Festiwal strachu

Tekst
Z serii: horror
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale Rick zna ciebie. Prawdę powiedziawszy, zna cię na tyle dobrze, że zwraca się do ciebie „Gem”.

– Ach, ten Rick! To taki drobny łysy człowieczek. Spotkałam go w pracy podczas jednej z imprez promocyjnych.

Przeszli przez jezdnię. Jeden ze sklepów po drugiej stronie ulicy przerobiono ostatnio na gabinet dentystyczny, a okna pomalowano na niebiesko. Pod pozłacanym napisem: „I. Wartawa, Stomatolog”, ktoś wydrapał na szybie przesłanie: PRZECIEŻ JEJ NIE WIERZYSZ, PRAWDA?

Peter zatrzymał się i wbił spojrzenie w napis, gdy tymczasem Gemma wciąż szła przed siebie. Czuł się tak bezbronny, zły i zazdrosny, że w tej chwili byłby w stanie rozbić okno pięścią. Jak ona śmiała sądzić, że Peter da wiarę jej wyjaśnieniom, że Rick to drobny łysy człowieczek, którego poznała w pracy? Sto do jednego, że Rick to ten facet o kręconych włosach, w skórzanej kurtce. Sto do jednego.

Widocznie zdrada Gemmy jest tak straszna, że te graffiti powstają spontanicznie, tak samo, jak nieżyjący ludzie ukazują się na ścianach pokojów, w których umarli. Albo tak jak stygmaty pojawiają się na dłoniach i stopach ludzi, którzy doświadczyli napadów religijnej ekstazy.

Zrównał się z nią przy wejściu do metra. Nawet nie zauważyła, że przez pewien czas nie było go przy niej.

– Co? – zapytała, kiedy chwycił ją za ramię.

– Nic, wszystko dobrze. Świetnie. Opowiedz mi więc o Ricku.

– Nie ma nic do opowiadania – odparła, gdy Peter kupował bilety. – Pracuje dla jakiejś firmy informatycznej w Milton Keynes.

– Podałaś mu swój numer do domu?

– Nie pamiętam. Widocznie podałam.

Zeszli schodami na peron, z którego pociągi odjeżdżają w kierunku wschodnim. Niebo nad stacją West Kensington było stalowoszare, a tory lśniły od wilgoci. Na peronie oprócz nich było jeszcze pięć lub sześć osób, w tym pijak w brudnym brązowym płaszczu przeciwdeszczowym, który wykonywał fascynującego jednoosobowego fokstrota tylko po to, żeby utrzymać się w pionie.

– Posłuchaj, to, co mówiłaś o przestrzeni…

– Nie chciałam cię zdenerwować, Peter. Chodzi po prostu o to, że chciałabym mieć czasami kilka chwil wyłącznie dla siebie. Przepraszam, że powiedziałam, iż wywołujesz we mnie uczucie klaustrofobii.

Popatrzył pod nogi, na betonową krawędź peronu. Ktoś wyrył na niej trzynaście liter, nierównych i poszarpanych: UKARZ JĄ, PETER.

Z oddali dotarł do niego odgłos nadjeżdżającego pociągu. Wkrótce zobaczy odbicia jego przednich świateł na mokrych szynach. Stanął blisko przy Gemmie i otoczył ją ramieniem. Popatrzyła na niego z zażenowaniem, ale po tym, co właśnie powiedziała, czuła, że nie powinna się odsuwać.

Pociąg pojawił się nagle pod mostem. Peter nie wahał się ani chwili.

– Uważaj! – krzyknął i w tej samej chwili z całej siły popchnął Gemmę.

Gemma zatoczyła się, straciła równowagę i prawie z powrotem ją odzyskała, ale Peter znowu ją popchnął, zaciskając dłoń na kołnierzu jej płaszcza w taki sposób, jakby próbował ją ratować. Spadła z peronu prosto pod koła pociągu.

Rozległ się ogłuszający zgrzyt hamulców awaryjnych, a następnie długi niesamowity pisk, niczym wielki finał jakiejś kakofonicznej opery. Wydawało się, że minęła wieczność, zanim wagony w końcu się zatrzymały. W chwili rozpoczęcia hamowania ich koła przestały się obracać, dlatego pociąg powlókł Gemmę jeszcze dobrych trzydzieści jardów.

Zapadła długa cisza. Słychać było tylko odgłosy samochodów z North End Road oraz dudnienie silników boeinga 747 lecącego na Heathrow.

Peter powlókł się na sztywnych nogach ku początkowi pociągu. Przypominał raczej drewnianą marionetkę niż człowieka. Był przerażony, brakowało mu tchu, ale odczuwał też dziką radość. Motorniczy właśnie wychodził ze swojej kabiny. Nie otworzył żadnych innych drzwi kolejki, dlatego pasażerowie, uwięzieni w środku, przytykali czoła i nosy do szyb, wypatrując niespokojnie, co się stało. Pijak przegrał walkę o zachowanie pionowej pozycji i teraz niczym na pikniku leżał na peronie, podpierając się na łokciu, i mamrotał:

– O, kurwa. Nie wierzę w to. O, kurwa.

Peter podszedł do motorniczego, którego twarz była szara.

– Właśnie wróciłem do pracy po ostatnim takim wypadku – mówił drżącym głosem. – Dopiero co wróciłem.

Peter spojrzał na tory. Gemma leżała pod pierwszym kołem pociągu od strony peronu. Na twarzy widać było liczne czerwone potłuczenia i obtarcia, a jej suknia była przesiąknięta krwią. Wpatrywała się w chmury, oczyma raczej zaskoczonymi niż przerażonymi. Jej prawa ręka oderwana została w stawie barkowym, brakowało też jej prawej nogi.

Do Petera podbiegł jeden z pracowników stacji.

– Karetka jest już w drodze – oznajmił. Po chwili dodał: – Nie może pan tu stać. Musi się pan cofnąć.

– To moja narzeczona – powiedział Peter.

– Bardzo mi przykro, proszę pana, ale musi się pan cofnąć.

Peter wycofał się aż do ławki na końcu peronu, a tymczasem na stacji zjawiło się kolejnych dwóch pracowników i wreszcie załoga karetki pogotowia. Wyłączono zasilanie trakcji i sanitariusze zeszli na tory. Peter zaczynał żałować, że rzucił palenie.

Siedząc na ławce i czekając, zobaczył kilka słów wyrytych na karoserii pociągu. JESTEŚ ZADOWOLONY, PETER? Przyszło mu do głowy, że tak, owszem, jest zadowolony.

Nagle zaczął lać deszcz.

* * *

Trochę później tego wieczoru, po dwugodzinnej rozmowie, którą odbył z pełnym współczucia policyjnym detektywem o piaskowych włosach, wrócił na Bramber Road i otworzył drzwi mieszkania. Było zimne i ciemne, a pierwszą rzeczą, którą zauważył, kiedy włączył światło, był czerwony sweter z angory Gemmy, leżący na kanapie.

– Halo! – zawołał, biorąc głęboki oddech. – Jest tu kto?

Wszedł do kuchni. Białe koszulki Gemmy wciąż wisiały na klamkach okna, tam, gdzie zostawiła je wczoraj. Systematycznie je pozrywał, jedną po drugiej, i zmiął je w dłoniach. Następnie przeszedł do sypialni i otworzył szafę z ubraniami. Było w niej pełno pulowerów, sukien, dżinsów i kurtek, a na dnie stały dziesiątki par butów od Shelleya i Ravela.

Otworzył jedną z szuflad i wyciągnął z niej parę białych koronkowych majtek. Przycisnął je do twarzy i głęboko wciągnął powietrze. Nie pachniały niczym poza płynem do zmiękczania tkanin. Nie ma jej, pomyślał. Naprawdę jej nie ma. Peter udowodnił sobie, że można zmienić swoje życie, można je kontrolować, jeżeli tylko jest się wystarczająco odważnym. Wystarczyło, że otworzył oczy, zdjął z nich klapki i zaraz zobaczył, kto traktuje go, jakby był idiotą. Ludzie mogą się uśmiechać, poklepywać cię po plecach, udawać przyjaciół, ale to jeszcze nie znaczy, że nimi są. A najgorsze pod tym względem są kobiety.

Wszedł do łazienki i popatrzył na swoje odbicie w lustrze. Panie i panowie przysięgli, czy waszym zdaniem tak wygląda morderca? Nie, tak wygląda mężczyzna haniebnie zdradzony przez kochającą go jakoby kobietę, który po prostu zaczął zadawać sobie właściwe pytania.

Zrzucił z siebie ubranie i zważył się. Następnie usunął z półki wszystkie kosmetyki Gemmy – emulsję do czyszczenia, clearasil, pastę do zębów, szampon. Wrzucił je do kartonowego pudła po winie razem z przyborami do makijażu i wszystkim, co znalazł w szufladach jej toaletki.

Następnie opróżnił jej garderobę, pakując wszystkie ubrania Gemmy do plastikowych worków na śmieci. Przejrzał szafy w kuchni i usunął z nich nawet zupki w proszku dla osób dbających o linię i saszetki zielonej japońskiej herbaty.

Zadzwonił telefon. Peter podniósł słuchawkę i zapytał:

– Kto mówi?

– Rick. Czy Gem wróciła już do domu?

– Gemma nigdy nie wróci, Rick.

– Nie rozumiem. Jak mogę się z nią skontaktować?

– Ona nie żyje, Rick. Doszło do wypadku.

– O, mój Boże! Co się stało?

– Dopadła ją sprawiedliwość, Rick. Sprawiedliwość.

– Nie rozumiem… O czym ty mówisz?

– Doskonale rozumiesz. Pierdoliłeś ją za moimi plecami.

– Co?

– Nie zgrywaj niewiniątka, Rick. Wszystko na wasz temat zostało wyryte w kamieniu. Wydrapane w szkle, wybite dłutem w cegle. Trudno o mocniejsze dowody, nie sądzisz?

– Człowieku, nie wiem, o czym ty mówisz! Powiedz mi, co się z nią stało.

Peter odłożył słuchawkę i usiadł na krześle z uśmiechem zadowolenia na ustach. Niech się sam dowie, drań. Jutro gazety napiszą o śmierci Gemmy. Wtedy wszyscy się dowiedzą, że każda nieuczciwa kobieta musi zapłacić za swoje oszustwa.

* * *

Minął tydzień, podczas którego codziennie, bezustannie padał deszcz. W następną sobotę Peter poszedł na pogrzeb Gemmy do West London Crematorium. Spotkał tam mnóstwo jej przyjaciół: Kelley i June, Davida oraz wiele osób z jej pracy. Nie zauważył tam jednak wysokiego Ricka o kręconych włosach. Widać miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by trzymać się od tego z daleka.

Po ceremonii, kiedy Peter wracał pełną kałuż asfaltową drogą w kierunku bramy krematorium, zrównał się z nim młody mężczyzna o krótkich jasnych włosach noszący okulary.

– Już się kiedyś spotkaliśmy, prawda? – zapytał. Gdy zobaczył, że Peter marszczy brwi, niemal natychmiast dodał: – Jestem Robin Marshall, spotkaliśmy się na imprezie u Billa i Gilliana w Kew.

– Ach, rzeczywiście. Jak ci się wiedzie?

– Prawdę mówiąc, doskonale. Właśnie wróciłem z trzymiesięcznego pobytu w San Francisco. Co za tragedia, taka śmierć… Musisz być wstrząśnięty.

– Tak. Jestem wstrząśnięty.

– Była taką słodką dziewczyną, to znaczy zawsze była taka elegancka i pełna wdzięku. Nigdy nie zauważyłem, żeby cokolwiek robiła niezdarnie, niechlujnie. Kiedyś widziałem, jak spadła z drabiny, kiedy wieszała w Boże Narodzenie jakieś dekoracje na choince. Jakoś udało się jej wylądować na dwóch nogach, tak lekko, jakby była czarodziejką.

 

Peter pokiwał głową. Zafascynował go intensywny niebieski kolor oczu Robina Marshalla. Były niemal nierzeczywiste, jak szafiry. Miał ładne kości policzkowe, prosty nos i zmysłowe wargi. Jego opalenizna już trochę przybladła, sprawiał więc wrażenie, jakby nałożono mu make-up przed występem w telewizji.

– Może napijemy się kawy? – zapytał Peter. – Od śmierci Gemmy właściwie z nikim nie rozmawiałem.

– Oczywiście. Byłoby mi bardzo miło. Zaraz za rogiem jest taka włoska restauracja, Florentino. Jedzenie mają bez sensu, ale za to podają doskonałe espresso.

Usiedli przy zaparowanym oknie, nad dwiema dużymi kawami, zaledwie dwie stopy od potężnego grubasa w dżinsach i szeleszczącej skórzanej kurtce, który z wielkim apetytem co chwilę wpychał do ust wielką łyżkę spaghetti bolognese.

– Wyobrażam sobie, że po śmierci Gemmy jesteś mocno zdezorientowany – powiedział Robin. – W końcu to, jakich wybieramy partnerów, wskazuje, kim jesteśmy. To, co widzisz w partnerce, to właśnie ty.

– Nie wiem. To brzmi bardzo egoistycznie, a ja tymczasem tęsknię za nią tak, że chce mi się wyć. Z drugiej strony czuję pewną ulgę. Tak naprawdę nie uważam, że byliśmy sobie przeznaczeni. Żałuję jednak, że nie rozwiązało się to w inny sposób.

Robin popatrzył na niego sponad brzegu filiżanki. Jego głębokie niebieskie oczy mogły z powodzeniem należeć do przybysza z innej planety, choćby Atreidesa z Diuny.

– Mówisz, że nie byliście sobie przeznaczeni… Co złego było w waszym związku?

Gruby mężczyzna rozerwał pajdę chleba i wsunął kawałek do ust, w których kłębiło się już spaghetti.

– Była absolutnie piękna i pełna wdzięku, jak powiedziałeś. Wszyscy powtarzali, że jest zachwycająca, i taka właśnie była. Uwielbiałem z nią wychodzić i się nią chwalić przed ludźmi. Ale jeśli chodzi o…

– Jeśli chodzi o co? Co było złego? Czego ci brakowało?

Peter nie wiedział, dlaczego był gotów zaufać Robinowi, ale to uczynił. Robin wydawał mu się jedną z tych nielicznych osób, które instynktownie rozumieją uczucia innych, ponieważ rozumują i czują w taki sam sposób.

– Widzisz, ona… widzisz, ona mnie nie podniecała. W ogóle.

– Hmm… – mruknął Robin i upił łyk kawy. – A jak sądzisz, dlaczego?

Peter wzruszył ramionami

– Kochałem ją jako osobę. Naprawdę ją kochałem. Byłem zazdrosny, jeżeli jakikolwiek inny mężczyzna próbował z nią flirtować. I to cholernie zazdrosny. Przez ostatnich kilka dni nękała mnie myśl, że spotyka się z kimś innym, i to wywoływało u mnie cholerną depresję. Ale… ja…

– Chcesz powiedzieć, że nie podniecała cię seksualnie?

– Cóż, chyba tak. Nie wiem, dlaczego.

Robin zamilkł, rozmyślając i wpatrując się w swoją filiżankę z kawą. Wreszcie się odezwał:

– A inne kobiety? Czy jakakolwiek inna kobieta podnieca cię seksualnie?

Peter nie odpowiadał, nie mógł. Zawsze lubił kobiety i zawsze kobiety go fascynowały. Kiedy był młodszy, kupował wesołe magazyny i się nad nimi masturbował. Robin dotarł jednak niebezpiecznie blisko do czegoś, o co Peter nigdy nie ośmielił się zapytać samego siebie.

– Eee… tak. Wiele kobiet. Szczególnie pewien ich typ. Nie wszystkie. Ale niektóre.

Robin wciąż nie podnosił wzroku znad filiżanki z kawą.

– Jak myślisz, czy to dobry pomysł, żebyśmy się spotkali jeszcze raz i o tym porozmawiali? Mógłbyś przyjść do mnie na kolację, jeśli chcesz.

– No nie wiem.

– Peter, obecnie jestem sam i mieszkam sam. Z San Francisco wróciłem dlatego, że… że właśnie zerwałem z kimś, kto był mi bardzo bliski. Towarzystwo naprawdę dobrze mi zrobi. Po prostu chciałbym z kimś pogadać.

Peter nie wiedział, co odpowiedzieć, ale Robin wyciągnął z portfela wizytówkę i powiedział:

– Zastanów się. Tutaj jest także mój domowy telefon. Na przykład w najbliższy czwartek… Bardzo by mi odpowiadało.

– Dziękuję – odparł Peter.

Gruby mężczyzna głęboko wciągnął powietrze nosem, po czym głośno, rozdzierająco beknął.

* * *

Postanowił wrócić do domu piechotą, mimo że miał do pokonania trzy mile, a deszcz padał znacznie intensywniej niż w poprzednie dni. Potrzebował czasu na przemyślenia, czuł też, że zasługuje na jakąś karę. Parasol trzymał złożony, dlatego zimne jak lód krople deszczu rozbryzgiwały się na jego twarzy, a on nie potrafił przestać myśleć o Robinie, jego oczach Atreidesa i jego wygiętych w łuk, lekko rozchylonych wargach.

Dotarł do skrzyżowania z Charleville Road. Na jego środku, na wysepce dla pieszych, znajdowała się publiczna toaleta, ogrodzona za pomocą czarnych żeliwnych barierek. Na ścianie toalety, w cegle, wyryte były te same nierówne litery, które Peter już widział wcześniej. KIM JESTEŚ, PETER?

Przeszedł przez ruchliwą jezdnię i podszedł do ściany. Litery znów wyryte były głęboko, niemal na pół cala. Przyłożył dłoń do mokrych cegieł i zaczął się zastanawiać, czy nie są to przypadkiem pierwsze symptomy schizofrenii. Ale przecież schizofrenicy słyszą głosy. Nie widują napisów wyrytych w twardym kamieniu.

Wierzchem dłoni otarł wilgotny nos. Musiał się wysikać, dlatego odwrócił się ku schodom, które wiodły do części toalety przeznaczonej dla mężczyzn. Kiedy schodził, minął go i puścił do niego oko siwowłosy mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym, wilgotnym na ramionach.

W toalecie śmierdziało, a podłoga była mokra. Jakiś chudy młody mężczyzna w wytartym płaszczu mył włosy nad umywalką, a tuż przy nim stał brudny, boleśnie kościsty kundel, przez cały czas drżąc.

– Daj trochę drobnych, przyjacielu – poprosił mężczyzna z namydlonymi włosami i głową wciąż znajdującą się pod kranem.

Peter miał właśnie otworzyć drzwi do jednej z kabin. Znalazł w kieszeni trzy funty i położył je na blacie, tuż obok brudnego zielonego grzebienia, należącego do młodego człowieka. Młody człowiek nie podziękował, więc Peter powiedział po prostu:

– Idź, kup sobie filiżankę herbaty, albo co tam chcesz.

Wszedł do kabiny.

Starannie zamknął za sobą drzwi. Muszla klozetowa pozbawiona była deski, a ktoś wcześniej rozwinął i rzucił na podłogę cały papier toaletowy. Ściany kabiny pokrywały najprzeróżniejsze rysunki, wiersze i numery telefonów. Jeśli pragniesz zaznać najlepszego obciąganka w życiu, spotkaj się tutaj ze mną o wpół do siódmej, we wtorek, dziewiątego. Lubię młodych czarnych chłopców z naprawdę ciasnymi dziurkami. O, debiuty, O, pałace! Czyja dusza jest bez winy? Podniety to bzdety. Flamastrami ktoś narysował tutaj nagie kobiety i dziesiątki członków, z których sperma tryskała jak kule z karabinu maszynowego. Po chwili, kiedy Peter popatrzył wyżej, poczuł na karku zimne, pełzające mrowienie. W płytkach wyryte było kolejne przesłanie dla niego: DLACZEGO NIE SPRÓBUJESZ, PETER?

Dokończył sikanie i spuścił wodę. Potem przez długi czas stał w kabinie z ręką przyciśniętą do ust, rozmyślając. Robin głęboko go zaniepokoił i zafascynował. Kusiło go, żeby powiedzieć „tak”, już w chwili, kiedy mu proponował kolację. Nie był jednak jeszcze pewien swoich preferencji. Może mimo wszystko nie jest gejem? Może jednak tęskni za Gemmą bardziej, niż mu się zdaje, i teraz tylko na ślepo poszukuje kogoś, kto by mu okazał współczucie, kogoś, na czyim ramieniu mógłby się wypłakać? Załóżmy, że – mimo całego jej wdzięku i całej urody – Gemma po prostu nie była w jego typie.

Musiał uzyskać pewność, zanim znów spotka się z Robinem. Gdyby przyjął jego zaproszenie, a potem odkrył, że popełnił straszną pomyłkę, byłoby to zbyt kłopotliwe.

Tkwił w kabinie jeszcze przez kilka minut, nie wiedząc, co robić. W końcu jednak otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Młody człowiek w zniszczonym płaszczu wciąż pochylał się nad umywalką, tak jakby czekał, aż Peter się w końcu pojawi. Pies ziewnął i otrząsnął się.

Peter podszedł do młodego człowieka i stanął tuż za jego plecami.

– A może… Może potrzebujesz więcej pieniędzy?

Mężczyzna przestał płukać włosy, ale milczał.

– Widzisz, chodzi o to, że jeszcze nigdy w życiu niczego takiego nie zrobiłem. Nie podszedłem do kogoś zupełnie obcego i nie zapytałem go, czy jest mną zainteresowany. A przecież tak właśnie to się powinno odbywać.

Nieznajomy milczał. Wciąż pochylał się nad umywalką z brudną mydlaną wodą.

– Jeśli cię to nie interesuje, powiedz słowo i odejdę.

W końcu mężczyzna się wyprostował. Jego chude ramiona wyraźnie odznaczały się pod cienkim płaszczem. Peter nie mógł wyraźnie dostrzec jego twarzy, ponieważ lustro było całkowicie zaparowane.

– No i? – zapytał. Robił się coraz bardziej nerwowy i coraz bardziej niecierpliwy. Brakowało naprawdę bardzo niewiele, żeby się odwrócił i wyszedł.

– Za dużo gadasz – wyszeptał sucho chłopak.

– Co? Co to znaczy?

– Dokładnie to. Chyba nigdy nie przestaniesz w siebie wątpić. Nigdy nie przestaniesz wątpić w innych ludzi. Nie masz w sobie ani krzty wiary.

– Wiary? A co ma z tym wspólnego wiara?

– Wiara jest w tym wypadku wszystkim – odparł młody mężczyzna.

Uniósł prawą rękę, bardzo szczupłą i o długich palcach, po czym rozprostował dłoń. Ku przerażeniu Petera, jego palce zakończone były szarymi paznokciami, osiągającymi trzy cale długości.

Wyciągnął rękę do lustra i paznokciem wskazującego palca zaczął drapać po szybie. Ze zgrzytliwym hałasem, przyprawiającym Petera o ból zębów, napisał: BEZ WIARY NIE MA PRZYSZŁOŚCI. Następnie odwrócił się.

Peter z zaskoczeniem i przerażeniem stwierdził, że wcale nie jest młody. Jego twarz miała brązowy kolor i była gęsto poprzecinana zmarszczkami, a jego oczy były czarne i lśniące jak chrząszcze. Usta były niemal całkowicie pozbawione warg, jakby ktoś wykonał poziome cięcie bardzo ostrym nożem.

Peter cofnął się jeden krok, a potem drugi.

– Dokąd idziesz, Peter? – zapytał go mężczyzna takim samym jak wcześniej szeptem. – Nie możesz uciec od swojego braku wiary.

– Kim ty jesteś? – zapytał Peter.

– Podczas bombardowania Londynu w East Endzie, kiedy ludzie ukrywali się na stacjach metra, nazywano mnie Bazgrołą. Wypisywałem na ścianach tuneli ich najgorsze koszmary. HALLO, SIDNEY, CZY KIEDYKOLWIEK SIĘ ZASTANAWIAŁEŚ, CO SIĘ DZIEJE Z TWOJĄ ŻONĄ? Napisy sprawiały, że z ludzi ulatywało powietrze.

– Zostaw mnie. Nie wiem, o czym, do diabła, mówisz, i nie chcę wiedzieć.

– Nie możesz się mnie pozbyć, Peter. Kiedy już raz cię wyniuchałem, nie pozbędziesz się mnie. Mieszkam w Londynie dłużej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić, przyjacielu. Wyznaczałem napisami moją drogę przez slumsy East Endu, przez sekskluby w Soho, przez Holborn, Notting Hill i Brixton. Z daleka doskonale wyczuwam w ludziach strach, Peter. Czuję go, stojąc przy nich, tak jak czuję zapach ich ciał. Z daleka bije zarówno od osób z wyższych sfer, jak i od pijaków, dziennikarzy i urzędników bankowych.

Na krótką chwilę mężczyzna zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Był swobodny i zadowolony z siebie.

– Kim ty jesteś, do diabła? Zostaw mnie w spokoju.

Bazgroła znów otworzył oczy.

– Jak mogę cię zostawić w spokoju, skoro to ty nie zostawiasz mnie w spokoju? Ciągle w siebie wątpisz, oto twój kłopot. Ciągle się boisz, że zostaniesz sam. Wydaje ci się teraz, że te wszystkie pytania wyryte na ścianach były jedynie wytworem twojego umysłu, co? Albo że to jakiś cud? Ale to nie byłeś ty i to nie był cud. To ja je napisałem.

– Odczep się ode mnie, dobrze?

– W każdym mieście są te same zagrożenia, Peter. A które jest największe? To, że się nie jest i nie będzie kochanym. Strach przed życiem pośród milionów ludzi i nieposiadaniem u swojego boku nikogo. Oto, przyjacielu, kim i czym jestem. Nie jestem niczym innym jak tylko ucieleśnionym strachem przed samotnością. Jeśli mnie zapytasz, skąd pochodzę i jak to się stało, że przemierzam ulice w poszukiwaniu zapachu ludzkiego braku poczucia bezpieczeństwa, odpowiem ci tylko, że zawsze tu byłem. Popatrz na akwaforty Rowlandsona, przyjacielu. Popatrz na płaskorzeźby Puncha, przedstawiające londyńskie tłumy. Popatrz na fotografie Piccadilly z lat dwudziestych. Na faceta przy drzwiach do pijalni dżinu, na innego faceta, siedzącego na otwartym górnym pokładzie otwartego autobusu, na twarze w tłumie na moście Waterloo. To jestem ja, Peter, ja szukający ludzi podobnych do ciebie.

– Jesteś szalony. Jesteś szalony. Zostaw mnie – zażądał Peter.

– Nie mogę, Peter. Póki będziesz wątpił w siebie, przyjacielu, póty ja będę chodził za tobą wszędzie, dokądkolwiek się udasz. I nigdy, przenigdy nie dam ci spokoju.

 

Peter przez długi czas wpatrywał się w Bazgrołę. Jego pierś unosiła się szybko i opadała, jak pierś człowieka, który ukończył długi bieg. Przecież on miał w sobie wiarę. Naprawdę wierzył w samego siebie. Ale na czym w istocie polegała ta wiara? Dlaczego zawsze odnosił wrażenie, że nigdzie nie pasuje? W pracy podejrzewał, że koledzy go nie lubią i obgadują go za plecami. Nie potrafił przejść ulicą, nie zastanawiając się, czy ludzie się na niego nie gapią i czy nie zapytują się, co z niego za odmieniec. Nigdy nie potrafił uwierzyć, że Gemma naprawdę go kocha i naprawdę chce go poślubić, i prawdopodobnie dlatego do końca nie potrafił jej zaufać.

Gdyby jednak mógł się pozbyć tych wszystkich wątpliwości, gdyby potrafił powstrzymać się przed zadawaniem sobie tylu pytań, gdyby mógł zabić swój brak wiary…

Uniósł parasol i uderzył Bazgrołę w ramię, jednak ten błyskawicznie wyrwał mu parasol i rzucił go w kąt toalety. Peter uderzył go więc pięścią, poczuł jednak, jakby pod zniszczonym płaszczem nie było nic poza kośćmi klatki piersiowej. Bez słowa Bazgroła wyprostował palce wskazujące obu rąk i rozorał Peterowi twarz, najpierw jeden policzek, potem drugi. Długie paznokcie przecięły policzki i dotarły aż do języka. Usta Petera jakby nagle się wydłużyły. Krew była wszędzie, w całej toalecie, na umywalkach i ścianach do połowy ich wysokości.

Peter spróbował schwycić Bazgrołę za szyję. Był zbyt wstrząśnięty, żeby mówić, a poza tym nie czuł języka. Wydał jednak z siebie gwałtowne, krwawe hhhuuurrrhhhhhh! i trzasnął głową Bazgroły w lustro, rozbijając je na pół.

– Teraz to, kurwa, zrobiłeś. – Bazgroła tchnął szeptem w jego ucho.

Zakleszczył szyję Petera w stalowym objęciu lewego ramienia i wepchnął twarde, ostre paznokcie prosto w jego gardło. Zacharczał głośno, po czym powtórzył pchnięcie, a następnie rozerwał paznokciami czarne pogrzebowe spodnie Petera, przebił poły jego koszuli i majtki, aż wreszcie zagłębił palec w jego tłuszczu podskórnym. Z przebitego brzucha z cichym sykiem zaczęły wydobywać się gazy. Peter poczuł paznokieć, przesuwający się w nim, dokładnie w nim, w środku. Była to najbardziej niestosowna inwazja na jego ciało, jaką mógł kiedykolwiek sobie wyobrazić: pojedynczy długi paznokieć przecinał jego wnętrzności, mięśnie i tkankę łączną.

Nie wydawał żadnego dźwięku, gdy Bazgroła wsuwał rękę coraz głębiej, tak że jego paznokieć rozerwał żołądek Petera i dotarł aż do mostka. Przód jego koszuli całkowicie przesiąkł krwią. Bazgroła cofnął się, oddychając z ciężkim charkotem. Peter się zachwiał, zakrztusił, a potem opadł powoli na mokre kafelki podłogi, przyciskając do nich czoło jak pokutnik.

Przed swoimi oczyma zobaczył litery, układające się w słowa: JAK SIĘ DZIŚ CZUJESZ, PETER? Były wyryte w ceramicznych płytkach i powoli wypełniały się jego krwią.

* * *

Miesiąc później, w pewien zimny, ale słoneczny dzień Robin Marshall został wezwany w celu złożenia zeznań przed sądem koronera dla Zachodniego Londynu. Chodziło o zaświadczenie na temat stanu emocjonalnego Petera w dniu, w którym umarł.

Gdy stanął na miejscu dla świadków, promienie południowego słońca padły na jego jasne włosy.

– Odniosłem wrażenie, że Peter miał wtedy mętlik w głowie.

– Z jakiego powodu? – zapytał koroner.

– Pochował właśnie narzeczoną. Myślę, że miał w odniesieniu do niej bardzo mieszane uczucia.

– W jakim sensie?

– Czuł się winny, że być może nie kochał jej tak mocno, jak powinien.

– Mógłby pan to bliżej wyjaśnić?

Robin zrobił poważną minę.

– Myślę, że, oprócz wielu innych spraw, Peter nie był pewien co do swojej orientacji seksualnej.

– Rozumiem. Coś jeszcze?

– Mimo że, jak powiedział, narzeczona tak naprawdę go nie podniecała, był o nią bardzo zazdrosny. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby spotykać się z innymi mężczyznami.

– A przypuszczał, że spotyka się z innymi mężczyznami?

Robin pokiwał głową.

– Mówił, że doprowadza go to do głębokiej depresji. Poza tym, oczywiście, głęboką depresję wywołała w nim jej śmierć. Wciąż był w szoku, jeśli mam wyrazić moje zdanie.

Richard Morton, trzydziestopięcioletni sprzedawca komputerów z Milton Keynes, zaświadczył, że rozmawiał z Peterem przez telefon krótko po wypadku Gemmy. Odniósł wtedy wrażenie, że Peter jest przekonany, iż Gemma ma romans.

– Z wściekłości nie panował nad sobą. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje.

Doktor George Protter, lekarz rodzinny Petera, zeznał, że był on zasadniczo zdrowy, chociaż cierpiał z powodu lekkiej alergii i raz konsultował się z nim po napadzie lękowym, do którego doszło w pracy.

– Jeśli chodzi o kwestię, czy jego zmarła narzeczona spotykała się z innymi mężczyznami, jest bardziej niż prawdopodobne, że było to jedynie wytworem jego imaginacji. Była ona bowiem pacjentką mojego kolegi, doktora Carpentera, który trzy tygodnie przed jej śmiercią zdiagnozował u niej guz lewej piersi. W tych okolicznościach byłoby zaskakujące, gdyby odnosiła się do zmarłego z wielką czułością i gdyby miała ochotę zajmować się bardziej nim niż sobą. Jak zaświadczy doktor Carpenter w następnym tygodniu, podczas przesłuchań w sprawie jej śmierci, wieczorem na dzień przed tym, jak zginęła pod kołami pociągu, zatelefonował do niej, aby powiedzieć, że będzie się musiała poddać operacji chirurgicznej.

Doktor Vikram Pathanda, główny patolog z Hammersmith Hospital, tak opisał śmierć Petera:

– Rany zostały zadane specjalnie zaostrzonym ćwierćcalowym dłutem do kamieni. Dłuto to zostało znalezione przy zwłokach. Nie mam najmniejszych powodów, by wątpić, że wszystkie rany ofiara zadała sobie sama.

Koroner zdjął okulary.

– Dziękuję panu, doktorze Pathanda. Teraz wszyscy zróbmy sobie przerwę na lunch, a po niej wydam postanowienie.

* * *

Robin Marshall siedział na górnym piętrze autobusu numer 15. Jedną rękę trzymał nad oczami, osłaniając je przed promieniami późnopopołudniowego słońca. Obok niego zajmował miejsce czarnoskóry chłopak w niezwykle obszernych spodniach z obniżonym krokiem, słuchał rapu z przenośnego magnetofonu i od czasu do czasu wtórował muzyce głośnym:

– Uha – u – ha – ha.

Autobus zatrzymał się przy Paddington Station. Zaraz za nim zatrzymał się następny. Robin popatrzył na przystojnego Azjatę, siedzącego w tym drugim autobusie na górnym piętrze w pierwszym rzędzie. Następnie skierował spojrzenie na karoserię autobusu, na której znajdowała się wielka reklama Pepsi Coli.

Na boku autobusu ktoś wyrył jakieś litery: wysokie, niekształtne, przebijające farbę i docierające do gołego aluminium. Składały się na napis: JAK SIĘ DZIŚ CZUJESZ, ROBIN?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?