszę pani? – spytała kelnerka.

– Tak. Nie. Nie. Nie chodzi o jedzenie. Jest pyszne. To moja wina. Nagle straciłam apetyt.

– Może podać coś innego? Owsiankę z whisky i śmietanką?

– Nie, dziękuję. Dopiję tylko kawę. Proszę powiedzieć szefowi kuchni, że to nie jego wina. Mój układ trawienny daje mi się we znaki.

– Może przynieść alka-seltzer?

Katie uśmiechnęła się i pokręciła głową.

– To miłe z pani strony, ale obawiam się, że w tym przypadku alka-seltzer nic nie pomoże.

* * *

Niebo rozpogodziło się, kiedy szła z hotelu River Lee na Anglesea Street, mijając po drodze Hanover Street i nadrzeczną Sullivan’s Quay. IPhone zabrzęczał kilka razy, a z głośnika w kółko płynęły dźwięki Fear a’ Bháta, ale Katie je ignorowała. Dotarcie na komendę zajmie trochę ponad dwadzieścia minut, a czuła, że potrzebuje ruchu i świeżego powietrza.

Chciała też pomyśleć o Conorze. Nie była w nim zakochana, lecz bardzo go lubiła. Był zabawny, interesujący i wyrozumiały, a do tego świetny w łóżku. Seks z nim fascynował ją i sprawiał, że czuła się wyzwolona. Miała wrażenie, że przy nim może robić, co tylko chce, i bez skrępowania opowiadać mu o swoich potrzebach i fantazjach.

Poza tym był jednym z zaledwie garstki profesjonalnych psich detektywów, którzy zajmowali się odnajdywaniem zaginionych lub skradzionych kotów i psów, a jego podejście do zwierząt czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Byli razem w Tipperary, gdzie szukali skradzionych psów przygotowywanych do walk, które organizował cieszący się złą sławą Zezowaty Guzz McManus. Nie mieli wystarczających dowodów, by go aresztować, dowiedzieli się jednak, że szykuje się jakaś większa walka, i Katie miała nadzieję, że Conor pomoże jej wnieść oskarżenie przeciwko McManusowi i na dobre zamknąć jego biznes. Każda walka psów przynosiła trzykrotnie większe zyski niż dostawa narkotyków czy napad na bank.

Tylko co teraz? Choć niełatwo było jej się do tego przyznać, wciąż miała iskierkę nadziei, że ich związek potrwa nieco dłużej niż kilka tygodni i okaże się czymś poważniejszym niż hotelowe schadzki w trakcie pracy nad sprawą McManusa. Tak było, zanim wysoka, atrakcyjna kobieta weszła na komendę i przedstawiła się jako żona Conora. Tamtego wieczoru Katie wróciła do domu ze łzami w oczach i od tego czasu nie rozmawiała z Conorem, aż do wczoraj, kiedy przyszedł na Anglesea Street.

Oczywiście mogła kontynuować śledztwo w sprawie walk psów bez niego, choć byłoby to dużo trudniejsze. Conor miał rozległą sieć kontaktów z podejrzanymi weterynarzami, właścicielami hoteli dla psów i ludźmi zamieszanymi w kradzież psów i szkolenie ich do walk. Zezowaty Guzz był wpływową osobistością w środowisku irlandzkich Travellersów3 i nie lubił, gdy ktoś wtrącał się w jego sprawy. Policja z Tipperary podejrzewała, że miał związek z zabójstwem Seana Moody’ego, tresera psów, którego ciało znaleziono we wrześniu w rowie nieopodal Saintpatricksrock. Moody’emu odcięto genitalia i wepchnięto do ust na znak, że rozmawiał z ludźmi, z którymi nie powinien był rozmawiać.

Tak, Kathleen, kapuję, rozmawiała sama ze sobą, przechodząc przez kamienny most nad południową odnogą rzeki. Pospieszyłam się z Conorem. Wciąż jednak nie mogła dojść do siebie po śmierci byłego chłopaka, Johna, a Conor poświęcał jej wiele uwagi i dodawał sił w chwilach, gdy najbardziej tego potrzebowała. Czy jednak mogła dalej z nim pracować, wiedząc, że jest żonaty i zdradzał z nią żonę? Czuła nadciągające problemy niczym skłębione, szare chmury, które przetaczały się po niebie za jej plecami.

Chwilę po tym, jak weszła do biura i odwiesiła kurtkę odblaskową, w drzwiach stanęła Moirin. Była niską, pulchną kobietą o twarzy w kształcie serca jak u królewny Śnieżki i wyglądała, jakby niedawno ukończyła szkołę, choć była samotną matką z dwójką dzieci i jedną z najlepszych asystentek, z jakimi Katie miała okazję współpracować.

– Nadkomisarz Pearse i komisarz Mulliken pytali o panią. Obaj mówili, że to pilne. Napije się pani herbaty?

Katie usiadła przy biurku i dźgnęła palcem ekran telefonu.

– Od rana nie odbierałam żadnych połączeń – przyznała. – W drodze do pracy chciałam oczyścić umysł.

– Gdyby tylko tak się dało. – Moirin westchnęła. – Moje dzieci nie robią nic, tylko drą się, biją i płaczą. Od rana do nocy. I tak dzień w dzień.

– Czyli mniej więcej tak jak tu – zauważyła Katie. – Jeśli nie masz nic przeciwko, skuszę się na cappuccino. I parę tych ciastek z żurawiną, jeśli jeszcze jakieś zostały.

Zadzwoniła do nadkomisarza Pearse’a.

– Wpadnę do ciebie – oświadczył. – Trochę ruchu dobrze mi zrobi.

Następnie wybrała numer komisarza Mullikena.

– Moirin mówiła, że chciałeś ze mną rozmawiać. Podobno to coś pilnego.

– Tak. W Gurra doszło do strzelaniny. Niall Gleeson, dasz wiarę?

– Co? Ten Niall Gleeson? Prawa ręka Bobby’ego Quilty’ego? Nie żyje?

– Jeszcze jak. Dostał kulkę między oczy. Nie wiemy, kiedy dokładnie się to stało, bo znaleziono go dziś rano o siódmej trzydzieści. Jego samochód stał zaparkowany przy Knockfree Avenue, a ci, co go mijali, myśleli, że uciął sobie drzemkę. Dopiero jakaś przedszkolanka zauważyła na szybie zaschniętą krew.

– Zawiadomiłeś techników i koronera?

– Tak. Technicy są już na miejscu, ale biuro koronera otwarte jest od dziewiątej.

Podczas rozmowy Katie sprawdziła iPhone’a i zobaczyła, że ma nieodebrane SMS-y i wiadomości głosowe od nadkomisarza Pearse’a, komisarza Mullikena i Billa Phinnera. Matko Boska, pomyślała, człowiek chce mieć dwadzieścia minut spokoju, a tymczasem wszystko się wali.

 

– Pearse zaraz tu będzie – powiedziała. – Rozumiem, że chce mi powiedzieć o Niallu Gleesonie. Może też wpadniesz?

– Dobra. Będę za minutę.

Odsłuchała wiadomości głosowe, które nagrał jej Bill Phinner. Głos miał zmęczony. „Będziemy potrzebować co najmniej trzydziestu sześciu godzin, żeby usunąć ze studia wszystkie ciała – poinformował ją w pierwszej wiadomości. – Niektóre z nich dosłownie stopiły się ze sobą, więc musimy być wyjątkowo ostrożni. Na razie pobraliśmy do analizy chemicznej próbki ze ścian, z podłogi i ubrań ofiar”.

„Pewnie słyszałaś już o Niallu Gleesonie – powiedział w drugiej wiadomości. – Dla jego własnego dobra miejmy nadzieję, że diabeł nie dowiedział się o jego śmierci. Wysłałem do Gurra czterech swoich ludzi. Wygląda na to, że żadne z nas nie wyśpi się porządnie w ciągu najbliższych kilku dni. Niall Gleeson… święty Józefie. Nie wiem, kto będzie następny, ale możesz być pewna, że jeszcze przed Bożym Narodzeniem będziemy mieli zabójstwo w odwecie”.

Odsłuchawszy wiadomości, Katie zadzwoniła do detektywa O’Donovana, który przeglądał nagrania z kamer przemysłowych, a na nich tłum gapiów zgromadzony przed szkołą tańca Toirneach Damhsa.

– Kiepsko to widzę – rzucił. – Wiatr nawiewa dym tak, że prawie całkowicie przesłania obraz. Ale i tak je przejrzę. Mamy prawie sześć godzin nagrań z monitoringu, plus kilka godzin materiału nagranego przez strażaków.

Nadkomisarz Pearse zapukał do drzwi i wszedł do gabinetu z posępną miną. Był niskim, przysadzistym mężczyzną z błyszczącymi oczami, krzaczastymi brwiami i wydatną dolną wargą. Słynął z porywczości, ale Katie nie znała człowieka, który lepiej radziłby sobie z działaniami na rzecz egzekwowania prawa, a zwłaszcza z patrolowaniem ulic. Nie tolerował głupców i niekompetencji, choć przy Anglesea Street wszyscy wiedzieli, że jego żona jest jeszcze bardziej porywcza. Detektyw Dooley żartował, że pewnie codziennie rano posypuje płatki śniadaniowe semtexem.

– Domyślam się, że chce pan porozmawiać o Niallu Gleesonie – zaczęła. – Właśnie się dowiedziałam.

– Wybacz, Katie – bąknął nadkomisarz Pearse. – Myślałem, że słyszałaś.

– O co chodzi? IRA siedziała cicho, odkąd Bobby Quilty udał się na spotkanie ze Stwórcą. Myślałam nawet, że zaprzestali działalności. Pana zdaniem to zabójstwo polityczne czy sprawa osobista?

– Trudno powiedzieć. Ale jeden z naszych funkcjonariuszy, Duffy, mieszka blisko niego w Bride Valley Park i słyszał, że Gleeson wdał się w romans z żoną jakiegoś faceta. Powiedział, że dyskretnie popyta i spróbuje się dowiedzieć, o kogo chodzi. To może być motyw.

W chwili gdy to powiedział, do gabinetu wszedł komisarz Mulliken. Był wysokim, szczupłym mężczyzną, łysiejącym – choć miał dopiero czterdzieści jeden lat – z dużym nosem i nastroszonymi ciemnymi wąsami. Miał na sobie jasnobrązowy garnitur, który wisiał na nim, jakby kupił go, gdy ważył pięć kilo więcej. Jednym z jego obowiązków było obserwowanie działających na terenie Cork odłamów IRA, takich jak Autentyczna IRA, Tymczasowa IRA, Nowa IRA i Óglaigh na hÉireann. Ta pierwsza została założona przez nieżyjącego Bobby’ego Quilty’ego i była finansowana w głównej mierze z pieniędzy, które zarabiał na szmuglowaniu papierosów, bardziej jednak przypominała prywatną armię, która miała chronić jego działalność przestępczą, niż prawdziwy ruch republikański.

– Nadkomisarz Pearse uważa, że Gleesona mógł zastrzelić zazdrosny mąż – powiedziała Katie.

– To całkiem możliwe – przyznał Mulliken. – Już dwa, trzy lata temu miał kłopoty, kiedy zrobił dziecko właścicielce pubu. Nie mógł utrzymać ptaszka na uwięzi. Mam wrażenie, że mówiąc o zjednoczonej Irlandii, miał na myśli siebie jednoczącego się z każdą napotkaną kobietą.

– Więc twoim zdaniem to nie była sprawa polityczna? – spytała Katie.

– Nie jestem pewien. Od czasu do czasu dostaję cynk od gościa, który pracuje na pół etatu w Templegate Tavern przy Gurranabraher Road. Kiedy widziałem się z nim tydzień temu, mówił, że stara gwardia z Autentycznej ostatnio spotyka się nieco częściej. Widział z nimi Gleesona i jakiegoś nowego gościa.

– Słyszał, o czym rozmawiają?

Mulliken pokręcił głową.

– Powiedział tylko, że chłopcy z Autentycznej traktują tego nowego z szacunkiem. Mówił też, że nowy nigdy nie zamawia alkoholu, tylko napoje bezalkoholowe.

– Abstynent? – spytał nadkomisarz Pearse. – Jak dla mnie już samo to czyni go podejrzanym.

Katie się uśmiechnęła.

– Nie mamy świadków? Kogoś, kto słyszał strzały i mógłby nam powiedzieć, kiedy to było?

– Mój informator mówi, że Gleeson przyjechał około wpół do trzeciej. W pubie było trzech gości z Autentycznej. Później, mniej więcej koło czwartej, pojawił się ten nowy. Po krótkiej rozmowie Gleeson wyszedł. Zaraz po nim wyszedł ten nowy. Gleeson miał odebrać z przedszkola wnuczkę, ale nie dotarł na miejsce, więc jedna z matek odwiozła ją do domu. Możemy więc założyć, że to wtedy zarobił kulkę, dlatego się nie pojawił. Jego córka niespecjalnie się tym przejęła, bo rzadko można było na nim polegać i nie pierwszy raz zapomniał odebrać wnuczkę. Jak zwykle w takich sytuacjach chodzimy od drzwi do drzwi, ale na razie nie mamy żadnych świadków.

– Dobra – rzuciła Katie. – Jak tylko dowiem się czegoś od Billa Phinnera, poproszę Mathew z biura prasowego, żeby wydał w mediach oświadczenie, że poszukujemy świadków. Tony, może wyślesz kogoś do Templegate Tavern, żeby nadstawił ucha? Nie chcę przesłuchiwać tych z Autentycznej. Jeszcze nie teraz. Zanim do tego dojdzie, wolałabym wiedzieć, co knują, jeśli w ogóle coś knują. Czy nadal działają, czy spotykają się towarzysko. No i chciałabym wiedzieć, kim jest ten nowy, ten abstynent, którego traktują z takim szacunkiem.

– Ja też – przyznał komisarz Mulliken. – Mogę wysłać Kynę Ni Nuallán. Potrafi nakłonić do mówienia nawet tych, którzy nie mają ochoty na rozmowę.

– Świetny pomysł – przyznała Katie. – Tylko uprzedź ją, że jadąc do Gurra, musi wyglądać jak bezdomna albo zdzira. Zero makijażu, wełniana czapka i rozwleczony dres albo tony eyelinera i szminki, a do tego miniówa w panterkę. Albo to, albo to, i wtedy nikt w Gurra nie zwróci na nią uwagi.

Moirin przyniosła cappuccino i talerz ciastek z żurawiną i migdałami.

– Proszę się poczęstować – powiedziała Katie, widząc, że nadkomisarz Pearse mierzy je wygłodniałym wzrokiem. – Żona nie daje panu jeść?

– Uznała, że powinniśmy zdrowiej się odżywiać, więc przez ostatnie trzy tygodnie jadłem wyłącznie sałatę i piersi z kurczaka. Żadnych ciast. Żadnych burgerów. Ani chińszczyzny na wynos. Ja tam wolę umrzeć z pełnym żołądkiem niż być zdrowy jak ryba i głodny.

Za drzwiami zadzwonił telefon i chwilę później Moirin weszła do gabinetu.

– Dzwonił pan Coffey. Jego pierwszy pociąg z Dublina został odwołany, ale około dwunastej trzydzieści powinien być na dworcu w Kent.

– Danny Coffey jest właścicielem i menedżerem Toirneach Damhsa – poinformowała Katie Mullikena. – A przynajmniej był, zanim wszyscy jego tancerze zginęli w pożarze… niech Bóg ma ich w swojej opiece – dodała, po czym zwróciła się do swojej asystentki: – W porządku, Moirin, nic się nie stanie, jeśli się spóźni. Dzięki temu będę miała czas, żeby pojechać do Szpitala Miłosierdzia i odwiedzić tę małą, którą znaleźli na dachu. – Popatrzyła na Mullikena. – Tony, po drodze chciałabym zobaczyć miejsce, w którym zastrzelono Gleesona. Wezmę ze sobą Kynę, żeby wybadała sytuację. Zresztą i tak miałam ją prosić, żeby jechała ze mną do szpitala.

– Jeśli zabójstwo Gleesona było polityczne, obawiam się odwetu – odezwał się nadkomisarz Pearse z ustami pełnymi ciastka. – Sęk w tym, że dopóki nie wiemy, kto za tym stoi, nie dowiemy się, na kim wezmą odwet. Kto ma najbardziej na pieńku z Autentyczną IRA? Nowa IRA? Mafia Callahanów?

– Bill Phinner mówi to samo – powiedziała Katie. – Dlatego uważam, że to dobry pomysł, żeby posłać Kynę do pubu. Zobaczymy, czego się dowie.