Festiwal strachuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Współpracujemy ze spółdzielniami farmerów i hodowców bydła. Z drobnymi producentami, z którymi wielkie sieci fast foodów nie chcą robić interesów. To dlatego nasze burgery smakują lepiej i dlatego nie zawierają niczego, czego nie chciałbyś jeść.

Od grilla podszedł do nas Kevin z dobrze wypieczonym burgerem na talerzu. Jego pryszcze były zaognione od gorąca. Pan Le Renges wręczył mi widelec i powiedział:

– No, spróbuj.

Odkroiłem mały kawałek kotleta i uważnie się mu przyjrzałem.

– Nie nabiera mnie pan? – zapytałem.

– Ani trochę. Masz przed sobą tysiąc procent białka, gwarantuję.

Z trudem przełknąłem ślinę, po czym wsunąłem kąsek do ust. Żułem go powoli, starając się nie myśleć o rzeźniczych rampach, upstrzonych zwierzęcymi odchodami, które oglądałem wokół Baton Rouge. Pan Le Renges obserwował mnie uważnie swoimi oczyma, lśniącymi jak muchy plujki, co bynajmniej nie wpływało pozytywnie na mój apetyt.

Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, burger okazał się całkiem smaczny. Był miękki, wystarczająco kruchy i dobrze przyprawiony cebulą, solą i pieprzem, a także leciutko chili. Można w nim było wyczuć jeszcze jeden zapach, prawie nie przebijający się ponad te przyprawy.

– Kminek? – zapytałem pana Le Rengesa.

– Aha. Żebyś wiedział. Ale smakuje ci, prawda?

Odkroiłem jeszcze jeden kawałek.

– Tak, muszę przyznać, że tak.

Pan Le Renges klepnął mnie w plecy tak mocno, że prawie się zakrztusiłem.

– Widzisz, John? Teraz wiesz, co miałem na myśli, kiedy ci mówiłem, że moim posłannictwem jest wzbogacanie ludzkich egzystencji. Dzięki mnie drobni farmerzy nie wypadają z rynku i równocześnie oferuję ludziom w Calais bardzo ważne miejsce dla spotkań towarzyskich, serwując im najlepsze jedzenie, jakie można podawać w najniższych cenach. I to nie tylko w Calais. Restauracje Tony’s Gourmet Burgers mam także w Old Town, w Millinocket i w Waterville, a w tych dniach otworzyłem moją flagową restaurację w St Stephen w Kanadzie, przy samej rzece.

– Gratuluję. – Zakaszlałem. – Kiedy miałbym zacząć pracę?

* * *

Śniłem, że siedzę przy oknie w restauracji Rocco przy Drusilla Lane w Baton Rouge, pałaszując stek z suma na ostro zapieczonego z serem i gęstym brązowym sosem. Zamawiałem właśnie pudding chlebowy, kiedy zadzwonił telefon i recepcjonistka poinformowała mnie ściśniętym głosem, że właśnie wybiła godzina piąta piętnaście nad ranem.

– Dlaczego mi pani o tym mówi? – zapytałem.

– Prosił mnie pan, żebym pana obudziła. O piątej piętnaście i właśnie jest piąta piętnaście.

Ciężko uniosłem się na łóżku. Za oknem wciąż było zupełnie ciemno. I właśnie w tym momencie przypomniałem sobie, że zostałem chef de petit dejeneur u Tony’ego i mam dokładnie o szóstej rano stawić się przy North Street, żeby otworzyć kuchnię i zacząć piec bekon, smażyć jajka i parzyć kawę w ekspresie.

Przyjrzałem się swojemu odbiciu w lustrze.

– Dlaczego sobie to robisz? – zapytałem sam siebie.

– Ponieważ jesteś perfekcjonistą, który szuka dziury w całym i który w życiu nie potrafił przymknąć oka nawet na trzy mysie bobki, pozostawione w Cajun Queen Restaurant, oto dlaczego. Zresztą, to prawdopodobnie nawet nie były mysie bobki, lecz po prostu ktoś się wygłupił na twój użytek.

– Wygłupy-trupy.

Na zewnątrz było tak zimno, że opustoszałe chodniki lśniły jak hartowane szkło. Dotarłem na North Street, gdzie Chip otwierał właśnie restaurację.

– Witaj, Chip.

– Czołem.

Pokazał mi, jak się wyłącza alarm i włącza światła. Następnie weszliśmy do kuchni i pokazał mi, jak włączać grill, jak wyjmować z lodówek zamrożony bekon i zamrożone hamburgery oraz jak mieszać „świeżo wyciśnięty” sok pomarańczowy (po prostu dodawać wodę).

Byliśmy w środku zaledwie od trzech minut, gdy w drzwiach restauracji pojawiła się młodziutka dziewczyna o mysich włosach, bladej twarzy i z sińcami pod oczyma.

– Cześć – powiedziała. – Jestem Anita. A ty pewnie masz na imię John?

– Cześć, Anita – odparłem. Wytarłem palce w zielony fartuch i podałem jej rękę. – Może wypijemy po filiżance kawy, zanim dopadną nas hordy głodomorów?

– Czemu nie? – Zamrugała oczyma. Z wyrazu jej twarzy wywnioskowałem, że źle mnie usłyszała i słowo „hordy” odebrała jako „kurwy”.

Zaatakowały nas jednak rzeczywiście hordy, które przewalały się przez lokal nie kończącym się strumieniem. Piętnaście po siódmej zajęte były wszystkie boksy i stoliki. Przyszli biznesmeni i urzędnicy pocztowi, kierowcy ciężarówek i nawet gliniarz o piaskowych włosach, ten, który zatrzymał mnie, kiedy wchodziłem do miasta. Nie do wiary, że wszyscy ci ludzie wstali tak wcześnie. A do tego byli tacy rześcy i zadowoleni z siebie, jakby wprost nie mogli się doczekać, kiedy zaczną codzienną harówkę. Słyszałem, jak się witali: „Dzień dobry, Sam. Jak się masz w ten zimny i mroźny poranek? Dzień dobry pani Trent! Widzę, że ubrała się pani ciepło i elegancko zarazem. Cześć, Rick! Wspaniały dzień mamy dzisiaj, prawda?” I tak dalej, i tak dalej.

Wszyscy nie tylko wyglądali rześko i chętnie ze sobą rozmawiali, ale i z ochotą jedli. Przez bite dwie godziny bez wytchnienia piekłem bekon, przerzucałem hamburgery na grillu, smażyłem jajka i nadawałem brązowy kolor peklowanej wołowinie. Anita krążyła od stolika do stolika, przyjmując zamówienia na soki, kawę i podwójne tosty, aż wreszcie, jeszcze przed ósmą, musiała ją wspomóc elegancka czarnoskóra dziewczyna o imieniu Oona.

Stopniowo jednak restauracja zaczynała się wyludniać. Miejsce powitań zajęły wesołe pożegnania, wzmacniane serdecznymi poklepywaniami po plecach. W końcu w restauracji pozostali już tylko dwaj kierowcy z FedEksu i starsza kobieta, która sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar żuć swoje dwa plastry kanadyjskiego bekonu jeszcze przez co najmniej sześć miesięcy.

Właśnie wtedy jeden z kierowców FedEksu przyłożył dłoń do ust i wypluł coś na nią. Zmarszczył czoło, gdy zobaczył, co znalazł w swoim burgerze, i pokazał to koledze. Następnie wstał od stołu i podszedł do grilla, trzymając dłoń wciąż przy ustach.

– Złamałem cholerny ząb – powiedział.

– Jak to się stało? – zapytałem go.

– Ugryzłem burgera i oto, co w nim było. – Między kciukiem a palcem wskazującym trzymał niewielki przedmiot.

Wziąłem go od niego i obejrzałem ze wszystkich stron. Bez wątpienia miałem przed sobą kulę z pistoletu, lekko spłaszczoną w wyniku uderzenia w cel.

– Naprawdę, bardzo mi przykro – powiedziałem. – Przepraszam, ale pracuję dzisiaj pierwszy dzień w tej restauracji. Mogę jedynie poinformować o tym incydencie kierownictwo i zaproponować panu, aby zjadł pan śniadanie na nasz koszt.

– Będę musiał iść do cholernego dentysty – narzekał kierowca. – Nie znoszę cholernych dentystów. Co by się stało, gdybym to połknął? Mógłbym się zatruć ołowiem.

– Bardzo pana przepraszam. Pokażę tę kulę właścicielowi, kiedy tylko się zjawi w restauracji.

– To będzie cholernie dużo kosztowało, mówię panu. Chce pan zobaczyć, jak to paskudnie wygląda? – Zanim zdołałem go powstrzymać, otworzył szeroko usta i pokazał mi złamany siekacz i przeżutego hamburgera.

* * *

Pan Le Renges przyszedł o jedenastej. Na dworze wiało, więc wszystkie włosy miał z jednej strony głowy; przypominały skrzydło kruka. Zanim zdołałem się do niego odezwać, dał nura prosto do gabinetu i zamknął za sobą drzwi, zapewne po to, żeby starannie poprawić niesforną fryzurę. Wynurzył się z niego pięć minut później, energicznie zacierając ręce, jak człowiek, który aż się pali, żeby przystąpić do załatwiania interesów.

– No, John, jak poszło?

– Całkiem dobrze, panie Le Renges. Było tu mnóstwo ludzi.

– Jak zawsze. Ludzie potrafią docenić dobrą kuchnię.

– Mieliśmy tylko jeden problem. Pewien facet znalazł to w swoim burgerze.

Podałem mu kulę. Obejrzał ją uważnie, po czym pokręcił głową.

– Ta kula na pewno nie mogła się znajdować w żadnym z naszych burgerów, John.

– Sam widziałem, jak ją wypluł. Złamał na niej jeden z przednich zębów.

– Najstarszy trick pod słońcem. Facet powinien pójść do dentysty, idzie więc do restauracji i udaje, że złamał ząb na czymś, co tam jadł. Następnie próbuje naciągnąć restaurację, żeby uregulowała jego rachunek od dentysty.

– Według mnie tak to nie wyglądało.

– Dlatego, że nie masz takiego jak ja doświadczenia z nieuczciwymi klientami. Mam nadzieję, że go nie przeprosiłeś?

– Nie wziąłem od niego pieniędzy za śniadanie.

– Nie powinieneś był tak postępować, John. W ten sposób praktycznie przyznałeś, że restauracja odpowiada za to, co się stało. Miejmy nadzieję, że drań nie będzie próbował drążyć tej sprawy.

– Nie poinformuje pan o tym urzędu bezpieczeństwa i higieny?

– Oczywiście, że nie.

– A naszych dostawców?

– Wiesz tak samo dobrze jak ja, że za pomocą magnesu sprawdza się, czy mielona wołowina nie zawiera metalu.

– Jasne. Ale to jest kula wykonana z ołowiu, a magnesy nie wykrywają ołowiu.

– Nasi dostawcy nie strzelają do krów, John.

– Oczywiście, że nie. Ale przecież wszystko się może zdarzyć. Może jakiś nieodpowiedzialny gówniarz strzelił do stojącej na polu krowy i kula utkwiła w jej mięśniu?

– John, każdy z naszych burgerów jest z zachowaniem wszelkich przepisów odbierany przez nas od dostawców, którzy, jeśli chodzi o jakość mięsa, są naprawdę ortodoksyjni. Nie ma żadnej możliwości, żeby ta kula znajdowała się w którymś z naszych burgerów. Mam nadzieję, że jesteś gotów stanąć po mojej stronie i stwierdzić, że kiedy grillowałeś hamburgery dla klientów, w żadnym z nich nie zauważyłeś najmniejszego śladu po żadnej kuli.

 

– Oczywiście, nic nie zauważyłem. Ale…

Pan Le Renges wrzucił kulę do kosza na śmieci.

– Brawo, John. Rozumiem, że jutro znów przyjedziesz do pracy wcześnie rano, wypoczęty i rześki?

– Wcześnie rano, tak. Rześki? Być może.

* * *

W porządku, możecie mnie nazwać biurokratą, trzymającym się ściśle przepisów i niepotrzebnie dzielącym włos na czworo. Jestem jednak zdania, że każdą pracę należy wykonywać porządnie albo w ogóle nie warto wstawać rano z łóżka, żeby do niej śpieszyć, szczególnie jeśli pobudka musi następować nie później niż o piątej piętnaście. Wróciłem do Calais Motor Inn w nadziei na porządny lunch i zamówiłem sałatkę ze smażonym kurczakiem oraz sałatę lodową, pomidory, plastry bekonu, cheddar, mozarellę, a na dokładkę domowe grzanki z plastrami cebuli i pieczonymi piklami. Mimo że jedzenie tych smakołyków trochę mnie uspokoiło, nie mogłem odegnać od siebie myśli o kuli i przestać się zastanawiać, skąd mogła się wziąć. Byłem w stanie zrozumieć, że pan Le Renges nie chce meldować o incydencie inspektorom do spraw bezpieczeństwa i higieny, jednak nie pojmowałem, dlaczego nie zamierza powiedzieć kilku nieprzyjemnych słów własnemu dostawcy.

Velma podeszła do mnie z kolejnym piwem.

– Jesteś dzisiaj bardzo poważny, John. A odnosiłam wrażenie, że z natury powinieneś być wesoły i szczęśliwy.

– Po prostu coś mnie dręczy, Velmo.

Usiadła obok mnie.

– Co słychać w pracy?

– Dzień jak co dzień. Grilluję, więc jestem. Dziś jednak wydarzyło się coś takiego… Sam nie wiem. Poczułem się trochę nieswojo.

– Co masz na myśli, John?

– Czuję się tak, jakby ktoś robił mi wodę z mózgu. Na wszelkie możliwe sposoby próbuję to rozgryźć, ale wciąż nic mi nie pasuje.

– Mów dalej.

Opowiedziałem jej o kuli i o tym, jak pan Le Renges upierał się, że nie złoży na jej temat żadnego raportu.

– Wiesz, takie rzeczy się zdarzają. Zdarzają się klienci, którzy przynoszą martwe muchy i wkładają je do sałatek, żeby tylko za nie nie płacić.

– Wiem. Ale jednocześnie nic nie wiem.

* * *

Po zjedzeniu podwójnej porcji lodów czekoladowych z wafelkami waniliowymi wróciłem do Tony’ego. Kończyła się właśnie pora lunchu.

– Czy pan Le Renges jest jeszcze na miejscu? – zapytałem Oonę.

– Pojechał do St Stephen. Nie będzie go przed szóstą, dzięki Bogu.

– Nie przepadasz za nim, co?

– Boję się go, jeśli musisz wiedzieć.

Wszedłem do gabinetu pana Le Rengesa. Na szczęście nie zamknął go na klucz. Zajrzałem do kosza na śmieci. Kula wciąż leżała na jego dnie. Wyciągnąłem ją i wrzuciłem do kieszeni.

* * *

Kiedy wracałem do Calais Motor Inn, zatrąbił na mnie duży niebieski pikap. Za kierownicą siedział Nils Guttormsen z Lyle’s Autos, wciąż ze zdziwioną miną.

– Odebraliśmy dziś z Bangor części do przekazu napędu, John. Za kilka dni twoja maszyna będzie jak nowa.

– To wspaniałe wieści, Nils. Ale nie musisz się przepracowywać.

Szczególnie że na razie nie mam forsy, żeby ci zapłacić.

* * *

Pokazałem kulę Velmie.

– To dziwne, prawda? – zareagowała.

– Masz rację, Velmo. Sprawa jest dziwaczna, ale to nie jest znowu taka niezwykła historia, żeby mięso w hamburgerze było czymś zanieczyszczone. Prawdę mówiąc, jest to raczej typowe niż nietypowe. Właśnie dlatego nigdy nie jadam hamburgerów.

– Chyba nie chciałabym tego słuchać, John.

– Powinnaś, Velmo. Popatrz, jeszcze niedawno w każdej ubojni był inspektor federalny, jednak administracja Reagana postanowiła zaoszczędzić, postanowiono więc, że zakłady, w których pakowane jest mięso, same ustanowią własne procedury w zakresie przestrzegania higieny. Liniowy System Inspekcji Uboju Bydła, tak to się nazywa, w skrócie LSIUB.

– Nigdy o tym nie słyszałam, John.

– Jako zwyczajny obywatel nie miałaś takiej możliwości, Velmo. Rezultat był jednak taki, że w ubojniach przestało się nagle odczuwać groźne oddechy inspektorów federalnych, większość z nich podwoiła tempo przetwórstwa, co znacznie zwiększyło ryzyko zanieczyszczenia mięsa. Jeśli tylko potrafisz sobie wyobrazić martwą krowę, powieszoną za nogi, i faceta, rozcinającego jej brzuch, a potem wyciągającego z niej wnętrzności ręką, co ciągle ma miejsce, powinnaś także zrozumieć, że ta praca wymaga wielkiej dokładności i wprawy. Jeśli pracownik wykona chociaż jeden fałszywy ruch, wnętrzności spadają na podłogę i wszystko rozpryskuje się dookoła, krew, flaki, odchody, wszelki brud, a dzieje się tak przeciętnie z jedną krową na pięć. W dwudziestu procentach przypadków.

– O, mój Boże!

– Ale jest jeszcze gorzej, Velmo. Ostatnio LSIUB pozwala firmom, które pakują mięso, nawet na oprawianie chorego bydła. Widziałem krowy, które docierały do ubojni z ropieniami, tasiemcami i wągrzycą. Płaty mięsa, które wysyła się do przerobu na hamburgery, bywają zanieczyszczone odchodami, włosami, insektami, drobinkami metalu, uryną i wymiotami.

– Uważaj, bo robi mi się niedobrze, John. Właśnie wczoraj wieczorem jadłam na kolację hamburgera.

– Niech to będzie twój ostatni, Velmo. W sumie nie chodzi o zanieczyszczenia, ale o jakość wołowiny, której się używa do produkcji hamburgerów. Większość krów, których mięso przeznacza się na hamburgery, to stare zasuszone egzemplarze, ponieważ są tanie, a ich mięso nie jest zbyt tłuste. Dużo w nim antybiotyków, a często zarażone jest bakteriami E. coli i salmonellą. Jeden hamburger bynajmniej nie zawiera mięsa jednego zwierzęcia, to zmielone mięso dziesiątek, a nawet setek krów. Wystarczy wśród nich jedna chora, żeby zanieczyścić trzydzieści dwa tysiące funtów mielonej wołowiny.

– To brzmi jak horror, John.

– Masz więcej niż stuprocentową rację, Velmo.

– Ale ta kula, John… Skąd ona się wzięła?

– Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć, Velmo. Nie mogę jej pokazać inspektorom, ponieważ straciłbym pracę, a jeśli stracę pracę, nie będę w stanie zapłacić za naprawę samochodu i Nils Guttormsen mi go skonfiskuje, przez co nigdy już nie wrócę do Baton Rouge, chyba że, kurwa, spacerem, a to jest aż dwa tysiące trzysta siedem mil.

– Aż tak daleko?

– Tak daleko.

– Dlaczego nie pokażesz jej Eddiemu Bertilsonowi?

– Czego?

– Kuli. Dlaczego nie miałbyś jej pokazać Eddiemu Bertilsonowi? Z Bertilson’s Sporting Guns and Ammo. To sklep z bronią, niedaleko stąd, na Orchard Street. Eddie powie ci, skąd pochodzi ta kula.

– Tak myślisz?

– Ja nie myślę, ja wiem. Eddie wie wszystko o broni i amunicji. Był kiedyś mężem mojej kuzynki Patricii.

– Jesteś moją gwiazdą, Velmo. Tak właśnie zrobię. Kiedy wrócę, może zjemy razem jakąś kolację, a potem z wielką energią będę się z tobą kochał.

– Nie.

– Nie?

– Lubię cię, John, ale nie.

– Och!

* * *

Eddie Bertilson był jednych z tych wszędobylskich natręciuchów, którzy najpierw z dostępnych źródeł spisują numery samolotów wojskowych, stacjonujących w Turcji, a później z wielkim zdziwieniem dają się aresztować za szpiegostwo. Muszę jednak przyznać, że o broni i amunicji wiedział dosłownie wszystko. Kiedy tylko wziął kulę do ręki, natychmiast wiedział, co to takiego.

Był niski i łysy, nosił okulary o przyciemnianych szkłach, z uszu wyrastały mu włosy, a chodził ubrany w koszulkę z wizerunkiem Grateful Dead, noszącą wyraźne dowody na to, że często wyciera w nią tłuste palce. Wcisnął w oko jubilerskie szkło powiększające i przez chwilę obracał kulę na wszystkie strony.

– Skąd pan to ma? – chciał wiedzieć.

– Muszę panu powiedzieć?

– Nie, nie musi pan, bo to ja powiem panu, gdzie ją pan znalazł. Wśród pamiątek weteranów z Wietnamu.

– Naprawdę?

Sklep z bronią był mały, ciasny i śmierdział oliwą. W gablotach za kontuarem znajdowały się strzelby myśliwskie najróżniejszych marek, a na ścianach wisiały fotografie wszystkiego, co człowiek odwiedzający Calais chciałby zabić: słonek, cieciorników, brązówek, krzyżówek oraz cyranek o niebieskich skrzydłach i cyranek o zielonych skrzydłach.

– Jest to pocisk kalibru 7.92, Gewehr Patrone 98, standardowa amunicja do Maschinengewehr 34, karabinu maszynowego, zaprojektowanego przez Louisa Stange’a dla armii niemieckiej w 1934 roku. Po drugiej wojnie światowej używali jej Czesi, Francuzi, Izraelici i Biafrańczycy. Trochę tej amunicji, ukradzionej Francuzom, pojawiło się w Wietnamie.

– Zatem to kula z karabinu maszynowego?

– Właśnie – odparł Eddie, rzucając pocisk na moją otwartą dłoń, wielce usatysfakcjonowany z własnej ekspertyzy.

– Zatem nikt by jej raczej nie używał, żeby zabić, powiedzmy, krowę?

– Nie. To niedorzeczne.

* * *

Następnego ranka Chip i ja otworzyliśmy restaurację jak zwykle i o ósmej była zatłoczona po same okna. Krótko przed dziewiątą zajechała przed nią czarna furgonetka i wysiadło z niej dwóch facetów w białych czapkach i fartuchach. Przeszli boczną alejką i zapukali do restauracji od zewnątrz, do drzwi kuchennych.

– Dostawa z St Croix Meats – powiedział jeden z nich. Był krępym mężczyzną z wąsem morsa i ukośną ciętą raną, biegnącą w poprzek ust, jakby ktoś kiedyś za pomocą maczety kazał mu się zamknąć.

– Jasne – powiedział Chip i otworzył zamrażarkę.

Dostawca razem z kumplem zapakowali do zamrażarki dziesięć kartonowych pudeł, opatrzonych nalepką „mrożone hamburgery”.

– Zawsze odbierasz hamburgery z tej samej firmy? – zapytałem Chipa.

– Jasne, od St Croix. Pan Le Renges jest jej właścicielem.

– Aha.

Nic zatem dziwnego, że pan Le Renges nie chciał rozmawiać z dostawcą na temat kuli, był nim on sam. Przechyliłem głowę, chcąc przeczytać adres. US Route numer 1, a więc droga międzystanowa numer 1, Robbinstown.

* * *

Było jasne, słoneczne popołudnie i lasy wokół Calais mieniły się złotem, purpurą i wszystkimi odcieniami rdzy. Velma prowadziła auto autostradą międzystanową numer 1. Z radia cicho sączyły się dźwięki Something Stupid w wykonaniu Nancy i Franka Sinatry.

– Nie wiem, dlaczego to robisz, John. To znaczy, kogo w ogóle obchodzi, że ktoś znalazł kulę karabinową w swoim hamburgerze?

– Mnie to obchodzi, Velmo. Uważasz, że będę w stanie spokojnie przeżyć resztę życia, nie dowiedziawszy się, jakim sposobem amerykańska krowa została postrzelona kulą z karabinu maszynowego rodem z Wietkongu?

Znalezienie St Croix Meats zabrało nam prawie godzinę, ponieważ jego budynek znajdował się na tyłach strefy przemysłowej. Miał kształt prostokąta, stało przed nim sześć albo siedem czarnych furgonetek i nigdzie nie było widać logo firmy. O tym, że dotarliśmy na właściwe miejsce, przekonałem się dopiero wtedy, gdy zobaczyłem pana Le Rengesa, przechadzającego się przed budynkiem z największym i najokropniejszym psem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o psy, nagle jednak jasno zdałem sobie sprawę, kto zamieścił ogłoszenie w „The Quoddy Whirlpool” w sprawie wyprowadzania presa canario.

– Co chcesz teraz zrobić? – zapytała mnie Velma.

Przed bramą stał strażnik i nie było najmniejszej szansy, że facet ważący 289 funtów w rozwianym białym płaszczu przeciwdeszczowym przejdzie tamtędy bez zwracania na siebie uwagi.

W pewnej chwili zobaczyłem jednak tego samego mężczyznę z ukośną raną, który dzisiaj rano dostarczył hamburgery do restauracji. Wskoczył do kabiny jednej z furgonetek, włączył silnik i zaczął manewrować nią na dziedzińcu.

– Jedźmy za tą furgonetką – poprosiłem Velmę.

– Po co, John?

– Chcę tylko zobaczyć, dokąd pojedzie.

– Przecież to miała być randka, John.

– Jeszcze będzie, obiecuję.

– Kolacja i energetyczna miłość?

– Moglibyśmy dać sobie spokój z kolacją, jeśli nie jesteś głodna.

* * *

Jechaliśmy za furgonetką prawie przez dwie i pół godziny, aż w końcu zaczęło się ściemniać. Zaskoczyło mnie, jaką trasę wybrali kierowcy. Najpierw zatrzymali się w małym centrum medycznym w Pembroke. Potem pojechali do kliniki weterynaryjnej na przedmieściach Mathias. Następnie okrężną drogą ruszyli do Calais, odwiedzając po drodze dwie małe fermy mleczne, i wreszcie zatrzymali się w mieście przy tylnym wejściu do Calais Memorial Hospital.

Nie zawsze mogliśmy obserwować, co się dzieje, ale na jednej z ferm mlecznych dostrzegliśmy, jak kierowcy wynoszą z budynków krowie tusze, a w Memorial Hospital zobaczyliśmy, jak wypychają na zewnątrz wielkie kontenery na kółkach, bardzo przypominające pojemniki na brudną bieliznę.

 

– Muszę już wracać do pracy – powiedziała Velma. – O szóstej zaczynam zmianę.

– Nie rozumiem tego, Velmo. Wywieźli z tych ferm martwe krowy, lecz przecież przepisy federalne stanowią, że bydło należy oporządzać najpóźniej dwie godziny po uboju. Po tych dwóch godzinach bakterie rozmnażają się w takim tempie, że jest niemal niemożliwe, żeby się ich pozbyć.

– Zatem pan Le Renges robi swoje hamburgery ze zgniłej wołowiny?

– Wszystko na to wskazuje. Ale to chyba jeszcze nie wszystko. Rozumiem zgniłą wołowinę. Dziesiątki ubojni jej używają. Dlaczego jednak furgonetka zajechała do szpitala? I do weterynarza?

Velma zatrzymała samochód przed motelem i popatrzyła na mnie.

– Och, chyba nie myślisz poważnie o tym, co mówisz?

– Muszę zajrzeć do środka fabryki, w której pakują mięso, Velmo.

– Jesteś pewien, że nie ugryzłeś kęsa większego, niż jesteś w stanie przeżuć?

– Bardzo trafne pytanie, Velmo.

* * *

Poziom mojej energii znów zaczął opadać, dlatego potraktowałem się kanapką ze smażonymi krewetkami i kilkoma butelkami Molsona oraz trójkątnym ciastkiem orzechowym w dietetycznym rozmiarze. Następnie poszedłem do szpitala i zbliżyłem się do tylnego wyjścia, gdzie wcześniej parkowała furgonetka z St Croix Meats. Szpitalny portier o tłustych włosach i zezowatym spojrzeniu stał na zewnątrz i palił papierosa.

– Jak leci, przyjacielu? – zapytałem go.

– W porządku. Mogę panu w czymś pomóc?

– Chyba tak. Szukam przyjaciela. W dawnych latach sporo razem wypiliśmy.

– Naprawdę?

– Ktoś mi powiedział, że gdzieś tutaj pracuje, jest kierowcą furgonetki. Dowiedziałem się, że widziano go w okolicy szpitala.

Portier o tłustych włosach wypuścił dym przez nos.

– Furgonetki przyjeżdżają tu i wyjeżdżają przez cały dzień.

– Ten facet ma brzydką bliznę, biegnie w poprzek jego ust. Trudno go nie zapamiętać.

– Chodzi panu o faceta z BioGlean?

– BioGlean?

– Jasne. Zbierają, jak by to powiedzieć, resztki po zabiegach chirurgicznych i się ich pozbywają.

– Co to znaczy „resztki po zabiegach chirurgicznych”?

– Chyba pan wie, co to takiego. Komuś amputuje się nogę, komuś obetnie rękę. Poza tym płody po aborcji i tak dalej. Zdziwiłby się pan, ilu takich rzeczy pozbywa się pracujący pełną parą szpital.

– Myślałem, że się je pali.

– Wcześniej tak było, ale BioGlean specjalizuje się w usuwaniu takich szczątków, a poza tym przekazywanie ich tej firmie jest tańsze niż utrzymywanie przez cały dzień spalarni na chodzie. Ludzie z BioGlean oglądają nawet wraki samochodów na złomowiskach i wydobywają z nich resztki zwłok. To pan nie wie, że gliniarze tego nie robią, mechanicy nie chcą robić, a przecież ktoś musi. – Portier urwał, po czym rzucił pytanie: – Jak pan się nazywa? Następnym razem, kiedy pański przyjaciel się tu pokaże, powiem mu, że go pan szukał.

– Ralph Waldo Emerson. Zatrzymałem się w Chandler House przy Chandler.

– Jasne. Ralph Waldo Emerson. Zabawne. Gdzieś już słyszałem to nazwisko.

* * *

Pożyczyłem samochód od Velmy i wróciłem do Robbinstown. Zaparkowałem w cieniu wielkiej hurtowni komputerowej. Budynek St Croix Meats otoczony był wysokim płotem, zwieńczonym drutem kolczastym, a prowadząca na dziedziniec firmy brama była jasno oświetlona. W budce przy wjeździe siedział umundurowany strażnik i czytał „The Quoddy Whirlpool”. Przy odrobinie szczęścia lektura gazety powinna go uśpić i mógłbym obok niego przejść.

Czekałem prawie godzinę, jednak nie kroiła się żadna okazja, żebym mógł się wślizgnąć do środka. Wszystkie światła paliły się jasno, a od czasu do czasu moim oczom ukazywali się robotnicy w kaskach i w długich gumowych fartuchach, wchodzący i wychodzący z budynku. Może nadszedł czas, żebym zrezygnował z odgrywania roli detektywa i zatelefonował na policję?

Temperatura na dworze z każdą chwilą była coraz niższa. W małym volkswagenie Velmy zaczynałem marznąć i cierpnąć. Wreszcie musiałem wysiąść i rozprostować nogi. Podszedłem do bramy tak blisko, jak tylko mogłem, by nie zostać zauważony, i przystanąłem pod stanowczo zbyt cienkim pniem klonu. Czułem się jak słoń, który próbuje się skryć za latarnią uliczną. Strażnik wciąż nie spał. Może czytał ekscytujący artykuł o nagłym spadku cen dorszy?

Chciałem dać już sobie spokój, kiedy za plecami usłyszałem nadjeżdżający samochód. Zdołałem jakoś się ukryć za drzewem i pan Le Renges przejechał obok mnie, zmierzając prosto do bramy. W pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że obok niego w leksusie ktoś siedzi, jednak zaraz zdałem sobie sprawę że to tylko wielki, wstrętny presa canario. Wyglądał jak skrzyżowanie doga niemieckiego z kundlem z piekła rodem, jednak był znacznie większy. Na chwilę odwrócił łeb i zobaczyłem w jego ślepiach szkarłatne płomienie. Wierzcie mi, miałem wrażenie, jakby patrzył na mnie sam szatan.

Strażnik wyszedł z budki, żeby otworzyć bramę. Ucięli sobie z panem Le Rengesem krótką pogawędkę. W mroźnym wieczornym powietrzu z ich ust wydobywały się kłęby pary. Pomyślałem, że mógłbym przykucnąć i spróbować dostać się do rzeźni za samochodem pana Le Rengesa, jednak zaraz doszedłem do wniosku, że nie ma najmniejszej szansy, abym mógł to uczynić niezauważony.

– Wszystko w porządku, Vernon?

– Cicho tu jak w grobie, panie Le Renges.

– Takie odpowiedzi lubię, Vernon. Jak się ma twoja córka, Louise? Poradziła sobie z autyzmem?

– Niezupełnie, panie Le Renges. Lekarze mówią, że to jeszcze trochę potrwa.

Pan Le Renges wciąż rozmawiał ze strażnikiem, kiedy niespodziewanie jedna z jego dużych czarnych furgonetek nadjechała z warkotem i stanęła za leksusem. Kierowca czekał cierpliwie, w końcu pan Le Renges był jego szefem. Przez moment wahałem się, po czym chyłkiem wyszedłem zza drzewka i zaszedłem furgonetkę od tyłu. Przy jej drzwiach do ładowni znajdował się aluminiowy stopień, a na podwójnych drzwiach dwie klamki, których mogłem się przytrzymać.

– Chyba postradałeś cholerne zmysły – powiedziałem sam do siebie.

Mimo to pośpiesznie wspiąłem się na stopień, najzgrabniej, jak tylko potrafiłem. Ktoś tak ciężki jak ja nie wskakuje przecież na stopień samochodu, chyba że chce, aby kierowca podskoczył w kabinie, jak wystrzelony z katapulty i uderzył głową w sufit.

Zdawało się, że pan Le Renges będzie gadał w nieskończoność, w końcu jednak pomachał do strażnika i wjechał na dziedziniec, a furgonetka podążyła za jego leksusem. Mocno przywarłem do tylnych drzwi, w nadziei że nie będę zanadto rzucał się w oczy, strażnik natychmiast jednak zamknął bramę i wrócił do swojej budki, po czym znowu pogrążył się w lekturze gazety, nie rzucając w moim kierunku nawet jednego spojrzenia.

Z rzeźni wyszedł mężczyzna w zakrwawionym białym fartuchu i w kasku, po czym otworzył drzwiczki samochodu pana Le Rengesa. Przez chwilę z nim rozmawiał, po czym pan Le Renges wszedł do budynku. Mężczyzna w zakrwawionym białym fartuchu otworzył drzwiczki po stronie pasażera i pozwolił wielkiemu psu wyskoczyć na zewnątrz. Ten zachłannie obwąchał krew na fartuchu i dopiero wtedy pozwolił się poprowadzić na smyczy. Właściwie to nie wiadomo, kto kogo poprowadził. Wyraźnie usłyszałem odgłos psich łap, skrobiących po asfalcie.

* * *

Wszedłem do budynku przez boczne drzwi, z których – jak zauważyłem wcześniej – korzystali wszyscy rzeźnicy. W środku natrafiłem na długi korytarz o mokrej podłodze, wyłożonej kafelkami, a potem na otwarte drzwi prowadzące do szatni i toalety. Na hakach wisiały rzędy kasków oraz gumowe fartuchy i gumowe buty. W powietrzu unosił się wszechogarniający zapach zaschniętej krwi i środków dezynfekujących.

Pod drzwiami jednej z kabin w toalecie dostrzegłem parę nóg w gumowych butach. Nad kabiną unosiły się kłęby dymu z papierosa.

– Jeszcze tylko dwie godziny, dzięki Bogu – rozległ się głos niewidocznej osoby.

– Widziałeś baraże? – zapytałem, zdejmując płaszcz przeciwdeszczowy i wieszając go na haku.

– Szlag by to trafił, co za porażka. Powinni zapuszkować tego Kershinsky’ego.

Nałożyłem ciężki gumowy fartuch i prawie udało mi się zawiązać go na plecach. Po chwili usiadłem i zacząłem naciągać na nogi parę gumowych butów.